|
Przyjaźń
Z Janem LEBENSTEINEM rozmawia Marek WITTBROT
Jan
LEBENSTEIN (1930-1999). Urodził się w Brześciu.
W 1954 roku ukończył
Akademię Sztuk Pięknych w Warszawie. W 1959 roku zdobył Wielką Nagrodę
Miasta Paryża. Wystawiał swoje prace między innymi w Warszawie, Turynie,
Nowym Jorku, Rzymie, Kolonii, Kopenhadze, Brukseli i Paryżu. Jest autorem
witraży w paryskim Centre du Dialogue (1972), a także autorem ilustracji do
pamiątkowych wydań Miłoszowej „Księgi Hioba” (1981) i „Apokalipsy”(1986).
Przez wiele lat łączyła go przyjaźń z księdzem Sadzikiem.
- Czym była dla Pana
przyjaźń z księdzem Sadzikiem?
- Miałem w nim najlepszego z
krytyków i inspiratorów, człowieka, który zawsze w sposób
najserdeczniejszy się mną zajmował, opiekował nawet. Są bracia z
urodzenia i są tacy, których życie czyni braćmi. Józek był dla mnie
bratem, osobą, przed którą nie miałem żadnych tajemnic. Mogłem wszystko
mu powiedzieć. To jest bardzo ważne, niezależnie od tego, czy ktoś chwali,
czy odpuszcza. Do Józka miałem absolutne zaufanie.
- Wspominając Aliną
Szapocznikow, Romana Cieślewicza, Jerzego Chudzika i Pana, ksiądz Sadzik
pisał, że tworzyliście „mafię”.
- Działalność Józka przekraczała
grupowe ramy. To, czego on dokonał, było czymś wyjątkowym. Przecież przez
dom Księży Pallotynów przewinęła się cała intelektualna Polska. On
rozruszał środowisko.
W 1973 roku Józek zagnał mnie do
robienia witraży. Wziął mnie za uszy i powiedział, że mam cztery
tygodnie, żeby wszystko zrobić. Było bardzo miło, bo zawsze przynosił
wino, żebym dotrwał do rana. Dniowałem i nocowałem u was.
- Co skłoniło Pana do
podjęcia się tego zadania?
- Są rzeczy, które tkwią
głęboko w nas, ale potrzebny jest bodziec. Zawsze plątała mi się jakaś
taka apokalipsa. Apokalipsę wyobrażamy sobie dzisiaj w ten sposób, że
przychodzi jakiś horrendalny kataklizm, na przykład samoloty zrzucające
bomby atomowe na niemowlęta, tymczasem sprawa jest bardziej skomplikowana a
sens apokaliptycznego, biblijnego przesłania dużo głębszy i szerszy.
- Dlaczego ksiądz Sadzik
wybrał ten temat?
- Czas bardzo deformuje pamięć.
Dziś mógłbym powiedzieć, że skoro Józek wybrał apokalipsę, widocznie
przemyślał wszystko. Sprawę kaplicy i Centre du Dialogue dość długo
nosił w sobie. W końcu Jurka [Chudzika] poprosił o zaprojektowanie
wnętrza, Alina [Szapocznikow] zrobiła głowę, a ja wziąłem się za
witraże. U niego sprawy estetyki były wrodzone. Przecież on rozpoczynał od
architektury w Krakowie. Wysłanie go na studia do Fryburga, to był bardzo
szczęśliwy pomysł. On spłacił się z nawiązką. Baza pojęciowa i
skłonność wewnętrzna zrealizowała się u niego w myśli filozoficznej i
moralnej. U niego była bardzo szeroka i nowoczesna formacja intelektualna.
Nowoczesna nie w tym sensie, żeby udawać świeckiego człowieka i biegać z
gitarą i jeździć motocyklem. On miał do współczesności stosunek bardzo
głęboki i nowoczesny. Nie nosił w sobie żadnych archaizmów czy obciążeń.
W każdym narodzie są jakieś stereotypy. Józek był od nich wolny, był
ponad nimi. On wiele zmienił. Przełamał - co tu dużo mówić - bardzo
sceptyczny stosunek niektórych środowisk wobec Kościoła.
- Czy pamięta Pan swoje
pierwsze wrażenie po spotkaniu z nim?
- Zrobił na mnie wrażenie jak
najbardziej ujmujące. Zachowywał się w sposób normalny. Ujął mnie swoim
sposobem bycia i spontanicznością. Z miejsca podbił mnie i przekonał do
siebie, do swoich idei.
Nie jest moją rzeczą mieszanie
się w sprawy Kościoła, powiedziałbym jednak, że on odegrał rolę
prawdziwego księdza. Nikogo nie nawracał, ale ustawiał sprawy we właściwy
sposób. Stworzył, jedyny w historii polskiej emigracji, "klub".
Wcześniej czegoś takiego nie było. Przecież ani Fundacja Kościuszki, ani
Fundacja Piłsudskiego czy Sikorskiego, ani Polski Ośrodek Kulturalny w
Londynie - nikt nie prowadził takiej działalności. Nie mielibyśmy tych
kontaktów z krajem, gdyby nie Centre, które Józek rozkręcił. On potrafił
gromadzić wokół siebie ludzi o różnych przeszłościach i biografiach.
- Co go charakteryzowało?
- Uczciwość i dobroć. Przy
dużym wykształceniu posiadał też dużo prostoty. To bardzo ważne, żeby
ludzie wykształceni mieli do innych stosunek bezpośredni i serdeczny.
- Skąd brał się jego
skrajny pesymizm?
- On patrzył z dystansu i dużo
rzeczy widział, zdawał sobie sprawę, że nie jest tak, jak sobie
wymarzył... Miał umysł mocno krytyczny. Darowany mu krytycyzm zmuszał go
do wielu wątpliwości. Wątpienie jest związane z myśleniem, a czasem i z
wiarą... Trudniej żyć ludziom myślącym. Józek był bardzo mądrym
człowiekiem. Ta mądrość nie była tylko kwestią wykształcenia. To był
jakiś dar, łaska Boża. Można mieć wiele dyplomów i być zwykłym
jołopem. Takich mamy nieskończoność. On posiadał dar rozumienia i
patrzenia w głąb. Był nieprzeciętną i niezwykłą osobą.
- Wiem, że kiedy miał
poważne dolegliwości, prosił, żeby nie wzywać lekarza. Tak było też w
dniu jego śmierci. Czy to znaczy, że chciał umrzeć...?
- Według mnie on miał czasem
stany depresyjne. Istnieje taki pogląd, że ludzie depresyjni są
zwichrowani. Ale to nieprawda. Depresja jest ludzkim stanem. W XVII wieku nikt
nie mówił o depresji, a ludzie to samo przeżywali...
- O czym należy pamiętać
wspominając po latach osobę księdza Sadzika?
- Powtórzyłbym to, co
powiedziałem. On potrafił przełamywać stereotypy. Na przykład, że Polska
jest klerykalna, nacjonalistyczna, zapatrzona we własny pępek i
nietolerancyjna. To Polska wyprodukowała księdza Sadzika. W każdym kraju
istnieje partykularyzm, ale w kulturze, którą określony kraj żyje, jest
też coś trwałego. Jeśli z Polski wychodzą tacy ludzie jak Józek, to nie
jest źle. A on był człowiekiem uniwersalnym...
- Uniwersalne jest to, co
dotyka istoty człowieczeństwa...
- ...on dotknął tego
uniwersalizmu. Przełamał stereotypy, jakie wynosi się z własnego
środowiska. To budujące, że przez te kilkadziesiąt lat ogłupiania i
prania mózgu, byli jeszcze ludzie, którzy nie dali się ani ogłupić, ani
przeciągnąć na jakąś stronę. Jego stroną była dobroć i prawda.
Miałem trzech wielkich przyjaciół:
Józka, Kota-Jeleńskiego i Zygmunta Hertza. Jestem ciekawy, jak oni
reagowaliby na dzisiejszą rzeczywistość. Kiedy oni żyli, sytuacja była
czarno-biała. Teraz jest szara i bardzo mętna. Wielka szkoda, że ich nie
ma. Gdyby byli, wie1u ich przyjaciół czułoby się pewniej.
Paryż, 14 maja 1995 roku
Rozmowa była publikowana
w numerze okolicznościowym „Naszej Rodziny”, 7-8 (610-611) 1995,
s 12-13, poświęconym księdzu Sadzikowi.
|