
 |
O ŻYCIU
I UMIERANIU
pamięci
Augusta Zamoyskiego
1. Nikt nie pamięta dnia, w którym
się narodził. Nikt nie wie, skąd przychodzi ani dokąd zaprowadzą go
aniołowie, kiedy serce przestanie bić. Nikt nie może być pewien, czy
cokolwiek jeszcze zostanie mu ofiarowane: świt i zmierzch, sen i
przebudzenie, cisza i dźwięk spadających z okapu kropel deszczu. Nikt nie
rodzi się od razu. Zanim postawi pierwszy krok, wiele razy musi upaść. Nim
wypowie słowo, musi zrozumieć, co mówi matka albo ojciec. Nie wystarczy
odróżnić kolory, poznać wyrazy czy przedmioty. Trzeba wiedzieć, czym jest
podmuch wiatru, cień albo ciemność, myśl albo zamysł, dlaczego ktoś
śmieje się albo płacze. Trzeba poczuć, co nieraz znaczy jedno spojrzenie
albo jego brak, czym może być dotyk albo odepchnięta dłoń. Zanim słowo
zacznie coś znaczyć, musi zabrzmieć, czasem zaboleć, w niebo się
wznieść albo zapaść w pamięć.
Śmierć też nie przychodzi od
razu. Nawet, jeśli ułamki sekund wędruje myśl a potem ginie, jeśli serce
chwyta nagły skurcz albo usta wpół słowa milkną na zawsze, jest jeszcze
droga, jakiej nikt nie zna; jest czas albo tylko przestrzeń, której człowiek
nie wyznacza. Śmierć nie jest snem, choć czasem staje się marzeniem.
Umieramy powoli. Ale następny krok często okazuje się ostatni. Następny
pocałunek oznaczać może pożegnanie a najpogodniejszy uśmiech i ciepło
drogich ramion wspomnieć będzie trzeba z bólem. I nad ranem albo w środku
nocy obudzi nas głos, którego już nie ma. Śmierć przyjdzie jak złodziej,
ale nie po to, żeby odebrać wszystko.
Szczęśliwy ten, kto umiera jak
bohater. Życie bowiem każdego dnia - obojętnie i bez ostentacji - opuszcza
nas. Ucieka. I nie powraca. Nikt nie zna dnia ani godziny, która jest mu
przypisana. Nikt nie wie, jaka będzie chwila, która nadchodzi. Nikt nie może
być pewien, czy z popiołów, z jakich powstało i w jakie się obróci jego
ciało, cokolwiek się narodzi; choćby milczenie, ukojenie, tęsknota...
2
Tego dnia ujrzałem leniwie
wschodzące słońce i w porannym świetle iskrzące się fale. Nie
wiedziałem, gdzie jestem, skąd za oknem wziął się niezwykły widok.
Przysnąłem, ale chyba nie na długo. Kilka minut albo tylko sekundy trwało
ni uśpienie, ni przebudzenie. Kiedy ocknąłem się, usłyszałem stukot kół
i dudnienie szyn, i obce głosy. Uświadomiłem sobie, że nie jestem ani w
Rewie, ani w Wittdün, ani w drodze do Sorrento. Przestrzeń, jaką
przebyłem, zakrył sen. Noc rozpoczęła się późno, na gare d`Austerlitz,
lecz nie trwała długo. Skróciło ją zmęczenie i oczekiwanie, które
czasem staje się niezapisaną, pustą stronicą lub wyrwaną z pamiętnika
kartą. Pamiętałem brudny paryski dworzec, dochodzące z sąsiedniego
przedziału odgłosy i utkwiony we mnie wzrok. Próbowałem jeszcze coś sobie
przypomnieć, ale nic, tylko pola i łąki, nieznane wzgórza, błękit,
zieleń i szafir mieszały się z odległymi wspomnieniami.
„Zaraz mnie zrozumiesz.
Potrzebne jest nieoczekiwane spotkanie, które objawia, że nagle świat
przedstawia się pod pewnym kątem, aby człowiek odkrył cały ogrom
objawienia. Cóż to za czar! Otóż, sprzyjające oświetlenie, harmonia
nieoczekiwana między światłem dnia i światłem serca, wskazują nam czym
jest objawienie tego, czego oczekiwaliśmy...“[1] - pisał w liście do
ukochanej Joë Bousquet. W 1918 roku ciężko ranny, od lat przykuty do
łoża, samotny choć nie osamotniony, poznał w 1937 roku o dwadzieścia lat
młodszą od siebie kobietę. Ten bardziej duchowy niż cielesny związek
przywrócił mu równowagę i samotnej walce nadał sens, by - po dwunastu
latach - doprowadzić go do rezygnacji.
Wyruszając do Banyuls byłem
przekonany, że choć z okien pociągu ujrzę miasto, w którym autor
«Miłości w kolorze herbaty» spędził tysiące dni naznaczonych
kalectwem, zwątpieniem i bolesnym oczekiwaniem. Moje ciche pragnienie miało
się spełnić dopiero w roku następnym, bo w drodze do francuskiej a później
hiszpańskiej Katalonii mogłem jedynie oczami wyobraźni podążyć uliczkami
Carcassonne.
Hans Bellmer przedstawiając autora
«Czarnego zeszytu» nie szukał światła dnia. Czyste,
inteligentne, melancholijne a zarazem tajemnicze spojrzenie pisarza więcej ma
w sobie nocy, smutku i tęsknoty, niż oczarowania światem. Simone Weil w
jednym ze swoich listów pisała do Joë o cierpieniu fizycznym, ukrzyżowaniu
Chrystusa i niepojętej miłości, która nawet w nieszczęściu każe szukać
nadziei. „Jestem przekonana, że nieszczęście z jednej a radość z
drugiej strony są całkowicie i w sposób czysty zespolone z doskonałym
pięknem. Obydwie, zawierając to, czego jesteśmy pozbawieni w swojej
egzystencji, są jedynymi kluczami, dzięki którym możemy wejść do
idealnej i ożywczej krainy, ojczyzny prawdziwej“[2] - zapewniała autorka
«Świadomości nadprzyrodzonej» zdając sobie jednocześnie
sprawę, że nie chodzi o pocieszenie, lecz o przyjaźń, która potrafi brać
i dawać, wspólnie cierpieć, razem myśleć, dzielić się własnym
doświadczeniem i wiarą. Wreszcie pojąć to, co niekiedy zdaje się
przerastać możliwości woli i intelektu.
Zbliżając się do celu swojej
podróży musiałem odłożyć na inny czas książki, zapiski, zdjęcia czy
rysunki mówiące o pisarzu, który jeszcze nie doczekał się powtórnych
narodzin. Być może kiedyś zza grobu zacznie przemawiać, odsłoni sekrety
pogrążonego w mroku serca. Na razie jego dzieło trwa w ukryciu i czeka na
światło dnia.
Kiedy po kilku miesiącach, po
przybyciu do Carcassonne, skierowałem swoje kroki na rue de Verdun,
uprzytomniłem sobie, że od tragicznego wydarzenia w Vailly do śmierci, którą
pisarz chciał przyjąć z „otwartymi oczami“[3], minęły 32 lata.
Były to lata wypełnione pracą i cierpieniem. Ale też nadzieją i wielkimi
pragnieniami, które nigdy nie miały się spełnić. Joë Bousquet twierdził,
że nie należy mówić o swoim cierpieniu ani o zwykłej egzystencji, lecz o
życiu, które jest prawdziwym dziełem. Do końca pozostał tej zasadzie
wierny.
3
„Tutaj jest nadzwyczajnie.
Proszę popatrzeć na te drzewa i góry, jak one żyją. Wszystko jest jak na
obrazie Poussina, ale jeszcze piękniejsze“[4] - przekonywał Aristide
Maillol. Uważał, że w Banyuls-sur-Mer każda najmniejsza rzecz przemawia,
oczarowuje, poraża swoim światłem, zachwyca jak herbaciane róże pośród
domów i wzgórz. Czasami jednak miasteczko i całe jego otoczenie wydawało
się rzeźbiarzowi smutne i przygnębiające. Wtedy rozmyślał o
przeszłości, o obrazach mistrzów, o swoim domu, XVIII-wiecznym francuskim tłumaczeniu
Cervantesa czy dziełach Freuda, który „zaczerpnął swoją ideę od
Platona“4.
Nieprzeciętna wrażliwość
kazała artyście studiować pejzaże, być blisko natury i życia. Prowadząc
rozmowy z przyjaciółmi odsłaniał tajniki swojego warsztatu, dzielił się
swoimi spostrzeżeniami. Sięgał do tradycji, by wydobyć z niej to, co
trwałe, nadające określony kształt teraźniejszości, ale też zdawał
sobie sprawę, iż nie można sztywno trzymać się pewnych form, kanonów i
wyobrażeń. Twórczy jest ten, kto odkrywa i jednocześnie na nowo
interpretuje rzeczywistość. Nieobojętność wobec dokonań przeszłości
musi iść w parze z odważnym myśleniem o przyszłości. Wierność naturze
nie jest rezygnacją z własnej kreatywności. Pojmując naturę lepiej
rozumiemy siebie. Sięgając po dzieła mistrzów uczymy się patrzeć i
myśleć. Idąc coraz dalej, w głąb siebie, dochodzimy do granicy, poza którą
wykracza słowo, dźwięk czy jakakolwiek forma. Żadne prawdziwe dzieło nie
zatrzymuje na sobie, prowadzi dalej, każe szukać i pytać. Kształt, jaki
nadajemy bryle, jest wyrazem naszych tęsknot, pragnień, a nade wszystko
przeczuć.
|
|
|
Stojąc przed mogiłą, która z
pewnością nie należy do pospolitych, bo oprócz zwykłej nagrobnej płyty
odnaleźć można na marach spoczywającą muzę, kobiecy akt, czułem jak
coś ściska mnie za gardło. Czy to było wzruszenie? Radość? Satysfakcja,
że mimo wszelkich przeciwności, udało się dotrzeć do celu? Nadmiar
wrażeń? Przypływ albo opadnięcie emocji? Chyba nic z tych rzeczy. Kiedy
stajemy przed jakimkolwiek grobem, trudno nie myśleć o przemijaniu, ale są
też mogiły, które każą pamiętać o życiu. Jest śmierć, która
wszystko kończy, ale zdarzają się i takie rozstania, po których zaczynamy
sobie dopiero uświadamiać, po co istniejemy, dlaczego zmagamy się ze sobą
i ze światem, po co podnosimy się i upadamy, dlaczego czasem potrafimy
oddać wszystko za jeden uśmiech, ludzki gest, zwykłą przyjaźń.
Ani materia, ani forma nie była
dla urodzonego i zmarłego w Banyuls rzeźbiarza najistotniejsza, lecz
odkrycie zasady, która czyni ludzkie ciało nadzwyczaj pięknym. Sztuka -
według niego - pozostała obecnie daleko za «Apolonem» Fidiasza
czy «Nike» Pytrokritosa i dlatego więcej możemy nauczyć się od
starożytnych niż od współczesnych. Trzeba poszukiwać harmonii, powrócić
do najprostszych form, wlać w materię ducha i najprawdziwiej, najskromniej
żyć, by móc najlepiej tworzyć i najwięcej z siebie dać, by być wciąż
młodym i twórczym. „Przekroczyłem osiemdziesiątkę, lecz nie mam nic
ze starca“[6] - mówił krótko przed śmiercią. I prosił o modelkę, by
- póki starczy sił - pracować, doskonalić swój warsztat, poszukiwać
piękna, które wymyka się, zdaje się nieuchwytne, nie daje się
sklasyfikować ani ograniczyć.
Patrząc na kobietę można
śledzić jej ruchy, podziwiać linie i załamania ciała, można szukać
harmonii, piękna natury albo próbować odgadnąć jej myśli i pragnienia.
Patrząc trzeba angażować wolę i zmysły, umysł i duszę. Spojrzenie -
zdaniem francuskiego rzeźbiarza - nigdy nie powinno być pospolite. Może
być namiętne lub chłodne, nigdy obojętne. Może być prostsze lub
głębsze, nigdy powierzchowne. Patrząc na kobietę trzeba pamiętać, że
dłonie i stopy, ramiona i ręce, usta czy piersi mają swój kształt, rytm,
dynamikę, a nawet cień i światło. Spojrzenie artysty musi być wnikliwe,
realne, ale i czyste, delikatne. Piękność wyrazić umie ten, kto ma oczy i
serce wrażliwe, ale i to nie wystarczy. Piękności nie trzeba tworzyć,
trzeba ją dostrzec a później do niej dotrzeć.
Maillol wiedział, że piękno,
jakiego poszukujemy, jest wciąż daleko i że kiedy dochodzimy do celu, kiedy
zdaje się, że myśl nasza osiąga właściwy kształt, w tym momencie
piękno staje się nieuchwytne. Rzeźbiąc zdawał sobie sprawę, że przed
nim powstała niejedna «Wenus» czy «Danaida», ale
samemu, ciężką pracą, korzystając z materii, która zawsze jest oporna,
trzeba odnaleźć własny styl, dojść do formy, która łączy to, co
obiektywne, z subiektywnym, jak najbardziej zindywidualizowanym spojrzeniem.
Na swojej nagrobnej płycie kazał
umieścić akt «Kąpiącej się, łokciem podpartej» kobiety, by w
ten sposób dać wyraz samotności, jaka była mu bliska, by mówić o
najbardziej milczącej spośród wszystkich muz, najtrudniejszej sztuce.
Ktokolwiek przybywa do Banyuls, nie musi oglądać wszystkich aktów Maillola,
bo odnajdzie je w Paryżu, Stuttgarcie czy Jerozolimie, lepiej żeby
zatrzymał się przed jednym z nich i uświadomił sobie, iż bez sztuki
można żyć, lecz sztuka bez życia nie istnieje. Liczy się każdy, kto dla
niej żyje, a czasem i umiera.
4
Ilekroć jestem na cmentarzu,
szukam tych, których znam. Szukam ich imion i grobów. A właściwie ich
samych. Ich rozterek i zwątpień. Nie wystarczają mi zapalone świece lub
kwiaty świadczące o tym, że nie zostały zapomniane dokonania zmarłych.
Nie wystarcza mi historia życia. Ilekroć stoję przed jakimś grobem, nie
potrafię ograniczyć się do jednego czasu i jednego miejsca, a nawet jednej
osoby. Myślę o tych, którzy są i o tych, których nie ma, o wszystkich,
którzy są lub byli na różny sposób w moim życiu obecni.
«Zmartwychwstanie»,
dzieło pod którym spoczął August Zamoyski, ukazało się moim oczom, kiedy
patrzyłem na Maillolowską piękność. Dlaczego właśnie w Banyuls? Czym
tłumaczyć tę dziwną podróż, wędrówkę w czasie i pamięci? Czy jest to
najodpowiedniejszy moment? Dlaczego teraz? - zastanawiałem się. I nie
umiałem tego niczym wytłumaczyć ani oderwać się od innych pól, drzew i
kwiatów.
Czerwcowa eskapada na południe
Francji była pierwszą wyprawą w głąb kraju. Emocje, jakie towarzyszyły
przygotowaniom do wyjazdu, potęgował fakt, iż na miesiąc musiałem
opuścić Wyspę św. Ludwika. Czy warto? Czy nie lepiej było pozostać na
rue Poulletier? - pytałem siebie w drodze z Paryża do Tuluzy. Pociąg, do którego
wsiadłem w stolicy Langwedocji, miał mnie dowieźć do Muret. Nie znałem
Heleny Zamoyskiej i bałem się, że jej nie rozpoznam. Jednak znalazłszy
się na peronie nieznanej miejscowości, zanim zdążyłem się rozejrzeć,
usłyszałem radosne bonjour. Zapewne zwróciłem na siebie uwagę zagubieniem
lub obcym wyglądem. Rozpromieniona, niezwykła twarz mówiła wiele. Obawy
zniknęły. Stare „Deux Chevaux“ każdemu wydałoby się
dziwacznym wehikułem, pojazdem należącym do ekscentryka albo osoby
niepraktycznej. Nietypowy citroën jest pewnie własnością kobiety, która
nie przywiązuje wagi do rzeczy materialnych - pomyślałem. Ale - jak się
miało wkrótce okazać - nie był to brak dbałości, lecz przywiązanie i
szacunek do czegoś, co jest równie ważne, jak każdy przedmiot służący
bliskiemu człowiekowi. Jazda z Muret do Saint-Clar-de-Rivière, podczas
której mogłem podziwiać szczyty Pirenejów, miała się stać jedną z
wielu wypraw. „Mój mąż mawiał, że tutaj czuje się jak w Tatrach,
ale góry można oglądać tylko wtedy, gdy jest dobra pogoda“ -
usłyszałem.
Na kilka tygodni stałem się
lokatorem słynnej „stajenki“, do której - z polskich gości -
zawitali niegdyś Władysław Tatarkiewicz, Jacek Woźniakowski, Andrzej Wajda
i wielu innych. „Trzeba dobrze się zamykać. Kiedyś ocknąwszy się
poczułem kłopotliwy ciężar i po chwili uświadomiłem sobie, że jakieś
bydle liże mnie po gębie. Bałem się otworzyć oczy. Powiedziałem sobie
jednak: «trudno, będzie co będzie». Spojrzawszy dostrzegłem
ogromnego wilczura. Wcale nie chciał ze mnie zejść. Poszedł sobie dopiero
wtedy, kiedy się znudził. Lepiej więc uważać, bo psy są tak szalone, jak
ich właścicielka“ - przestrzegał mnie w maju 1991 roku Stefan
Kisielewski.
Reminou, jedyny stróż
XVIII-wiecznej wiejskiej posiadłości, wyglądał groźnie, ale był łagodny
jak całe otoczenie niezwykłego domu. Czasem pani Helena zabierała go do
Saint-Lys, Seysses czy Pibrac. Uwielbiała zwierzęta, przyrodę, spotkania i
- jak mogłem się przekonać - podróże. Dzięki niej poznałem Albi i
muzeum Toulouse-Lautreca, zamki Gaskonii i Langwedocji, spokojne i senne
Rieumes, piękny, należący do państwa Connolly dom na wzgórzu Monés,
klasztor dominikanów, w którym mieszkał kiedyś Jacques Maritain, a także
starą tuluzańską księgarnię, w której odkryłem dzieła Bousqueta.
Od Kisiela słyszałem, że „August
był erotomanem i strasznym kobieciarzem“, dzięki Helenie, emerytowanej
profesorce uniwersytetu w Tuluzie, towarzyszce ostatnich lat życia i wiernej
propagatorce dzieła zmarłego w 1970 roku rzeźbiarza, ujrzałem zupełnie
innego człowieka. Poznałem artystę, który czerpał natchnienie z Biblii,
nie umiał oddzielić wiary od swojej pracy i lubił powtarzać, że jest
P.K.Z. - Polak-katolik-Zamoyski.
Zazwyczaj wiele mówi się i pisze
o poetach, malarzach czy rzeźbiarzach, znacznie mniej o ich żonach, muzach,
życiowych podporach i opiekunkach. Powstają książki o kobietach w życiu
Puszkina, Chateaubrianda czy Mickiewicza, ale zasadniczo liczy się tylko
artysta. A przecież często dzieła nie da się oddzielić od osób, które
pozostają w cieniu. Nie sposób dokładnie zmierzyć i wycenić, jakie kto
posiada zasługi, najistotniejsza jest jednak obecność, dzielenie się
własnym życiem, własną osobowością, a nade wszystko przyjaźnią i
miłością.
„Trudno mi wyrazić, jak
wielkim szczęściem było dzielenie z Augustem Zamoyskim ostatnich dwunastu
lat jego życia. Z upływem czasu coraz silniej promieniowała zarówno jego
osobowość, jak i to, co dzięki niemu odkryliśmy. Pozostaje niezapomniany i
stale obecny“[7] - zwierzała się Helena Zamoyska. Owa niezapomniana i
stała obecność była bardzo odczuwalna. Nie tylko dlatego, że jego grób
znajdował się tuż za domem. Przede wszystkim dlatego, że pani Helena nadal
promieniowała szczęściem, jakie przed laty stało się jej udziałem. Była
i jest dla mnie istotą niezwykłą, potrafiącą łączyć w sobie wielkość
ducha i zalety umysłu ze skromnością, powściągliwością i
serdecznością. „To, co miałbym do powiedzenia, kierowco drogi, droga
[Heleno], że wspaniale jest móc patrzeć, jak całe otoczenie dostosowuje
się do Pani uśmiechu i postawy“[8] - pisał w jednym z listów Borys
Pasternak. Autor «Doktora Żywago» nie ukrywał, że jest
oczarowany tą wyjątkową kobietą. W jej obecności wszystko wokół
stawało się piękniejsze, pociągające i niecodzienne.
Miesiąc pobytu w
Saint-Clar-de-Rivière był jednym z najbardziej intensywnych okresów
mojego życia. Mogłem poznać dzieło, którego nie znałem, odkryć świat,
jaki dotąd wydawał się zbyt odległy, przesiąknąć atmosferą miejsca i
czasu, który trwał nie tylko w pamięci. Ilekroć wyruszam na południe
Francji, Dom św. Jana Chrzciciela, pracownia i grób polskiego rzeźbiarza,
zmartwychwstający Chrystus, «Wtopiona w marmur» nieznajoma,
«Rhea» i «Wenus», «Natasza» i
«Franka», wreszcie żywa, niezwykła postać pani Heleny - są
razem ze mną.
5
Z Banyuls do Port Bou jest o wiele
bliżej niż z Saint-Clar-de-Rivière do Banyuls. Podróż do
Carcassonne, która początkowo wydawała się możliwym do zrealizowania
przedsięwzięciem, okazała się nierealnym pomysłem. Za granicę francuską
postanowiłem wybrać się dlatego, bo - jak usłyszałem - „ceny hoteli
po drugiej stronie są bardziej zachęcające“. Nie zabrałem z Paryża
przewodnika po hiszpańskiej Katalonii. Wiedziałem tylko, że w 1888 roku w
Cerbère, w drodze do Barcelony, zatrzymał się Henryk Sienkiewicz i
że w Port-Bou w 1940 roku popełnił samobójstwo Walter Benjamin. Nie
zamierzałem jednak poszukiwać śladów minionych wydarzeń.
Wyruszając z Paryża nie musiałem
się zastanawiać, „czy nie kupić rewolweru «na sześć osób»“,
nie pomyślałem też o „irchowym trzosie w formie pasa“, nie
miałem bowiem rubli, guldenów, „franków w złocie“[9] ani
kosztowności. W pociągu z Cerbère do Port-Bou było pusto. Nie
doczekałem się żadnej rewizji ani - co mnie bardzo zaskoczyło - kontroli
biletów. Dla polskiego pisarza podróż okazała się okropna, dla
niemieckiego filozofa tragiczna. Autor «Quo vadis» został
okradziony, przez własną lekkomyślność pozbył się pugilaresa z
paszportem, książeczką legitymacyjną i kartami wizytowymi. Autor
«Iluminacji» stracił życie.
„[...] nasz obraz szczęścia
karmi się i syci czasem, w jaki rzucił nas bieg naszego życia. Szczęście,
które mogłoby budzić w nas zawiść, istnieje tylko w powietrzu, którym
oddychaliśmy, wśród ludzi, do których moglibyśmy mówić, między
kobietami, które mogłyby się nam oddać. Innymi słowy, w wyobrażeniu
szczęścia niezbywalnie współbrzmi wyobrażenie zbawienia. Podobnie jest z
wyobrażeniem przeszłości, które historia czyni własną sprawą.
Przeszłość niesie w sobie tajemny wskaźnik, który kieruje jej uwagę na
zbawienie. Czy nie czujemy muśnięć powietrza, które otaczało ludzi
wcześniej żyjących? Czy w głosach, którym nakłaniamy ucha, nie brzmi
echo głosu tych, co zamilkli, czy kobiety, o których względy zabiegamy, nie
mają sióstr im nie znanych?“[10] - pytał autor «O pojęciu
historii». Czym sycił się Walter Benjamin w ostatnich chwilach swego
życia? Czy myślał o nieudanym związku z Dorą i naukowych niepowodzeniach?
Czy wspominał tych, którzy odrzucili jego dzieło? Czy już tylko śmierć,
pragnienie śmierci i rozpacz zaglądały mu w oczy?
Port-Bou jest dzisiaj małym,
typowo przygranicznym miastem. Rano i po południu kwitnie handel. Ulice
wypełniają się sprzedawcami i kupcami. Nieliczni turyści kryją się pośród
skał, by się opalać lub odpoczywać. Kto ma samochód wyrusza na zwiedzanie
okolicy. Wieczorem zapełniają się bary i restauracje, domy rozbrzmiewają
gwarem i, niekiedy, hałaśliwą muzyką. W niewielkiej zatoce do późna w
nocy nie brakuje spacerowiczów. Młodzi i starzy, samotni i zakochani, stali
mieszkańcy i niecodzienni goście szukają swojego szczęścia, chwili
wytchnienia czy po prostu rozrywki. Dla ilu z nich to, co wydarzyło się
podczas ostatniej wojny, jest jeszcze własną sprawą? Jakie mają
wyobrażenie przeszłości? I czy odczuwają jakieś muśnięcia powietrza? Co
mówi im cmentarna tablica, upamiętniająca imię niemieckiego filozofa? Czy
docierają do nich jakieś echa, głosy, obrazy? - można by zapytać. Ale
przecież nikt nie wyrusza z Polski, z Niemiec czy z Francji po to, by
przekroczywszy hiszpańską granicę włóczyć się po cmentarzu.
Najczęściej Port-Bou jest przystankiem, jedno czy dwudniowym azylem,
miejscem przejściowym. Katalończycy chcą jak najwięcej zarobić na
turystach. Przybysze zatrzymują się i odjeżdżają. Wyruszając dalej
szybko zapominają o zagubionej pośród zielonych wzgórz mieścinie.
Dla mnie podróż kończyła się
na Port-Bou. Pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślałem po zainstalowaniu się w
hotelu, było pozostawienie miasta i ucieczka nad morze. Ciepłe, wrześniowe
popołudnie zachęcało do kąpieli. Nad urwiskiem błąkały się pojedyncze
osoby. W zacisznym, nasłonecznionym skalnym wyłomie, na skrawku pozbawionej
kamieni plaży leżała naga para. On odwrócony do niej plecami, ona swobodna
a jednocześnie trochę zagubiona. Siadała, wstawała, znowu się kładła.
Patrzyła przed siebie lub zanurzała się w wodzie. Mężczyzna drzemał.
Dziewczyna nie umiała znaleźć sobie miejsca. Wreszcie podeszła na skraj
lądu i położyła się na mokrym piasku. Łagodna fala zakrywała i
odkrywała jej nogi, ale nie dosięgała obnażonego łona. Czy w pewnym
momencie dostrzegła utkwione w siebie obce spojrzenie? Czy poczuła mój
wzrok? Nie wiem. Speszyła się czy zlękła? Nie to było w tym momencie
najistotniejsze. Moje oczy syciły się obrazem szczęścia i nieszczęścia
zarazem. Kobieta, którą ujrzałem, na pewno nie była tą, o której względy
umiałbym zabiegać. A jednak wydała mi się zesłaną przed przypadek
istotą, siostrą moich zwątpień.
Nie pamiętam, jak trafiłem na
skraj zatoki. Choć powinno być to dla mnie oczywiste, nie spodziewałem
się, że na miejscowym cmentarzu odnajdę grób Waltera Benjamina. Czy sam
wybrał sobie wzgórze, z którego widać i miasto, i zatokę, i otwarte
morze? Czy o pochówku zadecydował urząd komunalny? Czy znalazł się ktoś,
kto towarzyszył mu w ostatniej drodze? Na te pytanie niestety nie potrafiłem
odpowiedzieć. Grób filozofa, a potem «Pasaże» Dani Karavana
wydały mi się opuszczone. Memoriał dedykowany Walterowi Benjaminowi i
uciekinierom z Europy straszył rdzą, fekaliami i śmieciami, jakie ktoś
powrzucał do spadającego w morze tunelu.
|
Grób Aristide’a Maillola (Banyuls-sur-Mer,
1997).
Fot. Marek Wittbrot
|
|
Wsiadając do pociągu, który miał
mnie zawieźć do Cerbère, wciąż miałem w oczach Punta de Gatillepis,
symboliczny monument Karavana oraz fale i zawirowania historii, która w
sposób okrutny obchodzi się tak z ludźmi, jak i z pamięcią o ofiarach
nienawiści i przemocy. Nie wiedziałem wtedy, że z Puig del Mas, w którym w
czasie wojny mieszkał Aristide Maillol, wyruszył w ostatnią drogę autor
«Iluminacji». Moja wędrówka z Puig del Mas do Port-Bou była
jedną z wielu wypraw. Dzięki niej jednak silniej przemówiły do mnie słowa
wojennego uciekiniera i życiowego rozbitka. Walter Benjamin uważał, iż
trzeba sycić się szczęściem, jakie zsyła nam czas, bo ono łatwo, szybko
i zbyt często staje się jedynie bolesnym wspomnieniem. Czy umierając
potrafił jeszcze wskrzesić jakiś miły sercu obraz, czy też muśnięcia
ciepłego powietrza kazały mu myśleć o czasie, który nie będzie mu dany i
o szczęściu, które zostało mu odebrane? Na to pytanie tylko on umiałby
odpowiedzieć, ale są też pytania, na które każdy, oglądając
katalońskie «Pasaże», sam musi odpowiedzieć.
6
Nieciekawe, senne, zaniedbane Cerbère
i malownicze wzgórza półwyspu przeniosły mnie w inny czas, w odległy
zakątek i wciąż nie zacierające się w pamięci krajobrazy. Świerczyna
nie ma nic wspólnego z katalońskimi osadami, a właśnie wioska, w której
spędziłem pierwsze lata życia, znowu stała się żywym wspomnieniem.
Stary, niewielki, zakryty drzewami niemiecki cmentarz jeszcze na początku lat
osiemdziesiątych pozwalał odgadnąć, jaki był jego pierwotny kształt.
Kiedy w roku 1990, przed opuszczeniem Polski, postanowiłem go zobaczyć, w
niewielkim stopniu przypominał dawne miejsce wiecznego spoczynku. Był
niegdyś moim ulubionym zakątkiem. Przyciągał swoją tajemniczością i
położeniem. Chodząc do malutkiego - zaledwie o pięć minut oddalonego od
domu - cmentarnego lasu, pod rdzewiejącymi krzyżami i wypisanymi dziwnym
gotyckim pismem nazwiskami, od czasu do czasu odnajdowałem świeże kwiaty.
Nigdy nikogo pośród cmentarnych zarośli nie spotkałem. Ale żałobne
wiązanki i palące się świece, a także ślady czyjejś niszczycielskiej
obecności, kazały przypuszczać, że nie jestem jedynym bywalcem niegdyś
nasypem i torami odgrodzonego od wioski świerczyńskiego lasu.
Helena Zamoyska w kilka miesięcy
po śmierci swojego męża wspominała ostatnie jego spojrzenie, „spojrzenie
artysty“[11], które - według Augusta Zamoyskiego - zawsze powinno być
podobne do spojrzenia nowo narodzonego dziecka. Pierwszy okrzyk to reakcja na
światło i piękno świata. Ale przecież bardzo wcześnie doświadczamy
czegoś przeciwnego. Świat ludzki bywa niepiękny, odpychający, ale też
przerażający i tragiczny. Jak patrząc na cierpienia i nieszczęścia
zachować spojrzenie artysty? Czy jest wielu takich, którym w obliczu
śmierci udaje się go nie zatracić?
W dziecięcych oczach nawet ukryte
w gąszczach mogiły, porozbijane cmentarne anioły, wyblakłe klepsydry mogą
wydać się piękne. Ale wchodząc w dojrzałe życie szybko sobie
uświadamiamy, że ziemia skrywa wiele straszliwych pamiątek. Szczęśliwy,
kto - jak Aristide Maillol - może spocząć pośród swoich muz, lecz przecież
jest i wielu takich, którym pozostał tylko jeden pasaż. W Port-Bou we
wrześniu 1997 roku morze było piękne, spokojne i łagodne, być może takie
samo jak wtedy, kiedy po raz ostatni patrzył na zatokę Walter Benjamin. Czy
jednak łatwo patrzeć na piękno świata w najczarniejszej godzinie życia?
„Mój brat mrok“[12] -
notował w swoim dzienniku Joë Bousquet. Nie ukrywał, że każdego dnia
pragnął śmierci. Pytał, co jest straszniejsze: śmierć czy życie bez
przyszłości. Wybrał jednak światłość, której na co dzień był
pozbawiony. Ktokolwiek widział jego pokój, wie, jakie pokrewieństwo miał
na myśli. Przez lata zmagania się z kalectwem wiele razy zwątpił, nieraz
chciał chwytać za pistolet, lecz trwał, pokonywał swoje słabości i
wątpliwości. „[...] całe życie było mi dane jakby w olśnieniu. I
nic nie jest bardziej podniosłe dla człowieka, jak odczucie w sobie całego
swego przeznaczenia. Ponad radością, ponad bólem wznosi się śpiew życia,
gdzie człowiek rozpoznaje siebie i pewien fakt przyniósł mu przywilej
znalezienia się na poziomie swego nieszczęścia. Byłem stworzony dla
miłości, co nie jest powiedziane, że urodziłem się dla szczęścia“[13]
- pisał rok przed śmiercią. Złamała go wiadomość, iż już nigdy nie
ujrzy tej, którą nazywał swoją przyjaciółką, maleńką dziewczynką,
najdroższą i ukochaną istotą. Coraz bardziej pogrążał się w mroku. Na
zawsze opuścił swoje łoże boleści we wrześniu 1950 roku.
Można patrzeć w ciemność, a
nawet w otchłań śmierci i nie tracić z oczu innych, bliskich sercu
krajobrazów. Można cierpieć i przeżyć wiele katastrof, a jednocześnie
nie zwątpić w miłość, zachować spojrzenie artysty, spojrzenie dziecka,
które nawet w nieszczęściu pozostaje czyste. Kiedy pociąg ruszał ze
stacji Cerbère słońce kryło się za horyzontem, ale w oczach
pozostał błękit morza, lśniące wody zatoki, wzgórza laudanum, pola falujących
pszenicznych kłosów, ale też Rewa, Wittdün i Monte Faito.
7
Nie sądziłem, że moja podróż
nie zakończy się w pogodny wrześniowy poranek, wraz z powrotem do Paryża.
Nie przypuszczałem, iż zbieg okoliczności a może los sprawi, że tego
samego dnia spotkam się z modelką Aristida Maillola i Augusta Zamoyskiego
oraz że - na Placu Inwalidów - na zawsze pożegnam się z przyjacielem.
Kiedy patrzyłem na niego, przykutego do szpitalnego łoża, nie mogłem
uwierzyć, że już nie usłyszę żadnej z jego niezwykłych opowieści, że
jedyną odpowiedzią na moje pytania pozostaną jego łzy.
Michał Milberger niechętnie
wspominał Dinę Vierny, czasem mówił o jej pewności siebie i władczym
usposobieniu, przypominał spotkania z jej synem i propozycję współpracy, z
której nie skorzystał. Oprowadzający mnie po wystawie w «Gerhard
Marcks-Haus» kustosz bremeńskiego muzeum narzekał na właścicielkę
«Fundacji Aristida Maillola». „Do wszystkiego musiała się
wtrącić i wszystkim dała się we znaki“ - skarżył się Arie Hartog.
„Ta boska Dina nigdy nie jest taka sama. Nigdy nie ukazuje się w taki
sam sposób. Trzeba wejść w konszachty z diabłem, żeby dojść z nią do
prawdy“[14] - zwierzał się francuski rzeźbiarz. Dla Maillola była
nieodgadniona. Raz zdawało mu się, że wie o niej wszystko, innym razem, że
nic nie rozumie. Dlaczego August Zamoyski opuszczając w 1940 roku Paryż
polecił ją swojemu koledze? Co zadecydowało?
Niewielki, 51 centymetrowy, kobiecy
akt z białego marmuru przypomina greckie i rzymskie rzeźby. Zamoyski
rozpoczął nad nim pracę w 1940 roku, dzieło swoje ukończył w roku 1944,
w Rio de Janeiro. Maillol twierdził, że w Dinie odnaleźć można to, co
antyczne, ale w swoim zachowaniu nie jest ona wcale antyczna. Kiedy ją
zobaczyłem, byłem przekonany, że mam do czynienia z kobietą, która wie,
czego chce, kobietą czynu, kobietą świadomą swoich możliwości i siły
oddziaływania. Od czasu, w którym pozowała rzeźbiarzom, minęło wiele
lat, ale pozostała osobą, jaką w swoich dziełach uwiecznili obydwaj
artyści.
Po pożegnaniu się z Michałem
Milbergerem w pogodny i - jak się miało okazać - feralny dzień, udałem
się do Muzeum Maillola. Dina Vierny poprosiła o zdjęcia z Banyuls, a potem
zaznaczyła te fotografie, na których wykorzystanie wyraziła zgodę.
Stwierdziła również, że tekst dotyczący autora «Nocy» i
«Harmonii» przed publikacją powinienem z nią skonsultować, by
nie było żadnych nieścisłości czy błędnych informacji. Tekst o Maillolu
nie powstał a zdjęcia nigdy nie zostały wykorzystane. Ilekroć próbowałem
zasiąść do pisania, powracał w pamięci nie tylko banyulski nagrobek, lecz
i grób niemieckiego filozofa, «Zmartwychwstanie» Zamoyskiego,
świerczyński cmentarz, ciemny pokój autora «Listów do Poisson d`Or»,
a potem gasnące spojrzenie przytwierdzonego do szpitalnego łoża Michała i
zbiorowa mogiła, w której spoczął. Niekiedy też powracał dawny sen. W
drodze do Banyuls myślałem, że jestem w Rewie, Wittdün i nad Neapolitańską
Zatoką. I choć wiem, że tylko w snach lub w wyobraźni można jednocześnie
przenosić się w kilka miejsc, nie umiem oddzielić od siebie różnych
zdarzeń, faktów i momentów życia.
W Rewie po raz pierwszy
zrozumiałem, co znaczyć może jeden gest, jedna chwila, jedno spojrzenie
albo czyjaś obecność, zaś w Wittdün i na Monte Faito, mimo porannego słońca
i wspaniałych widoków, nie umiałem się sycić żadnym obrazem szczęścia.
Serce i duszę spowijał mrok. Błękit nieba i piękny, olśniewający widok,
łagodne muśnięcia powietrza i spokojne fale sprawiały, że samotność
stawała się jeszcze dotkliwsza. Ponad radością, a nawet ponad opuszczeniem
i ciemnym tunelem, w który trzeba się rzucić, czasem unosi się śpiew
życia. Można stając przed otchłanią zachować spojrzenie dziecka,
spojrzenie artysty. Można w najczarniejszej godzinie karmić się
szczęściem albo w nieszczęściu dostrzec piękno natury i istnienia.
Każdy, być może, jest stworzony dla miłości, ale i ona nie jest
nieśmiertelna. I w jej oczy zagląda śmierć.
Nieoczekiwane spotkanie, zwykły
przypadek albo los sprawia, że dane nam bywają niecodzienne doznania,
niezwykłe chwile lub niezapomniane przeżycia. Nie wolno jednak zapominać,
że umieranie nie jest snem ani złudzeniem. Nikt nie zna dnia ani godziny,
jaka jest mu przypisana. Dlatego warto pamiętać, że kolejny krok może
okazać się ostatni, następny pocałunek może oznaczać pożegnanie, a
nadesłany list stać się może testamentem.
8
Mój ojciec nigdy nie pisał do
mnie listów. Napisał tylko raz, we wrześniu 1995 roku. Napisał jedno
zdanie: „W drodze i na drodze wybranej spotykaj serdeczność i
prawdziwą miłość“. Byłem zaskoczony a nawet zdumiony. Nigdy bowiem
nie umiał objawiać swoich uczuć. Zdanie, jakie napisał, okazało się
ostatnim i jedynym świadectwem jego pamięci. Nie, nie zagoiło ran ani nie
pozwoliło zapomnieć o przeszłości, ale było dla mnie dowodem, że nawet w
nieszczęściu nie wolno gasić światła serca.
Jedyny list od Michała Milbergera
dotrał do mnie ze Stambułu. Dotarł z miasta, którego nigdy nie zapomnę. W
jego zdawkowej relacji radość z odwiedzin domu, w którym umarł Adam
Mickiewicz, mieszała się z olśnieniem i zachwytem. „Wstrząsające
są niektóre mozaiki w świątyniach bizantyjskich“ - donosił. Zawsze
poruszały mnie miniatury Michała. W kilka miesięcy po jego powrocie z
Turcji i po moim powrocie z Katalonii poruszające stało się jego umieranie,
a potem likwidacja pracowni i walka różnych osób o to, co po nim pozostało.
Mnie nie pozostało nic, jak tylko wierzyć, że wielu patrząc na jego
zakochanych, ślepca czy żebraka, będzie mogło kiedyś przeżyć wstrząs,
o jakim pisał.
Nic nie powstaje samo z siebie.
Nikt nie przychodzi z nikąd. Liczy się miejsce, czas, a nawet układ planet,
jaki towarzyszy naszym narodzinom. Liczy się ziemia i niebo, pod którym
wydajemy pierwszy okrzyk. Liczą się polanowskie wzgórza, bukowskie łąki i
malechowskie lasy, a może nawet świerczyński cmentarz. Ważne są pierwsze
olśnienia, pierwsze łzy, pierwszy sukces i upadek. Ważne są lata zmagań i
poszukiwań. Ważne jest szczęście, ale też gorzka wiedza o tym, jak trudno
i jak często trzeba z niego rezygnować. Najważniejsza jest prawda
istnienia... A jeszcze ważniejsza owa przemiana, a może nawet wstrząs,
porażenie, światło duszy czy serca, które prowadzi nas przez ciemności,
noce czy zwątpienia. Szczęśliwy ten, kto umiera jak bohater. Szczęśliwszy
od niego może być chyba tylko ten, kto w ostatnim spojrzeniu nie traci z
oczu innego spojrzenia...
|

Memoriał Dani
Karavana (Port-Bou, 1997). Fot. Marek Wittbrot
|
|
Jak pod katalońskim niebem, pośród
skał, poczułem muśnięcia powietrza, tak chciałbym poczuć jeszcze jedno
spojrzenie. Jeśli jednak czyjaś ręka rozrzuci moje prochy a wiatr poniesie
je na zachód czy na północ, niedaleko od znajomych brzegów, za niczym już
nie będzie tęsknić moja dusza. Jeśli obraz szczęścia może karmić i
sycić się czasem, w jaki każdego z nas rzucają upływające lata, może
też sycić i karmić się losem, przeznaczeniem, świadomym wyborem.
Marek WITTBROT
Paryż, 3-24 maja 2000 r.
1 Joë Bousquet „Listy do Poisson
d`Or“, przełożyła Faustyna Jordan, Londyn 1971, s. 15.
2 Simonne Weil do Joë Bousquet (12.05.1942), w: „Joë Bousquet dans
Cahiers du Sud (Anthologie)“, Marseille 1981, s. 89.
3 René Nelli „Joë Bousquet, sa vie, son oeuvre“, Paris 1975, s.
95.
4 Henri Frère „Conversations de Maillol“, Genève
1956, s. 42.
5 J.w., s. 195.
6 J.w., s.307.
7 „August Zamoyski 1893-1970“ (katalog wydany w stulecie urodzin
artysty z okazji wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie), Warszawa 1993, s. 9.
8 Boris Pasternak „Lettres à mes amies françaises 1956-1960“,
Paris 1994, s. 108.
9 Henryk Sienkiewicz „Listy“, t. II, cz. 1, Warszawa 1996, s. 574.
10 Walter Benjamin, „Anioł historii“, przełożył Hubert
Orłowski, Poznań 1996, s. 414.
11 Hélène Zamoyska „Portrait d`un artiste“, w: August
Zamoyski „Au-dela du formisme“, Lausanne 1975, s. 29.
1 2 Joë Bousquet „Journal“, w: „Joë Bousquet dans Cahiers
du Sud (Anthologie)“, Marseille 1981, s. 26.
13 Joë Bousquet „Listy do Poisson d`Or“, j.w., s.135.
14 Henri Frère „Conversations de Maillol“, j.w., s. 279.
|
Nordsee (Norderney 1993)
Fot. Marek Wittbrot
|
|