Zdania, przecinki, kropki

Zamyślenia z notatnika

Największy cud życia to Chrystus pośród nas. Jak to możliwe, pyta wielu, że sam Bóg zjawił się w betlejemskiej szopie. W ten sposób stawiając pytanie powtarzamy zastrzeżenia greckich intelektualistów, którzy nie mogli pojąć, że Bóg zniżyłby się do poziomu najniższego z możliwych i przyjął ludzkie ciało. Przecież, jak wówczas sądzono, materia jest siedliskiem "niebytu", zła. Jej właściwie nie ma, gdyż jest zbytnio oddalona od Dobra, pojmowanego jako zasada absolutna. Bóstwo - właśnie dlatego - nie może w żaden sposób zbliżać się do czegoś, co nie ma  żadnej wartości. Tymczasem chrześcijanie z uporem powtarzają, że Bóg stał się człowiekiem, po to, aby ludzie mogli uczestniczyć w Jego bóstwie. Cóż to oznacza dla nas, dzisiaj?

To kwestia także poetyckiego sposobu  bycia. Albowiem w żywioł naszego istnienia musi wkraczać piękno. Nie chodzi  jedynie o jego estetyczny wymiar, ale piękno duchowe. Ono sprawia, że potrafimy wychylać się ku dobru, akceptować inaczej myślących, cieszyć się z ich sukcesów. Oczywiście, łatwe to nie jest. Niemniej, konieczne, abyśmy nie zatracili poczucia jedności ze sobą i dookolnym światem. Abyśmy mogli zapraszać się wzajemnie do budowania kręgu codziennej jedności. Zaproszenie to coś fascynującego, oznaczającego rodzącą się życzliwość, nawet serdeczność. Nie otwiera się przecież drzwi komuś, kto albo nie chce przyjąć  bliskości, albo daje znaki nikłego poszanowania naszej osoby. Gdy zatem potrafimy być razem, zaakceptować siebie takimi, jacy realnie jesteśmy - dzieje się najprawdziwszy cud. Stąd wypada powiedzieć, że gościnność stanowi o jakości życia.

Niestety, nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę. Gubimy jednoczące moce miłości. Wówczas zjawia się potrzeba ujawniania szlachetnych przestróg. Jesteśmy bowiem wolnymi istotami. Odkrywamy w sobie duchowo mocne miejsce, do którego dostępu nie ma - przypuszczam - nawet Bóg. To nie paradoks, ani jakaś kaznodziejska sztuczka. Rzeczywiście, trzymamy w dłoniach nitkę, tworzącą granicę dostępności do naszych serc. Zachęta do pomnażania dobra, wędrowania szlakami sumienia wciąż pozostaje zachętą tylko. Musimy jednak podejmować trud upomnień. Nauczanie i wychowanie to ciągła praca z kimś, kto znajduje się w stanie dojrzewania, kto poszukuje miejsca, gdzie mogły złożyć swe nadzieje.

Zresztą, gdybyśmy byli zdani na własne siły, nie moglibyśmy ani siebie ani innych zrozumieć. Zawsze (na szczęście) jest ktoś, kto daje początek nie tylko naszemu biologicznemu życiu, ale przede wszystkim uruchamia w nas, tak nazwę, czułość etyczną, pragnienie, aby czynienie dobra stawało się codziennym gestem życia. Łatwo przecież popaść w ułudy, zauważać tylko własne potrzeby. Wówczas doświadczenie rzeczywistości kurczy się do przestrzeni zdradliwego poczucia spełnienia. I dotykają nas perswazje grzechu. Jednakże nauczyliśmy się z nich wyzwalać. Za oknem każdego dnia świta kolejny dzień. Zjawiają się nowe nadzieje. Z małych i wielkich gestów wolności tworzymy swą osobowość, umacniamy iskierkę niepowtarzalności, duchowej piękności. Pamiętajmy tylko: medytacyjne odnoszenie się do ziemskich krajobrazów oraz sztuka przyjmowania i udzielania napomnień pozostawać winna osobowym gestem rozpoznawczym. Któż powie: już w pełni istnieję. Dopóki podejmujemy suwerenne decyzje, nie wiadomo ostatecznie jacy ocalejemy przed Stwórcą. Ale ocalejemy, gdyż On stał się jednym z nas...

Siostra Faustyna zauważyła w swoim "Dzienniczku", że aniołowie zazdroszczą nam bodaj dwóch rzeczy: liturgii świętej i cierpienia. Ty, Boże, prowadzisz mnie już od tylu lat. Cóż zdziałałbym bez Twego uporczywego wsparcia, lecz wciąż nie wiem, co to naprawdę znaczy miłość do Ciebie. Czy potrafię porzucić wszystko i biec w stronę niebieskiego piękna?
Głosy ziemi krzyżują się z dymem ognisk i zapachem liści, ale moje życie nie gardzi tą odrobiną smutku w oczach, w sercu, w miłości.

W dłoniach mojej mamy Franciszki
niebo pachnie: paprocią, żurawiną,
żytem, skrzypem i nie użala się
nad światem.

Nagle usłyszałem w sercu wiersz Różewicza o radości rodzącej się z radości, która krąży między ziemią a niebem, w środku szarego dnia. Bo dzień rzeczywiście szary, przemoknięty mgłami i zapachem zgniłych liści. Nawet nie wychylam głosy poza okno i biurko. Uciekam w lektury, rozmowy oraz sen. Na szczęście dzwonią telefony, wbiegają do skrzynki internetowej liściki niemal z całego świata. Więc żyję i podnoszę z dziękczynieniem głowę. Bóg podtrzymuje moje zdziwienie w gorącym rytmie.

Kilka dni temu odwiedziłem Pawła Hertza. Jakieś, mam nadzieję, chwilowe kłopoty zdrowotne zatrzymały go przy szpitalnym łóżku. Rzadko z nim  się widuję, ale każde spotkanie to autentyczna duchowa przyjemność. Pełne intelektualne wytchnienie. I - nieco się zadziwiłem - gdy powiedział, że nie warto specjalnie zamartwiać się aktualną sytuacją w Rosji. Albowiem bizantyjskie tradycje muszą szukać własnych rozwiązań i wizji bycia w świecie.

Początek roku 2000 przeżyłem w Milanówku. Zwyczajne chwile obecności. Tam jednak, gdzie rozwija się miłość nawet zwyczajność staje się niezwyczajna. Przyznaję jednak, iż nie potrafiłem przekazać księdzu Piotrowi i Teresie wyraźnych znaków radości. Pokory wciąż muszę się uczyć i o nią modlić się.

Warto pamiętać, że ludzkie istnienie przenikają chwile zarówno dostojnych uniesień, jak i momenty nieporadności, osłabienia miłosnego żaru. Trudno byłoby wytrwać w doskonałym napięciu egzystencjalnym, pozbawionym rys, niepewności czy strachu. Tylko Bóg Trójjedyny nie waha się w miłości.

W czasie, który mnie dotyka i obejmuje odkrywam Boga. Proszę się nie bać. Nie jestem panteistą. Jedynie dostrzegam, że bez Boga nie byłoby świata, ani najmniejszej możliwości jego zaistnienia. Greckie przekonanie o wiecznej cykliczności tego, co jest trzeba stanowczo porzucić.

W czasie świątecznym, milenijnym pomyślałem o tajemnicy czasu właśnie i tajemnicy twórczości. Bo cóż na to poradzę, że niekiedy odzywają się we mnie głosy ducha i daję się ponosić twórczym emocjom. Powołanie kapłańskie w niczym tutaj nie przeszkadza ani - tym bardziej - niczego nie fałszuje. Może nawet pomaga w zmaganiu się z oporem świata i języka.

Pisanie wierszy to cudowny dar. Przede wszystkim dlatego, że umożliwia wejrzenie w tajemnice, tkające ludzką rzeczywistość. Przecież wszyscy tęsknimy za pełną chwilą poznania. Piszę więc, aby wiedzieć więcej już tutaj, na ziemi, gdyż przekonałem się, że słowo sztuki, wywiedzione z pokory wobec świata i Boga, daje głębsze widzenie. Ma w sobie tajemną moc zaskakiwania. Potęguje zadziwienie kroplą mrozu na szybie albo nitką pajęczyny tlącą się w mroku poranka. Te "odrobiny istnienia" łączą nas ze Stwórcą. Należy zatem wsłuchiwać się w obecność tego, co jest. I nigdy nie ulegać ostatecznie sile wyobraźni, która niekiedy oddala od kontaktów z realnością życia. Odwodzi od autentycznego budowania więzów międzyludzkich. Dlatego też swoje wiersze wyprowadzam z doświadczonej materii życia.

Należę do osób szczęśliwych. Wiersze, które rodzą się we mnie przynoszą wytchnienie, uciszają serce. Są znakami wewnętrznego pokoju i zgody na samego siebie. Wiem, że nie mają one arcydzielnych wymiarów. Nie angażują w takim stopniu czytelniczych umysłów, jak chociażby teksty Miłosza, Herberta ks. Twardowskiego czy Zagajewskiego. Ale i w swym, tak nazwę, wymiarze środowiskowym tworzą język porozumienia. W wierszu rozmawiam, zapraszam do rozmowy i czekam na życzliwe gesty porozumienia.

Żyjemy w pięknym, lecz opanowanym przez niesprawiedliwość świecie. Często sami jesteśmy powodem owej niesprawiedliwości. Poezja upewnia w przekonaniu, że nadzieja jest silniejsza niż jakakolwiek krzywda. Będąc darem miłości - poezja umniejsza zniechęcenie, zgorzknienie. Prowadzi ku Bogu - Miłości. I niech tak już pozostanie. A w chwili śmierci, oby świadczyła na moją i świata korzyść.

Za oknem jasność styczniowego słońca. Czy ono kiedyś przestanie świecić? Czy wyczerpie się jego życiodajna siła? Niektórzy badacze sugerują, że tak się stanie. Ale zupełnie się owym możliwym wydarzeniem nie fascynuję. Dlaczego? Ważniejsze bowiem pozostaje, abym tęsknił do Boga, bo ON rozjaśnia moje życie i daje szczęście zbawienia. Abym nie zagubił owej jedności z tajemnicą, która nie pozwala na senność i utwierdzanie się w potoczności istnienia. Trzeba  powstawać z duchowego zastoju. Więc wracam do pasji wiary, modlitwy, studiów i spotkań. Do Twoich, Boże, darów.

Wracam również do bliskości z dotychczasowymi Czytelnikami "Naszej Rodziny"*. Co prawda, nie będziemy mogli przewracać kartek gazety ani cieszyć się jej artystyczną formą, a jedynie śledzić znaczki  internetowej sieci. Ale ważne, byśmy różnorako wspierali się wzajemnie. Żyjąc w ziemskim szczęściu, które - ufam -  stanie się i szczęściem nieba. Nasza histora nie jest bowiem niczym innym, jak tylko historią zbawienia. Stąd to, co autentycznie ludzkie wiedzie ku zbawczym krajobrazom...

Jan SOCHOŃ

Ks. prof. dr. hab. Jan Sochoń. Urodził się w 1953 roku w Wasilkowie. Studiował filologię polską i teologię w Białymstoku oraz w Warszawie, folozofię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jest wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Poeta, filozof, krytyk literacki, eseista i wydawca. Opublikował m. in. "Ateizm. Wizje Etienne Gilsona" (1993), "Słownik pojęć zmistyfikowanych" (1996), "Spór o rozumienie świata" (1998). Ostatnio opublikował tomy wierszy "Modlitwa z muzyką" (1996), "Wszystkie zmysły miłości" (1997) oraz swoje szkice i zapiski "Zdania, przecinki, kropki..." (1998). Krytycznie opracował i wydał "Kazania" księdza Jerzego Popiełuszki (1992), a także kilka antologii poetyckich. Mieszka w Warszawie.

* „Zdania, przecinki, kropki...” na łamach "Naszej Rodziny" ukazywały się  od 1993 do 1999 roku


 

© Recogito, Rafaliga