Samotność to swoboda ducha
Z ks. prof. dr hab. Józefem TISCHNEREM
rozmawia Marek WITTBROT
Ks. Józef Tischner - Urodził się w 1931 roku
w Starym Sączu. Ukończył Uniwersytet Jagielloński w Krakowie i
Akadamię Teologii Katolickiej w Warszawie. Jest profesorem
Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie i kierownikiem Katedry
Filozofii Człowieka na tejże uczelni, prezydentem Instytutu Nauk
o Człowieku we Wiedniu i kapłanej archdiecezji krakowskiej. Wydał
m. in. "świat ludzkiej nadziei" (1975), "Etykę
solidarności" (1981), "Polski kształt dialogu"
(1981), "Myślenie według wartości" (1982), "W
krainie schorowanej wyobraźni" (1997), "Ksiądz na
manowcach" (1999).
- Jaki jest człowiek?
- Ja bym powiedział, że każdy widzi, jaki człowiek
jest naprawdę.
- W "Etyce wartości i nadziei" pisał
Ksiądz, że człowiek jest naprawdę taki, jakim jest w
"sytuacji granicznej".
- Jest przede wszystkim taki, jakim stwarzają go
inne sytuacje. Inne sytuacje zupełnie czego innego wymagają. W
innych sytuacjach jest człowiekowi łatwiej i prościej, w związku
z czym odsłania inne właściwości swojego charakteru. Natomiast
w "sytuacji granicznej", kiedy chodzi o właściwości
istotne, podstawowe, ukazuje ze siebie to, co jest w nim naprawdę.
- Jaki jest Tischner w "sytuacji
granicznej"?
- Tischner jeszcze nie miał "sytuacji
granicznej"; życie go oszczędza albo on sobie nie zdaje
sprawy, że ma takie sytuacje.
- Czy człowiek jest taki, jakim go widzą
ludzie, czy takim, za jakiego się uważa?
- A czy to takie ważne? Napisane jest:
"Poznacie ich po ich owocach".
- Stykamy się z sensami innych osób,
wkraczamy w sens, w przestrzeń innej osoby. Czy spotkanie z innym
człowiekiem w jakiś sposób nas konstytuuje?
- W sytuacji spotkania inne sensy, te bardziej
powierzchowne, znikają, a odsłania się człowiek takim, jakim
naprawdę jest. Innymi słowy, można powiedzieć, że człowiek
odsłania się jak tekst bez kontekstu. Spotkanie wydobywa go z
jego kontekstu, ukazując go jako samodzielny, zamknięty, sam dla
siebie ważny tekst. Natomiast, kiedy w kontakcie z ludźmi
natrafiamy na inne sensy, wtedy już zmienia się "treść"
spotkania.
- Według Andrzeja Kijowskiego Księdzu w
uprawianiu filozofii chodzi o to, aby ona była prawdziwa i trafna
tak, jak trafne bywają diagnozy i
terapie lekarskie.
- Bardzo dużo jest takich tekstów, które do
tego się sprowadzają. Często w tekstach moich konferencji z
pogranicza filozofii i duszpasterstwa filozofia wygląda jak zabieg
duszpasterski, trudno powiedzieć: medyczny, ale coś z tego jest.
Innymi słowy, są w tych tekstach pokazywane te prawdy, które mają
człowieka leczyć, umacniać, podtrzymywać w nim nadzieję. Ale są
inne teksty, rozbijające dobre samopoczucie, teksty, w których
tamten motyw nie gra roli. Tych tekstów jest mniej, ponieważ większość
moich wszystkich tekstów jest zaadresowana do konkretnych
ludzi, z konkretnymi sprawami.
- "Wypowiedzi krakowskiego filozofa dotyczące
struktury ontycznej ludzkiego bytu, jego istoty i specyfiki są
rozproszone, raczej lakoniczne i niekompletne, a po zebraniu ich w
całość tworzą obraz pełen luk i niedomówień, wieloznaczny i
nieprzekonujący. Można mieć nadzieję, że problematyka powyższa
[problematyka spotkania] zostanie w sposób bardziej spójny,
pełny i obszerny wyłożona w dalszych fragmentach "Sporu o
istnienie człowieka"" - pisał na łamach
"Studiów Filozoficznych" Krzysztof Wieczorek.
- Trzeba od tego zacząć, że ja nie zajmuję się
ontologią i ontyką człowieka. Uważam, że ontologia i ontyka
nie są podstawowymi gałęziami filozofii. Tu tkwi główna różnica
między moim punktem widzenia a punktem widzenia autora tej opinii.
Zajmuję się swoiście pojętą metafizyką człowieka, a więc
tym, co jest matafizyką poza wszelką możliwą fizyką. Tymczasem
ontologia jest dalszym przedłużeniem fizyki. Dlatego nie sądzę,
żeby były niedomówienia. To, co w tej sprawie można powiedzieć,
zostało powiedziane. Ciekawość mojego krytyka wiedzie go na
bezdroża, ponieważ stawia mi pytania, które są jego prywatnymi
pytaniami, a nie pytaniami takiej metafizyki, jaką tutaj
określiłem.
- Należałoby dodać, że owa opinia pochodzi
od marksisty.
- Gdy idzie o koncepcję ontyki, słowo ontyka
w marksistowskim żargonie ma bardzo szczególne znaczenie. Lepiej
nie tykać tego żargonu. Jest to odrębny problem. Jest to żargon,
który bardzo często graniczy z bełkotem. Pojęcia ontyki nie ma
ani u Marksa, ani u Engelsa, ani u kontynuatorów ich myśli.
- Czy to, że przeciwstawił się Ksiądz nie
tylko marksizmowi, ale także tomizmowi, wypłynęło z wyboru czy
z poszukiwania prawdy?
- Moje poróżnienie z tomizmem jest na poziomie o
wiele bardziej podstawowym niż się często zdaje moim krytykom. W
gruncie rzeczy jest to część mojego poróżnienia z całą
filozofią grecką.
- Sięgającą Arystotelesa?
- Tak. Natomiast nie z Platonem, aczkolwiek nie
uznaję niektórych jego pomysłów. Wydaje mi się, że tomiści,
którzy myślą z wnętrza swojego systemu, nigdy nie stanęli poza
swoim systemem. Tomiści, którzy preferują myślenie systemowe,
raczej tej krytyki nie rozumieją i nigdy jej nie zrozumieją. O to
nie mam do nich specjalnie pretensji. Zresztą, ta sprawa jest już
dla mnie zamknięta.
- W książce "Polski kształ
dialogu" określił Ksiądz marksizm jako nowoczesną odmianę
poganizmu. Stara się Ksiądz dotrzeć do sedna kryzysu w Polsce i
jego źródło umiejscawia w marksizmie.
- Tak. Z tym, że pojęcie pogaństwa i poganizmu
zostało później nieco pogłębione, zwłaszcza w tekstach dotyczących
koncepcji pracy. Krótko mówiąc, chodzi o taką koncepcję świata,
wedle której światem rządzi jakieś fatum. A więc, ile razy
dochodzi w Europie do przeświadczenia, że światem rządzi tak a
nie inaczej pojęte fatum, czy to dobre czy to złe (na przykład
fatum greckie było złe, ale może być fatum pozytywne, powiedzmy
fatum postępu nauk - tak jak w pozytywizmie - czy fatum, które
znosi samodzielność człowieka), tyle razy mamy do czynienia z
pogaństwem albo neopogaństwem. Musimy pamiętać o tym, że słowo
"pogaństwo" wymyślili żydzi i chrześcijanie. Pogaństwo
obiektywnie nie istnieje. Ono istnieje tylko w oczach żydów i
chrześcijan, istnieje wiara w fatum, podczas gdy w istocie liczy
się wiara w wyzwalające Słowo. Ale o tym by można wiele mówić.
- Dotychczas sądzono, że uprawia Ksiądz
"filozofię nadziei". W książce "Na drogach krzyżowych
historii" stwierdził Ksiądz, że teraz zaczyna uprawiać
"filozofię miłości". Nie chcę używać słowa "błąd",
ale sam Ksiądz przyznaje, że zagubił tę sprawę i musi do niej
powrócić.
- Myślę, że trochę jest w tym racji.
"Filozofia nadziei" wzięła się z tytułu pierwszej
wydanej książki "Świat ludzkiej nadziei". Prawdę
powiedziawszy, trudno tutaj mówić o "filozofii nadziei"
w pełnym sensie tego słowa, dlatego że zbyt intensywnie nie
zajmowałem się "filozofią nadziei". Niewątpliwie słowo
"nadzieja" w moich tekstach wówczas bardzo często występowało.
Ja bym się trochę dystansował od "filozofii nadziei".
W jakimś sensie broniłem praw nadziei człowieka, ale i tak
daleko było do takiej "filozofii nadziei", której
nadali kształt choćby Bloch, Moltmann czy Metz. Raczej zajmowałem
się szeroko pojętą filozofią człowieka, z tym, że ten mój człowiek
miał na widoku bardziej nadzieję niż miłość. Powiedziałbym
nawet, że miał nadzieję na miłość, a nie miłość do
nadziei.
- Czy dlatego Ksiądz "zagubił" miłość,
że jej nie odnajdywał w świecie?
- Nie. Wydawało mi się, że tacy byli ludzie, do
których mówiłem. To, co mówiłem, nie było wynikiem
teoretycznych rozważań. Mówiłem do konkretnych ludzi, którym
trzeba było dać nadzieję na miłość.
- Słowem, ta filozofia wypływała od ludzi?
- Była odpowiedzią na pytania, które dochodziły
do mnie od ludzi. Bardzo długo zajmowałem się duszpasterstwem.
Przez 7 lat byłem wikarym i w tym okresie zrobiłem doktorat.
Potem byłem także bardzo mocno zaangażowany w duszpasterstwo różnego
typu, zwłaszcza akademickiego.
- "Pracuję około słów, aby nam kiedyś
znów jakiś Norwid nie powiedział, że jesteśmy narodem, w którym
czyny przychodzą zawsze o sto lat za wcześnie, a książki
o sto lat za późno" - wyznał Ksiądz kiedyś. Można odnieść
wrażenie, że Ksiądz chce być prorokiem.
- Jest to złudzenie, któremu uległ także ktoś
taki jak Lech Wałęsa, który czytając moją "Etykę
solidarności" twierdził, że ja przewiduję to, co będzie.
Tymczasem, naprawdę pisałem ją po to, żeby opisać to, co było.
Działy się pewne wydarzenia w Polsce, ludzie do czegoś dążyli,
coś robili, ja to opisywałem i w ten sposób zostawiałem
ślad po wydarzeniach. Weźmy rozdział "Strajk". Był on
pisany wtedy, gdy toczył się bardzo ciężki strajk w Bielsku-Białej.
Opisywałem to, do czego ludzie naprawdę dążą, kiedy podejmują
strajk. Ale ponieważ ujmowałem to na poziomie idei, na poziomie
wartości, stąd powstało złudzenie , że to, co mówię, jest
projektem na przyszłość.
- Ale filozof wybiega w przyszłość, w jakiś
sposób chyba tworzy przyszłość.
- O tyle tylko, o ile potrafi z teraźniejszości
wydobyć prawdę ogólną, ale nie w tym sensie, że przewiduje.
Nie jest to przewidywanie przyszłości, lecz jest to opisywanie
teraźniejszości.
- Owszem, ale czy nie jest to także tworzenie
przyszłości?
- To już zależy od tych, którzy będą to
odbierać.
- Marks zaoferował nam bardzo smutną
"przyszłość".
- Niestety, jest to smutny aspekt - albo i
niesmutny - działalności filozofa. To Nietzsche zarzucał
filozofom, że mówią o prawdzie, a naprawdę chcą władzy. Jeśli
tak, to zadaniem filozofa jest chcieć, ażeby prawda władała ludźmi
- nic więcej i nic mniej. Owszem, władza nie jest wykluczona, ale
chodzi o to, żeby prawda władała ludźmi.
- Czytając Księdza książki mam wrażenie,
że pisał je nie filozof, lecz poeta.
- To duże pochlebstwo. Owszem, jestem wrażliwy
na język. Ta wrażliwość wypływa z pewnych prawd, które opisuję.
Piękno nie jest tylko dla piękna. Jest to próba oddania
sprawiedliwości światu, który zresztą też jest piękny. Bardzo
wiele, jeśli chodzi o język, zawdzięczam gwarze ludowej,
konkretnie gwarze podhalańskiej. Bardzo często ta gwara jest dla
mnie wzorem konstrukcji językowej. A muszę wyznać, że bardzo długo
nad tym pracowałem. Prof. Władysław Tatarkiewicz był
recenzentem mojej pracy doktorskiej i wysunął mi zarzut, że moja
praca nie jest pisana "po polsku", że ma zbyt dużo
obcych słów i obcych konstrukcji językowych. Dzisiaj bardzo mnie
cieszą, a zarazem wprawiają w pewną zadumę dobre słowa
wypowiedziane na temat mojego stylu. Jest to wynik pracy. W
ostatnich moich artykułach już nie ma obcego słowa. Jest to
bardzo ważna rzecz, bo dzisiaj język polski jest straszliwie
zachwaszczony, zepsuty, niemal zniszczony przez rozmaite wpływy
marksistowskie, ale także przez wpływ kiepskiej literatury
religijnej.
- Co komu ma Ksiądz jeszcze do zawdzięczenia?
- Wszystko zawdzięczam innym. To, że jestem tym,
kim jestem, zawdzięczam ludziom. Kiedyś ks. Janusz Pasierb
powiedział mi coś, co utkwiło w mojej pamięci, że Pan Bóg pobłogosławił
mi w przyjaciołach - mam wielu i dobrych. Natomiast diabeł pobłogosławił
mi we wrogach, bo mam niewielu i głupich. Tak powiedział ks.
Janusz Pasierb, a ja to chętnie cytuję. Ale w moim życiu byli różni
ludzie, którzy mieli na mnie wielki wpływ: ks. Kazimierz Kłósak,
Roman Ingarden, kard. Karol Wojtyła, ks. bp Jan Pietraszko - to z
krakowskiego otoczenia. Potem rozszerzyła się sprawa o zagranicę.
Bardzo dużo zawdzięczam osobowości Gadamera. Myślę, że gdy
idzie o wpływ filozoficzny, to wzorem profesora wykładowcy jest
dla mnie właśnie Hans Georg Gadamer. Ostatnio zaś dużo zawdzięczam
Levinasowi.
- Jakie znaczenie ma dla Księdza kapłaństwo?
- Służę jak mogę. Teraz mniej, co prawda, ale
nauczanie też jest pewną służbą, tylko że na innym poziomie.
Kapłaństwo wiąże się z pewnym poświęceniem.
- Kiedyś to pytanie postawiłem ks. Januszowi
Pasierbowi. Zadaję je bardzo często i z uporem. Jaki zatem jest
Ksiądz, gdy jest sam, w samotności?
- Tej samotności jest za mało. Ale gdy jestem
sam, to cieszę się, że nareszcie mogę sobie popracować.
Ostatnio mam i tak mało samotności i bardzo tego żałuję.
Jestem raczej stworzony do tego, żeby mieć mniej kontaktów z ludźmi.
Uciekam jak mogę, ale bez skutku, na przykład dzisiaj.
- Ale chyba istnieją takie momenty w życiu,
gdy Ksiądz zastanawia się nad sobą, nad swoim życiem?
- Tak. Samotność to swoboda ducha. Bardzo
pozytywnie to oceniam. Zupełnie nie zgadzam się z tymi, którzy
twierdzą, że jest to nieszczęście człowieka. Uważam, że
stanowczo mamy za mało samotności.
- Istnieją różne odmiany samotności.
- Ja się sam ze sobą nie lubię.
- A czy istnieją takie momenty, kiedy Ksiądz
jest z kimś i czuje się samotny?
- Tak, to oczywiste, to znaczy w tym sensie, że
wolałbym być wtedy sam, bo ludzie nie zawsze chcą od człowieka
tego, co człowiek może im dać. Na tym polega cały błąd
obcowania z nimi. Wtedy człowiek ma ochotę ich nieco lekceważyć.
Więc, żeby nie lekceważyć, wolałby uciec.
- W jaki jeszcze sposób Ksiądz
"daje" siebie?
- Muszę powiedzieć, że raczej się oszczędzam.
- Czyli, jest to wybieranie pomiędzy dwiema
skrajnościami.
- Tak, po to, żeby człowiek coś w życiu zrobił,
musi wiedzieć, co ma dać, a czego nie.
- A jednak Ksiądz coś wziął z Arystotelesa
- "złoty środek".
- Arystotelesowski "złoty środek" jest
nieruchomy, grozi naruszeniem harmonii. W tym sensie trudno mówić
o "złotym środku". Kiedyś uprawiałem taternictwo i
miałem zwyczaj chodzić po drogach, którymi inni nie chodzą i
utrzymywać równowagę w miejscach, na których inni spadają.
- Jak Ksiądz godzi wszystkie swoje obowiązki?
Ostatnio był z wykładem w Szwajcarii, innym razem jest Ksiądz w
Paryżu...
- Wszystko jest jednym ciągiem filozofii. Czy mam
głosić tu czy tam, to tylko kwestia biletu. Tematy zagranicznych
wykładów były trochę pokrewne, filozoficzno-religijne.
Opracowuję je albo tu, w Krakowie, albo u siebie, w górach, gdzieś
w lesie. Drugorzędną kwestią jest to, czy wygłoszę je w
Krakowie, w Warszawie czy w Paryżu.
- Nawiązując do lasu - a jednak potrzebuje
Ksiądz odpowiedniej atmosfery, nastroju do pracy.
- Trudno mi powiedzieć, ale to jest moje miejsce
rodzinne i tam jestem zakorzeniony. Znam ludzi, znam świat, tam
jestem u siebie. To daje mi poczucie wolności i swobody, a to jest
filozofii bardzo potrzebne.
- Czy któreś ze spotkań szczególnie
zaznaczyło się w Księdza pamięci?
- Jakichś wstrząsów, takich zasadniczych, nigdy
nie miałem, ale muszę przyznać, że stosunkowo mało mam takich
spotkań, o których by się myślało i mówiło myśląc.
Kraków, 26 marca 1985 roku
Rozmowa z ks. prof. Józefem Tischnerem była
prezentowana, jak dotąd, jedynie na łamach niskonakładowego,
hektografowanego i przeznaczonego do użytku wewnętrznego,
czaspopisma alumnów WSD w Oltarzewie "Nasz Prąd" (w
kwietniu 1985 roku).
|
|