O prawdach małych i sprawach mało ważnych, zazwyczaj obojętnych

Pawłowi Hertzowi

1

Są miejsca niezwykłe i niespotykane, rzadko dostępne, odkrywane niemal przypadkiem; nieraz dzięki zwykłemu zbiegowi okoliczności, a czasem dzięki radzie przyjaciół lub znajomych. Istnieją domy, zaułki, dziedzińce, obok których długo przechodzi się obojętnie albo nieświadomie. Aż stają się ważne, niezbędne, chociaż nadal pozostają zwyczajne. Siłę ich oddziaływania poznaje się dopiero po latach: coś, z czego dotąd nie zdawaliśmy sobie sprawy, staje się nagle oczywiste; a właściwie coś, z czym stykaliśmy się, na co dzień, staje się niecodzienne.
Są zakątki, bez których nie potrafimy sobie wyobrazić Paryża czy Warszawy. One niekiedy giną, zmieniają swój charakter czy wygląd, ale dla nas pozostają takie same. Chociaż wszystko wokół jest już inne, „unowocześnione“, a brama, którą wielokrotnie wchodziliśmy na podwórze, pewnego dnia okazuje się obcym przejściem - one żyją dawną atmosferą, dawnym rytmem. Póki osiągamy cel, póki ulica zaskakująca nas, co chwila nową fasadą, prowadzi w znajome progi, szybko mija niepokój czy, niekiedy, lęk. I znowu jesteśmy w gościnnym domu, prawie jak u siebie. Znowu możemy zasiąść w tym samym fotelu, ujrzeć stary, zastępujący biurko stół, zatrzymać swój wzrok na wysłużonej maszynie do pisania. Znowu pogrążamy się w ciszy, słuchamy słów, których nam brakowało lub śledzimy bieg myśli, które nigdy nie będą banalne.

2

Na warszawski Nowy Świat 33/15 trafiłem dzięki Stefanowi Kisielewskiemu. „Mieszka tam dziwak, który ukrył się w książkach i nie chce widzieć świata, który go otacza“ - przestrzegał. „Ale ty lubisz wariatów i może się z nim dogadasz“ - dodał. Nie pamiętam, jaka była pogoda, kiedy szedłem na umówione spotkanie. Pamiętam wszechobecną szarość i swoją tremę, a nawet strach, że to, co mam do powiedzenia, jest mało ważne. Wiele miałem pytań, a właściwie same pytania, jeszcze więcej wątpliwości i niewiele wiedzy. Żeby po raz pierwszy wyjechać z Polski, musiałem czekać 25 lat. Nie wiedziałem zatem, czym jest naprawdę rzymskie Campo dei Fiori, amsterdamskie kanały czy londyńska Tate Gallery. Chciałem mówić o kulturze, a przecież, żeby ją poznać, trzeba odbyć długą podróż - tak w czasie, jak i w przestrzeni - trzeba dotknąć kamieni na ateńskim Akropolu i zabłądzić w mroku sieneńskich uliczek. Na skałach „de la Meillerie, gdzie Rousseau dumał o miłości, którą Źle był pojął i pięknym stylem ozdobił“ [1] trzeba stanąć albo, na obrzeżach Stambułu, w chłodnych murach nieprzystępnego domu, poczuć zimny dreszcz przeszywający ciało, kiedy się czyta słowa: „Miejsce czasowego spoczynku Adama Mickiewicza • 26 listopad • 30 grudzień 1855“. Trzeba podążyć za Odyseuszem albo z dalekiej Aleksandrii patrzeć na Itakę, do której nie ma powrotu. Spod  piramid Mykerinosa, Chefrena i Cheopsa trzeba spojrzeć na „ogromną, spaloną przez słońce i wysuszoną wiatrem ziemię“ [2] albo się tułać, „czy to idąc przez kręte uliczki Florencji, czy wymijając powozy na Polach Elizejskich, czy wreszcie stąpając po miękkim, nadoceanicznym piasku z Pornic“ [3]. Potrzeba namysłu i wielkiego spokoju, żeby nie zdenerwować się widząc jak nad pięknymi kamienicami rubensowskiej Antwerpii wyrasta obskurna wieża albo pokory, kiedy nieopodal awiniońskiego Pałacu Papieży rzuca się w oczy hasło: „Francja dla Francuzów“.
Trzeba było, nieprzypadkiem, dzięki zrządzeniu losu i wsparciu - uzyskanemu na alei Szucha przemienionej w aleję I Armii Wojska Polskiego - trafić na Nowy Świat, by stamtąd rozpocząć daleką podróż. Wędrówkę, której cel często wydawał się zbyt odległy, drogę pełną niespodzianek, a czasem i niebezpieczeństw. Trzeba było poddasza warszawskiej kamienicy, bym mógł sobie uzmysłowić, jak bardzo potrzebna jest „cudzoziemska piękność“, jak obca piękność „jest godna być również i naszą pięknością, a obca mądrość może i nam dać korzyści“ [4]. Nam, czyli wszystkim tym, których domeną była Polska, którzy z wyboru rodziców albo z nieubłaganych wyroków historii ujrzeli pierwsze światło gdzieś nad Strwiążem czy Mariańskim Wzgórzem. Potrzebne były jesienne wieczory, ciepły kąt zimową porą, długie wiosenne dysputy i latami ciągnące się rozmowy, by podróż, jaka zaczyna się w marzeniach, trwała nadal - prowadziła do widzialnego świata; wiodła po zakamarkach duszy, potęgowała głód tajemnicy, łączyła w sobie to co idealne - z realnym, nieraz aż nadto rzeczywistym obrazem.

3

„tam się rozciąga pustynia z kwitnącego zapachu / tam wiatr prześciga siebie / w gonitwie od liści do liści“ [5] - pisała w swoim poemacie Halina Poświatowska. Czy jechała do Bremy po miłość i śmierć? Czy była to dla niej, choćby na krótko, ziemia obiecana? Czy nie miała już dosyć deszczu, chmur, smutnych pejzaży? Czy stojąc obok kamiennego Rolanda była szczęśliwa? Czy może patrząc na uśpione liście, w nurty Wezery lub na wieżę romańsko-gotyckiej katedry bała się o swoje serce, swój oddech, kolejny dzień?
Mamy swoje drogi i swoje urzeczenia. Wciąż za czymś gonimy, szukamy swoich zapachów, ścigamy się z czasem i ze śmiercią. Nosimy w sobie jakieś nadzieje, ukrywamy porażki, czekamy na odmianę. Albo powracamy, lubimy powracać tam, dokąd niegdyś zaprowadził nas dziwny niepokój, intuicja, a może czyjś wybór. Droga każdego z nas chyba tylko w niebie jest opisana - Bóg ją zna! - zaś ziemskie szlaki rzadko bywają oznaczone. Nawet, kiedy zdaje się, iż już za moment wystrzelą przed nami znajome wieże albo wierzchołki mieszkalnych bloków, niespodziewanie trzeba zmienić kierunek, zboczyć z obranej trasy i wlec się dalej, zostawiając za sobą deszczowe, dobrze zapamiętane krajobrazy Trentino - a także i to, co właśnie miało się ukazać, wynurzyć spoza drzew i parkanów autostrady.
Hansestadt Bremen pozostaje tym miejscem na ziemi, z którego wychodzą i do którego często powracają moje myśli. Stąd czterokrotnie wyruszałem do Włoch i wiele razy w inne zakątki Europy. Tutaj zatrzymuję się w drodze do Polski albo, od czasu do czasu, przybywam na dzień lub dwa „po wiatr - który drzewom / w uśpione liści uszy / wszeptał księżyca uśmiech“. Tutaj odwiedzam zaułki, które lepiej znam niż rodzinne miasto. Tutaj przychodzę na Schnoor, żeby nie porwał mnie „rwący nurt zmienności“ [6]. Tu są ulice, na które powracam z bólem i grób ojca, który zawsze będzie zbyt świeży, zbyt obcy.

4

„Nie broń się przed tą podróżą, jezioro Garda dostarczy ci wiele przeżyć“ - radził Paweł Hertz, kiedy zwierzyłem się ze swoich pomysłów i zarazem wahań. Mogłem wybrać inną trasę, inną porę roku, inną okoliczność. Mogłem pozostać w Paryżu i starym zwyczajem, jak każdej jesieni, chodzić po galeriach, oglądać wystawy, rzucić się w wartki nurt szybko upływającego czasu. Mogłem powrócić do książek, które wciąż czekają na odpowiednią chwilę, albo kontynuować dawno rozpoczęte rozmowy. Wybrałem drogę na Północ, a potem na Południe, by ujrzeć nieznane okolice i powrócić do miejsc, których od lat nie widziałem.
„Kiedy ktoś chce poznać zwyczaje obcego kraju, musi być przygotowany na pojęcia bardzo dziwaczne, bardzo różne od naszych“ [7]  - pisał Stendhal w „Kronikach włoskich”. Kto chce zrozumieć cudzoziemską mentalność, czyjś sposób patrzenia, inną kulturę czy obce krajobrazy, nade wszystko musi być chłonny, ciekawy nie tylko tego, co może go spotkać, ale i tego, co ukryte w naturze, co jeszcze nie urzeczywistnione, co dopiero po pewnym czasie odsłania swoje tajemne oblicze. Musi strzec się wiedzy pozornej i zbytnio nie zawierzać własnym sądom. Kto chce się naprawdę czegoś dowiedzieć o innych, najpierw powinien poznać siebie - swoje otoczenie i swoje upodobania. Powinien wiedzieć, czego oczekuje i po co wyrusza w nieznane, dlaczego zostawia to, co dobrze zna i rozumie.
Początkiem września 1786 roku, opuściwszy niespodziewanie Karlsbad, Goethe rozpoczął włoską podróż. „Prowadziłem dokładny dziennik i zanotowałem wszystkie wspaniałości, którem oglądał i o których myślałem, otrzymasz go w połowie października. Na pewno się nim ucieszysz, oddalenie da ci więcej, aniżeli często dawała moja obecność” [8]  - pisał do Charlotty von Stein w drodze z Werony do Wenecji. Wcześniej zatrzymał się w Trydencie, Torbole i Malciesine. Nie chciał ominąć cudu natury, jakim było dla niego lago di Garda. „Jeśli się nie ma do czynienia z wodą, nie można powiedzieć: będę dzisiaj tu albo tam“ [9]  - zaznaczał. Zapisywał dokładnie dni i godziny, dzielił się spostrzeżeniami, podziwiał okolice i cieszył się ze wspaniałych widoków. Sporządził wiele szkiców. Swobodnym zachowaniem i rysunkami, jakie miały stanowić dokumentację, wzbudził ciekawość mieszkańców miasteczka. Podejrzany o szpiegostwo, brutalnie zatrzymany, musiał się tłumaczyć i udowadniać, iż nie jest na usługach  austriackiego cesarza, że nie przybył do Republiki Weneckiej po to, by działać na jej szkodę. Odzyskawszy wolność wypłynął na jezioro. „W drodze radowałem serce pięknem lustrzanej tafli wodnej i brzegów Brescii. Po zachodniej stronie góry stają się mniej strome i okolica łagodniej opada ku jezioru [...]. Żadne słowa nie wyrażą uroku tej gęsto zaludnionej okolicy” [10] - przekonywał. Ale jego słowa wyrażały znacznie więcej niż można było z nich wyczytać. Jego myśli biegły chyba nie tylko do Weimaru, z którym łączyły go uczucia i dworska posada. Wiedział, że czasem trzeba dokonać trudnego wyboru i swoją nieobecnością, oddaleniem dać wyraz najgłębszym potrzebom. Może męczyły go wyrzuty, że zostawił przyjaciół i, wówczas, istotę sobie najbliższą. Może inaczej nie umiał albo nie chciał postąpić, bo był zbyt słaby, zbyt zależny od jednej kobiety. A może chciał jej powiedzieć, że istnieje taki rodzaj więzi, której wyrazem jest dobrowolne oddalenie i myśli zrodzone na osobności, zrodzone z tęsknoty i niespełnionej nadziei. Może tylko samotność potrafiła zaleczyć rany, których sama jest Źródłem; tylko ona potrafiła uciszyć serce, uspokoić ciało, spojrzeć na siebie z dystansu.
Jak od Brenneru do Trydentu, tak i w Malcesine - podczas mojej podróży - wciąż padał deszcz. Nie pozwolił dojrzeć przeciwległych brzegów. Nie ukazał wodnej toni ani zamkowej wieży w słońcu. Nie odsłonił tych cudów natury, jakie widziały oczy tak wielu, tak różnych poszukiwaczy piękności. Ale ani przez chwilę, przez godziny wędrówki, nie czułem się pokrzywdzony, zdradzony przez naturę. Być może właśnie dzięki słocie i niesprzyjającym wiatrom mogłem spojrzeć poza horyzont czasu i ujrzeć jedno ze śmiertelnych oblicz teraźniejszości; mogłem spojrzeć na własny los i dostrzec to wszystko, co objawia się tylko w samotności, w oddaleniu, w nadziei, którą jedynie wieczność jest w stanie spełnić. Być może niepogoda, jaka nie opuszczała mnie w Andalo i Sirmione, była potrzebna - bym nie zapomniał o tych, których opuściłem; o tych, do których nie zdołałem się zbliżyć czy o tych, których długo nie rozumiałem, nie umiałem zrozumieć.
Kiedy dotarłem na wąski, wcinający się w głąb jeziora półwysep, nie udałem się do Rocca Scaglieri ani do Grotte di Cattullo. Ulewa nie zachęcała do spacerów, a skromny przedział czasu - przeznaczony przez niemieckich towarzyszy podróży na zakupy i obiad - nie pozwalał na rozpoznawanie miasta czy jakieś śmiałe przedsięwzięcia. Znowu pozostał powrót do przeszłości, sięganie do pamięci, wyobrażenia zaczerpnięte z lektur, nieprzypadkowe odkrycia i - tym razem - wspomnienie szczególne, wspomnienie osoby, której nie zdążyłem bliżej poznać.
„[...] po kilkunastu wiekach to, co się zachowało, stanowi zaledwie namiastkę dawnej świetności” [11] - wyjaśniał, opisując ruiny starożytnej budowli, Jerzy Ciechanowicz. Próbując rozwikłać zagadkę willi Katullusa - i prowadząc po pradawnych ziemiach Italii - autor „Wędrówek śródziemnomorskich” przybliżał do odległych miejsc i zapomnianych postaci. Udowadniał, że „wczoraj“ jest tak samo ważne, a niekiedy i ważniejsze, jak „dziś“, jak to co trwa, co łączy minione z obecnym, co przyciąga choćby swoim odblaskiem, strofą wiersza, ocalałym gzymsem, wizerunkiem łacińskiego poety.
Co się dzieje z tym młodym, sympatycznym człowiekiem, z którym pani mnie poznała? - zapytałem Olgi Scherer chcąc doprowadzić do dawno zaplanowanego spotkania. Zamiast odpowiedzi usłyszałem pytanie: „Dlaczego zdolni ludzie tak szybko odchodzą, tak młodo umierają?“
Próbując zrobić kilka zdjęć i jednocześnie skryć się przed deszczem, przypomniałem sobie pytanie, na które zareagowałem milczeniem, oraz strofy o uroczej Sirmio i nagrodzie za trudy podróży. Zaiste - myślałem pośród uliczek Sirmione - każde spotkanie może już się nie powtórzyć a chwila, jaką nam zsyła los, nie powróci więcej, nie rozbrzmi czyimś głosem, nie wskrzesi dawnych pieśni, nie pozwoli wykorzystać utraconej okazji. To, co się zachowało w sercu i w umyśle, stanowi zaledwie namiastkę, odblask czyjegoś mądrego spojrzenia. Dlatego liczy się materialny ślad, zwykła pamiątka, zapisana linijka, szkic zrobiony nadlago di Garda, każda dobra rada. Liczy się pokrewieństwo ducha, bezinteresowność i rozpaczliwa czasem wiara, że to, na co większość patrzy obojętnie, może stać się ratunkiem, ocaleniem własnej duszy, sensem trwania.

5

W 1985 roku moja droga z Rzymu do Wenecji rozpoczęła się nocą. Po raz pierwszy - jako dorosły człowiek - wracałem do Polski z dalekiej podróży. Trzeba było zostawić kolumnadę Berniniego, plac Navona i villa Celimontana, miejsce rozmyślań i ucieczki. Znużony autostradą przysnąłem, aby wprost z ciemności, otwierając oczy, skierować wzrok na rozświetloną porankiem lagunę. Plac św. Marka jaśniał w wiosennym słońcu. Na stolicę dawnej republiki, jednej z najpotężniejszych morskich armad, na miasto zaliczane do największych cudów naszego globu pozostały dwie godziny. Wiele, jak na przybysza zza żelaznej kurtyny, i nic dla kogoś, kto nie chciał być przypadkowym przechodniem, kimś z innego świata.

Przez lata czekałem na kolejną okazję. Opuszczając Paryż nie wiedziałem jeszcze, czy zobaczę Pałac Dożów i Dogana di Mare. Jednak po lago di Garda przyszła kolej na miasto na wodzie. Deszcz nie padał przez godzinę. Potem długo spływał po murach, obmywał brudne szyby i spadał do kanałów. Niektóre place przypominały lustrzaną taflę, dziurawioną przez niewidoczne krople. Nie wszystkie uliczki można było przejść, gdzieniegdzie wtargnął już wodny żywioł. Spacer po mniej eksponowanych dzielnicach okazał się nie tyle wzruszającym, co zasmucającym przeżyciem. Niepokoiło sąsiedztwo odpadających tynków, zniszczonych murów i opuszczonych domów. Poruszał widok czarnoskórych przybyszów, wędrownych handlarzy, obładowanych tobołami ludzi. Zamiar dotarcia na San Michele musiałem odłożyć na inny czas.
„Chodzenie po Wenecji jest zawsze wzdychaniem, wznoszeniem się i opadaniem po niezliczonych mostach. Ale kiedy się staje nad brzegiem obszaru morskiego, nie wzdycha się wtedy, lecz oddycha pełną piersią. [...] Domy Wenecji biegną za nami jak goniące nas kościotrupy - i chcielibyśmy uciec od śmierci do życia, od miasta do morza. Naprawdę to miasto nie żyje“ [12]  - twierdził Jarosław Iwaszkiewicz. W „Podróżach do Włoch” opisywał różne zakątki kontynentu, wspominał ludzi napotkanych w Kopenhadze czy Warszawie, wracał do poznanych kiedyś miejsc, ewokował minione chwile, ubolewał, że wchłaniając życie Europy nie mamy co liczyć na to, że i ona zajmie się naszym życiem.
Być może dla mieszkańców zachodniej Europy Kraków nie jest tak atrakcyjny jak wenecka laguna a Sandomierz czy Kazimierz nad Wisłą tak urokliwy jak San Gimigniano i toskańskie miasteczka. Być może jeszcze długo Czarnolas nie będzie przyciągał cudzoziemców - tak jak przyciąga Il Vittoriale - ale ile jest w tym winy Europy, a ile winy tych, którym nie powinny być obojętne dźwięki czarnoleskiej lutni? Chodzenie po obcych miastach jest zawsze sięganiem do własnej, specyficznej pamięci i wyobraźni, jest konfrontacją z własnymi wyobrażeniami i pragnieniami, jest sprawdzianem własnej wiedzy, wrażliwości i smaku. Jest okazją, by krajobrazy dzieciństwa i młodości zlały się z obcym pejzażem, uczyniły dopiero co poznane okolice czymś swoistym, nieobcym, bliskim. Nuworyszowi czy współczesnemu barbarzyńcy może być obojętne to, co widzi i na co gdzie indziej patrzył, ale ten, kto chce być niespiesznym przechodniem, człowiekiem świadomym siebie i przemawiającej doń historii, nie może gapić się bezmyślnie, zadowalać powierzchownym uniesieniem.
„Zatem znowu jestem tu, zupełnie jak w domu“ [13]  - notował w 1901 roku Hermann Hesse. I dziękował Bogu za powietrze, wolność, słońce i rozległy horyzont. Znowu był młody i na tyle silny, żeby na nowo pokochać świat i poczuć smak życia. Myślał o dzieciństwie, ogrodzie ojca pełnym kwiatów i swojej matce. Powracał pamięcią do nieba i gwiazd, na które patrzył za młodych lat. Dyskutował o kulturze renesansu, Nietzschem, Burckhardcie i Ruskinie. Podziwiał „w połowie włoską“ Wenecję, miejscowe pałace i kościoły, obrazy Tintoretta i Tycjana. Słyszał echa łacińskich strof i spoglądał nieraz na cmentrane mury San Michele.
Chodząc po Wenecji, patrząc na Convento, kościół Santa Maria Formosa, Tragettho czy pomnik Paolo Sarpiego, nie uciekałem od śmierci do życia, nie myślałem o rumskim, dawno umarłym ogrodzie, nie syciłem duszy, ujrzanymi wcześniej w Paryżu, dziełami Tintoretta, nie umiałem dziękować Bogu za wolne od słońca, deszczowe widoki ani sięgać do dalekich przestworzy.  Powracały minione lata, liczne zakątki Europy, które długo skrywały przede mną swoje tajemnice, powracał północy wiatr, pierwszy wieczór na Baltrum, wzruszenie i gorycz, kiedy po raz ostatni oddalałem się od fryzyjskich brzegów, powracała ulewa z  piaszczystego półwyspu, który już chyba nie istnieje i pragnienia, które spełnić się nie mogą. Nadchodziły ciężkie chmury, zbliżał się zmierzch i kolejny kres, początek nowej drogi.
Dwa dni po opuszczeniu laguny, już w austriackim Tyrolu, usłyszałem w radio wiadomość, że „po raz pierwszy tegorocznej jesieni Wenecja znalazła się pod wodą“, a jej „poziom przekroczył o 112 cm“ dopuszczalną normę.

6

„Chodziłem po mieście. Jest bardzo stare, ale na kilku ulicach stoją nowe, porządnie zbudowane domy“[14] - pisał Goethe po zatrzymaniu się w Trydencie. Uważał, że jedynym domem, jaki warto zobaczyć, jest Palazzo Galasso, czyli Dom Diabła. Wszystke inne, jego zdaniem, były w złym guście. Dzisiaj równie trudno znaleźć coś w dobrym guście - tak pomnik Gasperiego, jak i zwykłe widokówki straszą swoją estetyką. Nie brak też „porządnych bloków“, które swoim wyglądem zapewne nie zachwyciłyby ani Burckhardta, ani współczesnych koneserów sztuki. Poszukiwacze ładu i harmonii, wszyscy ci, dla których architektura jest tak samo ważna, jak każde dzieło ludzkich rąk i ludzkiej wyobraźni, z trudem zaspokoją swoje potrzeby. Górujący nad katedralnym placem Neptun nie pasuje do miejscowej Duomo a otoczenie Castello del Buonconsiglio nie daje poczucia pełni. Brak relacji, wzajemnego oddziaływania na siebie różnych epok i stylów, nie jest jedynie grzechem planistów dzisiejszej Górnej Adygi. Nie jest też domeną współczesności, ale razi, odpycha swoją ułomnością i doraźnością.
Chodzenie w deszczu może mieć swój urok, ale nie wtedy, kiedy dzień w dzień chmury wiszą nad głową a kolejne widoki przesłania mgła lub melancholia. Dlatego w Trydencie szukałem raczej schronienia, a nie rozległej przestrzeni. Szukałem śladów, jakie pozostawia czas, czyjś ciepły głos, moment uwagi, nieobojętne spojrzenie. Niekiedy - choćby porażały nas swoim pięknem - nieważne bywają przestrzenie, po których prowadzą nas oczy. Liczy się to, co głębiej, gdzieś na dnie duszy albo, co sięgając poza widzialny horyzont, przybliża nas do odległych krain, zagubionych lub zapomnianych ścieżek. Niekiedy więcej znaczą obrazy zapamiętane, niż wszystko to, co przynosi chwila albo dzień jeden.
„To wy, nieznane struny, / Rozkołysane płasko, / Chłodne dziergacie całuny, / Bym uszedł blaskom“ [15]  - pisał autor „Orfeusza” dedykując swój utwór Pawłowi Hertzowi. Mało było w Polsce podobnych Napierskiemu niestrudzonych wędrowców, mieszkańców Europy i jednocześnie osób nieustannie powracających do rodzimych krajobrazów. Nie brakowało jednak nigdzie Polaków. W Trydencie jest wiele polskich pamiątek. One są znakiem obecności, wielowiekowej więzi z Europą, ale jednocześnie zachętą, by wyzbyć się kompleksów, by razem z innymi tworzyć wspólną tradycję i poszerzać własny horyzont. Nie sposób ujść obcym blaskom, ale też nie sposób nie pomyśleć - choćby od kraju dzieliły nas nieznane lądy i rzeki - o pierwszej jutrzence, zagubionym w świerczyńskim lesie cmentarzu, szumie świerków, rechocie żab i pierwszych odkryciach, pierwszych uczuciach, rodzącym się zachwycie i - potem - bólu rozłąki, smaku pierwszej porażki, niemożności powrotu, nieubłaganym upływie czasu.

7

Droga przez austriackie Alpy i Bawarię okazała się niespodziewaną odmianą. Jeszcze przed Reschensee pojawiło się słońce. Oczom ukazały się rozległe widoki. Trasa prowadziła przez góry i wykute w skałach tunele. Ośnieżone szczyty kusiły swoim pięknem, pociągały jak każdy żywioł czy nagła namiętność. Poddawałem się nieznanym blaskom i jednocześnie uchodziłem w myślach, wędrowałem ulicami Paryża, Bremy i Warszawy.
Każdy ma swoje miasta, orientacyjne punkty, swój horyzont i przestrzeń, po której się porusza. Każdy - choćby tkwił w jednym miejscu - ma swoje drogi. Może sięgać po książki i dzięki nim się przenosić. Może odkrywać niebieskie szlaki albo z gwiazd rozpoznawać bieg planet. Może wypłynąć w morze czy w powietrzu przenieść się gdzieś nad Cabo da Roca czy nad Bosfor. W gruncie rzeczy przez całe życie odbywamy jedną podróż. Jeśli los rzuca w różne zakątki, jeśli prądy historii albo dziejowe burze wyznaczają kierunek a wiatr znosi ku nieznanym brzegom, jest przecież i szlak, jaki wybieramy sami. Są Mostowe Błota, jest niespokojny nurt Wezery, jest Hammersee czy ujrzana za Brocken tęcza. Jest poranek spędzony w parku Monceau czy skały gorące, ciepły powiew od Cap de Creus. Są myśli i pragnienia, które towarzyszą naszym wędrówkom. Nie musimy odchodzić daleko, marzyć o Wielkim Kanionie, piaskach Sahary czy wiecznych lodach. Nie musimy szukać słońca nad uroczym Sirmio czy kolorowego zmierzchu nad wenecką laguną. Wystarczy dostrzec łagodny powiew od Puckiej Zatoki, poczuć zapach ogrodu, w którym spędzało się długie godziny, wiedzieć jak pachnie sosna, jak trwają a potem giną liście, drzewa, widoki, marzenia. Wystarczy poznać smak życia, smak rozstań i powrotów, smak smutku i wesela albo choć raz, bez wstydu, bez obłudy, przyznać się do swojego szczęścia i bólu, sukcesu i klęski. Wystarczy kilka prostych prawd, spraw nie tak ważnych, żeby nimi zajmować świat, trochę dobrych myśli, kilka książek, serce i rozum, albo tylko struny, z których dobywa się nieznany dźwięk, melodia której nikt nie zdoła zapisać, utrwalić, ocalić. Wystarczy wiernie trwać, a kiedy trzeba będzie - spokojnie w ostatnią drogę wyruszyć i już się nie oglądać, nie uciekać, nie uchodzić cieniom...

8

Są sprawy dla innych nieważne, rzeczy - żyjącym obok nas - na ogół obojętne, zupełnie niepotrzebne, ale przecież nie znaczy to, że wolno rezygnować ze swojej małej prawdy. Są bowiem i miejsca, krajobrazy, z którymi nigdy nie będziemy umieli się rozstać. Są ulice, bez których niektóre miasta dla nas nie istnieją  i domy, bez których nic nie znaczą. Są książki, które koniecznie, nim się gdzieś wyruszy, trzeba ze sobą zabrać. Są dni wyrwane codzienności, dla których nie warto skąpić drogi i czasu. Są też spotkania, rozmowy, chwile, bez których nigdy nie odkrylibyśmy innego świata - świata niewidzialnego, a przecież realnego, trwającego w nas i bez nas.

***

„Tak niewiele mi trzeba. Książek, snu, podróży, Obojętności świata, który dla Ikara, Kiedy na morze spada, oczu swych nie nuży, Nie widzi go i słyszeć nawet się nie stara.” [16] - pisał Paweł Hertz. W odpowiedzi na zadane niegdyś pytanie - nawiązujące do jego „Trenów” - usłyszałem, że „losy naszego ducha w znacznej mierze są od nas zależne“ [17]. Usłyszałem też, że jeśli własne myśli stają się dla kogoś ważne - to wystarczy, to znaczy, że zrobiło się wszystko, co można było zrobić. 
Dzisiaj wiem, że gdyby nie jedno szczególne miejsce, gdyby nie słowa, jakie kiedyś usłyszałem i myśli, jakie stały się mi bliskie, moje losy potoczyłyby się inaczej. Wiem również, że droga, jaką kiedyś wybrałem, zaprowadziłaby mnie gdzie indziej. 
Obojętność często przeszkadza, obojętność nieraz boli, ale cóż w istocie znaczy, jeśli mimo jej niszczącej siły realizujemy swoje zamierzenia, nie tracimy nadziei, potrafimy zatrzymać kilka dobrych wspomnień i ocalić pamięć? Co znaczy obojętność, a nawet niechęć, jeśli pozostaje choć jedno nieobojętne spojrzenie?

Paryż, 4 -14 listopada 1999 roku

Marek WITTBROT

1. Zygmunt Krasiński, „Listy do ojca”, Warszawa 1963, s. 179.
2. Paweł Hertz, „Portret Słowackiego”, Warszawa 1955, s. 106.
3. J.w.
4. Paweł Hertz, „Ład i nieład”, Warszawa 1964, s. 217.
5. Halina Poświatowska, „Wiersze nieznane, wiersze zapomniane...”, Bydgoszcz 1997, s. 51.
6. J.w., s. 55.
7. Stendhal, „Dzieła wybrane”, t. II, przełożył Tadeusz Żeleński (Boy), Warszawa 1982, s. 451.
8. Jan Wolfgang Goethe, „Listy i wiersze miłosne”, przełożyła Anna Milska, Warszawa 1982, s. 260.
9. Johann Wolfgang Goethe, „Tagebücher“, Band I 1770-1810, Stuttgart 1956, s. 186.
10. Goethe, „Podróż włoska”, przełożył Henryk Krzeczkowski, Warszawa 1980, s. 32.
11. Jan Ciechanowicz, „Wędrówki śródziemnomorskie”, Warszawa 1999, s. 159.
12. Jarosław Iwaszkiewicz, „Podróże do Włoch”, Warszawa 1977, s. 25. 
13. Hermann Hesse, „Italien“, Frankfurt am Main 1983, s. 160. 
14. Goethe, „Podróż włoska”, j.w., s. 24.
15. Stefan Napierski, „Wiersze wybrane”, Warszawa 1983, s. 204. 
16. Paweł Hertz, „Patrzę się inaczej”, Warszawa 1994, s. 237.
17. J.w., s. 238.




Na zdjęciu:

Trydencka katedra

(Trydent, 1999)




Na zdjęciu:

Nad weneckim
kanałem

(Wenecja, 1999)




Na zdjęciu:

Jedna z uliczek
Sirmione


(Sirmione, 1999)


Zdjęcia Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga