Na początku lata
Na widokówce, którą Samuel
przysłał z Gardone Riviera, błękitne jezioro kołysze niewielką
wyspę w kształcie serca. Lago di Garda jest spokojne i pogodne,
nastraja do rozmyślań o przeszłości. S. wspomina dawne porywy
serca, gdy zamykając rozdział życia w kraju, kilkanaście lat
wstecz, zbliżał się do brzegów fryzyjskiej wyspy szczęśliwy
i nieszczęśliwy jednocześnie. Co pozostawił za sobą, co pominął,
by przetrwać i dotknąć celu?
Niespełnienie w dziennikarstwie, rozpoczęte i niedokończone
znajomości, przyjaźnie i więzi głębsze niż by to można
wyrazić? Co ujrzał przed sobą, by znaleźć siłę i się
oddalić...?
Nie wiem, jak smakują podróże. Przeważnie pracuję w domu i
tylko na krótko oddalam się zarobić grosz lub zrobić zakupy.
Wyprawa z córką na Jarmark Świętojański to już dla mnie
spore wydarzenie.
Monika przymierzyła pierścionek i kolczyki ze srebra w kształcie
myszki. Było jej w tym ładnie, więc zgodziłam się, żeby nie
zdejmowała, nie pytając o cenę. Lubię, kiedy coś
niespodziewanie pasuje i nie trzeba tego przykrajać do możliwości.
To jest jak z kupowaniem mebli na miarę potrzeb i wyobraźni a
nie na wymiar pokoju w blokowcu.
Gdy wracałyśmy wczesnym wieczorem ze Starego Rynku znajoma droga
przez osiedle od szybkiego tramwaju, myszki połyskiwały srebrzyście
wśród ciemnych włosów Moniki. Nie miałam kolczyków, dotąd
nie mam przebitych uszu. Nie wiem, co to za radość – nieść
w uszach szczęście.
* * *
Od wczesnych godzin przeglądam prace z sesji naukowej UAM o
duchowości kobiet średniowiecza – o Heloizie, Brygidzie,
Jadwidze. W filozoficznych rozważaniach Heloizy jest wiele treści
wciąż aktualnych, szczególnie o związku kobiety i mężczyzny,
o ich odpowiedzialności wobec siebie i otwartości na własną
naturę.
Z pobliskiego ogrodu słychać nawoływania się kosów i przeciągły
znak powrotu innego ptaka, którego nie rozpoznaję. Poranna krzątanina
w sadzie przypomina, że życie jest nieustanne, tylko niezauważalnie
zmienia swoją formę trwania.
Monika wróciła z zakupami i rozmawiałyśmy chwilę o naszym wspólnym
bytowaniu, o terapii odwykowej od poddawania się niepowodzeniom,
o tym, co nas najmocniej dotyka. M. ma z nas najwięcej rozsądku,
choć jest najmłodsza. Kiedyś, gdy nie mogłam sobie poradzić z
problemami – była wtedy w trzeciej klasie podstawówki
– przytuliłam się do niej na dziecięcym tapczanie i całując
na dobranoc powiedziałam: „Gdybym mogła się zamienić i
nie być sobą, chciałabym być tobą”. Uśmiechnęła się
ze zrozumieniem.
Jest silna i potrafi walczyć o lepsze dla siebie i rodziny.
Przypomina ojcu, żeby nie pił za dużo piwa i żeby się nie
oddalał. Piękna i zdecydowana w działaniu, nie lubi przegrywać.
Gdy powtarza mocno niskim głosem, bacznie patrząc mi w oczy:
„Mamo, mamo”, wtedy wiem, że chce mnie przywołać do
porządku, odgonić strachy, przywrócić normalności. Wiem, że
mogę przestać się obawiać, kluczyć, bo prowadzi mnie jej
czujne, uważne spojrzenie.
Spojrzenie oczu lśniących jak niezwykłe ciemnobrązowe
kasztany, jakie chowa się we wrześniu na szczęście.
Na początku lata wszystko jest jeszcze zwinięte w kłębek,
niejasne, nie rozgrzane od środka. Dopiero, kiedy lipiec rozpali
skórę do brązu, można będzie posłuchać muzyki i szumu
drzew, być tak blisko, by ośmielić się prosić wieczność:
poczekaj chwilę
* * *
W leśniczówce,
gdzie mieszkamy, jest swojsko - dziko i sympatycznie. Ogród porośnięty
wysoką trawą i chwastami, na podwórzu drewniane ławy i stoły
do jedzenia, naprzeciw dawna drewutnia zamieniona na łazienkę z
prysznicem, a obok buda, przy której często wygrzewają się w słońcu
zgodnie kot i pies.
Z pobliskiego starego kościoła codziennie dochodzi dźwięczny głos
trąbki – to organista wygrywa rano początkowe takty pieśni
Karpińskiego: „Kiedy ranne wstają zorze, Tobie ziemia,
Tobie morze. Tobie śpiewa żywioł wszelki, bądź pochwalon Boże
wielki...”, a wieczorem: „Wszystkie nasze dzienne
sprawy przyjm litośnie Boże prawy. A gdy będziem zasypiali
niech Cię nawet sen nasz chwali...” Melodia rozchodzi się
w ciszy po okolicy. Czasem tylko słychać pianie kogutów, przejeżdżający
motor lub warczenie piły tnącej drewno.
Do morza można dojść leśnym duktem w pół godziny. Stegna to
wioska licząca około trzy tysiące mieszkańców. Leży w
zatoce, więc klimat jest dość łagodny, a wiatry przyjazne.
Pierwszego dnia pobytu na plaży widzieliśmy jak rybacy przybyli
z połowu małym kutrem, złowili trzy duże ryby, bolenie, a
potem nieśli je, trzymając za skrzela, otoczeni gromadą dorosłych
gapiów i dzieci. Monika też podbiegła, by zobaczyć co się
dzieje. Ma już siedemnaście lat, jest prawie dorosła, a wciąż
ma w sobie dziecięcą gotowość do uciechy z niespodziewanych
zdarzeń – jeśli okoliczności są sprzyjające, poczucie
bezpieczeństwa. Ostatnio Monika nawiązała dobry kontakt z tatą
i razem planują relaks i wakacyjne menu. Eugeniusz jest dumny z córki
i spełnia jej prośby bez szemrania. Bartek, starszy od Moniki o
6 lat, kręci się przy mnie koło domu i pomaga w gospodarstwie
albo gra w piłkę na podwórzu z dziećmi letników. Odpoczywa w
ten sposób po roku intensywnych studiów.
Wyposażenie leśniczówki jest skromne – śpimy w małym
pokoju, gotujemy na kuchence z butli gazowej, lecz to nie ma
znaczenia, bo w letni wypoczynek niewiele trzeba. Słońce, wiatr,
morze i swoboda, czasem nawet deszcz i chmury – wszystko tu
sprawia nam radość. Samuel dodzwonił się do nas późnym
wieczorem, gdy wszyscy już spali ukołysani szumem morskiego
wiatru, wygrzani promieniami słońca niosącymi spokój i
ukojenie. Spytał, czy dobrze się czujemy, przekazał
pozdrowienia. Mówił urywanymi zdaniami, zmagając się z odległością
i nocną godziną. Zrozumiałam jednak tyle, że nie będzie
przysyłał na razie widokówek, bo ma wiele spraw do przemyślenia
i załatwienia, musi się zamknąć w sobie na jakiś czas jak
muszla.
Leżące na piasku muszelki wyrzucone przez wodę są zwykle
otwarte; w zderzeniu z siłą fali,
gorąca i oporem brzegu utraciły wnętrze, co je spajało, łączyło.
Podobnie jest z człowiekiem. Otwiera się dopiero wtedy, ukazuje
swoje prawdziwe wnętrze, gdy zderzy się z trudnościami, rozwiąże
najważniejsze problemy i zawiłości losu. Szare, różowe i beżowe
muszelki w kształcie serca leżą teraz w szkatułce Moniki
przywiezionej jej kiedyś przez Samuela z Paryża. Połyskują w
świetle, gdy się otworzy wieko – ożywiają pamięć
niedawno minionych chwil.
Teresa TOMSIA
Teresa Tomsia.
Urodziła się w 1951 roku w Wołowie. Ukończyła studia
polonistyczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest
autorką tomików wierszy, m. in.: „Czarne wino”,
„Białe tango”, „Wieczna rzeka – Der ewige
Fluss”, „Przed pamięcią”. W październiku 2000
roku ukazał się w Niemczech jej
niemiecko–polsko–francuski tomik „Schöner. Piękniejsze.
C’est plus beau”. Prowadziła scenkę kabaretową
„Ostryga” i współpracowała z kabaretem „Tey”.
Pisze recenzje, scenariusze teatralne i teksty piosenek. Założyła
i prowadzi Klub Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz”.
Mieszka w Poznaniu.
|

Na zdjęciu:
Eugeniusz Tomsia
Fot. Monika Tomsia

Na zdjęciu:
Monika
Fot. Marek Wittbrot
|