Trzy listy

1.

LJCH [Laudetur Jésus Christus]

19.1.1967 r.

Czcigodny Ojcze

Tak dawno do Ojca nie pisałem, ale na pewno Ojciec wie, jak nasze życie się układa i jak się tu czujemy, z opowiadań kolegów, którzy odwiedzali już Seminarium. Ostatnio tak czas wolny jest ograniczony, że nie można listu napisać. Ostatnio mieliśmy sporo egzaminów, zupełnie jak na Uniwersytecie. Utarto się tu powiedzenie, że "tu nie Uniwersytet, tu trzeba myśleć". Nie wiem, co wpłynęło na to, ale ostatnio przełożeni nasi obrali w stosunku do nas metodę "przez nogi do głowy". Dają w kość, ale nie zdają sobie sprawy, że tym samym przyczyniają się do lepszego zgrania bractwa. Stajemy się bardziej jednomyślni. Ja osobiście czuję się dobrze. Zahartowuję się zarówno pod względem duchowym, jak i zdrowotnym. Jeszcze nie byłem ni razu na przepustce. Ale wczoraj pod pretekstem włożenia pieniędzy na książeczkę PKO, poszedłem po południu do miasta. Byłem w kościele i po raz pierwszy od miesiąca przyjąłem Komunię świętą. O godzinie 18.15 była Msza św. i Nowenna do MB Nieustającej Pomocy. Potem odwiedziłem Siostry i na 21.00 wróciłem do koszar. Bardzo Ojcu dziękuję za Naśladowanie Chrystusa. Jest to bardzo wygodna książeczka, dlatego noszę zawsze w kieszeni, bo na politycznym, którego mamy po same uszy, można z niej korzystać i śledzić piękne myśli, w niej zawarte. Bardzo prosiłbym, jeżeli Ojciec może, albo niech któryś z kolegów to uczyni, aby przysłać mi w liście od czasu [do czasu] jakąś konferencję czy kazanie, żebyśmy mogli sobie wspólnie przeczytać, przemyśleć. Wspólną modlitwę praktykujemy w dalszym ciągu, wspólny różaniec, wieczorna modlitwa, w piątek Droga Krzyżowa, a w święta recytowana Msza święta. Można powiedzieć, że już nie przeszkadzają tak w modlitwie, chociaż może to być tylko okresowe, jako eksperyment. Na razie kończę. Serdecznie Ojca pozdrawiam i proszę o modlitwę. Z Bogiem

Alek P.

Modlimy się wspólnie o zdrowie dla Ojca. Proszę bardzo napisać, jak się teraz Ojciec czuje na zdrowiu.


2.

Czcigodny Ojcze

Bardzo dziękuję za list i słowa otuchy. Tak, słowa otuchy, bo nie raz miałem pewne wątpliwości, czy rzeczywiście dobrze robię, stawiając czoło, cierpiąc za innych. Czy to nie jest jakaś lekkomyślność? Okazałem się bardzo twardy, nie można mnie złamać groźbą, ani torturami. Może to dobrze, ze akurat jestem ja, bo może ktoś inny by się załamał, i jeszcze wkopał. Ostatnio zaszły pewne fakty, które pozostaną mi w pamięci, które nawet zanotowałem. 1-szy z nich to sprawa różańca wojskowego. Różaniec ten, jak się potem okazało, był tylko pretekstem. Zaczęło się od tego, ze dowódca plutonu kazał mi zdjąć z palca różaniec na zajęciach przed całym plutonem. Odmówiłem, czyli nie wykonałem rozkazu. A za to grozi prokurator. Gdybym zdjął, wyglądałoby to na ustępstwo. Sam fakt zdjęcia to niby nie takiego. Ale ja zawsze patrzę głębiej. Wtedy tenże dowódca rozkazał mi, żebym poszedł z nim do wyższych władz, a swemu pomocnikowi rozkazał, aby na 20-tą przyprowadził mnie na rozmowę służbową. Ponieważ nie było władz wyższych, rozmawiał ze mną sam. Straszył prokuratorem. Wyśmiewał: ,,Co, bojownik za wiarę". Ale to wszystko nic. 0 17.45 w pełnym umundurowaniu jak do ZOK-u. Stawiłem się na podoficerce. Tam sprawdzian trwał do 20-ej, z przerwą na kolację. 0 20-ej zaprowadzono do dowódcy plutonu. Tam się zaczęło. Najpierw spisał moje dane. Potem kazał mi się rozbuć, wyciągnąć sznurówki z butów!, rozwinąć onuce. Stałem więc przed nim na boso. Oczywiście cały czas na baczność. Stałem jak skazaniec. Zaczął się wyzywać. Stosował różne metody. Starał się mnie ośmieszyć. Poniżyć przed kolegami, to znów zaskoczyć możliwością urlopów i przepustek. Na boso stałem przez godzinę (60 minut). Nogi zmarzły, zasiniały, więc o 21.10 kazał mi buty założyć. Na chwilę wyszedł z sali i poszedł do chłopaków (moich kolegów z plutonu). Przyszedł do mnie z pocieszającą wiadomością: ,,Tam w sali w twojej intencji się modlą". Rzeczywiście, chłopaki wspólnie odmawiali różaniec. Ja zbywałem go raczej milczeniem odmawiając modlitwy w myśli i ofiarując cierpienia, powodowane przygniatającym ciężarem plecaka, maski, broni i hełmu, Bogu jako przebłaganie za grzechy. Boże, jak się lekko cierpi, gdy się ma świadomość, że się cierpi dla Chrystusa. Jak powiedziałem, różaniec był tylko pretekstem do tego, żeby się ze mną spotkać w formie służbowej, bo normalnie to już byłem na rozmowach. O różańcu wspomniał mi tylko pod koniec rozmowy. A tak cały czas mówił o różnych rzeczach. że przedtem miałem autorytet na sali, a teraz jestem narzędziem w ręku innych tchórzy, którzy sami się boją narażać. Oczywiście zmyślone. Chęć pokłócenia z kolegami. Ale na takich chwytach się znamy. O 22.20 przyszedł polityczny (politruk), kazał mi zdjąć różaniec przy nim. A niby z jakiej racji? Nie zdjąłem, bo przecież nikomu nie przeszkadza, a nie będę zdejmował, dlatego, że ktoś nie może na to patrzeć. Zwolnił mnie o 23.00. Wiesiek Wasiński miał w tę noc służbę, więc pomógł mi zdać broń do magazynku. Poszedłem na salę do spania. Ale nie zdążyłem się położyć. Gdy dowódca drużyny ogłosił alarm mojej [grupy] za mnie. Na alarmie zamiast 8-9 minut, wybieraliśmy się 18 minut. Potem ustawiliśmy się w dwójki i poszliśmy pod magazynek broni. A więc byliśmy zgrani. Dowódca plutonu rozkazał dowódcy drużyny, aby następnym razem przyprowadził mnie na taką rozmowę z RKM-em na szyi, który waży 15 kg. I rozmowa będzie trwała nie 3 godziny, ale do 4-5 godz. z zastosowaniem odpowiednich metod. Mam byś poddany pod sąd koleżeński, jako buntownik. Ale mam na szczęście dobrych kolegów, którzy w tym sądzie zasiadają. Do Seminarium mają wysłać pismo z moją opinią. Obawiam się, że nie będzie ona zbyt pochlebna i żeby Władza nie była zaskoczona, bo to też będzie tylko eksperyment. Ojciec pyta, kiedy przyjadę na urlop. Huu! Trudne pytanie. Bo jeżeli Bóg zechce mnie i w ten sposób doświadczyć, to zgodzę się na to bez wahania. Otóż powiedziano mi na rozmowie, że nie ma siły, żebym kiedykolwiek pojechał na jakikolwiek urlop. Programowy też mi zabiorą. A gdyby nawet mama umarła. To mnie nie puszczą do domu. Ale dla pewności, żebym nie uciekł, za zgodą dowódcy Kompanii zamknie mnie na ten czas do aresztu. Na przepustkę tez nigdy nie pójdę. A służba tak mi się będzie dłużyła, jakbym służył nie 2, ale 6 lat. Na przepustce właściwie jeszcze nie byłem. Raz bez wiedzy dowódcy plutonu poniosłem (niby) pieniądze na PKO i za to dostałem ochrzan, ale opłaciło się, bo wykorzystałem ten czas na pójście do kościoła. Najbardziej wkurzyłem pana porucznika, gdy po 2 i pół godzinnej jego gadce do mnie zacząłem głupio ziewać. Pokazałem mu, że mnie jego gadanie mało obchodzi. To go poniosło. Sprawy modlitwy układają się w moim plutonie najlepiej. Ale to nie nasza wina, bo oni sami dobrali do tego plutonu grupę buntowników. Różaniec wspólnie odmawiamy codziennie. Przy każdej dziesiątce ktoś inny podaje intencję, a jedna intencja, jedna tajemnica jest w intencji własnej. W niedzielę Mszę św. recytujemy, a w piątki Drogę Krzyżową odprawiamy. Wieczorem krótka, wspólna modlitwa. Ostatnio zaczęliśmy praktykować czytanie jednego rozdziału z jakiejś książki do rozmyślania. Jest to coś w rodzaju wspólnego rozmyślania. W ostatnią niedzielę tj. 29.01.67 r. urządziliśmy na sali dzień skupienia. Na czym on polegał, bardzo proste. Jak najmniej rozmawiać, a jak najwięcej czasu spędzić na modlitwie. I trzeba przyznać, że to nam się bardzo udało i wyjątkowo bardzo dużo mieliśmy czasu wolnego, prawie cały dzień żeśmy spędzili na modlitwie. Przerecytowaliśmy Mszę św., odmówiliśmy różaniec, zrobiliśmy rozmyślanie. Po południu wspólnie odmówiliśmy nieszpory (wprawdzie beze mnie, bo byłem znowu prowadzony do oficera inspekcyjnego). Czas obowiązkowo spędzany na świetlicy wykorzystaliśmy do czytania pobożnej lektury. Z całego tego dnia byliśmy zadowoleni, każdy duchowo umocniony. W ten sam dzień, kiedy byłem na trzeciej kompanii, jakiś kapralina, chcąc się przylizać oficerowi, kazał mi zdjąć różaniec. Powiedział, to nie obrączka, żeby nosić w wojsku. Powiedziałem "jak dla kogo". Zaczął się rzucać i na siłę chciał zaprowadzić do oficera. Chłopaki się rzucili na niego, myślałem, że go zbiją. Kazałem, żeby oficer do mnie przyszedł, bo ja do niego nie pójdę. Bo niby z jakiej racji, dlatego tylko, że tak mu się podoba? Przecież on nie był moim przełożonym. Poszedłem potem do oficera, kazał mi zrzucić [różaniec], ale to już stara historia! teraz nie mogę się cofać, więc nie zdjąłem. Kapral naskarżył, ze się z nim szarpałem i mam być ukarany w rozkazie. Ale już drugi dzień i żadnej kary nie ma. żeby mi nie mogli nic zarzucić, to dzisiaj egzaminy zaliczyłem na bardzo dobrą ocenę. Nie będą mi zarzucali, że wszystkim się zajmuję, tylko nie tym, co trzeba. Pod względem fizycznym czuję się dobrze. Zahartowałem się. Apetyt mam nie najgorszy, ale niedomiar jedzenia uzupełniam w kantynie. Zdjęcie zrobione w pośpiechu nie bardzo udane i nie wiem, czy je Ojcu wysyłać. Nie wiem, kiedy ten list Ojciec otrzyma, bo będę się starał przesłać go za pośrednictwem czyichś rąk. Przepraszam za chaotyczne myśli i niestaranne pismo, ale to wszystko z pośpiechu. Wiele rzeczy ciekawych tu się dzieje, ale nie sposób wszystkiego opisać, bo trzeba by było tylko tym zajmować. Serdecznie pozdrawiam i proszę o modlitwy. My zapewniamy ze swej strony o modlitwie. Z Bogiem.

Wdzięczny Alek P.

 

3.

Bartoszyce, 7.03.68 r.

Drogi Ojcze

Nie pisałem do Ojca długo, ale nie wiem czemu to przypisać. Najlepiej chyba będzie, jeśli przypiszę to swemu lenistwu. Po prostu się zaniedbałem, za co bardzo Ojca przepraszam. Ostatnio na Kompanii zaistniała pewna sprawa, która nas cieszy, chociaż nie powinna, bo tak nieładnie cieszyć się z cudzej biedy. Otóż zachorował na żółtaczkę zastępca do spraw politycznych. W związku z tym mamy na Kompanii spokój, nie ma tyle konkursów, nie ukulturalniamy się tak, jak było jeszcze przed tygodniem. Zarządzono także Kompanii kwarantannę, która polega na odizolowaniu nas od innych żołnierzy, gdyż grozi niebezpieczeństwo przeniesienia zarazków na inne Kompanie. Ale zarazki te mają dziwną własność, bo zagrażają innym tylko na posiłkach (na posiłki chodzimy w ostatniej kolejności, gdy nikogo nie ma na stołówce) bo na filmy czy zajęcia polityczne chodzimy razem z innymi żołnierzami. Dzisiaj mieliśmy polityczne z niejakim panem Chorążewiczem. Przez całe siedem godzin mówił o stosunku państwa do Kościoła i perspektywach na przyszłość. Księdza Prymasa przedstawiał w najbardziej czarnym świetle. Wszystkiemu, co jest złe, winien jest Ksiądz Kardynał, Wyszyński, że papież nie przyjechał do Polski - Ks. Wyszyński winien. Gdy Kliszko chciał zawrzeć konkordat z Watykanem, zareagował ostro i powiedział, że nie może być konkordatu - Ks. Wyszyński. Najlepszym ustrojem dla Polski jest Królestwo - mówi Ks. Wyszyński. Zabronił biskupom spotkać się z de Gaulle'em - Ks. Wyszyński. Najmniejszej przyszłości nie ma polityka - Ks. Wyszyńskiego. Dobrą pożywką dla NRF-u jest - działalność Ks. Wyszyńskiego. Nie chce porozumienia między państwem a Kościołem - Ks. Wyszyński. Dąży do zmiany ustroju w Polsce - Ks. Wyszyński. Nie będę wszystkiego przytaczał, bo zanotowałem dzisiaj tego czternaście stron, ale myślę, że te parę cytatów pozwoli Ojcu wyobrazić, chociaż trochę przebieg wykładów politycznych. Jedno jest chyba tu ważne, że ten Chorążewicz wyjechał od nas zmyty. Kiedy został przyparty do muru, przyznał wiele racji, bo nie umiał odeprzeć naszych zarzutów. Okazało się, że jest to "chudy literat", magisterek, który nie orientuje się w tych sprawach poza tematem, jaki przygotował. U mnie nic ciekawego. Czuję się doskonale i ciągle mi na wadze przybywa. Obawiam się, że sutanna, którą zostawiłem w domu, po powrocie będzie mała. Przepraszam Ojca za bazgranie. Łączę serdeczne pozdrowienie. Z Bogiem.

Wdzięczny Alek P.

Listy ukazały się w „Naszej Rodzinie” 6 (501) 1986, s. 31-35.


 

© Recogito, Rafaliga