Ciche skargi z notatnika
Rzecz wprost niewiarygodna. Ojciec Święty
odprawił prywatną Mszę Świętą w Wieczerniku. Była to
pierwsza liturgia odbywana w tym miejscu od XII wieku. A więc
umilkły spory, historycznie ukształtowane podziały i polityczne
ambicje. Wieczernik ponownie stał się (choć na chwilę, ale to
ważna chwila) powodem jedności, najważniejszym miejscem kultu
chrześcijańskiego. Bo przecież franciszkanie, którzy w XIV
wieku znaleźli się w Jerozolimie, tylko przez jeden rok mogli
cieszyć się opieką nad sanktuarium Wieczernika. Albowiem po
niemal stuletnich utarczkach w 1551 roku franciszkanie opuścili
kościół i klasztor na Syjonie. Wówczas wieczernik zamieniono
(pomijając wszelką historyczną prawdę) na meczet proroka Dawida. I dopiero od niedawna pielgrzymi
mogą odwiedzać salę na górze, uświęconą wydarzeniami
pierwszej Eucharystii oraz Zesłania Ducha Świętego, chociaż
sprawowanie Najświętszej Ofiary wciąż pozostaje objęte
zakazem. Dlatego tyle w naszych sercach radości, bo ponownie zawiązała
się dawna religijna bliskość, choć - oczywiście - tzw.
„kwestia wieczernika” nie została definitywnie
rozstrzygnięta. O co dokładniej chodzi?
Otóż, dom, w którym
Jezus spożył wraz z uczniami ostatnią wieczerzę, zburzono
najprawdopodobniej w 70 i 135 po Chrystusie. Ale chrześcijanie
nigdy nie zapomnieli o tym miejscu i gdy tylko stało się to możliwe,
zbudowali tam „mały kościółek”, który wkrótce
zamieniona na dużą bazylikę Sancta
Sion. Po różnych burzach dziejowych w pierwszej połowie XIV
wieku cały teren bazyliki i położony obok klasztor nabył od sułtana
egipskiego król Robert Andegaweński z Neapolu i przekazał w
opiekę franciszkanom. Ci pozostawali tam aż do połowy XVI
wieku, aż zostali stamtąd wypędzeni. Wówczas wieczernik
zamieniono na meczet. W ten sposób powstała tzw. „kwestia
wieczernika”, do dzisiaj, jak wspomniałem, nie załatwiona.
Niemniej, cieszmy się, że samo źródło naszej z Jezusem obecności
znajduje się w miejscu - mimo wszystko - dostępnym, że możemy
przed nim pochylić czoła, że wreszcie, doświadczamy swego
rodzaju nadziei na możliwe porozumienie i ekumeniczną czułość,
by posłużyć się terminem Adama Zagajewskiego. Osobiście, nie
odwiedziłem jeszcze wspominanych świętych miejsc. Nie opuszcza
mnie jednak tęsknota i pragnienia przebywania w krajobrazach
Jezusowej miłości. Każdy z nas odkrywa w sobie przecież chęć
poznania miejsc uświęconych obecnością samego Boga. Tak bardzo
potrzebujemy widzialnych znaków i one są, realne, konkretne, choć
obwarowane ludzką słabością. Na razie, więc wpatrujmy się
uważnie w duszpasterskie działania Jana Pawła II. On wyznacza
siłę i rytm naszych serc. Sprawia, że nie gubimy się
nadmiernie w zawiłościach i perswazjach teraźniejszych wydarzeń,
które nie zawsze tworzą historię godną Ewangelii. Ale czy
przyjdą lepsze czasy?
Gdy zasypiam albo
nakrywam się kocem, tuż przed nocą, widzę jak ciemność
rozprasza się w zetknięciu z otwartymi powiekami. Przez sekundę
zaledwie śpiewa; więc szybko dotykam krawędzi łóżka, z miłości
do każdej miłości, dotykam, czego już nie ma.
Nieszczęście
ogrzewa i zajmuje przestrzeń.
Rozmyślam: pisz
tak, abyś mówił do wszystkich, bo wszyscy pragną ukojenia,
pomocnego współczucia. Pisz tak, aby słowa budowały cienie, pełne
chłodu i milczenia. Pisz Bożą stronę życia.
Objąłem bladą
twarz księdza Piotra, ucałowałem jego dłoń, bo jak wyrazić
najgłębszą, choć ułomną miłość? Boże! Przytul mnie i
tych, którzy cierpią.
Wspominam karnawałowe
dni. Wszyscy, choćby tylko jeden, jedyny raz, pragniemy
uczestniczyć w jakimś balu przebierańców, balu maskowym (nie
tylko o dobroczynnym charakterze) albo przynajmniej zbieramy się
w wieczór sylwestrowy na rynkach miast, aby dać świadectwo.
Jakie emocje domagają się wówczas spełnienia? Przypomnijmy
najpierw fakty przeszłe. Otóż, początkowo karnawał bywał
niczym więcej jak tylko zabawą mieszczan. To, po prostu, zwykła
procesja, nie wyróżniająca się specjalnie spośród podobnego
typu pochodów. Łączyły się w niej tradycje bachanaliów, świąt
ziemi, wina, lasów. Albowiem sama nazwa karnawału przywodzi łacińskie
określenie carrus navalis, czyli
wozu w kształcie statku uświetniającego wspomniane procesie.
Niemniej, karnawał należy raczej wiązać z ostatnimi dniami
przed Wielkim Postem - czasem ograniczeń, poddawania się współuczestnictwu
w pustynnym doświadczeniu Jezusa. Pozostaje on przecież trwającą
od ostatków do Środy Popielcowej ceremonią przejścia, pochwały
radości życia i powszechnego dostatku. A zatem święto obfitości,
podczas którego ludzie piją, jedzą i bawią się, nie przejmując
się - na razie - zakazami; chwile dialogu albo konfrontacji:
wiele ksiąg przytacza w całej rozciągłości dysputy prowadzone
przez Karnawał i Panią Wielkopostną.
Mamy w pamięci
obrazowanie i wyobrażenie „walki Postu z Karnawałem”,
tematu modnego bodaj od XIII wieku, odnajdywanego na słynnych
płótnach, między innymi Piotra Breugela. Ukazuje on ową walkę
jako komiczną zabawę raczej niż satyrę. Pani Post bardzo
chuda, Mości Karnawał natomiast przedstawia się jako bardzo
gruby, czerwony na twarzy, uzbrojony w wielki rożen, na który
nadziane są upieczone kawałki mięsa i łeb dzika. Tego typu
przedstawienia dzisiaj mają wymowę, co najwyżej ilustracyjną.
Pokazują emocje i „stylistykę” historycznego
obyczaju, gdyż obecnie decydujemy się na nieco inne formuły
zabawowe, chociażby bale proszone, bale określonych środowisk
itd. Tłusty czwartek stał się dniem o charakterze typowo
kulinarnym: pączki, faworki i pampuchy wówczas rządzą wszechwładnie
społeczną wyobraźnią.
Ale też karnawałowy
czas zdaje się przywracać wartość przewrotnej ideologii
„życia na opak”. Bale gałganiarzy czynią ze śmiechu
i komizmu sposób na obecność godną uwagi i ponawiania.
Niekiedy zresztą nie dysponujemy innym, na tyle wyrazistym
sposobem ekspresji, poza ironią i zabawowym gestem właśnie, aby
zwrócić uwagę na tzw. bolączki zbiorowego życia, bądź jakieś
niedomagania rządzących. Poznikały nadto z polskich krajobrazów
zabawy towarzyszące religijnym odpustom. Pamiętam z lat
dziecinnych odpusty w Świętej Wodzie - sanktuarium maryjnym,
znajdującym się nieopodal Wasilkowa, na białostocczyźnie, pełne
obwarzanków, strzałów pistoletowych, łakoci, gier w kości i
karty. Wiatraki drżące na wąskich drucikach, koguty, gipsowe święte
figury - wszystko wraz z atmosferą pieśni i rodzinnych opowiadań,
stanowiło element cementujący lokalną społeczność. Było,
rzec wypada, swoistym językiem porozumienia, zachowywania zwyczajów
plemiennych. Teraz zaś w murach miast odpusty zamieniły się w
zwyczaj oglądania wystaw, przymierzania w sklepach rzeczy i towarów,
których, na ogół w ogóle się nie kupuje. Wystarczy przejść
się wieczorem Krakowskim Przedmieściem w Warszawie, aby dostrzec
jak wiejska odpustowość przybiera szaty nowomiejskiego spaceru
zakupowego, jak w lustrach witryn sklepowych odbijają się
marzenia i pragnienia wciąż oczekujących coraz to nowych wrażeń
mieszkańców. Może więc i nas, może mnie?
Niedziela zwana
radosną zbliża do czasu spełnienia wszelkich tęsknot i
nadziei: oto została zwyciężona śmierć i zajaśniały
tajemnice Zmartwychwstania. Więc stroimy ołtarz kwiatami. Kapłani
odprawiają Mszę Świętą w szatach koloru różowego, co miało
związek ze zwyczajem błogosławienia w tym dniu (od X wieku)
przez papieża róży ze złota. Odczuwamy przy tym znaki
radosnego odradzania się wiosennego życia. A przy tym uświadamiamy
sobie - może nieco wyraźniej - że przystoi nam wewnętrzny uśmiech
serca.
A zresztą lubimy
chwile, gdy podczas liturgii kościelnej dzieje się coś szczególnie
teatralnego. Na przykład w Środę Popielcową więcej niż
zwykle osób zjawia się w świątyniach. Tak bywa i w Niedzielę
Palmową Męki Pańskiej, gdyż niemal wszyscy - trzymając w dłoniach
kwietniowe gałązki wierzby, białe od srebrzystych
„bazi” - przychodzimy oddać cześć Jezusowi. Ujawnić
swą religijną wrażliwość. W ten sposób nawiązujemy do
tradycji powstałej w Jerozolimie, w IV wieku. Tam w sobotę
wieczorem odbywała się procesja z Betanii do Jerozolimy, upamiętniająca
wydarzenie ewangeliczne, mianowicie, uroczysty wjazd Jezusa do
miasta. Siedział On na osiołku, otoczony ze wszystkich stron tłumem
zarówno mieszkańców
Betanii, Jerozolimy, jak i pielgrzymów z innych regionów.
Zarzucono na zwierzę płaszcze, mające służyć za siodło i za
dekoracyjne okrycie. Przed jadącym Mistrzem rozkładano też inne
okrycia tworząc dywan, a pod nogi osiołka rzucano zielone gałązki
i na znak radości wymachiwano gałązkami zerwanymi z przydrożnych
drzew. Wykrzykiwano przy tym bardzo charakterystyczne słowa:
„Ten, który przybywa w imię Pańskie”, to przecież
Mesjasz, „oto królestwo Dawida nadchodzi”, czyli królestwo
mesjanistyczne, gdyż Mesjasz będzie synem Dawida. Być może
wielu z otaczających orszak Jezusa przypuszczało, że już
niebawem skromnego osiołka zastąpią stada ognistych rumaków, a
liście palmowe - las błyszczących oszczepów. Ojciec Dawid ze
swego grobowca, a Bóg Jahwe z niebios uczynią ten cud dla
Mesjasza.
Stało się jednak
inaczej. Bo chociaż liturgia podkreśla radosny charakter
wydarzenia, to przecież prowadzi ostatecznie do uniżenia
Chrystusa w męce i zwycięstwa poprzez krzyż. Stąd udział w
liturgii staje się zgodną na taką Jezusową drogę wybawienia z
grzechu i śmierci. Trzymamy w dłoniach zielone gałęzie, będące
symbolem życia, w szczególności zaś staramy się zdobyć gałązki
wierzby - rośliny „miłującej życie”. Albowiem w
chrześcijańskiej symbolice wskazuje ona na nieśmiertelność i
zmartwychwstanie. Gdy zatem następuje pobłogosławienie palm, które
przynosimy do świątyni, jest to znak uczczenia Chrystusa, a także
nadziei, że nie opuści nas nigdy Boża życzliwość. Psalm 92
wyraźnie podaje: „Sprawiedliwy zakwitnie jak palma”.
Trzy dni spędziłem
w Gdańsku, u ks. Krzysztofa Niedałtowskiego, duszpasterza
tamtejszych środowisk twórczych. Kościół gdańskich artystów
to ruina św. Jana w zaułku Zachariasza Zappio. Ale ruina
cudowna, pełna tajemniczości i przestrzennego bogactwa. Dzieją
się w niej rzeczy najprzeróżniejsze. Nadbałtyckie Centrum
Kultury, prowadzone przez charakterystycznego i charyzmatycznego
niemal Maćka Nowaka, wypełnia świątynię koncertami,
wystawami, spotkaniami z ludźmi kultury. Śpiewali tu Soyka,
Dudziak, Grechuta, Bem, Tkacz. Gdy dodamy do tego sprawy
liturgiczne, nabożeństwa odpustowe, jarmarki, stragany, śluby,
chrzty – wówczas trzeba dziękczynnie spojrzeć w niebo.
Ksiądz Niedałtowski potrafi zgromadzić przy ołtarzu ludzi
wszelkiej wyobraźni i profesji. Nie zważa na konwencje i kościelne
schematy. Poszukuje natomiast mowy jedności. Bo z trudem
porozumiewamy się, z trudem akceptujemy swą odmienność i
niepowtarzalność. Z trudem zdajemy się na Boże dary.
Odkrywam w sobie
silne pragnienie czułości. Tymczasem coraz mniej przyjaciół
wokół mnie, coraz mniej życzliwych gestów. Rozpoznaję
osamotnienie delikatnie rysujące znaki na szybach mego bielańskiego
domu. Wiem, wiem, że Ty, Panie, jesteś najbliżej. Stanowisz
grunt istnienia, horyzont wszelkich możliwości. Pochylam głowę,
proszę o przebaczenie słabości i pychy, ale też proszę, abyś
nie odbierał radości z tego, że mam dłonie, serce, usta. I że
mogę oczekiwać pełnych chwil bliskości z tymi, których ukochałem.
Pięknie napisał Lévinas:
„Miłość to przede wszystkim powitanie innego człowieka
jako Ty”. Obym potrafił tak czynić i nigdy nie zawiódł
się na miłości, co zresztą możliwe nie jest. Miłość
przecież nie kłamie, może być tylko raniona, cierpiąca...
Zło nie daje za
wygraną. Wciąż zadaje rany miłości i pragnieniu przemiany
niecierpliwości w posłuszeństwo słowu Zbawiciela. Lecz posłuchajmy
św. Jana: „Jeśliby nawet, kto zgrzeszył mamy Rzecznika
wobec Ojca – Jezusa Chrystusa sprawiedliwego” (1 J
2,1). Rzecznik, czyli obrońca, przypomina Jan Paweł II to ten,
kto stając po stronie winnych z racji popełnionych grzechów,
broni ich od zasłużonej kary, ocala od groźby utraty życia i
zbawienia wiecznego. Tego właśnie dokonał Chrystus. Lecz, jak
konkretnie możemy odnaleźć w sobie tę skuteczną siłę Ducha?
Jak wypełniają się słowa Jezusa? Działanie Ducha Świętego
jest „świadczeniem”. Ono jest wewnętrzne, działa w
sercu każdego z nas, a przez tę wewnętrzność rozszerza się w
świecie widzialnym. Zobaczyć to możemy tylko w działaniu
poszczególnych ludzi, w ich codziennych wyborach, religijnym poświęceniu
i świadectwie życia. Przecież najstraszniejsze prześladowania
nie zdołały zgnieść Prawdy Jezusowej, która dzięki mocy
Ducha Świętego nadal rozkwita na ziemi. My jednak rzadko bywamy
zdolni do uświadomienia sobie tego faktu. Stąd Duch Prawdy
przekonuje o tym, że jesteśmy grzeszni, że nastąpi
sprawiedliwość i że przyjdzie sąd. Grzech oznacza naszą
niewiarę, że Jezus ostatecznie osiągnie chwałę w Ojcu, a sąd,
że Duch Święty wykazując winę świata, ostatecznie da nadzieję
zbawienia. Sąd bowiem odnosi się nade wszystko do „władcy
tego świata”, czyli do szatana. Dlatego radujmy się i
cieszmy, że nigdy nie byliśmy i nie będziemy opuszczeni przez
Ducha – Orędownika, Obrońcę, Rzecznika Miłości.
Ale właściwie
dlaczego winniśmy oczekiwać na pomoc Ducha Świętego? Czyż o własnych
siłach nie potrafimy czynić dobra, a unikać zła. Czyż
koniecznie musimy odwoływać się do czegoś, co nas przekracza,
co nawet nie ma swojego imienia?
Gdy ktoś z nas
zamknie serce przed Objawieniem, wówczas rzeczywiście może
zasadnie stawiać tego rodzaju pytania. Nawet apostołowie, gdy
spotykali się z Jezusem zmartwychwstałym, który pokazywał im
znaki męki, przenikał zamknięte drzwi wieczernika, nie mogli
przezwyciężyć narzucających się wątpliwości. „Niektórzy - powiada Ewangelia - powątpiewali
w Niego”. Skoro zatem autentyczna bliskość z Jezusem
nie budowała wśród apostołów mocnych więzi przyjaźni,
zaufania, wierności, cóż możemy uczynić my, dzisiaj, gdy z
Bogiem „widujemy się” poprzez gesty liturgiczne,
modlitwę, świadectwa innych ludzi. Wszyscy poszukujemy
ostatecznego dobra, prawdy, piękna. Naturalnie wychylamy się ku
tajemnicy. I wiemy jedno na pewno: trzeba przezwyciężać myślenie
greckie, sugerujące, że najgłębsza podstawa rzeczywistości,
źródło świata w ogóle nie interesuje się nami, pozostając
jakimś chłodnym Absolutem, Egoizmem zapatrzonym w głębie
samego siebie. Natychmiast odczuwamy wyraźny niepokój, gdy uświadomimy
sobie, że Bóg mógłby być kimś takim.
Otóż, na szczęście,
już rozpoznaliśmy, że koroną wszystkiego jest miłość, a Bóg
objawił nam to, czego zbyt krótki wzrok ludzkiego rozumu nie sięgał:
Byt Najwyższy jest Jednym, ale Jego jedność jest jednością miłości
– Miłości trzech Osób, które stanowią tylko Jedno, i są
Jednym, choć jest ich trzy. Tutaj, milkną nasze wszelkie
konstrukcje i pomysły. Stajemy wobec zwierzenia samego Boga, który
mówi: Jestem Bogiem Żywym, a wyrazem Bożej jedności jest Duch
Święty – Miłość, która jednoczy Ojca i Syna. Tak właśnie
opisują ową tajemnicę teologowie. I przyjmijmy tę ich językową
intuicję. Nie ma potrzeby mnożyć dalszych określeń. Duch Święty
sprawia, nawet gdy nie jesteśmy niczego w tym względzie pewni,
że bywamy ludźmi poszukującymi, że wciąż próbujemy siebie
doskonalić, przemieniać, wyzwalać z odrętwienia i obojętności.
Lecz jak Duch działa?
Działa w sposób nadprzyrodzony, co wcale nie musi oznaczać, że
w jakiś nadzwyczajny, przedziwny, teatralny sposób. Raczej w
wewnętrznym natchnieniu, które nie daje się opisać. Jest nagłym
stanem umysłu, dzięki któremu potrafimy odeprzeć żal, pokusę
pychy czy godzimy się na wyniesienie się ponad codzienne
przyzwyczajenia, gdy rośnie w nas pokora i miłość do Boga i
ludzi. Żyjemy jak gdyby w promieniowaniu niewidzialnego światła.
Niekiedy zdarza się,
że nic się w nas specjalnego nie dzieje, a serce mamy przepełnione
łagodnością, ufnością, po prostu, przyjaźnimy się dosłownie
z całym światem, pomimo to, że mamy świadomość ciężaru
cierpienia, niedogodności istnienia, grozy wojny, śmierci. A
jednak: nie ma w nas martwoty, duchowej ciemności. Znaczy to, że
właśnie trwa działanie Ducha Świętego. Proszę, nie martwić
się. Nie możemy się pomylić, gdyż wszystko, co czynimy, gdy
jest dobrem, pochodzi od Czystego Źródła - Boga samego. Dlatego
dziękujmy Mu codzienne. Wdzięczność przyciąga Boże dary...
Ojciec Święty poucza: skoro sam Jezus nazywa Ducha - Duchem
Prawdy, oznacza to, iż jest On tym, który - po odejściu samego
Chrystusa - będzie utrzymywał wśród uczniów tę samą Prawdę,
którą Chrystus jest, i którą głosi. I już tylko z tego
powodu warto, abyśmy się nieco rozchmurzyli.
Wiem, nie jest łatwo
podążać śladami Jezusa. Jakżeż bowiem „bez zdumienia w
duszy” naśladować ewangeliczny styl życia. Tyle spraw,
rzeczy, ludzi odciąga od wiary. Sami Apostołowie przecież z
trudem akceptowali słowa Mistrza. Nie tylko, że ich
najzwyczajniej nie rozumieli albo rozumieli opacznie, ale jeszcze
(niekiedy) próbowali narzucać Jezusowi własne sposoby
„ewangelizacji”. Stąd słyszymy zdanie: Jeszcze wiele
mam wam do powiedzenia, ale teraz (jeszcze) znieść nie możecie”(J
16,12).
Ale cóż! Misja
Jezusa nie trwała specjalnie długo. Kilka lat bliskości, to
chyba zbyt krótki czas, aby Apostołowie mogli pojąć wszystkie
treści Objawienia. A zresztą, czyż można w ogóle rozpoznać
wszelkie Boże tajemnice, będąc ułomnym, wciąż ku złu się
wychylającym człowiekiem?
Pytanie jest
zasadne, konieczne nawet. Dzięki niemu bowiem nie tracimy
realizmu życiowego. Potrafimy spojrzeć na siebie bez zbytniej
egzaltacji i emocji. Zawsze bywamy narażeni na oddalenie od
Jezusa. Nie tylko z powodu jakichś osobistych zastrzeżeń, lecz
- po prostu - z ludzkiej nieporadności. Wystarczy chwila
nieuwagi, drobny cień bólu, niepowodzenie albo deszcz za oknem.
Chcielibyśmy, aby Jezusa czuwał nad nami, dawał znaki wsparcia
i opieki, lecz znaki widoczne naszym oczom. Tymczasem słyszymy
jedynie zapewnienie: „Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy,
doprowadzi was do całej prawdy”. Lecz właśnie to zdanie
stanowi centrum trwałego chrześcijańskiego pocieszenia. Jan
Paweł II wyraźnie wskazuje, że pierwszym potwierdzeniem przywołanych
słów Jezusa stanie się dzień Zesłania Ducha Świętego,
ogarniający nie tylko Apostołów, lecz wszystkie narody świata.
Przecież Ewangelia przeznaczona jest dla wszystkich ludzi, coraz
to nowych pokoleń, które będą się rozwijać w kontekście różnych
kultur i wielorakiego postępu cywilizacji i nauki. Wobec tego i
my winniśmy uczestniczyć w tym wydarzeniu.
Osobiście znaczy
to, że trzeba odwoływać się do daru pamięci. Przypominać i
rozpoznawać naukę Jezusa, odnawiać w sobie rzeczy przeszłe,
aby je aktualizować i tworzyć horyzonty przyszłości. Właśnie
Duch Święty sprawia, że nie gubimy swej religijnej wrażliwości,
ale wciąż umacniamy się, by przyjąć najtrudniejszą z
najtrudniejszych prawdę. Staramy się przyjmować słowo krzyża. Chrystus otoczony chwałą przez Ducha Świętego
– to przede wszystkim Chrystus ukrzyżowany, odarty ze
wszystkiego i wyniszczony w swym człowieczeństwie dla odkupienia
świata – pisze Jan Paweł II. Dlatego, gdy przed nami, ludźmi
słabymi, zjawia się widmo krzyża, musimy odwoływać się do
Ducha Prawdy, aby nas umacniał, wewnętrznie przekonywał i
przemieniał. Inaczej wciąż będziemy na poziomie pogańskiego
myślenia, które nie jest w stanie akceptować cierpienia i śmierci
jako „zbawczego daru”. Umocnieni wiarą, próbujemy
dawać świadectwo o Chrystusie cierpiącym i zmartwychwstałym.
Dzięki Duchowi Świętemu wiemy, że zostaliśmy wezwani przez
Boga w Chrystusie do zbawienia. Mamy prawdziwego
„Pocieszyciela”. Obrońcę i Rzecznika. Wsłuchujmy się
tylko w Jego Boże podszepty...
Tam, po drugiej
stronie,
ani minuty bez
celu, bez wysiłku,
bez radości. Życie
skupione
jak na dłoni.
Duch Święty
pozostaje naszym rzecznikiem i obrońcą. W tym sformułowaniu
odkrywamy ścisłą relację między działaniem Chrystusa i Ducha
Świętego. Bo przecież działanie Ducha Świętego przedłuża
działanie samego Jezusa. Przyjmujemy tę wieść z radością.
Niczego tutaj nie wymyślamy, lecz tylko, bądź aż, przyjmujemy
prawdę objawioną. Podobnie jak Apostołowie, od chwili zesłania
Ducha mieli w sobie Tego, którego miał Jezus, podobnie i my,
otrzymaliśmy siłę, aby podejmować podobne ryzyko i odwagę w
momencie trudów życiowych oraz śmierci. Mamy w sobie, powiedzmy
odważnie, ducha samego Jezusa i zarazem Ducha Boga, gdyż tylko Bóg
może przekazać swego Ducha. My, oczywiście, nic takiego uczynić
nie potrafimy. Bo jakżeż ująć w słowach swą najgłębszą
istotę, coś, co stanowi o naszej niepowtarzalności, naszej całkowitej
odmienności, barwie istnienia. Możemy przekazać innym swoją
wiedzę, kulturę, nawet emocje i nastroje, lecz ducha? To niemożliwe.
Tak więc dopiero, jak zauważył jeden z teologów, za którym
rzecz całą powtarzam, dzięki zesłaniu Ducha Świętego apostołowie
uznają, że Jezus jest Bogiem. Mogli też przyjąć tajemnicę
obecności Bożej w trzech Osobach.
Wystrzegajmy się
pokusy natychmiastowego zrozumienia. Obecne czasy zachęcają
poniekąd do wzmacniania tego rodzaju pragnienia. Bywamy ludźmi
niecierpliwymi. Chcielibyśmy natychmiast i szybko wszystko pojąć,
przedstawić, ująć w schemat. A gdy czegoś nie zdołamy
rozpoznać, uważamy, że „tym czymś” nie warto w ogóle
się zajmować. Na szczęście jednak, Duch Święty podtrzymuje w
nas potrzebę wyższego zrozumienia, które zdobywa się powoli i
bardzo, bardzo pokornie. Oczywiście, trudności jest tu wiele.
Ewangelie uświadamiają,
że Jezus niekiedy odpowiadał pytaniem na pytanie, podobnie jak
Matka Boża: jakże się to stanie, skoro... pamiętamy dalszą część
zdania. Często też odpowiadał przypowieścią, która unikając
bezpośredniej odpowiedzi na postawione pytanie, była jednak właściwą
odpowiedzią dla osoby pytanie stawiającej. Jezus nigdy nie mówił
„nieprawdy”, choć niektóre ze słów przez Niego
wypowiadanych wprawiały słuchaczy w zakłopotanie, a nawet wywoływały
zgorszenie, czego konsekwencją było porzucenie nauki Mistrza. I
wielu z nich nie chodziło już z Nim - powiada apostolska
narracja. Czy możemy znaleźć się w podobnej sytuacji? Czy możemy
nagle głośno krzyknąć: dosyć tego, nie będę już z Tobą i
za Tobą chodził, Jezu? Oczywiście, możemy i zapewne zdarzyło
się to nam wiele razy. Być może nie w tym sensie, że w ogóle
porzuciliśmy Chrystusa, nie, lecz w tym sensie, że łatwo
poddaliśmy się perswazji grzechu, że nie potrafiliśmy dać o
Bogu wyraźnego świadectwa. Wiara pozbawiona siły uczynków,
krucha jak cienka tafla lodu.
Dlatego warto, abyśmy
się modlili o pomoc także wyraźnie do Ducha Świętego. On
przecież jednoczy z Jezusem, daje siłę do walki z narastającymi
przeciwnościami. Jest, jak powiada Jan Paweł II, źródłem
wiary? Co to znaczy?
Przede wszystkim,
gdyby nie On, Duch Święty, nie moglibyśmy zwracać się ku
rzeczywistości niewidzialnej, do tego, czego nie widzimy.
Naturalnie bowiem uznajemy za istniejące to jedynie, co daje się
objąć, dotknąć, zmierzyć. Duch sprawia, że treści płynące
od samego Boga mają do nas przystęp. Nie zamykamy się w swej własnej
nieporadności poznawczej, lecz otwieramy duchowo, określę w ten
sposób, na powiew Boskiej tajemnicy. Spójrzmy w krajobrazy
Biblii. Abel, Abraham, Mojżesz, ale też Maryja, Józef, Symeon i Anna, Apostołowie, męczennicy,
wyznawcy, dziewice, biskupi, kapłani, zakonnicy i ludzie świeccy
wszystkich wieków chrześcijaństwa, poprzez wiarę dążyli ku
Niewidzialnemu. Wszystkim bowiem Duch przynosi łaskę wiary, która
jest niezbędna chrześcijanom. Podkreślmy jednak, że spośród
wszystkich darów miłość zdaje się być najbardziej potrzeba,
konieczna i największa. Ogarnięci miłością w Duchu Świętym
odważnie wyznajemy: Panem jest Jezus, czyli, że pokładamy w Nim
wszelkie i ostateczne nadzieje, zawsze jednak w perspektywie
drugiego człowieka. Nie istnieje wiara samotna, ona zawsze spełnia
się w swoistym wychyleniu ku drugiemu. Z natury rzeczy przecież
szczęścia smak odczuwamy, gdy tworzymy osobowy, rodzinny,
przyjacielski, małżeński krąg.
Nawiązuję do
znanej, popularnej niemal w takim stopniu jak Biblia czy „Naśladowanie
Chrystusa” książki Boecjusza pt: „Consolatio
philosophiae”. Napisał ją autor w szczególnej i w
konsekwencji tragicznej dla siebie chwili życia, kiedy został
nieoczekiwanie posądzony o udział w sprzysiężeniu przeciwko
Teodorykowi i skazany na śmierć. Oczekując wyroku starał się
rozważyć własną sytuację egzystencjalną. I wnioski, do
jakich ostatecznie doszedł były optymistyczne. Wskazywały
mianowicie, że istota szczęśliwości znajduje się tylko i wyłącznie
w posiadaniu Boga.
Oczywiście, nasza
sytuacja (lepiej: duchowa przestrzeń) nie jest tak dramatyczna i
światopoglądowo skomplikowana, niemniej wciąż zmusza do
konfrontacji twórczego myślenia z dziejącym się „tu i
teraz”. Stawia problemy
nad którymi trudził się Boecjusz. Ale nie tylko. Decydując się
na ujawnienie osobistego sposobu rozumienia świata jest się z góry
narażonym na pomówienia o egotyzm, egocentryzm, pychę itd. Tym
bardziej, że twórca powinien być dumny ze swych dokonań.
Poezja bowiem pozostaje darem i często wyprzedza oczekiwania nawet samych twórców.
Refleksja na
„istotą” aktu twórczego wydaje się rzeczą konieczną.
Bez niej trudno organizować racjonalny ogląd rzeczywistości. Świadomość
siebie to niezbędny warunek wolności, przede wszystkim wolności
ducha, która - dodajmy - stanowi podstawę doświadczenia twórczego.
Trzeba zatem niemal z konieczności pytać o sprawy najzupełniej
podstawowe: czym jest literatura, jaką spełnia lub spełniać może
rolę w społeczeństwie przełomu tysiącleci. Zauważmy, że
tego rodzaju zdania pytające otwierają dla myśli perspektywę
przyszłości, ale w związku z przeszłością. Nigdy nie będziemy
mogli nawiązać kontaktu ze współczesnością, jeśli odwrócimy
się od dorobku kultur wcześniejszych, jeśli zapomnimy
(programowo, oczywiście, gdyż w praktyce nie jest to możliwe) o
greckich, rzymskich i hebrajskich doświadczeniach. Żyjemy w określonym
uniwersum kulturowym, w pewnym „kole hermeneutycznym”.
Stanowi ono część tego, co Hegel nazywał światem ducha
zobiektywizowanego - ducha wyrażanego w dziełach ludzkiej
kultury. Nie dziwmy się, że tradycja ogarnia nas sobą i jest
specyficznym „środkiem poznania”.
Coś się jednak
stało ze współcześnie żyjącym człowiekiem, skoro usilnie,
wręcz natarczywie, szuka uzasadnień swego istnienia. Mamy więc
obraz pełen sprzeczności. Poddaje się dziś w wątpliwość zarówno
możliwości nauki, jak i szanse najróżniejszych
irracjonalistycznych form poznania. Jedni wpatrują się, jak
wspomniałem, we wzorce naukowe, drudzy odwołują się do odmian
refleksji symbolistycznej czy – trudno tu o precyzję
terminologiczną – postmodernistycznej. Z jednej strony
dostrzegamy znaki dokonującej się sekularyzacji, nihilizmu, z
drugiej oczarowania, wysokiego stylu, pobożności i rozwoju grup
modlitewnych.
Oczywiście,
wszystkie powyższe terminy nie są jednoznaczne, niemniej wskazują
kierunek możliwych analiz. Jakie w tej panoramie miejsce przysługuje
pisarzowi?
Dzieje kultury
dowodzą niezbędności w procesie formułowania „wiedzy o
świecie” dzieł artystycznych. Każda epoka wysuwała pod
adresem artystów określone żądania. Niemal zawsze obdarzano
ich pewnymi funkcjami, nawet narzucano obowiązujące role społeczne.
Poeta był, a raczej miał spełniać rolę kapłana, maga,
wieszcza oddalonego od tłumu, bądź - przeciwnie - kreowano go
na uczonego, intelektualistę, przywódcę politycznego. Zawsze
jednak zadawał on światu „inne pytania”. Nie uważał
zewnętrznych faktów za jedyną rzeczywistość. Brał w nawias
konwencjonalne sposoby wypowiadania realności. Burzył zastane
wzory postępowania. Podobnie dzieje się obecnie, chociaż pojawiły
się nowe autorytety: Demokracja, Praca, Zadowolenie, Władza. W
każdym razie artysta nie musi „mówić tylko pięknie”,
ale ma doprowadzać do spotkań, likwidować obcość międzyludzką.
Winien przejmować funkcje wychowawcze, czyli oddawać wychowankom
dobro, jakim rozporządza. Przypomniana funkcja sztuki zdaje się
obecnie zanikać. Trochę z powodów historycznych. Ale nie wyłącznie.
Przyczyna chyba leży w nas samych. Nie lubimy wychowawców, gdyż
ci niepokoją sumienie, są niewygodni, a nawet
„niebezpieczni”, wskazują nasze słabe strony,
ujawniają ciemne miejsca psychiki. To jakby nieustanny głos
strzegący przed pułapkami zbiorowych namiętności.
Ludzie pozostający
pod wyraźnym wpływem masmediów żywią nieufność do poetów,
filozofów czy teologów. Oczekują od nich nie tyle gestów głębszej
wrażliwości, hermeneutycznej odwagi bądź wiedzy, co raczej mądrości,
a więc umiejętności godziwego życia. Lecz te oczekiwania
rzadko bywają spełniane. Tymczasem artyści rozważają
słowo przede wszystkim. Wprowadzają w sam środek życia,
zmuszając do namysłu i pielęgnowania wewnętrznej ciszy. Dzięki
nim możemy stawać się słuchaczami, poszukującymi treści
wykraczających poza ludzki porządek. Jednym z najważniejszych
przecież ziemskich doświadczeń jest poczucie sacrum. Otwarcie
na przeczuwaną zaledwie krainę świętości, wolną od zalewu
potocznych i schematycznych wizji świata. Bo, tak naprawdę,
rozumiemy siebie w chwilach zgody na obecność porządku
transcendentnego, pozostającego tajemnicą, ale i sprawiającego
olśnienia serca. Bóg - Miłość daje gwarancję właściwego
przeżywania wolności. Podtrzymuje nadzieję, że nie jesteśmy
kawałkiem materialnej bryły, lecz odpowiedzialnymi za swe czyny
osobami. Artysta wskazane kwestie wciąż od nowa odkrywa,
umacniając przekonanie, że warto radować się cudownością
bycia, dziwić istnieniem świata. I gdyby nawet spełniły się
najczarniejsze przepowiednie, będzie on wierzył, że najważniejsze
są miłość, dobroć, poświęcenie, pokora i wiara. W wieczór
życia z nich będziemy rozliczani.
Niekiedy jednak
poezja traktując relacje pomyślane jako realne może oddalać od
codziennego życia i zatrzymywać pośród spraw fikcyjnych.
Dlatego trzeba umieć, jak zauważył prof. Mieczysław Gogacz,
zdystansować także poezję, to znaczy włączyć ją w humanizm
- poddać człowiekowi, gdyż on jest pierwszy z racji swej godności,
wyjątkowy, ponieważ rozumny, umiejący zyskiwać mądrość i
obdarowywać miłością. Poezja nie może być czymś, czemu służy
człowiek. Jej funkcją jest ukazywanie niedostrzegalnych na ogół
aspektów świata, wywoływanie nowych rozumień i emocji,
przenoszących w święto, w nadzieję, tęsknotę, oczekiwanie i
aktywność, sprzyjające miłości i szczęściu. Dlatego w czas
Bożego Narodzenia szczególnie nasłuchujmy poetyckich szeptów...
Nie potrafię mówić
i pisać o ks. Januszu St. Pasierbie bez delikatnego ucisku w
gardle. Albowiem jego kapłańska bliskości oraz twórczość
artystyczna nazbyt zaciążyły, w augustyńskim sensie określenia,
na moim dotychczasowym życiu, abym mógł zdobył się na
analityczny chłód krytyczno-literackiego spojrzenia czy oceniający
gest interpretacyjny. Cokolwiek bym, więc nie zasugerował będzie
miało posmak osobistych emocji i przyjacielskich wzruszeń,
zawartych w prostym (przyznaję: nacechowanym sentymentem) słowie
„Januszu mój”, „Jasiu”. A nadto, połączyły
się w naszym doświadczeniu pasje teologiczne z poetyckimi,
religijne z literackimi i nie mogliśmy tej ich wzajemnej zależności
nigdy przezwyciężyć. Drogi znaczone nadzieją, że potrafimy dać
ewangeliczne świadectwo, nie rezygnując z siły piękna, pozostały
w naszej wrażliwości na wieki, przebijając się – przypuszczam – w rejony zarezerwowane cudowi
zmartwychwstania.
Początkowo ksiądz
Janusz intensywniej zachwycał się jakościami estetycznymi. I
chyba nigdy nie zrezygnował z określenia siebie jako
„nieuleczalnego maniaka, który więcej uczy się z wierszy
niż przez fachowe traktaty”, choć powodem pierwszych tekstów
poetyckich były raczej dzieła sztuki, niż doświadczenie życia.
Niosły wówczas poetę nagle odkryte żywioły ascetycznie
pojmowanego języka, siła niespodziewanych zestawień słownych,
sugestie symboliczne. Pisał wiersze – „dzieci niemłodego
ojca”, z radością, w jakimś duchowym wzlocie, choć nie
chciał się do tego oficjalnie przyznawać. Nie spodziewałem się,
wyznał kiedyś, że mogę zostać ogarnięty - tak niespodzianie
- przez tę gorzką formę kontaktu z ludźmi, światem i Bogiem,
która niby mądra, a jakaś w ostateczności wątła, czepiająca
się przyrody, natury jak ostatecznego źródła.
Przełom w poetyckim światopoglądzie księdza
Pasierba nastąpił w momencie opublikowania wyboru wierszy
„Wiersze religijne” w 1983 roku. Do tej książki był
niezwykle przywiązany. Przede wszystkim dlatego, że przekroczył
w niej estetyczno-formalne zauroczenie i oddał się we władanie
osobistego odczuwania rzeczywistości, przenikniętego wiarą i
zaufaniem Chrystusowi, cierpiącemu Chrystusowi. Zawsze cenił
klasyczne miary, pewien chłód emocjonalny, niemniej, pod koniec
lat osiemdziesiątych odważył się na sugerowanie najbardziej
wewnętrznych błysków ducha. Mocował się z przybierającym na
sile cierpieniem i dramatem posolidarnościowej Ojczyzny. To
poczucie tragedii nie prowadziło do pesymizmu, tylko do wzmożonego
wysiłku odzyskiwania. Twórczość i życie to przecież ciągłe
odzyskiwanie traconego dobra, odzyskiwanie wiary, nawracanie się,
powrót do Jezusa. Wiersze, już wtedy, uciszone, ascetyczne, o
zagęszczonej treści, zanurzone w naturze i liturgii kościelnej,
pomagały mu być świadkiem. Uczyniły z księdza Pasierba poetę,
który - chcąc wzmocnić teologiczność poezji - porzucił ją,
by już tylko poetycko milczeć. I nie było to milczenie
nadaremne...
Jan SOCHOŃ
Ks. prof. dr hab. Jan Sochoń. Urodził się w 1953 roku w Wasilkowie.
Studiował filologię polską i teologię w Białymstoku oraz w
Warszawie, filozofię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jest
wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w
Warszawie. Poeta, filozof, krytyk literacki, eseista i wydawca.
Opublikował m. in. „Ateizm. Wizje Etienne Gilsona”
(1993), „Słownik pojęć zmistyfikowanych” (1996),
„Spór o rozumienie świata” (1998). Ostatnio
opublikował tomy wierszy „Modlitwa z muzyką” (1996),
„Wszystkie zmysły miłości” (1997), „Ogień
dobrej śmierci” (2001), „Czarna flaga” oraz
swoje szkice i zapiski „Zdania, przecinki, kropki...”
(1998). Krytycznie opracował i wydał „Kazania” księdza
Jerzego Popiełuszki (1992), a także kilka antologii poetyckich.
Mieszka w Warszawie.
|

Na zdjęciu:
Jan Sochoń
(Warszawa, 1999)
Fot. Marek Wittbrot
|