Ciche skargi z notatnika

Rzecz wprost niewiarygodna. Ojciec Święty odprawił prywatną Mszę Świętą w Wieczerniku. Była to pierwsza liturgia odbywana w tym miejscu od XII wieku. A więc umilkły spory, historycznie ukształtowane podziały i polityczne ambicje. Wieczernik ponownie stał się (choć na chwilę, ale to ważna chwila) powodem jedności, najważniejszym miejscem kultu chrześcijańskiego. Bo przecież franciszkanie, którzy w XIV wieku znaleźli się w Jerozolimie, tylko przez jeden rok mogli cieszyć się opieką nad sanktuarium Wieczernika. Albowiem po niemal stuletnich utarczkach w 1551 roku franciszkanie opuścili kościół i klasztor na Syjonie. Wówczas wieczernik zamieniono (pomijając wszelką historyczną prawdę)  na meczet proroka Dawida. I dopiero od niedawna pielgrzymi mogą odwiedzać salę na górze, uświęconą wydarzeniami pierwszej Eucharystii oraz Zesłania Ducha Świętego, chociaż sprawowanie Najświętszej Ofiary wciąż pozostaje objęte zakazem. Dlatego tyle w naszych sercach radości, bo ponownie zawiązała się dawna religijna bliskość, choć - oczywiście - tzw. „kwestia wieczernika” nie została definitywnie rozstrzygnięta. O co dokładniej chodzi?

Otóż, dom, w którym Jezus spożył wraz z uczniami ostatnią wieczerzę, zburzono najprawdopodobniej w 70 i 135 po Chrystusie. Ale chrześcijanie nigdy nie zapomnieli o tym miejscu i gdy tylko stało się to możliwe, zbudowali tam „mały kościółek”, który wkrótce zamieniona na dużą bazylikę Sancta Sion. Po różnych burzach dziejowych w pierwszej połowie XIV wieku cały teren bazyliki i położony obok klasztor nabył od sułtana egipskiego król Robert Andegaweński z Neapolu i przekazał w opiekę franciszkanom. Ci pozostawali tam aż do połowy XVI wieku, aż zostali stamtąd wypędzeni. Wówczas wieczernik zamieniono na meczet. W ten sposób powstała tzw. „kwestia wieczernika”, do dzisiaj, jak wspomniałem, nie załatwiona. Niemniej, cieszmy się, że samo źródło naszej z Jezusem obecności znajduje się w miejscu - mimo wszystko - dostępnym, że możemy przed nim pochylić czoła, że wreszcie, doświadczamy swego rodzaju nadziei na możliwe porozumienie i ekumeniczną czułość, by posłużyć się terminem Adama Zagajewskiego. Osobiście, nie odwiedziłem jeszcze wspominanych świętych miejsc. Nie opuszcza mnie jednak tęsknota i pragnienia przebywania w krajobrazach Jezusowej miłości. Każdy z nas odkrywa w sobie przecież chęć poznania miejsc uświęconych obecnością samego Boga. Tak bardzo potrzebujemy widzialnych znaków i one są, realne, konkretne, choć obwarowane ludzką słabością. Na razie, więc wpatrujmy się uważnie w duszpasterskie działania Jana Pawła II. On wyznacza siłę i rytm naszych serc. Sprawia, że nie gubimy się nadmiernie w zawiłościach i perswazjach teraźniejszych wydarzeń, które nie zawsze tworzą historię godną Ewangelii. Ale czy przyjdą lepsze czasy?

Gdy zasypiam albo nakrywam się kocem, tuż przed nocą, widzę jak ciemność rozprasza się w zetknięciu z otwartymi powiekami. Przez sekundę zaledwie śpiewa; więc szybko dotykam krawędzi łóżka, z miłości do każdej miłości, dotykam, czego już nie ma.

Nieszczęście ogrzewa i zajmuje przestrzeń.

Rozmyślam: pisz tak, abyś mówił do wszystkich, bo wszyscy pragną ukojenia, pomocnego współczucia. Pisz tak, aby słowa budowały cienie, pełne chłodu i milczenia. Pisz Bożą stronę życia.

Objąłem bladą twarz księdza Piotra, ucałowałem jego dłoń, bo jak wyrazić najgłębszą, choć ułomną miłość? Boże! Przytul mnie i tych, którzy cierpią.

Wspominam karnawałowe dni. Wszyscy, choćby tylko jeden, jedyny raz, pragniemy uczestniczyć w jakimś balu przebierańców, balu maskowym (nie tylko o dobroczynnym charakterze) albo przynajmniej zbieramy się w wieczór sylwestrowy na rynkach miast, aby dać świadectwo. Jakie emocje domagają się wówczas spełnienia? Przypomnijmy najpierw fakty przeszłe. Otóż, początkowo karnawał bywał niczym więcej jak tylko zabawą mieszczan. To, po prostu, zwykła procesja, nie wyróżniająca się specjalnie spośród podobnego typu pochodów. Łączyły się w niej tradycje bachanaliów, świąt ziemi, wina, lasów. Albowiem sama nazwa karnawału przywodzi łacińskie określenie carrus navalis, czyli wozu w kształcie statku uświetniającego wspomniane procesie. Niemniej, karnawał należy raczej wiązać z ostatnimi dniami przed Wielkim Postem - czasem ograniczeń, poddawania się współuczestnictwu w pustynnym doświadczeniu Jezusa. Pozostaje on przecież trwającą od ostatków do Środy Popielcowej ceremonią przejścia, pochwały radości życia i powszechnego dostatku. A zatem święto obfitości, podczas którego ludzie piją, jedzą i bawią się, nie przejmując się - na razie - zakazami; chwile dialogu albo konfrontacji: wiele ksiąg przytacza w całej rozciągłości dysputy prowadzone przez Karnawał i Panią Wielkopostną.
Mamy w pamięci obrazowanie i wyobrażenie „walki Postu z Karnawałem”, tematu modnego bodaj od XIII wieku, odnajdywanego na słynnych płótnach, między innymi Piotra Breugela. Ukazuje on ową walkę jako komiczną zabawę raczej niż satyrę. Pani Post bardzo chuda, Mości Karnawał natomiast przedstawia się jako bardzo gruby, czerwony na twarzy, uzbrojony w wielki rożen, na który nadziane są upieczone kawałki mięsa i łeb dzika. Tego typu przedstawienia dzisiaj mają wymowę, co najwyżej ilustracyjną. Pokazują emocje i „stylistykę” historycznego obyczaju, gdyż obecnie decydujemy się na nieco inne formuły zabawowe, chociażby bale proszone, bale określonych środowisk itd. Tłusty czwartek stał się dniem o charakterze typowo kulinarnym: pączki, faworki i pampuchy wówczas rządzą wszechwładnie społeczną wyobraźnią.
Ale też karnawałowy czas zdaje się przywracać wartość przewrotnej ideologii „życia na opak”. Bale gałganiarzy czynią ze śmiechu i komizmu sposób na obecność godną uwagi i ponawiania. Niekiedy zresztą nie dysponujemy innym, na tyle wyrazistym sposobem ekspresji, poza ironią i zabawowym gestem właśnie, aby zwrócić uwagę na tzw. bolączki zbiorowego życia, bądź jakieś niedomagania rządzących. Poznikały nadto z polskich krajobrazów zabawy towarzyszące religijnym odpustom. Pamiętam z lat dziecinnych odpusty w Świętej Wodzie - sanktuarium maryjnym, znajdującym się nieopodal Wasilkowa, na białostocczyźnie, pełne obwarzanków, strzałów pistoletowych, łakoci, gier w kości i karty. Wiatraki drżące na wąskich drucikach, koguty, gipsowe święte figury - wszystko wraz z atmosferą pieśni i rodzinnych opowiadań, stanowiło element cementujący lokalną społeczność. Było, rzec wypada, swoistym językiem porozumienia, zachowywania zwyczajów plemiennych. Teraz zaś w murach miast odpusty zamieniły się w zwyczaj oglądania wystaw, przymierzania w sklepach rzeczy i towarów, których, na ogół w ogóle się nie kupuje. Wystarczy przejść się wieczorem Krakowskim Przedmieściem w Warszawie, aby dostrzec jak wiejska odpustowość przybiera szaty nowomiejskiego spaceru zakupowego, jak w lustrach witryn sklepowych odbijają się marzenia i pragnienia wciąż oczekujących coraz to nowych wrażeń mieszkańców. Może więc i nas, może mnie?

Niedziela zwana radosną zbliża do czasu spełnienia wszelkich tęsknot i nadziei: oto została zwyciężona śmierć i zajaśniały tajemnice Zmartwychwstania. Więc stroimy ołtarz kwiatami. Kapłani odprawiają Mszę Świętą w szatach koloru różowego, co miało związek ze zwyczajem błogosławienia w tym dniu (od X wieku) przez papieża róży ze złota. Odczuwamy przy tym znaki radosnego odradzania się wiosennego życia. A przy tym uświadamiamy sobie - może nieco wyraźniej - że przystoi nam wewnętrzny uśmiech serca.
A zresztą lubimy chwile, gdy podczas liturgii kościelnej dzieje się coś szczególnie teatralnego. Na przykład w Środę Popielcową więcej niż zwykle osób zjawia się w świątyniach. Tak bywa i w Niedzielę Palmową Męki Pańskiej, gdyż niemal wszyscy - trzymając w dłoniach kwietniowe gałązki wierzby, białe od srebrzystych „bazi” - przychodzimy oddać cześć Jezusowi. Ujawnić swą religijną wrażliwość. W ten sposób nawiązujemy do tradycji powstałej w Jerozolimie, w IV wieku. Tam w sobotę wieczorem odbywała się procesja z Betanii do Jerozolimy, upamiętniająca wydarzenie ewangeliczne, mianowicie, uroczysty wjazd Jezusa do miasta. Siedział On na osiołku, otoczony ze wszystkich stron tłumem zarówno  mieszkańców Betanii, Jerozolimy, jak i pielgrzymów z innych regionów. Zarzucono na zwierzę płaszcze, mające służyć za siodło i za dekoracyjne okrycie. Przed jadącym Mistrzem rozkładano też inne okrycia tworząc dywan, a pod nogi osiołka rzucano zielone gałązki i na znak radości wymachiwano gałązkami zerwanymi z przydrożnych drzew. Wykrzykiwano przy tym bardzo charakterystyczne słowa: „Ten, który przybywa w imię Pańskie”, to przecież Mesjasz, „oto królestwo Dawida nadchodzi”, czyli królestwo mesjanistyczne, gdyż Mesjasz będzie synem Dawida. Być może wielu z otaczających orszak Jezusa przypuszczało, że już niebawem skromnego osiołka zastąpią stada ognistych rumaków, a liście palmowe - las błyszczących oszczepów. Ojciec Dawid ze swego grobowca, a Bóg Jahwe z niebios uczynią ten cud dla Mesjasza.
Stało się jednak inaczej. Bo chociaż liturgia podkreśla radosny charakter wydarzenia, to przecież prowadzi ostatecznie do uniżenia Chrystusa w męce i zwycięstwa poprzez krzyż. Stąd udział w liturgii staje się zgodną na taką Jezusową drogę wybawienia z grzechu i śmierci. Trzymamy w dłoniach zielone gałęzie, będące symbolem życia, w szczególności zaś staramy się zdobyć gałązki wierzby - rośliny „miłującej życie”. Albowiem w chrześcijańskiej symbolice wskazuje ona na nieśmiertelność i zmartwychwstanie. Gdy zatem następuje pobłogosławienie palm, które przynosimy do świątyni, jest to znak uczczenia Chrystusa, a także nadziei, że nie opuści nas nigdy Boża życzliwość. Psalm 92 wyraźnie podaje: „Sprawiedliwy zakwitnie jak palma”.

Trzy dni spędziłem w Gdańsku, u ks. Krzysztofa Niedałtowskiego, duszpasterza tamtejszych środowisk twórczych. Kościół gdańskich artystów to ruina św. Jana w zaułku Zachariasza Zappio. Ale ruina cudowna, pełna tajemniczości i przestrzennego bogactwa. Dzieją się w niej rzeczy najprzeróżniejsze. Nadbałtyckie Centrum Kultury, prowadzone przez charakterystycznego i charyzmatycznego niemal Maćka Nowaka, wypełnia świątynię koncertami, wystawami, spotkaniami z ludźmi kultury. Śpiewali tu Soyka, Dudziak, Grechuta, Bem, Tkacz. Gdy dodamy do tego sprawy liturgiczne, nabożeństwa odpustowe, jarmarki, stragany, śluby, chrzty – wówczas trzeba dziękczynnie spojrzeć w niebo. Ksiądz Niedałtowski potrafi zgromadzić przy ołtarzu ludzi wszelkiej wyobraźni i profesji. Nie zważa na konwencje i kościelne schematy. Poszukuje natomiast mowy jedności. Bo z trudem porozumiewamy się, z trudem akceptujemy swą odmienność i niepowtarzalność. Z trudem zdajemy się na Boże dary.

Odkrywam w sobie silne pragnienie czułości. Tymczasem coraz mniej przyjaciół wokół mnie, coraz mniej życzliwych gestów. Rozpoznaję osamotnienie delikatnie rysujące znaki na szybach mego bielańskiego domu. Wiem, wiem, że Ty, Panie, jesteś najbliżej. Stanowisz grunt istnienia, horyzont wszelkich możliwości. Pochylam głowę, proszę o przebaczenie słabości i pychy, ale też proszę, abyś nie odbierał radości z tego, że mam dłonie, serce, usta. I że mogę oczekiwać pełnych chwil bliskości z tymi, których ukochałem.

Pięknie napisał Lévinas: „Miłość to przede wszystkim powitanie innego człowieka jako Ty”. Obym potrafił tak czynić i nigdy nie zawiódł się na miłości, co zresztą możliwe nie jest. Miłość przecież nie kłamie, może być tylko raniona, cierpiąca...

Zło nie daje za wygraną. Wciąż zadaje rany miłości i pragnieniu przemiany niecierpliwości w posłuszeństwo słowu Zbawiciela. Lecz posłuchajmy św. Jana: „Jeśliby nawet, kto zgrzeszył mamy Rzecznika wobec Ojca – Jezusa Chrystusa sprawiedliwego” (1 J 2,1). Rzecznik, czyli obrońca, przypomina Jan Paweł II to ten, kto stając po stronie winnych z racji popełnionych grzechów, broni ich od zasłużonej kary, ocala od groźby utraty życia i zbawienia wiecznego. Tego właśnie dokonał Chrystus. Lecz, jak konkretnie możemy odnaleźć w sobie tę skuteczną siłę Ducha? Jak wypełniają się słowa Jezusa? Działanie Ducha Świętego jest „świadczeniem”. Ono jest wewnętrzne, działa w sercu każdego z nas, a przez tę wewnętrzność rozszerza się w świecie widzialnym. Zobaczyć to możemy tylko w działaniu poszczególnych ludzi, w ich codziennych wyborach, religijnym poświęceniu i świadectwie życia. Przecież najstraszniejsze prześladowania nie zdołały zgnieść Prawdy Jezusowej, która dzięki mocy Ducha Świętego nadal rozkwita na ziemi. My jednak rzadko bywamy zdolni do uświadomienia sobie tego faktu. Stąd Duch Prawdy przekonuje o tym, że jesteśmy grzeszni, że nastąpi sprawiedliwość i że przyjdzie sąd. Grzech oznacza naszą niewiarę, że Jezus ostatecznie osiągnie chwałę w Ojcu, a sąd, że Duch Święty wykazując winę świata, ostatecznie da nadzieję zbawienia. Sąd bowiem odnosi się nade wszystko do „władcy tego świata”, czyli do szatana. Dlatego radujmy się i cieszmy, że nigdy nie byliśmy i nie będziemy opuszczeni przez Ducha – Orędownika, Obrońcę, Rzecznika Miłości.
Ale właściwie dlaczego winniśmy oczekiwać na pomoc Ducha Świętego? Czyż o własnych siłach nie potrafimy czynić dobra, a unikać zła. Czyż koniecznie musimy odwoływać się do czegoś, co nas przekracza, co nawet nie ma swojego imienia?
Gdy ktoś z nas zamknie serce przed Objawieniem, wówczas rzeczywiście może zasadnie stawiać tego rodzaju pytania. Nawet apostołowie, gdy spotykali się z Jezusem zmartwychwstałym, który pokazywał im znaki męki, przenikał zamknięte drzwi wieczernika, nie mogli przezwyciężyć narzucających się wątpliwości. „Niektórzy - powiada Ewangelia - powątpiewali w Niego”. Skoro zatem autentyczna bliskość z Jezusem nie budowała wśród apostołów mocnych więzi przyjaźni, zaufania, wierności, cóż możemy uczynić my, dzisiaj, gdy z Bogiem „widujemy się” poprzez gesty liturgiczne, modlitwę, świadectwa innych ludzi. Wszyscy poszukujemy ostatecznego dobra, prawdy, piękna. Naturalnie wychylamy się ku tajemnicy. I wiemy jedno na pewno: trzeba przezwyciężać myślenie greckie, sugerujące, że najgłębsza podstawa rzeczywistości, źródło świata w ogóle nie interesuje się nami, pozostając jakimś chłodnym Absolutem, Egoizmem zapatrzonym w głębie samego siebie. Natychmiast odczuwamy wyraźny niepokój, gdy uświadomimy sobie, że Bóg mógłby być kimś takim.


Otóż, na szczęście, już rozpoznaliśmy, że koroną wszystkiego jest miłość, a Bóg objawił nam to, czego zbyt krótki wzrok ludzkiego rozumu nie sięgał: Byt Najwyższy jest Jednym, ale Jego jedność jest jednością miłości – Miłości trzech Osób, które stanowią tylko Jedno, i są Jednym, choć jest ich trzy. Tutaj, milkną nasze wszelkie konstrukcje i pomysły. Stajemy wobec zwierzenia samego Boga, który mówi: Jestem Bogiem Żywym, a wyrazem Bożej jedności jest Duch Święty – Miłość, która jednoczy Ojca i Syna. Tak właśnie opisują ową tajemnicę teologowie. I przyjmijmy tę ich językową intuicję. Nie ma potrzeby mnożyć dalszych określeń. Duch Święty sprawia, nawet gdy nie jesteśmy niczego w tym względzie pewni, że bywamy ludźmi poszukującymi, że wciąż próbujemy siebie doskonalić, przemieniać, wyzwalać z odrętwienia i obojętności.

Lecz jak Duch działa? Działa w sposób nadprzyrodzony, co wcale nie musi oznaczać, że w jakiś nadzwyczajny, przedziwny, teatralny sposób. Raczej w wewnętrznym natchnieniu, które nie daje się opisać. Jest nagłym stanem umysłu, dzięki któremu potrafimy odeprzeć żal, pokusę pychy czy godzimy się na wyniesienie się ponad codzienne przyzwyczajenia, gdy rośnie w nas pokora i miłość do Boga i ludzi. Żyjemy jak gdyby w promieniowaniu niewidzialnego światła.
Niekiedy zdarza się, że nic się w nas specjalnego nie dzieje, a serce mamy przepełnione łagodnością, ufnością, po prostu, przyjaźnimy się dosłownie z całym światem, pomimo to, że mamy świadomość ciężaru cierpienia, niedogodności istnienia, grozy wojny, śmierci. A jednak: nie ma w nas martwoty, duchowej ciemności. Znaczy to, że właśnie trwa działanie Ducha Świętego. Proszę, nie martwić się. Nie możemy się pomylić, gdyż wszystko, co czynimy, gdy jest dobrem, pochodzi od Czystego Źródła - Boga samego. Dlatego dziękujmy Mu codzienne. Wdzięczność przyciąga Boże dary... Ojciec Święty poucza: skoro sam Jezus nazywa Ducha - Duchem Prawdy, oznacza to, iż jest On tym, który - po odejściu samego Chrystusa - będzie utrzymywał wśród uczniów tę samą Prawdę, którą Chrystus jest, i którą głosi. I już tylko z tego powodu warto, abyśmy się nieco rozchmurzyli.

Wiem, nie jest łatwo podążać śladami Jezusa. Jakżeż bowiem „bez zdumienia w duszy” naśladować ewangeliczny styl życia. Tyle spraw, rzeczy, ludzi odciąga od wiary. Sami Apostołowie przecież z trudem akceptowali słowa Mistrza. Nie tylko, że ich najzwyczajniej nie rozumieli albo rozumieli opacznie, ale jeszcze (niekiedy) próbowali narzucać Jezusowi własne sposoby „ewangelizacji”. Stąd słyszymy zdanie: Jeszcze wiele mam wam do powiedzenia, ale teraz (jeszcze) znieść nie możecie”(J 16,12).
Ale cóż! Misja Jezusa nie trwała specjalnie długo. Kilka lat bliskości, to chyba zbyt krótki czas, aby Apostołowie mogli pojąć wszystkie treści Objawienia. A zresztą, czyż można w ogóle rozpoznać wszelkie Boże tajemnice, będąc ułomnym, wciąż ku złu się wychylającym człowiekiem?
Pytanie jest zasadne, konieczne nawet. Dzięki niemu bowiem nie tracimy realizmu życiowego. Potrafimy spojrzeć na siebie bez zbytniej egzaltacji i emocji. Zawsze bywamy narażeni na oddalenie od Jezusa. Nie tylko z powodu jakichś osobistych zastrzeżeń, lecz - po prostu - z ludzkiej nieporadności. Wystarczy chwila nieuwagi, drobny cień bólu, niepowodzenie albo deszcz za oknem. Chcielibyśmy, aby Jezusa czuwał nad nami, dawał znaki wsparcia i opieki, lecz znaki widoczne naszym oczom. Tymczasem słyszymy jedynie zapewnienie: „Gdy zaś przyjdzie On, Duch Prawdy, doprowadzi was do całej prawdy”. Lecz właśnie to zdanie stanowi centrum trwałego chrześcijańskiego pocieszenia. Jan Paweł II wyraźnie wskazuje, że pierwszym potwierdzeniem przywołanych słów Jezusa stanie się dzień Zesłania Ducha Świętego, ogarniający nie tylko Apostołów, lecz wszystkie narody świata. Przecież Ewangelia przeznaczona jest dla wszystkich ludzi, coraz to nowych pokoleń, które będą się rozwijać w kontekście różnych kultur i wielorakiego postępu cywilizacji i nauki. Wobec tego i my winniśmy uczestniczyć w tym wydarzeniu.

Osobiście znaczy to, że trzeba odwoływać się do daru pamięci. Przypominać i rozpoznawać naukę Jezusa, odnawiać w sobie rzeczy przeszłe, aby je aktualizować i tworzyć horyzonty przyszłości. Właśnie Duch Święty sprawia, że nie gubimy swej religijnej wrażliwości, ale wciąż umacniamy się, by przyjąć najtrudniejszą z najtrudniejszych prawdę. Staramy się przyjmować słowo krzyża. Chrystus otoczony chwałą przez Ducha Świętego – to przede wszystkim Chrystus ukrzyżowany, odarty ze wszystkiego i wyniszczony w swym człowieczeństwie dla odkupienia świata – pisze Jan Paweł II. Dlatego, gdy przed nami, ludźmi słabymi, zjawia się widmo krzyża, musimy odwoływać się do Ducha Prawdy, aby nas umacniał, wewnętrznie przekonywał i przemieniał. Inaczej wciąż będziemy na poziomie pogańskiego myślenia, które nie jest w stanie akceptować cierpienia i śmierci jako „zbawczego daru”. Umocnieni wiarą, próbujemy dawać świadectwo o Chrystusie cierpiącym i zmartwychwstałym. Dzięki Duchowi Świętemu wiemy, że zostaliśmy wezwani przez Boga w Chrystusie do zbawienia. Mamy prawdziwego „Pocieszyciela”. Obrońcę i Rzecznika. Wsłuchujmy się tylko w Jego Boże podszepty...   

Tam, po drugiej stronie,
ani minuty bez celu, bez wysiłku,
bez radości. Życie skupione

jak na dłoni.
 

Duch Święty pozostaje naszym rzecznikiem i obrońcą. W tym sformułowaniu odkrywamy ścisłą relację między działaniem Chrystusa i Ducha Świętego. Bo przecież działanie Ducha Świętego przedłuża działanie samego Jezusa. Przyjmujemy tę wieść z radością. Niczego tutaj nie wymyślamy, lecz tylko, bądź aż, przyjmujemy prawdę objawioną. Podobnie jak Apostołowie, od chwili zesłania Ducha mieli w sobie Tego, którego miał Jezus, podobnie i my, otrzymaliśmy siłę, aby podejmować podobne ryzyko i odwagę w momencie trudów życiowych oraz śmierci. Mamy w sobie, powiedzmy odważnie, ducha samego Jezusa i zarazem Ducha Boga, gdyż tylko Bóg może przekazać swego Ducha. My, oczywiście, nic takiego uczynić nie potrafimy. Bo jakżeż ująć w słowach swą najgłębszą istotę, coś, co stanowi o naszej niepowtarzalności, naszej całkowitej odmienności, barwie istnienia. Możemy przekazać innym swoją wiedzę, kulturę, nawet emocje i nastroje, lecz ducha? To niemożliwe. Tak więc dopiero, jak zauważył jeden z teologów, za którym rzecz całą powtarzam, dzięki zesłaniu Ducha Świętego apostołowie uznają, że Jezus jest Bogiem. Mogli też przyjąć tajemnicę obecności Bożej w trzech Osobach.

Wystrzegajmy się pokusy natychmiastowego zrozumienia. Obecne czasy zachęcają poniekąd do wzmacniania tego rodzaju pragnienia. Bywamy ludźmi niecierpliwymi. Chcielibyśmy natychmiast i szybko wszystko pojąć, przedstawić, ująć w schemat. A gdy czegoś nie zdołamy rozpoznać, uważamy, że „tym czymś” nie warto w ogóle się zajmować. Na szczęście jednak, Duch Święty podtrzymuje w nas potrzebę wyższego zrozumienia, które zdobywa się powoli i bardzo, bardzo pokornie. Oczywiście, trudności jest tu wiele.

Ewangelie uświadamiają, że Jezus niekiedy odpowiadał pytaniem na pytanie, podobnie jak Matka Boża: jakże się to stanie, skoro... pamiętamy dalszą część zdania. Często też odpowiadał przypowieścią, która unikając bezpośredniej odpowiedzi na postawione pytanie, była jednak właściwą odpowiedzią dla osoby pytanie stawiającej. Jezus nigdy nie mówił „nieprawdy”, choć niektóre ze słów przez Niego wypowiadanych wprawiały słuchaczy w zakłopotanie, a nawet wywoływały zgorszenie, czego konsekwencją było porzucenie nauki Mistrza. I wielu z nich nie chodziło już z Nim - powiada apostolska narracja. Czy możemy znaleźć się w podobnej sytuacji? Czy możemy nagle głośno krzyknąć: dosyć tego, nie będę już z Tobą i za Tobą chodził, Jezu? Oczywiście, możemy i zapewne zdarzyło się to nam wiele razy. Być może nie w tym sensie, że w ogóle porzuciliśmy Chrystusa, nie, lecz w tym sensie, że łatwo poddaliśmy się perswazji grzechu, że nie potrafiliśmy dać o Bogu wyraźnego świadectwa. Wiara pozbawiona siły uczynków, krucha jak cienka tafla lodu.
Dlatego warto, abyśmy się modlili o pomoc także wyraźnie do Ducha Świętego. On przecież jednoczy z Jezusem, daje siłę do walki z narastającymi przeciwnościami. Jest, jak powiada Jan Paweł II, źródłem wiary? Co to znaczy?
Przede wszystkim, gdyby nie On, Duch Święty, nie moglibyśmy zwracać się ku rzeczywistości niewidzialnej, do tego, czego nie widzimy. Naturalnie bowiem uznajemy za istniejące to jedynie, co daje się objąć, dotknąć, zmierzyć. Duch sprawia, że treści płynące od samego Boga mają do nas przystęp. Nie zamykamy się w swej własnej nieporadności poznawczej, lecz otwieramy duchowo, określę w ten sposób, na powiew Boskiej tajemnicy. Spójrzmy w krajobrazy Biblii. Abel, Abraham, Mojżesz, ale też  Maryja, Józef, Symeon i Anna, Apostołowie, męczennicy, wyznawcy, dziewice, biskupi, kapłani, zakonnicy i ludzie świeccy wszystkich wieków chrześcijaństwa, poprzez wiarę dążyli ku Niewidzialnemu. Wszystkim bowiem Duch przynosi łaskę wiary, która jest niezbędna chrześcijanom. Podkreślmy jednak, że spośród wszystkich darów miłość zdaje się być najbardziej potrzeba, konieczna i największa. Ogarnięci miłością w Duchu Świętym odważnie wyznajemy: Panem jest Jezus, czyli, że pokładamy w Nim wszelkie i ostateczne nadzieje, zawsze jednak w perspektywie drugiego człowieka. Nie istnieje wiara samotna, ona zawsze spełnia się w swoistym wychyleniu ku drugiemu. Z natury rzeczy przecież szczęścia smak odczuwamy, gdy tworzymy osobowy, rodzinny, przyjacielski, małżeński krąg.

Nawiązuję do znanej, popularnej niemal w takim stopniu jak Biblia czy „Naśladowanie Chrystusa” książki Boecjusza pt: „Consolatio philosophiae”. Napisał ją autor w szczególnej i w konsekwencji tragicznej dla siebie chwili życia, kiedy został nieoczekiwanie posądzony o udział w sprzysiężeniu przeciwko Teodorykowi i skazany na śmierć. Oczekując wyroku starał się rozważyć własną sytuację egzystencjalną. I wnioski, do jakich ostatecznie doszedł były optymistyczne. Wskazywały mianowicie, że istota szczęśliwości znajduje się tylko i wyłącznie w posiadaniu Boga.
Oczywiście, nasza sytuacja (lepiej: duchowa przestrzeń) nie jest tak dramatyczna i światopoglądowo skomplikowana, niemniej wciąż zmusza do konfrontacji twórczego myślenia z dziejącym się „tu i teraz”. Stawia  problemy nad którymi trudził się Boecjusz. Ale nie tylko. Decydując się na ujawnienie osobistego sposobu rozumienia świata jest się z góry narażonym na pomówienia o egotyzm, egocentryzm, pychę itd. Tym bardziej, że twórca powinien być dumny ze swych dokonań. Poezja bowiem pozostaje darem i  często wyprzedza oczekiwania nawet samych twórców.

Refleksja na „istotą” aktu twórczego wydaje się rzeczą konieczną. Bez niej trudno organizować racjonalny ogląd rzeczywistości. Świadomość siebie to niezbędny warunek wolności, przede wszystkim wolności ducha, która - dodajmy - stanowi podstawę doświadczenia twórczego. Trzeba zatem niemal z konieczności pytać o sprawy najzupełniej podstawowe: czym jest literatura, jaką spełnia lub spełniać może rolę w społeczeństwie przełomu tysiącleci. Zauważmy, że tego rodzaju zdania pytające otwierają dla myśli perspektywę przyszłości, ale w związku z przeszłością. Nigdy nie będziemy mogli nawiązać kontaktu ze współczesnością, jeśli odwrócimy się od dorobku kultur wcześniejszych, jeśli zapomnimy (programowo, oczywiście, gdyż w praktyce nie jest to możliwe) o greckich, rzymskich i hebrajskich doświadczeniach. Żyjemy w określonym uniwersum kulturowym, w pewnym „kole hermeneutycznym”. Stanowi ono część tego, co Hegel nazywał światem ducha zobiektywizowanego - ducha wyrażanego w dziełach ludzkiej kultury. Nie dziwmy się, że tradycja ogarnia nas sobą i jest specyficznym „środkiem poznania”.
Coś się jednak stało ze współcześnie żyjącym człowiekiem, skoro usilnie, wręcz natarczywie, szuka uzasadnień swego istnienia. Mamy więc obraz pełen sprzeczności. Poddaje się dziś w wątpliwość zarówno możliwości nauki, jak i szanse najróżniejszych irracjonalistycznych form poznania. Jedni wpatrują się, jak wspomniałem, we wzorce naukowe, drudzy odwołują się do odmian refleksji symbolistycznej czy – trudno tu o precyzję terminologiczną – postmodernistycznej. Z jednej strony dostrzegamy znaki dokonującej się sekularyzacji, nihilizmu, z drugiej oczarowania, wysokiego stylu, pobożności i rozwoju grup modlitewnych.

Oczywiście, wszystkie powyższe terminy nie są jednoznaczne, niemniej wskazują kierunek możliwych analiz. Jakie w tej panoramie miejsce przysługuje pisarzowi?
Dzieje kultury dowodzą niezbędności w procesie formułowania „wiedzy o świecie” dzieł artystycznych. Każda epoka wysuwała pod adresem artystów określone żądania. Niemal zawsze obdarzano ich pewnymi funkcjami, nawet narzucano obowiązujące role społeczne. Poeta był, a raczej miał spełniać rolę kapłana, maga, wieszcza oddalonego od tłumu, bądź - przeciwnie - kreowano go na uczonego, intelektualistę, przywódcę politycznego. Zawsze jednak zadawał on światu „inne pytania”. Nie uważał zewnętrznych faktów za jedyną rzeczywistość. Brał w nawias konwencjonalne sposoby wypowiadania realności. Burzył zastane wzory postępowania. Podobnie dzieje się obecnie, chociaż pojawiły się nowe autorytety: Demokracja, Praca, Zadowolenie, Władza. W każdym razie artysta nie musi „mówić tylko pięknie”, ale ma doprowadzać do spotkań, likwidować obcość międzyludzką. Winien przejmować funkcje wychowawcze, czyli oddawać wychowankom dobro, jakim rozporządza. Przypomniana funkcja sztuki zdaje się obecnie zanikać. Trochę z powodów historycznych. Ale nie wyłącznie. Przyczyna chyba leży w nas samych. Nie lubimy wychowawców, gdyż ci niepokoją sumienie, są niewygodni, a nawet „niebezpieczni”, wskazują nasze słabe strony, ujawniają ciemne miejsca psychiki. To jakby nieustanny głos strzegący przed pułapkami zbiorowych namiętności.
Ludzie pozostający pod wyraźnym wpływem masmediów żywią nieufność do poetów, filozofów czy teologów. Oczekują od nich nie tyle gestów głębszej wrażliwości, hermeneutycznej odwagi bądź wiedzy, co raczej mądrości, a więc umiejętności godziwego życia. Lecz te oczekiwania rzadko bywają spełniane. Tymczasem artyści rozważają słowo przede wszystkim. Wprowadzają w sam środek życia, zmuszając do namysłu i pielęgnowania wewnętrznej ciszy. Dzięki nim możemy stawać się słuchaczami, poszukującymi treści wykraczających poza ludzki porządek. Jednym z najważniejszych przecież ziemskich doświadczeń jest poczucie sacrum. Otwarcie na przeczuwaną zaledwie krainę świętości, wolną od zalewu potocznych i schematycznych wizji świata. Bo, tak naprawdę, rozumiemy siebie w chwilach zgody na obecność porządku transcendentnego, pozostającego tajemnicą, ale i sprawiającego olśnienia serca. Bóg - Miłość daje gwarancję właściwego przeżywania wolności. Podtrzymuje nadzieję, że nie jesteśmy kawałkiem materialnej bryły, lecz odpowiedzialnymi za swe czyny osobami. Artysta wskazane kwestie wciąż od nowa odkrywa, umacniając przekonanie, że warto radować się cudownością bycia, dziwić istnieniem świata. I gdyby nawet spełniły się najczarniejsze przepowiednie, będzie on wierzył, że najważniejsze są miłość, dobroć, poświęcenie, pokora i wiara. W wieczór życia z nich będziemy rozliczani.
Niekiedy jednak poezja traktując relacje pomyślane jako realne może oddalać od codziennego życia i zatrzymywać pośród spraw fikcyjnych. Dlatego trzeba umieć, jak zauważył prof. Mieczysław Gogacz, zdystansować także poezję, to znaczy włączyć ją w humanizm - poddać człowiekowi, gdyż on jest pierwszy z racji swej godności, wyjątkowy, ponieważ rozumny, umiejący zyskiwać mądrość i obdarowywać miłością. Poezja nie może być czymś, czemu służy człowiek. Jej funkcją jest ukazywanie niedostrzegalnych na ogół aspektów świata, wywoływanie nowych rozumień i emocji, przenoszących w święto, w nadzieję, tęsknotę, oczekiwanie i aktywność, sprzyjające miłości i szczęściu. Dlatego w czas Bożego Narodzenia szczególnie nasłuchujmy poetyckich szeptów...

Nie potrafię mówić i pisać o ks. Januszu St. Pasierbie bez delikatnego ucisku w gardle. Albowiem jego kapłańska bliskości oraz twórczość artystyczna nazbyt zaciążyły, w augustyńskim sensie określenia, na moim dotychczasowym życiu, abym mógł zdobył się na analityczny chłód krytyczno-literackiego spojrzenia czy oceniający gest interpretacyjny. Cokolwiek bym, więc nie zasugerował będzie miało posmak osobistych emocji i przyjacielskich wzruszeń, zawartych w prostym (przyznaję: nacechowanym sentymentem) słowie „Januszu mój”, „Jasiu”. A nadto, połączyły się w naszym doświadczeniu pasje teologiczne z poetyckimi, religijne z literackimi i nie mogliśmy tej ich wzajemnej zależności nigdy przezwyciężyć. Drogi znaczone nadzieją, że potrafimy dać ewangeliczne świadectwo, nie rezygnując z siły piękna, pozostały w naszej wrażliwości na wieki, przebijając się –  przypuszczam – w rejony zarezerwowane cudowi zmartwychwstania.

Początkowo ksiądz Janusz intensywniej zachwycał się jakościami estetycznymi. I chyba nigdy nie zrezygnował z określenia siebie jako „nieuleczalnego maniaka, który więcej uczy się z wierszy niż przez fachowe traktaty”, choć powodem pierwszych tekstów poetyckich były raczej dzieła sztuki, niż doświadczenie życia. Niosły wówczas poetę nagle odkryte żywioły ascetycznie pojmowanego języka, siła niespodziewanych zestawień słownych, sugestie symboliczne. Pisał wiersze – „dzieci niemłodego ojca”, z radością, w jakimś duchowym wzlocie, choć nie chciał się do tego oficjalnie przyznawać. Nie spodziewałem się, wyznał kiedyś, że mogę zostać ogarnięty - tak niespodzianie - przez tę gorzką formę kontaktu z ludźmi, światem i Bogiem, która niby mądra, a jakaś w ostateczności wątła, czepiająca się przyrody, natury jak ostatecznego źródła.
Przełom w poetyckim światopoglądzie księdza Pasierba nastąpił w momencie opublikowania wyboru wierszy „Wiersze religijne” w 1983 roku. Do tej książki był niezwykle przywiązany. Przede wszystkim dlatego, że przekroczył w niej estetyczno-formalne zauroczenie i oddał się we władanie osobistego odczuwania rzeczywistości, przenikniętego wiarą i zaufaniem Chrystusowi, cierpiącemu Chrystusowi. Zawsze cenił klasyczne miary, pewien chłód emocjonalny, niemniej, pod koniec lat osiemdziesiątych odważył się na sugerowanie najbardziej wewnętrznych błysków ducha. Mocował się z przybierającym na sile cierpieniem i dramatem posolidarnościowej Ojczyzny. To poczucie tragedii nie prowadziło do pesymizmu, tylko do wzmożonego wysiłku odzyskiwania. Twórczość i życie to przecież ciągłe odzyskiwanie traconego dobra, odzyskiwanie wiary, nawracanie się, powrót do Jezusa. Wiersze, już wtedy, uciszone, ascetyczne, o zagęszczonej treści, zanurzone w naturze i liturgii kościelnej, pomagały mu być świadkiem. Uczyniły z księdza Pasierba poetę, który - chcąc wzmocnić teologiczność poezji - porzucił ją, by już tylko poetycko milczeć. I nie było to milczenie nadaremne...

Jan SOCHOŃ

Ks. prof. dr hab. Jan Sochoń. Urodził się w 1953 roku w Wasilkowie. Studiował filologię polską i teologię w Białymstoku oraz w Warszawie, filozofię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jest wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Poeta, filozof, krytyk literacki, eseista i wydawca. Opublikował m. in. „Ateizm. Wizje Etienne Gilsona” (1993), „Słownik pojęć zmistyfikowanych” (1996), „Spór o rozumienie świata” (1998). Ostatnio opublikował tomy wierszy „Modlitwa z muzyką” (1996), „Wszystkie zmysły miłości” (1997), „Ogień dobrej śmierci” (2001), „Czarna flaga” oraz swoje szkice i zapiski „Zdania, przecinki, kropki...” (1998). Krytycznie opracował i wydał „Kazania” księdza Jerzego Popiełuszki (1992), a także kilka antologii poetyckich. Mieszka w Warszawie.

11-1-1.jpg (50821 Byte)


Na zdjęciu:

Jan Sochoń 

(Warszawa, 1999)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga