Kilka zdań o darach Ducha Świętego

1.

Gdy pragniemy mówić o darach Ducha Świętego, pamiętajmy, że tę możliwość zawdzięczamy prorokowi Izajaszowi, który napisał: „Spocznie na nim Duch Pański, duch mądrości i rozumu, duch rady i męstwa, duch wiedzy i bojaźni pańskiej”(11, 2-3). Niestety, nie ma zgody co do ilości owych darów. W przywołanym teście Izajasza brakuje daru pobożności, ale tradycja Kościoła wymienia siedem darów Ducha Świętego. Biblia hebrajska wylicza tylko sześć darów. Ale grecka wersja Septuaginty podwaja dar ostatni, dzieląc go na bojaźń i pobożność wobec Boga. Są to dwa komplementarne aspekty miłości, jaką jesteśmy Bogu winni (zapał i obawa, że źle kochamy). Święty Tomasz z Akwinu powiada, że cztery udoskonalają władzę poznawczą, chodzi tu o mądrość, rozum, wiedzę i radę, a trzy kolejne udoskonalają władzę pożądawczą, czyli władzę naszych pragnień –  ma on na myśli dar męstwa, pobożności i Bożej bojaźni.
Od razu powiedzmy też, by wykluczyć ewentualnie nieporozumienia, że termin „duch” u Izajasza jest określeniem stałego i ciągłego działania Boga. To dar, a więc coś, co otrzymujemy z Bożej życzliwości. Nie możemy sami obdarzyć się tego rodzaju sprawnościami. Dlatego nasza postawa ma być postawą wsłuchującego się, aktywnego oczekiwania. Od tych darów Ducha Świętego trzeba odróżniać łaski darmo dane, udzielane tylko niektórym ludziom, podczas gdy dary Ducha Świętego otrzymują wszyscy, by mogli podjąć pracę nad własnym religijnie pojętym uświęceniem.
Nie mieszajmy nadto darów Ducha Świętego z cnotami. Wiem, że to słowo zostało już dzisiaj w potocznych użyciach skompromitowane. Niemniej, warto przywracać mu właściwą treść i głęboki sens. Cnota jest sprawnością, skłonnością do czynienia stosownych dla człowieka działań, albo inaczej mówiąc, to stała skłonność do realizowania moralnych wartości, powiększających dobro. Ktoś obdarzony cnotami sam podejmuje określone działania, umocniony siłą wiary, natomiast źródłem darów Ducha Świętego jest tylko i wyłącznie Bóg. Dary Ducha Świętego są – jak pisał Laurentin – tchnieniami Ducha, które uczymy się chwytać w żagle duszy. Dla naszej, by tak powiedzieć, duchowej nawigacji, są one niezwykle cenne. Trzeba umieć ich oczekiwać i o nie prosić. One umacniają na drogach życia, przynoszą poczucie, że nie ulegamy podszeptom tego, co złe, lecz wyzbywamy się błędów i codziennych słabości.
Wypada je uszeregować według tego, czy towarzyszą one rozumowi, czy woli. Pierwszym darem wymienionym przez Izajasza jest mądrość, od czasów starożytnych będąca przedmiotem ludzkiej fascynacji. Lecz nie rozważajmy tego, czym jest. Doświadczenie całego naszego życia wskaże jej istotę.

2.

Słowo rozum w potocznej refleksji nie nastręcza żadnych kłopotów. Posługujemy się nim codziennie, nie zastanawiając się specjalnie, czym jest. Tymczasem sprawa wygląda dość skomplikowanie i wymaga sporego wysiłku intelektualnego. Tym bardziej, że rozum – w teologicznej perspektywie – to dar i to Boży dar. Dar, jak napisałem Ducha Świętego. Czyżby więc ktoś, kto nie uznaje siebie za osobę religijną, kto postępuje i żyje poza sferą wiary i religijnego doświadczenia, był pozbawiony rozumu? Otóż, nie! Albowiem rozum jest władzą poznawczą w szczególności przynależną człowiekowi, choć – dodajmy – nie musi być identyczny z rozumem ludzkim. Dzięki rozumowi potrafimy działać rozsądnie, wyzbywając się absurdów i sprzeczności. Jest on czymś niematerialnym, spontanicznie w człowieku działającym i mającym moc przekraczania tego, co materialnego. Niekiedy na jego bliższe określenie używamy takich terminów jak: umysł, inteligencja, świadomość, a nawet sumienie. Dzięki niemu umiemy wznosić się ponad ograniczenia poznania zmysłowego, którego wyniki nigdy nie są ostatecznie pewne, przynoszą bowiem niekiedy zaledwie przypuszczenia i  mniemania.
Oczywiście, poznanie zmysłowe kontaktuje nas z realną rzeczywistością. Trudno przyznać racje niektórym filozofom sugerującym, że w codziennym doświadczeniu mamy raczej do czynienia nie tyle z niezależnym od naszych możliwości poznawczych światem, lecz tylko z ideami, pojęciami, które nie łączą z tym, co rzeczywiste. Niestety, obecny czas sprzyja tego rodzaju przekonaniom. Wielu tzw. postmodernistów powiada, że jedyne co nam pozostało to działania w obrębie języka, stanowiącego barierę nie do przebycia. O świecie wiemy tyle tylko, na ile pozwala nam używany przez nas język. Dotarcie do rzeczywistości obiektywnej nie leży w gestii ludzkiej aktywności. Dlatego rozum pozostaje bezsilny wobec świata, musi godzić się na swą ograniczoność.  Lecz nie przystawajmy na tego rodzaju myślenie. Raczej przyjmijmy, że rozum, którym się posługujemy i z którego sił poznawczych korzystamy jest funkcją rzeczywistości. Działa, gdy stykamy się z nią, w spontanicznym doświadczeniu. I w kwestiach religijnych odgrywa bardzo istotną rolę, mianowicie, rozjaśnia wiarę, daje jej zdolność przenikania tajemnic, niejako przystosowuje nasz ograniczony intelekt do tego, co nieskończone i co przekracza nasze możliwości poznawcze.
W rozumieniu Biblii samo istnienie Boga nie jest przedmiotem „wiary” w nowożytnym sensie tego słowa, tzw. „wierzenia”, którego nie można uzasadnić ani dowieść, ale przedmiotem poznania, do jakiego dochodzi się rozważając dzieło stworzenia, gdyż ukazuje ono Boga i o Nim poucza. Wiara w nowoczesnym rozumieniu uważa się sama za bezsilną, jeśli chodzi o osiągnięcie prawdy tego, w co wierzący „wierzy”. Rozpad biblijnego pojęcia wiary oraz rozbrat między „rozumem” i „wiarą” doprowadził do rozejścia się dróg teologii i filozofii.
Nie dziwimy się, że Jan Paweł II – właśnie dlatego – napisał specjalną encyklikę dotyczącą wiary i rozumu. Przestrzega w niej przed różnymi niebezpieczeństwami, niesionymi przez współczesną kulturę, a zwłaszcza przed fideizmem. Termin ten pochodzi od słowa fides= wiara i wskazuje, wiara powinna rozwijać się kosztem rozumu, usuwając w miarę swego rozwoju na bok rozum i jego prawa. Niektórzy powiadają tak: wystarczy wierzyć, a rozum trzeba oddalić, po prostu, zapomnieć o nim. Dlaczego? Bo wiary nie sposób uzasadnić rozumowo; tym bardziej, nie można rozumowo uzasadnić prawdziwości zdania: Bóg istnieje. Tymczasem – powiedzmy bardzo, bardzo wyraźnie – bez naturalnego poznania Boga wiara, zakładająca istnienie Boga objawiającego, byłaby zbudowana na piasku. Skoro Bóg do nas mówi, to znaczy pragnie, byśmy Go (na ludzi sposób) mogli rozpoznawać i nawiązywać z Nim osobisty kontakt.
Dar rozumu stoi u podstaw tej szansy. Rzuca niejako światło na niewidzialnego Boga. Pamiętajmy o tym. Inaczej nie pozbędziemy się niepokojów, a nawet żalu, że zostaliśmy zdani na pastwę niemych fatalizmów.   

3.

Słowo umiejętność wywodzi się o greckiego terminu techne i oznacza praktyczną znajomość czegoś, zdolność wykonywania czegoś. Początkowo zresztą Grecy wszelką umiejętność określali nazwą mądrość, dopiero później (już za czasów Platona) odróżniali najwyższą mądrość zwaną filozofią. W każdym razie umiejętność należy do ważnych sprawności życia, umożliwia racjonalne poruszanie się pośród spraw tego świata. I nade wszystko pozostaje w służbie wiary, umożliwiając rozeznanie wartości, czyli tego, co pochodzi od Boga, co pochodzi od złego, a co od nas samych. Przecież wcale nie jest łatwo rozeznawać się w kwestiach moralnych, związanych z relacjami międzyludzkimi i relacjami natury społecznej. Nie jest łatwo, na przykład być człowiekiem równoważącym to, co należy do samego istnienia, i to, co zwiemy bogactwami życia.
Przynajmniej niektórzy z nas znajdują w swoim domu starą wagę rzymską, czyli prostą z odważnikiem przesuwanym wzdłuż ramienia z podziałką. Waży ona towary szybko, choć niezbyt dokładnie. Niech symbolizuje ludzkie życie. Po jednej stronie ramienia wagi połóżmy więc nasze istnienie, codzienne doświadczenia, nasze „być”, a po drugiej dotychczasowe mienie, czyli „mieć”. I próbujmy właściwie oceniać samych siebie, wprowadzać ład w dziejącą się codzienność, równoważyć obie szale na wadze życia. Łatwo bowiem przewidzieć, co się stanie, gdy nazbyt zawierzymy ziemskim dobrom, gdy gorliwie będziemy otaczali się rzeczami, kontem w banku albo kolejnym domem do wynajęcia. Ze środków do życia, które – oczywiście – są konieczne, nie powinniśmy czynić celu i utożsamiać wagi istnienia z ilością nagromadzonych dóbr. Tym bardziej, że Ewangelia często przytacza słowa: „Gromadźcie sobie skarby w niebie”.
Największym skarbem jest bowiem Bóg, który niczego nie czyni dla siebie, lecz jak „Baranek na rzeź prowadzony” stał się jednym z nas. Nie zapominajmy o tej najważniejszej sprawie, bo gdyby to nastąpiło, wówczas usłyszymy surowy głos: „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie, komu więc przypadnie to, coś przygotował?”. A zatem już wiemy, że przed Stwórca i ludźmi warto wykazywać się innego rodzaju bogactwem. Będzie nim przede wszystkim wspomniana równowaga między „być” i „mieć”. Uzyskujemy ją żyjąc w promieniowaniu miłości. Wiem, że to nieustannie powtarzane słowo utraciło już odświętny, Boży blask. Lecz przywracajmy mu ową utraconą atrakcyjność. W jaki sposób?
Najpierw przez utrzymywanie w swej głębi ewangelicznego ducha, będącego duchem miłości. A ta wymaga – pisał Henri Nouwmen – całkowitego rozbrojenia. Spotkanie z drugim człowiekiem w miłości to spotkanie bez broni. Potrafimy doskonale ukrywać osobiste strzały i noże. Dawne gorzkie wspomnienia, lekkie podejrzenie co do motywów czy mała wątpliwość mogą być równie ostre jak kij trzymany za plecami. Czy umiemy spotykać się z przyjacielem lub kimś obcym bez jakiejkolwiek ochrony? Kiedy żołnierz siada, by coś zjeść, odkłada broń, ponieważ jedzenie oznacza spokój i odpoczynek. Kiedy zaś kładzie się spać bywa narażony na zranienie bardziej niż kiedykolwiek. Stół i łóżko to dwa intymne miejsca, w których miłość może objawiać się w słabości, będącej w istocie  dogłębnym otwarciem na drugą osobę.
Wiemy, że nowe życie rodzi się w stanie jawnej bezbronności – na tym polega tajemnica miłości. Gdy ulega przekreśleniu tego rodzaju świadomość, natychmiast zjawia się egoizm, zgorzknienie. Przewagę zdobywa „mieć”, „posiadać”, „brać”. A pod ciężarem tych słów zanika mądrość i potęga istnienia. Ale nie obawiajmy się. Umacnianie życiowej równowagi uda się, gdy zdobędziemy mocne przekonanie o wartości przebaczenia. Zło nie jest czymś ostatecznym i bezwzględnym. Pod naporem przebaczenia kruszy się, traci morderczy oścień.
Autentyczna miłość utkana jest z aktów najgłębszego przebaczenia, w którym zło przemienia się w dobro, a zniszczenie w tworzenie. Jednakże takiej miłości nie sposób  uzasadnić. Można ją tylko realizować przez osobistą wrażliwość i zaangażowanie, czerpiąc z natchnień głoszonych przez Chrystusa. Wówczas okaże się, że nie wszystko musi być marnością, jak głosił biblijny Kohelet. Umiłowanie Boga i człowieka, równowaga między „być” i „mieć”, czułość na podszepty piękna przekracza trwożliwą bojaźń i niepokój. Sprawia, że jesteśmy i radości, i szczęśliwi, i bogaci. Wzbogaceni darem umiejętności.

4.

Dar rady wiąże się z tym, co nazywamy wolą, a więc zdolnością kochania, wybierania dobra, a unikania zła. Dotyczy zatem naszego codziennego postępowania i to postępowania roztropnego. W tradycji kultury zachodniej  roztropność nazywano „woźnicą cnót”. Metafora ta sięga korzeniami pism Platona. W jednym ze swych dialogów, mianowicie, w „Fajdrosie” porównał on bieg ludzkiego życia do zaprzęgu ciągniętego przez dwa konie, białego i czarnego. Koń biały symbolizował ludzkie dobre skłonności, natomiast koń biały – skłonności złe. Zadaniem woźnicy, gdy chciał osiągnąć cel podróży, było takie kierowanie zaprzęgiem, by ani strona biała, ani czarna nie zdobyła w czasie drogi znaczącej przewagi. Aby tak się stało musimy zdobyć umiejętność poznania tego, co dobre i do czego mamy dążyć, jak również tego, co złe i czego powinniśmy unikać. Musimy być, jak wspomniałem ludźmi roztropnymi, co wcale nie jest proste. Dlatego wymieniamy aż siedem składników roztropności, a więc, pamięć, właściwy ogląd rzeczywistości, otwartość na rady innych ludzi, domyślność, zdrowy sąd, zdolność przewidywania, oględność i zapobiegliwość. 
Przedstawmy więc działanie daru rady przywołując sposób życia zwany gościnnością. Łączy się z nim wsłuchiwanie  głosów innych ludzi, świata i własnego sumienia, co, jak wiemy, należy do ważnych cech ludzkiego życia. A zresztą, krajobrazy Starego i Nowego Testamentu przenika doświadczenie gościnności. Abraham przyjmuje nieznajomych, troszczy się o nich, choć w jego postawie zawiera się pewne ryzyko. Nie wiadomo przecież kim są przybysze, ani jakie mają zamiary. A jednak zwycięża zaufanie, otwartość, gościnność właśnie. Jeszcze dzisiaj często słyszymy w rozmowach: ach, mam w domu gości, czyli dzieje się coś niezwyczajnego, odświętnego, dającego radość i poczucie duchowej jedności z innymi. Dlaczego tak się dzieje?
Słowo gościnność łączy się ze słowem godność. Oto jestem wrażliwy na obecność innych ludzi, często nieznajomych przybyszów z drogi, bo wiem, że każdy człowiek z racji tego, że jest człowiekiem zasługuje na szacunek i poważanie. Nigdy nie zapomnę uwagi księdza prymasa Wyszyńskiego wypowiedzianej, gdy szliśmy (byłem wówczas klerykiem warszawskiego seminarium) do katedry św. Jana na jakąś uroczystość. Wówczas obok nas pojawił się ktoś zataczający się pod wpływem alkoholu, a ja spojrzałem na tego człowieka wzrokiem niechętnym. I to moje spojrzenie zauważył ksiądz prymas i szybko powiedział: „Księże, ten pijany człowiek pod wieloma względami na pewno jest od nas szlachetniejszy. Powinniśmy na niego patrzeć życzliwie, bo dopóki żyje nie utracił szansy na przemianę samego siebie”. Oznacza to – wiem teraz – że nikt, dosłownie nikt, choćby aktualnie podlegał słabościom, nie powinien być przez nas odtrącony, a tym bardziej krzywdzony. Każdy zasługuje na gościnne przygarnięcie, choć mogą pojawiać się niespodziane trudności i jak napisałem – pewne ryzyko.
Ale cóż, tego rodzaju ryzyko wpisane jest w całość naszego życia. Jesteśmy ludźmi, a więc czynimy wszystko na ludzką miarę, w sposób kruchy i słaby. Nie dysponujemy Boskimi gestami, lecz możemy wzajemnie się wspierać w trudach codziennego wyboru dobra. Trzeba tylko zdobyć się na sztukę wzajemnego wsłuchiwania się w głos i serce innego człowieka. Pisała Anna Kamieńska, że każdy z ludzi, których spotykamy, jest wynikiem wielkiego trudu samobudowania się, cierpienia. Nie można tego dość szanować i cenić. Każdy idzie do ludzi jako suma swoich bezsennych nocy, swoich snów, spalających namiętności, dręczących pragnień. Nie jesteśmy tylko nosicielami swego nazwiska i twarzy. Jesteśmy sobą, a to bardzo wiele. Gdybyśmy częściej patrzyli na ludzi w tym aspekcie ich wewnętrznego trudu – umielibyśmy więcej kochać i wybaczać.
Dlatego gościnność i wzajemne wsłuchiwanie się w rytm życia są tak ważne. Zauważmy, co robią bohaterowie Biblii. Wciąż wsłuchują się w nauczanie i przestrogo proroków, albo oczekują pomocy anioła Jahwe. Łączą w sobie aktywność i kontemplację, bo wiedzą, że spotkanie z Bogiem zawsze jest rozstrzygające. Sprawia, że wciąż bywamy wrażliwi na dobra osobowe i zbyt łatwo nie poddajemy się presji działań pragmatycznych, wiążących się z rozwojem nowoczesnych technologii. Dar rady-roztropności jest nam bardzo potrzebny, szczególnie w obecnej dobie.

5.

Dar męstwa trzeba rozpoznawać nie jako męstwo w sensie tylko fizycznym, lecz – wbrew zresztą postulatom zgłaszanym przez Woltera – moralnym. Albowiem dla francuskiego ateusza męstwo nie było cnotą, tylko zaletą wspólną łotrom i wielkim ludziom. A więc doskonałością, ale taką, która sama w sobie nie byłaby ano dobra, ani zła. Nie godzimy się na tego rodzaju pogląd. Męstwo nie jest i być nie może sprowadzone do greckiej, stoickiej odwagi, ale winno polegać na wytrwałości wobec próby życia, wspartej, jak powiadają teologowie, humorem, mieszczącym się w ludzkich granicach. Męstwo tak pojęte łączy się z chrześcijańskim świadectwem życia, niekiedy z męczeństwem.
Ale współczesny człowiek jest coraz mniej skłonny do męczeństwa w imię Chrystusa, w imię prawdy. W XX wieku było wprawdzie wielu męczenników, w XXI nie zanosi się na to by ludzie chcieli umierać za prawdę. Jezus nikogo nie zachęca do męczeństwa, ale zapewne pragnie, abyśmy uwierzyli, iż żyjemy w odkupionym świecie, gdzie istnieją szanse czynienia dobra, a unikania zła. On chce, byśmy stawali się świadkami, co też oznacza możliwość przyjmowania zawsze możliwego cierpienia czy bólu. Lecz nade wszystko wskazuje na potrzebę wierności, wierności Bożemu słowu. W tym sensie do męczeństwa wezwany jest każdy chrześcijanin, choć nie każdy godzi się na takiego rodzaju religijne zachęty.
Pozostaje bowiem faktem, że dzisiaj wielu ludzi znalazło się w stanie przedziwnej obojętności religijnej. Przypuszczam nawet, że obecnie nie spotyka się nazbyt wielu ludzi, których by można nazwać ateistami. Dla większości z nich kwestie wiary, religijności po prostu nie mają większego znaczenia. A jeśli przyjmują, że Bóg istnieje, to wówczas traktują Go raczej jako – tak nazwę – przeszkodę egzystencjalną, jakiś niepotrzebny, niewygodny ciężar. Rozpanoszył się współcześnie swoisty „ateizm obojętności i roztargnienia”.
Źródła tego zjawiska są złożone. Mają one charakter filozoficzny, ale i egzystencjalny. Zwracam uwagę na te ostatnie. Człowiek trzeciego tysiąclecia nie potrafi radzić sobie z plagami życia. Jednym z największych problemów bywa (teraz w stopniu bardziej niż kiedyś widocznym) cierpienie, tak ciążące, że ludzie muszą – wskazywał na to już w XIII w. św. Tomasz z Akwinu - podważać istnienie dobrego Boga. W nadchodzącym czasie wiele będzie zależeć od tego, czy potrafimy umniejszać cierpienie, albo przynajmniej zachęcać ludzi, aby w nim zechcieli dostrzegać coś więcej niż skandal albo bezsensowny ból. Zapewne w trzecim tysiącleciu zgnębieni bezsensem ludzie będą szukać prawdy przede wszystkim w dziedzinie religii?
Trzeba być o tym zawsze i najgłębiej przekonanym. Rozumieć tych, którzy odchodzą od Boga z powodu cierpienia. Odchodzą jednak donikąd, bo cierpienia nie wytłumaczy im żadna filozofia, żadna wersja psychologicznej perswazji, wreszcie żadna sztuka. Człowiek, który zaufał Bogu musi umacniać w sobie przekonanie, że drogi jakie mu Bóg proponuje są drogami wiodącymi ostatecznie do szczęścia. Bóg nie jest żadnym bożkiem, platońską ideą czy sekciarskim eonem, ale Bogiem żywy, obdarzającym łaską, przebaczeniem i życiem wiecznym.
Słowo „męczennik” przejęte z języka prawniczego będzie, po wielu pojęciowych historycznych perturbacjach, oznaczać świadka, pierwotnie świadka słowa, lecz ostatecznie kogoś, kto poświęca życie za Chrystusa.
Przy tym wszystkim jednakże męczeństwo pozostawało dawnej i wciąż pozostaje czymś kontrowersyjnym. Bo historycy wskazują na zjawisko męczenników z pragnienia sławy, albo sugerują się, że często zachowywali się oni jak ludzie „pozbawieni rozumu”. Wielu z nich zdobywało się na okrzyk: „Chcę umrzeć, gdyż jestem chrześcijaninem”. Niekiedy całe chrześcijańskie grupy zgłaszały się na męczeństwo. Pojawił się zatem problem wiążący się z kwestią ustalenia, gdzie mamy do czynienia z męczeństwem, a gdzie po prostu z samobójstwem, albo kwestią tzw. upadłych czy zagadnieniem ucieczki przed męczeństwem. 
Ówczesny Kościół świadom był tych trudności. Zdecydowanie przeciwstawiał się wszelkim negatywnym praktykom, chociażby parodiom męczeństwa. Pozostawał powściągliwy w ocenach martyrologicznych. Tym bardziej, że spektakle (w cesarstwie zbudowano 71 amfiteatrów) organizowano nie tylko dla chrześcijan, ale dla wszystkich skazanych. Jeńców wojennych na przykład rzucano na pożarcie zwierzętom, aby w ten sposób zabawiać widzów. Zresztą, sami rzymianie sceptycznie odnosili się do męczenników. Jednakże w mocy pozostaje teza, że świadectwo stanowi „jedyną istniejącą próbę filozoficznego dowodu, która owocuje ukazaniem istnienia nie tylko Boga filozofów, Absolutnej Miary, Prawdy, Dobra czy Celu, lecz Prawdy uosobionej – żywego Chrystusa, Zbawiciela i Pana, który kocha, umiera i zmartwychwstaje”. Dzisiaj warto ocalać wartość w ten sposób potwierdzanej wiary. Gdy Rzymianie wyśmiewali się z męczenników i kryminalistów, my dzisiaj powinniśmy raczej odnawiać pamięć o męczennikach.
Łatwo tutaj popaść w apologetyczny ton. Nie czyńmy jednak tego. Próbujmy natomiast z rozwagą rekonstruować historyczny obraz świadka i filozofa-mędrca, którzy podążają drogami wiodącymi do osiągnięcia prawdy i zbawienia. Nie rezygnujmy z nadziei, że zrównanie męczeństwa z wyznaniem wiary i naśladowaniem Chrystusa, prowadzi do osiągnięcia prawdziwej mądrości. A także przekonuje, że nie rozsypała się ciągłość pomiędzy marzeniami filozofów greckich i chrześcijan. Albowiem jedni i drudzy pragnęli ujawniać i wyrażać to, co wieczne i boskie w kategoriach ludzkiego doświadczenia. I jakże często bywali bliscy opisania (choćby w paradoksie, metaforze poetyckiej) tego, co niewyrażalne wiedząc, że męczeństwo, według pięknego wyrażenia Jean-Luc Mariona, zanim wypowie wyrok, wypowiada świadectwo.

6.

Czym jest pobożność? Według porad słownikowych, to dobrowolne i żarliwe oddawanie się praktykom religijnym, jakiś szczególny kult, nabożeństwo wobec Boga, Marii Panny, określonego świętego, krzyża lub różańca. Łacińskie słowo devotio, w języku polskim przybrało negatywny odcień znaczeniowy i oznacza fałszywą pobożność, wyszydzoną chociażby przez Moliera w sławnym „Świętoszku”. Jednakże musimy stwierdzić, że pobożność we właściwym sensie pomaga nam zachwycać się Bogiem i kochać Go w sposób godny, słusznie należny, z porywem serca. Pobożność to ludzka odpowiedź na wszelkie niezasłużone Boże dary. I ma na celu jedno: osiągnięcie wiecznej ze Stwórcą szczęśliwości. Bądźmy więc ludźmi pobożnymi!

Dar bojaźni

Bojaźń Boża nie jest strachem czy niepokojem w obliczu Boga, Jego majestatu, siły i karzącej sprawiedliwości. Ten dar Ducha Świętego raczej wskazuje na naszą, niemal codzienna obawę, że źle kochamy, że nie potrafimy być ludźmi wdzięcznymi. Rozważając bojaźń Bożą winniśmy rozmyślać o kształtach swej ludzkiej miłości. Osobiście sądzę, że nie ma radości równej radości kochania. Każdy z nas ma jakieś w tym względzie doświadczenia, potrafimy...

Jan SOCHOŃ

Do wartych polecenia prac filozoficzno-teologicznych ks. Jana Sochonia należą: „Ateizm. Wizje Etienne Gilsona” (1993), „Słownik pojęć zmistyfikowanych” (1996), „Spór o rozumienie świata” (1998), „Bóg i język” (2000).

11-2-1.jpg (46200 Byte)


Na zdjęciu:

Chmury

(Krąg, 2001)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga