Prawdy wieczne, Zjednoczenie i co
dalej?
Co jest istotne, ważniejsze i
najważniejsze albo zupełnie nieistotne? – pytamy, jeśli jakaś
sprawa nurtuje nas czy leży na sercu. Co zatem było u początku:
ZJEDNOCZENIE czy STOWARZYSZENIE Apostolstwa Katolickiego?
Zaczęło się od „Prawd
wiecznych”, czyli książki Alfonsa Liguoriego. W 1835 roku
Wincenty Pallotti postanowił zatrudnić do kwestowania Jakuba
Salvatiego, zamożnego kupca, by zebrać potrzebne na wydanie książki
pieniądze. Salvati zdołał w krótkim czasie zgromadzić 550
skudów (dzisiaj jest to grubo ponad tysiąc dolarów). Kiedy się
okazało, że pieniędzy jest o wiele więcej niż było potrzeba,
aby uniknąć pomówień i podejrzeń, postanowiono – jak pisał
w swojej książce „Życie św. Wincentego Pallottiego”
Devetter – utworzyć stowarzyszenie, które by właściwie
zadysponowało uzbieranym funduszem.
„Po podjęciu tych decyzji
komitet jednak nie rozwiązał się, lecz przekształcił we wspólnotę
o charakterze stałym. Wspólnota ta zbierała się od czasu do
czasu i przeprowadzała nowe zbiórki mające na celu popieranie i
szerzenie dobrej literatury. Z czasem przyjęła nazwę
Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego, a księża w tym
Zjednoczeniu nazwali się Księżmi Zjednoczenia” – pisał
Geslin w swojej broszurce „Czcigodny Wincenty Pallotti”. Tylko
niektórzy zamieszkali we wspólnych domach. Inni związek z
Kongregacją utrzymywali poprzez wspólnie podejmowane dzieła.
Kiedy liczba współpracowników
zaczęła wzrastać, Pallotti postanowił utworzyć trzy klasy czy
grupy członków: PRACOWNIKÓW apostolskich, czyli wszystkich –
tak świeckich, jak i duchownych – osobiście i bezpośrednio
zajmujących się pracą apostolską, duchowych WSPÓŁPRACOWNIKÓW,
którzy mieli wspierać dzieło poprzez modlitwę i cierpienia,
wreszcie OFIARODAWCÓW, którzy materialnie wspomagali
stowarzyszenie. W 1837 roku z księży, których Pallotti
zgromadził przy rzymskim kościele Świętego Ducha, wyodrębniła
się grupa, która pragnęła prowadzić życie wspólne. W grupie
ofiarodawców powstała też nowa klasa, zobowiązująca się do
wpłacania na misje jednego solda tygodniowo.
Nie jest naszym zadaniem szczegółowe
studium dziejów stowarzyszenia, zostawmy zatem Związek Lyoński,
Kolegium Misyjne, pierwsze kłopoty z nazwą czy sprawę tzw.
listu Cadoliniego. Jesienią 1839 roku Pallotti ukończył swój
podręcznik „Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego” oraz
„Regułę” dla duchownych zrzeszeń Apostolstwa Katolickiego.
Idąc za przykładem Apostołów – Dwunastu to symbol
ustawicznego rozsyłania – podzielił zgromadzenie na 12 części. W każdym ośrodku
wyróżnił 12 grup czy działań apostolskich. Podstawową regułą,
czyli tym, co wszystkich łączy, miała być miłość Chrystusa
– czy inaczej mówiąc – miłość przynaglająca, naśladowanie
Boskiego Mistrza.
Podczas pobytu w Camaldoli
Pallotti doszedł do wniosku, że – jak pisał – „zrzeszenie
osób żyjących w rozproszeniu łatwo traci na sile i wytrwałości
w dziełach dobroczynnych i apostolskich”, dlatego potrzebna
jest Kongregacja, która byłaby duszą i motorem apostolskiej
aktywności. „Corpo centrale é motore” składało się
początkowo z czterech osób. Z czasem przybywało nowych siedzib
i nowych współbraci. Pallotti – jak byśmy dzisiaj powiedzieli
– stanął przed dylematem: zakon czy wolny związek. „Bóg dał
mi poznać, że nasza Kongregacja nie ma mieć i nie będzie miała
żadnych reguł” – ogłosił w 1846 roku. Rok później,
naciskany przez Stolicę Apostolską, by stworzyć podstawy prawne
dla swego zgromadzenia, dopracował „Regułę”, którą nazwał
fundamentalną i,
na próbę, wprowadził ją do swojej wspólnoty. Próba wypadła
pozytywnie. Kiedy w listopadzie 1849 roku odprawiał rekolekcje,
doszedł do wniosku, że zmarnował swoje życie, był jednak
przekonany, że dzieło przetrwa i będzie służyć Kościołowi.
19 stycznia, czyli na kilka dni przed śmiercią, modlił się, żeby
całemu zgromadzeniu Bóg udzielił błogosławieństwa miłości
i mądrości. Kiedy umierał „Corpo centrale é motore”
liczyło ośmiu księży, trzech braci i jednego kleryka. Ile było
pozostałych grup czy zrzeszeń, dokładnie nie wiadomo, ale swoją
liczbą na pewno znacznie przewyższały one członków
Kongregacji.
Wkrótce po śmierci Pallottiego
wybuchł pierwszy spór, dotyczący przyrzeczeń. Ów spór –
jak twierdzą niektórzy biografowie – spowodował regres i
kolejne odejścia ze Stowarzyszenia. Kryzys pogłębiła decyzja
Stolicy Apostolskiej zakazująca używania nazwy Apostolstwa
Katolickiego. Kryzys tożsamości czy – jak chce Ignacy Podgórski
– czas próby trwał od roku 1854 do 1947 roku. „Nie można się
dziwić, że w latach licznych doświadczeń Kongregacja nie była
zdolna utrzymać apostolskiego zjednoczenia na większą skalę i
dalej go rozwijać po myśli Pallottiego” – pisał autor książki
„Błogosławiony Wincenty Pallotti. Apostoł i mistyk”.
Czy kryzys był aż tak głęboki,
skoro pierwszy francuski pallotyn, Paweł Aleksander de Geslin de
Kerselon już po powrocie z Rzymu rozpoczął intensywną działalność
duszpasterską i literacką, został redaktorem dwóch tygodników
i uznanym rekolekcjonistą, napisał wiele obszernych studiów i
setki artykułów? Wprawdzie opuścił zgromadzenie, ale – jako
jeden z duchowych synów Pallottiego – z powodzeniem toczył dyskusję z Ernestem Renanem, walczył z
galikanizmem, miał dobre kontakty z papieżem Piusem IX i wieloma
osobistościami Francji, wreszcie należał do ekspertów Soboru
Watykańskiego I.
Sprawą badaczy dziejów i
historyków idei – w naszym przypadku należałoby raczej
powiedzieć – historyków duchowości jest dokładne ukazanie
przyczyn i skutków kolejnych kryzysów, jak i sprawy
Zjednoczenia, jego wzrostu i zaniku, wreszcie pokazanie
konkretnych postaci i ich (a zatem i pallotyńskich) dokonań.
Zwrot w dziejach Kościoła a
zarazem w historii Pobożnego Stowarzyszenia Misyjnego zapoczątkowała
w lutym 1946 roku deklaracja Piusa XII. „Wierni, dokładnie
laicy, znajdują się w pierwszej linii życia Kościoła” – mówił
papież. Rok później pallotyni powrócili do swojej nazwy i
mogli pełniejszym głosem mówić o swoim posłannictwie.
Ukoronowaniem odnowicielskich wysiłków było w 1950 roku
wyniesienie na ołtarze, zaś w roku 1963, czyli w czasie trwania
Soboru Watykańskiego II, kanonizacja
Wincentego Pallottiego.
Pallotyński kryzys tożsamości,
niestety, nie skończył się wraz z zaliczeniem w poczet świętych
założyciela Zjednoczenia Apostolskiego Katolickiego i prekursora
Akcji Katolickiej. Nie miejsce tutaj i czas, żeby rozpatrywać
sprawę głębokiego pallotyńskiego podziału, rozstrzygniętego
dopiero decyzją Pawła VI i oddzieleniem dzieła księdza
Kentenicha od Stowarzyszenia. Nie trudno jednak zauważyć, że w
historii zgromadzenia były zawsze obecne dwa nurty: zwolenników
ściśle określonych reguł i – powiedzmy – zwolenników
mniej ostrych kryteriów przynależności.
Z lat seminaryjnych i okresu
poprzedzającego wieczną profesję pamiętam wykłady ks. Czesława
Parzyszka (obecnie przełożonego Prowincji Chrystusa Króla) i
nie kończące się dyskusje na temat charyzmatu pallotyńskiego,
stowarzyszenia i zjednoczenia. Co znaczy być pallotynem? Co jest
ważniejsze i pierwsze: zjednoczenie czy stowarzyszenie? Czym
powinno być zjednoczenie dziś? Czy ono w ogóle istnieje? Czy
ludzie przyjeżdżający do Ołtarzewa na dni skupienia są
naprawdę świadomi swojej przynależności do Zjednoczenia? Czy
nasi dobrodzieje są członkami zjednoczenia? Co właściwie
decyduje o przynależności: to, że ktoś daje pieniądze czy też
świadomość, wola świadomego współdziałania – jak się mówiło
– wypełniania dzieła apostolskiego wspólnie z księżmi, braćmi
i siostrami? Jedne pytania rodziły następne. Czy – na przykład
– okolicznościowe „wypady w teren“ albo wysyłka
modlitewników do Rwandy, w której uczestniczyli świeccy, to
wystarczające kryterium? Czy wystarczy coś wspólnie robić, żeby
mówić o zjednoczeniu? Czy każdy, kto dostanie się do pallotyńskiej
kartoteki, to już pallotyn, członek Zjednoczenia, czy też to
zbyt mało?
Dyskusje były gorące, ich
temperatura wzrastała nieraz znacząco, powodując żywe reakcje.
Idealistyczne koncepcje ścierały się z pesymistycznymi, powaga
z ironią, zatroskanie ze zwątpieniem. Kiedy lata seminaryjne minęły
i każdy otrzymał swoje zadanie, chęć do dyskusji znacznie
zmalała. Okolicznościowe spotkania, nieliczne debaty, kolejne
listy generała i sprawozdania z prac głównej czy prowincjalnej
komisji nie cieszyły się wielkim zainteresowaniem. Większości
wystarczały własne wizje zjednoczenia. Jeśli nawet istniały
jakieś komisje na najniższym szczeblu, kierowały się one własną
filozofią działania. Co więcej, pojawiały się obawy czy
podejrzenia, że jedni pallotyni odbierają innym pallotynom współpracowników
albo że ktoś z zewnątrz przejmuje naszych ludzi. Nawet niedawno
temu, bo przed rokiem, usłyszałem od jednego z przejezdnych na
rue Surcouf, że w Szczecinie wpuszczono nieopatrznie „Radio
Maryja” i liczni nasi sympatycy teraz wolą księdza Rydzyka,
czyli redemptorystów, i tam posyłają swoje datki. Jak zatem
jest z tym Zjednoczeniem?
W pewnym sensie dyskusje,
jakie trwały dobre 30, jeśli nie więcej lat, urywa decyzja
rzymskiego Zarządu. Od 22 stycznia 2000 roku obowiązuje Statut
Generalny Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego. Myliłby się
jednak ten, kto by sądził, że problemy ze Zjednoczeniem (a
zatem ze Stowarzyszeniem również) się skończyły. Pokazują to
zresztą ostatnie miesiące i kłopoty Stolicy Świętej z pallotyńskim
Statutem.
Statut Generalny podzielił członków
Zjednoczenia na: EFEKTYWNYCH, czyli związanych z konkretnymi placówkami,
WSPÓŁPRACOWNIKÓW, czyli – w praktyce – dobrodziejów, oraz
PRZYJACIÓŁ i SYMPATYKÓW, do której to kategorii
zaliczono na przykład etatowych pracowników pallotyńskich domów,
rodziców i rodzeństwo członków Stowarzyszenia. Powołano też,
a raczej polecono powołać do istnienia Lokalne Rady
Koordynacyjne, na których czele powinien stanąć każdorazowo
rektor miejscowej placówki pallotyńskiej.
Obecny trójstopniowy podział
nawiązuje niewątpliwie do pierwotnego, również trójstopniowego,
podziału Założyciela, jest jednak o wiele bardziej
zhierarchizowany i sformalizowany oraz wcale nie taki jasny i
jednoznaczny, jak się jego twórcom wydaje. Pallotti mówiąc o PRACOWNIKACH apostolskich mówił o współdziałaniu.
Obecnie, mówiąc o członkach EFEKTYWNYCH, często kładzie się
akcent na uprzywilejowanie. WSPÓŁPRACOWNICY mieli wspierać
apostolskie dzieło cierpieniem i modlitwą, obecnie mówi się o
rejestrach, kartotekach, honorowych dyplomach itd. OFIARODAWCY przyczynili
się do wydania „Prawd wiecznych” i realizacji wielu
konkretnych przedsięwzięć, dzisiaj nie my sami, lecz nasi SYMPATYCY
czy krewni czasem zdają się stanowić „Corpo centrale é
motore”.
Żyjemy w czasach, kiedy wiele mówi
się o literze prawa, państwie prawa, praworządności, wiedzy
prawnej, prawach obywatela itd. Mniej mówi się o duchu praw, a
najmniej chyba o treści, jasności i przejrzystości czy
przyczynowości i celowości zasad. W metafizyce mówiło się o
absolutnych warunkach inteligibilności (ujmowalności, pojmowalności,
dorzeczności) podstawowych zasad. Zasada inteligibilności, czyli
racji bytu, była formułowana na gruncie zasady tożsamości (tj.
niesprzeczności). „Coś” z „czegoś” się bierze,
„nic” z „niczego” nie powstaje, bo po prostu jest to niemożliwe.
Tylko w jednym wypadku istotą bytu jest jego istnienie. Poza
jednym wyjątkiem (czyli Bogiem), nie możemy mówić o bycie
samoistnym i samozrozumiałym. Zdaje się, że po latach krępującej
niewiedzy mamy lata radosnej, samoistnej samowiedzy, bo rzadko –
nawet znając doskonale różnego typu konstytucje – pytamy komu
i czemu mają one służyć? Dlaczego i dla kogo zostały one
ustanowione? A jednocześnie drobiazgowo próbujemy określić
stopnie naszego wtajemniczenia i rodzaj naszego przyporządkowania.
Pallotti – jako człowiek
wyjątkowo pokorny – doskonale wiedział, że o wiele łatwiej
powiedzieć, czym określony byt nie jest, niż czym jest, dlatego
– jak tylko mógł – nie mnożył reguł. Kiedy już musiał
jakieś reguły tworzyć, wolał zostawiać jakąś „wolną drogę”...
Chciał, żeby każdy był założycielem, odkrywcą,
inicjatorem... Czy zatem musimy wszystko wsadzać w jakieś ramy,
uefektywniać, rejestrować, etatyzować? Pallotyńskie prawo, dotyczące życia konsekrowanego mówi,
iż „cechę wewnętrznej trwałości” nadaje Stowarzyszeniu
wspólnota duchowa, „wspólna wola naśladowania
Chrystusa”, „jedno i to samo oddanie się Bogu”. Czy świeccy,
znajdujący się w pierwszej linii życia Kościoła, wspomagający
nas ofiarą, cierpieniem czy modlitwą, są wyłączeni z naszej
wspólnoty duchowej? Czy nie chcą wspólnie z nami naśladować
Chrystusa? Naruszają czy też określają naszą tożsamość?
Zjednoczenie jest dla nas czy my dla Zjednoczenia? Stowarzyszenie
i Zjednoczenie istnieje dla siebie czy też ani jedno, ani drugie
nie istnieje tylko dla siebie nawzajem?
Pallotyńska historia zaczęła
się od „Prawd wiecznych” i – bez wątpienia – nie
kończy się na Statucie Generalnym, Pobożnym Stowarzyszeniu,
Zjednoczeniu czy, nawet, zewnętrznych kręgach przynależności.
„Zarzucano Pallottiemu –
pisał ks. Józef Sadzik – że nie wykorzystał całych piętnastu
lat od chwili założenia «Apostolstwa Katolickiego». Wskazywano
na przykłady w historii kościelnej założycieli wielkich zakonów,
którzy w o wiele krótszym czasie potrafili doprowadzić do końca
wszystkie szczegóły nowozakładanej instytucji. Dzieło
Pallottiego miało
– z powodu jego osobistych słabości – nie wyjść poza ogóle
zarysy. Miało ono paść ofiarą jego «nieskończoności»”.
Czy zatem, chcąc dokonać „nieskończenie wiele” twórca
Zjednoczenia uczynił nas ofiarami „nieskończoności”? Czy
rzeczywiście nie umiał wyjść „poza ogólne zarysy” i
dlatego my, by naprawić jego błędy, mamy obowiązek wyjść
poza zarysy przez niego wyznaczone?
Paryż, 25 listopada 2000 roku
Marek WITTBROT
Prezentowany tekst jest głosem w dyskusji, jaka odbyła się w
listopadzie 2000 roku w Montmorency z okazji dorocznego Zebrania
Regionalnego pallotynów pracujących we Francji i Szkocji.
|

Na ilustracji:
Paweł de Geslin (1817-1888)
|