Fenomen Talk-Show,
czyli „Raport specjalny” na temat „Gadających głów”

Napisanie artykułu, a wcześniej pracy dyplomowej, który właśnie państwo czytacie, poprzedziły ciężkie przygotowania... Przesiadywałam przed telewizorem u przyjaciół, piłam kawę za kawą i oglądałam prawie od świtu do nocy talk-shows dzięki telewizji kablowej, której sama nie posiadam. Mój rekord to 30 programów obejrzanych w ciągu doby?! Następnie tylko „wklepanie” do komputera spostrzeżeń i wniosków, wizyta u okulisty, obgryzione paznokcie i już można było zanieść gotowy materiał...
Człowiek, co powiedział już Arystoteles, a potwierdził w „Psychologii społecznej” E. Aronson jest „spośród wszystkich gatunków najtrwalej i najbardziej obsesyjnie społeczny”. Powtarzając za młodszym i bliższym nam Stanisławem Staszicem „bez towarzystwa [społeczeństwa] nawet pomyśleć się nie da”.
Wspólne życie pod jednym niebem wymaga przede wszystkim umiejętności wyrażania swoich myśli i przekazywania ich innym członkom społeczności.
Komunikowanie się wymaga więc medium. Naturalnego tak jak gest, czy mowa. W dzisiejszych czasach dotyczy to również prasy, radia, telewizji, określanych jako media masowe.
Talk-show jest gatunkiem tak naturalnym, jak naturalna jest sama rozmowa. Istnieje od momentu, w którym ludzie nauczyli się mówić. Przecież na początku było słowo... Pierwszą rozmowę i na dodatek w raju poprowadził wąż... To już wtedy narodziły się zasady widowiska, które obecnie podbija świat. Ameryka zawsze uważana była za raj na ziemi, nic więc dziwnego, że talk-show narodził się właśnie tam. Jest tak amerykański jak hamburger. Za jednym razem dostajesz bułę, mięsko, warzywa i sosy. Tak samo talk–show; serwuje na jednej tacy politykę, muzykę, kabaret i gwiazdy wszelakiej maści i formatu.
Najpierw w tv wymyślono „gadające głowy”, czyli talking-heads. Później, aby zwiększyć oglądalność, wokół „gadających głów” rozbudowano scenografię, wprowadzono rekwizyty, i inne elementy widowiskowe. Tak okraszoną rozmowę nazwano talk-show.
Już wiek temu Dostojewski dywagował „Cóż z tego, że obwieszczę na afiszach, że co sobotę albo niedzielę pokazywać będę goły tyłek. Wierzę, że znajdą się amatorzy, którzy przyjdą tłumnie, lecz czy będą darzyć mnie szacunkiem?” Dopiero sto lat później „goły tyłek” został pokazany milionom ludzi w Ameryce, w takich programach jak: „Oprah Winfrey Show”, „Late Night with David Letterman”, „Jenny Jones Show” etc. W USA są ich setki!
Tak „prawdziwe” programy jak prawdziwy może być tylko amerykański hamburger do Polski trafiły na początku lat 90. Po Sylwestrze’89 przeszliśmy od „realnego socjalizmu” do demokracji. Ruskie pierogi zamieniliśmy na hamburgery, które popijamy coca-colą w McDonalds. „Towarzysza” zastąpiło „tykanie” się nawzajem, tzw. amikoszoneria, czyli bratanie się świni z pastuchem! Bez wskazywania, kto jest kim. Co i tak się stanie oczywiste po przeczytaniu do końca tego artykułu? Zresztą nieważne, bo nareszcie nastała wolność. Ludzie mogą głośno mówić na tematy drastyczne, bulwersujące. Dlatego też chcą oglądać programy o takich właśnie sprawach w telewizji.
Art. 14 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej: „Rzeczpospolita Polska zapewnia wolność prasy i innych środków społecznego przekazu”.
Art. 54: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów...” czego nie omieszkałam wykorzystać pisząc pracę dyplomową. Mam tylko nadzieję, że nie zapłacę za tę wolność ostracyzmem czytelników!
Ponieważ „kultura szybkiego i niezdrowego jedzenia” rozprzestrzenia się w naszym kraju równie szybko jak hamburger... Więc na początek mała próbka współczesnych, polskich możliwości: „W lustrze zobaczyłem, że przyrodzenie wisi mi na wysokości kolan, włożyłem, więc spodnie na piżamę poszedłem zadzwonić po pogotowie. Gdy przyjechali prosiłem tylko, żeby mnie nie zabierali do szpitala, bo tam pracuje moja żona. Jest lekarką. – Zrobiła to ręką, gołą ręką” – dziwi się prowadzący!... Pewnego dnia, aż skuliłam się w fotelu, gdy gość Mariusza Szczygła opowiedział o tym, jak żona chwyciła go za genitalia, a następnie urwała mu jądra.
„Na każdy temat”, jest audycją o dość prostej budowie. W każdą niedzielę na dachu Błękitnego Wieżowca w Warszawie, niezawodnie ląduje nieistniejący helikopter. Wysiada z niego Mariusz Szczygieł. Symbol wielkiego świata, do którego mają prawo zawitać także „zwykli” ludzie, jego goście. Sam Szczygieł nie skrywa swojego pochodzenia, wzmacniając jeszcze bardziej ukryte przesłanie programu – o możliwości awansu od pucybuta do milionera. Jest to wyjątkowo nośny mit w społeczeństwach demokratycznych. Rozmowy Szczygła nie są szczytem elokwencji. Bez względu na poruszany temat trącą one plotkarstwem. Trudno nie spostrzec, że „spontaniczna” ciekawość prowadzącego jest udawana – to przecież jasne, że zaspokoił ją już wcześniej. Wizerunek Szczygła ma charakter plebejski, antyintelektualny, swojski. Jemu wolno otrzeć się nawet o śmieszność.
W Akademii Telewizyjnej przy ul. Woronicza, gdzie szkoli się prezenterów telewizyjnych, Szczygła podaje się za przykład najgorszego zachowania w telewizji – „antytalencia telewizyjnego”...
Jaki jest przepis na „amerykański hamburger”? Każdy program takich amerykańskich gwiazd jak: Oprah Winfrey, Jay Leno, Jerry Springer wymaga idealnego zgrania jego części składowych: osobowości prowadzącego, gości i publiczności studyjnej. „Musowy” jest też ciekawy temat, czyli tzw. rybka. Duże studio i „realizacja z rozmachem”. Niestety, my Polacy zapominamy, że aby „potrawa była smaczna”, każdy kucharz powinien dodać „do smaku” także i coś od siebie. U nas tę „szczyptę” stanowić pewnie będzie muzyka disco-polo?
Moderator (gospodarz), powinien emanować ciepłem, z którym podchodzi do swoich rozmówców. „Cham, nie ma szans na karierę w talk–show”.
Według mnie najwięcej ciepła ma plebejski Mariusz Szczygieł. Poza tym, ważna jest naturalna ciekawość drugiego człowieka. Można podejrzewać, że właśnie z tego powodu tak słabo w talk–shows wypadają znani aktorzy, czy wybitni twórcy.
Pięć lat temu na antenie publicznej „Jedynki”, gościły talk-shows Wojciecha Pszoniaka i Andrzeja Żuławskiego. Obecnie taśmy z nagranymi odcinkami zawalają miejsca w archiwum na Woronicza, bo nie nadają się do emisji?... Jako egocentrycy, zajęci jesteśmy głównie sobą, nie pochylamy się nad drugim człowiekiem.
Przykładem spełniającym reguły gatunku rozmów z osobami publicznymi, jest obecnie na antenie publicznej „Dwójki” „Wieczór z Jagielskim”. Jak donoszą wtajemniczeni, podobno na „redaktora” Jagielskiego pracuje wiele „pampersowych” asystentek?
To one przygotowują materiał o rozmówcy! Szkoda, więc, że panu doktorowi medycyny, nie chce nauczyć się tego „gotowca” na pamięć. Rozkłada elaboraty na stole, sięga do kartek, zamiast prowadzić płynny dialog.
Zbliżony charakter do „Wieczoru z Jagielskim”, miał talk–show Krzysztofa Ibisza - „Ibisekcja” w komercyjnej stacji TVN, obecnie nie nadawany. Już samo urządzenie studia wyglądało na kopię „Wieczoru”. Podobne ustawienie kanapy dla gościa i stolika dla prowadzącego, nawet szklanka Ibisza stała w tym samym miejscu, co kubek Jagielskiego. Wśród dziennikarzy, styl rozmów Krzysztofa Ibisza określany był jako styl „Piotrusia Pana, który robi oko do wtajemniczonych”, czyli ”Warszawki”. Pan Krzysztof zdawał się mówić o swoich gościach do widzów i publiczności – „Wszystkich ich znam. To moi kumple”.
W USA telewizyjna publiczność jest siejącym grozę niewidzialnym potworem.
- To prawdopodobnie, dlatego talk – show jest najtrudniejszym gatunkiem telewizyjnym. Nie ze względu na gadające, lecz na słuchające głowy. Często słychać jak „podjudza” prowadzących: „Obnaż go! – Zaszokuj! – Niech się zdenerwuje!, Postaw pod ścianą! – Rozstrzelaj!”
Publiczność w polskich talk-shows, to najczęściej dorabiający sobie w roli „widza”, emeryci, renciści, bezrobotni, licealiści. Widownia pokazywana jest w tych programach dość rzadko albo od tyłu, dlatego często ci ostatni siedząc na nagraniu... odrabiają lekcje i jeszcze zarabiają na tym.
Programy z udziałem zwyczajnych ludzi, często pełnią rolę terapeutyczną. Po występie, czują ulgę. Jakby byli na spowiedzi u księdza. Pewnie gdyby księża byli inni, to nie byłyby potrzebne takie programy! Spowiedź przed kamerami nie jest finansowo opłacalna. Pewnie duchowo się zwraca, gdyż stawki za obnażanie się są śmiesznie małe.
Inaczej sprawy się mają, gdy chodzi o programy z udziałem osób znanych. Są raczej zabawą w szczerość! Zasada jest taka, że gospodarze starają się wyciągnąć od swoich gości jak najwięcej zwierzeń, lubią wprawiać ich w zakłopotanie, peszyć. Goście muszą reagować błyskawicznie. Nie tyle szczerze odpowiedzieć na pytanie, co z niego wybrnąć, wykazać się refleksem, znaleźć wymijającą odpowiedź.
Zastanawiam się, dlaczego dzisiejsze osobowości, zwłaszcza aktorzy, żądają za rozmowy honorariów? Jakby to były występy w reklamie? Jeżeli już, to chyba goście powinni płacić za reklamowanie ich twarzy i tego, co aktualnie robią? Nieprawdaż?...
Ile tak naprawdę warte są z góry zapłacone uśmiechy i wzruszenia? Z drugiej jednak strony, czy warto gości talk–show zmuszać do mówienia prawdy? Czy będzie ona ciekawsza? Co przyjdzie telewidzom z tego, że ją poznają?
Świat mediów zbudowany jest z kłamstwa. To, co widzimy i to, co słyszymy nie jest prawdą! Nasuwa mi się porównanie, że to tak samo, jak ze zdjęciami w ”Playboy’u”. Większość zdjęć aktorek publikowanych w tym miesięczniku została sfałszowana za pomocą komputera. Najczęściej działo się tak na życzenie samych zainteresowanych pań. Modelki pisały grafikom długie listy poleceń, co należy skorygować w ich urodzie. Czy więc ktoś, kto ogląda sexy zdjęcia polskich aktorek może mieć nadzieję, że wie jak wyglądają naprawdę? Oczywiście, że nie! Podobnie jak w czasie rozmów w programach talk–shows. Przed wejściem do studia odbywają się długie rozmowy, takie jak te, przed ekranem monitora w „Playboy’u”: „– o tym mówimy; tego tematu proszę nie poruszać; jestem świeżo po rozwodzie, więc żadnych osobistych pytań, chyba sam pan rozumie...” Zrozumiałam i dawno przestałam naiwnie liczyć na szczerość w telewizyjnych rozmowach.
Mistrzynią w tego typu „zwierzeniach” jest bez wątpienia Madonna. Podczas jednej z rozmów z Davidem Lettermanem pokazała, jak się najlepiej zachować, gdy prowadzący zada kłopotliwe pytanie. Jeśli o mnie chodzi, nauczę się tego przykładu na pamięć na wypadek, gdyby ktoś, kiedyś zaprosił mnie do talk–show.
Letterman: „Podobno ma pani nowego kochanka; może nam pani coś o nim opowiedzieć?”
Madonna: „Pan tu opowiada o głupstwach, a ja mam dla wszystkich naprawdę ważną wiadomość! – Gdy bierzecie prysznic, oddawajcie mocz do brodzika, dzięki temu unikniecie grzybicy stóp...”
Koniec, kropka! Nie ma, co się przejmować pytaniami wypisanymi na karteluszkach przez dziennikarzy! Gdyby byli tacy mądrzy, zadawaliby pytania z głowy!
Talk-show, przygotowuje się jak spektakle: pisze się scenariusze, robi próby, reżyseruje się „spontaniczne” reakcje publiczności studyjnej, itd. „Chodzi przecież tylko o to, żeby było kolorowo i frapująco. Najważniejsze są śmiech i dziwaczność! Coś, co przykuje uwagę na pięć minut. Najlepiej dziwak lub pomyleniec, a w ostateczności ktoś, kto ma niezwykłe hobby”.
Do formy rozmów-widowisk uciekają wszyscy znudzeni fizycznymi wyczynami Stallone i Schwarzeneggera. Tylko, czy to jest właściwa kryjówka?
Wiele amerykańskich talk-shows bywa często tak dynamicznych, ciętych i zażartych, że nieraz program przybiera charakter prawdziwej psychodramy. Rozgrywają się w nim sceny niczym z filmów akcji o Rambo, czy Terminatorze („Jenny Jones Talk-Show”) Poza tym ciekawość drugiego człowieka jest ponoć najbardziej przekonywującym dowodem na człowieczeństwo gatunku „homo sapiens”.
Kiedy kilkadziesiąt lat temu Andy Warhol stwierdził, że w przyszłości każdy będzie miał swoje piętnaście minut sławy, wówczas trudno było w to uwierzyć? Obecnie w dobie talk–shows, proroctwo to wydaje się całkiem realne...
W Ameryce kogoś, kto opowie o swoim „pierwszym razie” czy o tym, że brat sika w nocy po ścianach, nazywa się „media–pig”, czyli „medialna świnia”. Jest to określenie wyraźnie pogardliwe.
W Polsce zaś, talk–show uchodzi za program inteligencki i nobliwy. Gości zaproszonych do studia nazywa się „interesującymi ludźmi”.
Od II połowy XX wieku budujemy „cywilizację spektaklu”. Jesteśmy w nim jednocześnie widzami i aktorami. Żyjemy w ”kulturze sławy i popularności” (celebrity culture). Życie i rzeczywistość stają się jednym wielkim rozrywkowym spektaklem (entertainment). Oto nowe odczytania szekspirowskiego „świat jest teatrem” Dziś się mówi: „świat jest talk-show”.
Coraz częściej do niedawna kameralny, prywatny „teatr życia codziennego” próbuje się przenieść na wielką scenę! Teraz pary kochają się na żywo w Internecie, dobrowolnie instalują sobie w sypialni kamery i pozwalają na siebie patrzeć setkom internatów. Zachęcają do tego najsławniejsi: film nagrany w sypialni słynnej amerykańskiej „gwiazdeczki” Pameli Anderson i jej męża Tommy’ego Lee, można było bez problemu odnaleźć w sieci.
Tak, więc taki polski „Na każdy temat”, to na przykład przy filmie „Oczy szeroko zamknięte”, „mały Miki”. W filmie tym do niedawna wzorcowe amerykańskie małżeństwo; Nicole Kidman i Tom Cruise, zagrali na ekranie samych siebie; uprawiają seks, a nawet zdradzają się przed kamerą.
Hmm... z fenomenem „gadających głów” jest trochę tak, jak z rodzimym „maluchem” za czasów „realnego socjalizmu”; – Wszyscy na niego narzekali, ale każdy chciał go mieć! Ja nie narzekam, ale i nie pochwalam. Jestem za... a nawet przeciw...
„Gadające głowy” są zjawiskiem skomplikowanym i wielorakim. Nie mogę już powiedzieć, że jestem „człowiekiem mediów”, ani naukowcem. Jestem po prostu studentką, która postanowiła podjąć próbę zdefiniowania formuły programu, charakterystycznego dla prawie wszystkich obecnie stacji telewizyjnych. Proszę, więc nie oczekiwać ode mnie, że ja dokonam jego pełnej oceny. Powtarzam, że żaden ze mnie znawca! Wiem jedynie, że tematy talk–shows tworzy środowisko życia codziennego współczesnych ludzi, w którym wszyscy jesteśmy zanurzeni. Do kogo więc mamy pretensję...? Chyba tylko do samych siebie! Stworzyliśmy potwora?! Co gorsze otaczamy Go niemalże kultem.
Psychologowie twierdzą, że żyjemy w czasach historycznej terapii powszechnej. Ludzie chcą się zwierzać publicznie, bo zawiodło ich własne otoczenie, kumple w knajpie. W naszym kraju, gdzie nie ma nawyków w analizowaniu siebie samego, a pójście do psychologa przynosi wstyd całej rodzinie lub po prostu nie stać nas na taka wizytę, takie programy mogą być terapią na odległość. Niewiele kosztują, jedynie abonament, który i tak coraz mniej osób płaci. Tymczasem jednorazowa, godzinna wizyta u terapeuty w Warszawie kosztuje minimum 80 zł.
W Ameryce pisze się, że talk–shows to największa na świecie terapia grupowa! Program „Oprah Winfrey Show” nazywany jest nawet, ekspresową psychoanalizą.
Z drugiej jednak strony, media oferują nam nadmiar niezwykłości, a w tłumie niezwykłości, gdzie każdy ma swoje pięć minut – nikt już nie jest niezwykły. Powstaje paradoks!
Dla ogromnej większości społeczeństwa polskiego, wiele zjawisk nagle odsłoniętych, czy wręcz narzucanych przez tv, może być nie tylko szokujących, ale i ekscytujących. Dla nieprzygotowanego odbiorcy obyczaje i sytuacje społeczne, z jakimi zaczął się stykać poprzez widowiska telewizyjne były najczęściej sensacją, ale mogły też zostać źle odebranymi symptomami wolności, dopuszczenia pełnej swobody wyborów wartości, przyzwoleniem na lekceważenie autorytetów. Normy społeczne oraz kulturowe zaczęły tracić swą moc.
Upieram się jednak, że te, tak kiedyś znienawidzone „nudziarstwo i zapchajdziury” nie są ani czarne ani białe. Zresztą gdyby nawet takie były, to przecież wyboru można dokonać jedynie pomiędzy różnymi odcieniami szarości, a nie pomiędzy barwami skrajnymi. Dlatego dla mnie, na dzień dzisiejszy „gadające głowy” mienią się różnymi barwami koloru szarego.

Agnieszka UCZYŃSKA

P.S. Kiedyś Jay Leno, amerykański moderator, zwierzał się w jednym z wywiadów: „Moja mama zawsze mi mówiła, że muszę pracować trochę ciężej niż inni, by osiągnąć ten sam efekt. I to mi się opłaciło”. Ze mną jest podobnie. Nic nie przychodzi mi łatwo.

Agnieszka Uczyńska jest absolwentką Wyższej Szkoły Dziennikarskiej im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie, dyplom uzyskała w czerwcu 2001 roku.

11-2-5.jpg (24947 Byte)


Na zdjęciu:

Ostatnia próba

(Ostenda, 2001)


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga