Absurd trwać może
Z
Stefanem KISIELEWSKIM
rozmawia Marek WITTBROT
Stefan KISIELEWSKI urodził się 7
marca 1911 roku w Warszawie. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim (1929-1931), teorię,
kompozycję i fortepian w Konserwatorium Warszawskim (1934, 1937).
Debiutował jako krytyk muzyczny w 1932 roku w Echu Tygodnia. W
1935 roku rozpoczął twórczość kompozytorską. Publikował
swoje artykuły w „Polityce” i „Buncie Młodych”.
Był sekretarzem miesięcznika Muzyka Polska (1935-1937) i Pionu
(1937-1939). Po wojnie sprawował funkcję redaktora naczelnego
Ruchu Muzycznego (1945-1948) i korektora „Przekroju”
(1945-1947). Wykładał teorię muzyczną w Wyższej Szkole
Muzycznej w Krakowie (1945-1949). W 1945 roku zaczął pisywać
stałe felietony w Tygodniku Powszechnym i pisywał je, z
przerwami w latach 1953-1956 i 1968-1971, aż do swojej śmierci.
W latach 1957-1965 był posłem na Sejm, członkiem koła
poselskiego Znak. Jest autorem czterch symfonii, utworów
orkiestrowych, kameralnych, fortepianowych oraz pieśni. Wydał między
innymi: „Sprzysiężenie” (1947), „Widziane z góry”
(1976), „Podróż w czasie” (1982), „Wszystko
inaczej” (1986), „Lata pozłacane, lata szare”
(1989), „Abecadło Kisiela” (1990). Zmarł w Warszawie
27 września 1991 roku. Prezentowana rozmowa odbyła się w domu
pisarza w styczniu 1986
roku.
- Czy pesymizm
ma przyszłość?
- Pesymizm jest
chyba bardzo pozytywną rzeczą - człowiek nie ma złudzeń, nie
wymyśla sztucznych nadziei, widzi rzeczy takimi, jakimi są.
Skoro widzi je ciemno, nie ukrywa tego. Nie należy siebie czy bliźnich
okłamywać. [...]
- Co Panu daje
największą satysfakcję?
- Największa
satysfakcję daje mi pisanie - ale nie „stale”
pisanie. Jeżeli wymyślę jakąś koncepcję i napiszę książkę,
jakąś całość, to daje satysfakcję. Ale to trudno, coraz
trudniej wymyślić.
- Czy felietony, które Pan od wielu lat pisuje, dają Panu
satysfakcję?
- Pewną
satysfakcję dają, ale trochę mi ciążą. Jest to zastępcza
satysfakcja. Felietony piszę stosunkowo łatwo i nie z takim wysiłkiem.
Wiem, że to przemija i będzie zapomniane. Nie przywiązuję do
tego wagi, a chciałbym coś takiego zostawić, co nie będzie
zapomniane, co by mogło trwać dłużej. Dlatego myślę o książkach,
które sprawiają mi większą satysfakcję. Ewentualnie wchodziłyby
w grę jeszcze kompozycje muzyczne. Tylko, że tutaj trzeba
przestawić się psychicznie, bo to jest inny rodzaj wysiłku.
- Czy jest Pan
przekonany, ze pisarstwo to Pana życiowe powołanie?
- Po latach doszedłem
do wniosku, że najważniejszym moim zadaniem jest napisanie
takich książek, które by przetrwały. Niedawno napisałem książkę
jakby autobiograficzną (w pierwszej o sobie pod tytułem
„Wszystko inaczej”.[...] Pisałem ją dwa i pól roku.
To była dla mnie największa satysfakcja. Teraz czuję się trochę
sfrustrowany, bo nie wiem co dalej robić. Póki się żyje,
trzeba wymyślać coś nowego. [...]
- Czym jest pisarstwo?
- Na własny użytek
mam bardzo skromną definicję. Chciałbym, żeby moje pisanie było
fotografią tego, co się w Polsce dzieje. Dzieje się to, że
jest w Polsce komunizm. Jest to bardzo ciekawe zjawisko. Polska po
raz pierwszy została poddana takiej całościowej doktrynie, która
działa, zmienia ludzi, zmienia wszystkie urządzenia i chociaż są
w tym różne przemiany, to jednak w gruncie rzeczy od
czterdziestu lat trwa ten sam eksperyment. Chciałbym to
sfotografować. A to mało kto robi. Komuniści właściwie nie
lubią opisywania komunizmu, bo uważają, że ta faza jest
jeszcze niedoskonała, że to się poprawi. Antykomuniści zaś
chcą jedynie to zwalczać. Ja, choć nie jest to łatwe, chcę
opisać jak to naprawdę wygląda od środka i w tej
„zatrzymanej” chwili.
- Kiedyś stwierdził Pan, że pisarstwo powinno być swoistym
kronikarstwem.
- Conrad mówił
nam, że ono powinno być wymierzaniem sprawiedliwości. Ja mam
skromniejszą definicję: fotografowaniem, zapisywaniem,
notowaniem.
- W jednym z felietonów wyczytałem, że zawsze był Pan źle
widziany...
- Może to był żart...?
- Myślę, że nie. Podaje Pan przykłady...
- ... z wojska -
tak?
- Jeszcze z gimnazjum...
- Napisałem to trochę kokieteryjnie. Ale ma ksiądz rację, bo
taki był tego podtekst. Zresztą, lubiłem się sprzeciwiać.
- Czy nadal uważa się Pan za „źle widzianego”?
- Zależy u kogo.
U odbiorców, którzy czytają moje felietony, mam oddźwięk
pozytywny. Jest to przyjemne i rozpieszczające. Teraz mnie głaszczą.
Przeciwnicy oczywiście trują, ale to się rozumie samo przez się.
- Właściwie przyszedłem tutaj z intencją dowiedzenia się,
jaki naprawdę jest Kisiel.
- Autor jest taki,
jakim odczytują go czytelnicy. On nie musi sam opowiadać jaki
jest. Musi sobie zostawić jakiś margines tajemnicy. Więc ja
raczej mogę zapytać: jak to wychodzi? Sam staram się być
pozytywny. Staram się przezwyciężyć lenistwo i zarozumiałość,
nadmiemy pesymizm i wszelkie łatwizny. Czy mi się to udaje? To
już inni muszą osądzić. Człowiek jest taki, jakim go
stworzono, A kto stworzył...? Marksiści twierdzą, że okoliczności
tworzą człowieka. Ja bym z tym polemizował. Ludzie mają pewne
predyspozycje, tak jak ziarenko, z którego wyrośnie jabłoń. W
tym ziarenku już tkwią owe predyspozycje. Tylko trzeba je rozwinąć.
- W swoim życiu parał się Pan bardzo wieloma
„rzeczami”: jest Pan kompozytorem, zajmował się Pan
muzyką, później przyszło pisanie... Czy jest jeszcze coś
takiego,
co pozostaje nie znane, nie odkryte, a ważne dla Pana?
- Moje życie
zawodowe polega na tym, że będąc przekonany, iż to właściwie
będzie moje powołanie, ciągle coś zaczynałem. Potem
przychodziła jakaś klęska i zaczynałem z innego końca. Przed
wojną zajmowałem się muzyką, komponowaniem. Myślałem, że to
będzie stanowiło przyszłość. Ale straciłem wszystkie
kompozycje w czasie Powstania Warszawskiego. Po wojnie sytuacja
polityczna była inna i jakoś pociągnęły mnie inne rzeczy.
Muzyka poszła na bok. Zaczynałem przed wojną jeszcze, jako
publicysta polityczny. Myślałem, że to będzie moja specjalność,
ale cenzura mi to uniemożliwiła, choć do 1949 roku jakoś
jeszcze ciągnąłem. Wtedy właśnie wydałem książkę
„Polityka i sztuka”. Potem pomyślałem, że będę
pisał wymyślone, hipotetyczne, kryminalno-sensacyjne,
symboliczne powieści. Zacząłem to robić, ale znowu przeszkodziły
okoliczności, czyli wydawcy i cenzorzy. I wreszcie od 1963 roku
postanowiłem pisać dla siebie i utrwalić to, co widzę (przede
wszystkim więc komunizm). Zacząłem pisać książkę
„Widziane z góry”. Pisałem ją absolutnie tylko dla
siebie, wydałem w Paryżu, jak i szereg następnych. A co będzie
dalej? Zobaczymy. Tym się nie przejmuję. Żadna cenzura, żadna
publiczność, żadna krytyka mnie nie obchodzi. Chcę to robić
dla własnego „spełnienia”. [...] Zła strona, to że
w tej sytuacji mam parę oblicz, parę twarzy... To niedobrze.
Brak koncentracji. Jeszcze do tego przeszkadzała zawsze polityka
– jest nałóg politykowania, który w tej chwili chyba
wszyscy mamy. Trochę to wszystko za bardzo skomplikowane. Wolałbym
prostsze...
- Prostsze pytania... ?
- Nie. Prostsze życie,
prostsze prace mieć – choć, widocznie, trzymanie wielu
srok za ogon musi się ciągnąć, trwać.
- Mówi Pan, że nie chce zdradzać wszystkich tajemnic. Chciałbym
jednak, aby przynajmniej jedna tajemnica została odkryta:
tajemnica pańskiego humoru. Skąd wziął się ów swoisty, tak
charakterystyczny dla Pana humor?
- Myślę, że ten humor pochodzi z pewnej skrytości, wstydliwości.
To jest swego rodzaju maska - żeby jakoś i chronić się przed
światem. Wyrobiłem w sobie pewną technikę w tym względzie. Można
by to powiedzieć o felietonach. Okazuje się, że ludzie to lubią
i ludzie to kupią (była taka piosenka). Kiedyś grafolog, który
wróży z pisma, powiedział mi, że właściwie w środku jestem smutnym człowiekiem. Zastanawiałem się
nad tym.
- Przeciwieństwa najłatwiej się schodzą.
- Tak... jak baba
z chłopem.
- Owo poczucie humoru jest więc czymś wbrew sobie tak?
- Nie potrafiłbym
tego zdefiniować. To tylko w niektórych formach pisania tak wygląda.
Kiedy na przykład piszę powieści, wtedy raczej piszę „ciężko”
i tam dużo humoru nie ma. Natomiast w formie felietonowej – może forma warunkuje tutaj
rodzaj wypowiedzi. [...]
- Może tylko w młodym wieku człowiek jest optymistą im
bardziej posuwa się w latach, tym większym jest sceptykiem
– pesymistycznie nastawionym do życia. Chyba na ten temat
Pan ma więcej do powiedzenia.
- Uderza mnie to
– jakby to powiedzieć – niesprawiedliwość, nierówność,
że w jednych krajach jest tak, a w innych
inaczej. Weźmy choćby wymordowanie Żydów przez Hitlera.
Przecież jest to bez precedensu, nie do pojęcia: poginęły małe
zupełnie niewinne dzieci, które jeszcze nie doszły do świadomości
– poginęły w tym
miejscu świata; gdzie indziej nie poginęły. Więc jak to
jest...? W świecie istnieje nierówność i niesprawiedliwość.
Zawsze tłumaczę, że musi tu działać szatan, ale teraz mało mówi
się o szatanie. Jedynie ja próbuję.
- Co do równości: trzeba by powrócić do haseł wymyślonych
przez Rewolucję Francuską.
- Wolność, równość,
braterstwo - tak?
- Równość to fikcja, która ciąży nad nami przez wieki.
- Tak, bo to się
różnie rozumie. Jedni mówią, że równość startu, a inni, że
w ogóle egalitaryzm.
-
U nas występuje równość w negatywnym znaczeniu: wszystkich równa
się do dołu. Wszelka inicjatywa od razu jest tłamszona.
- Są równi
i równiejsi, jak mówi Orwell. Była taka dyskusja w
„Przeglądzie Powszechnym” o sprawiedliwości społecznej. Czytał to ksiądz?
-
Nie.
- Brałem udział w tej dyskusji. Uderzyło mnie samo sformułowanie
„sprawiedliwości społecznej”. Zakłada ono, że ktoś
będzie tą sprawiedliwość wymierzał, czyli że ktoś jest
lepszy, ktoś będzie sędzią i prawodawcą, i będzie narzucał
normy sprawiedliwości. Sprawiedliwość powinna być rzeczą
oddolną, nie odgórną.
- Mnie zawsze się wydawało,
że miłosierdzie jest przed sprawiedliwością. Sama sprawiedliwość
nie wystarcza.
- Tak. We wspomnianej dyskusji dałem taki przykład: młodzi
bardzo często chcą się pozbyć starszych ludzi, pragną oddać
ich pod opiekę państwa. Państwo zaś mówi: „owszem, my
się opiekujemy, ale mamy mało domów dla starców”. A ja
twierdzę, że rodzina powinna czuć obowiązek zaopiekowania się
ojcem czy dziadkiem. Właśnie tutaj miłosierdzie jest decydujące.
- Sprawiedliwość nie
zawsze jest „doskonałym” rozwiązaniem. Można
sprawiedliwie postąpić i w ten sposób kogoś skrzywdzić. Nie
wiem, czy Pan się zgadza...
- Widzę, że z tej rozmowy będę miał materiał do felietonów.
To ja z księdzem rozmawiam, a nie ksiądz ze mną.
- Do felietonów nadaje
się raczej inny, bardziej chwytliwy temat, chociażby
antysemityzm i masoneria...
- Jest dużo nieporozumień, bo sprawę masonerii trzeba by odłączyć
od Żydów i od każdej polityki. W XVIII wieku w masonerię była
zaangażowana raczej arystokracja, nawet rodziny królewskie. U
nas do masonerii – jak ogólnie wiadomo – należał
ks. Hugo Kołłątaj. Powstała później istna mania na ten
temat. To chyba Dmowski przesadził z wpływem organizacji masońskich
na międzynarodową politykę, z dopatrywaniem się wszędzie
mafii i tajnych posunięć. Niestety, w Polsce w tej chwili nie ma
śladu masonerii, chociaż się o niej dużo mówi. Wielokrotnie
nawet pisałem na ten temat, że chciałbym wstąpić do
masonerii, ale nikt się do mnie nie zgłasza.
Połączenie tej sprawy z Żydami to historyczna dowolność.
Inteligencja żydowska włączyła się w częściową „masońskość”
dopiero chyba w XX wieku. Przedtem miało to zupełnie inny
charakter. A tak w ogóle, to wszystko jest sporym przesądem.
Ludzie mają dużo takich pomocniczych wyobrażeń, którymi chcą
sobie wytłumaczyć skomplikowane sprawy. W końcu przecież
siedzi nam na karku komunizm i Rosja Sowiecka, a tam masonerii już
niestety nie ma śladu. Marksiści wszystko wypalili, Daj Boże,
żeby tam coś takiego było, ale w totalizmie nic takiego nie
istnieje, bo zanika wszelki pluralizm.
Ta sprawa dzisiaj w Polsce jest więc nieaktualna, tymczasem ci i
owi chętnie sobie wymyślają od Żydów i masonów. Przed wojną
takie tematy były modne, bo i masoni w Polsce byli. Był
Strug, Stempowski, Kołodziejski - było to powszechnie wiadome.
Zresztą, w niektórych krajach zachodnich masoneria jest jawna -
jak chociażby w Anglii. Tam wiadomo, gdzie jest loża masońska i
kto do niej należy. Raczej jest to wzbogacenie życia,
dlatego miałbym propozycję, żeby stworzyć katolicką
„masonerię”, mianowicie organizację na wzór hiszpańskiego
Opus Dei. To jest znakomita organizacja i papież ją popiera? Może
ksiądz w Polsce założyłby taką organizację...?
- Najpierw muszę skończyć
seminarium.
- Tak, prawda... Ja jestem w ogóle za mnogością organizacji: jeśli
są masoni, to proszę bardzo.
- Słowem: jawność, żeby
nie było tak jak z diabłem. Ponoć największym sukcesem diabła
jest wiara, że go nie ma...
- Ja nie mówię, że diabła nie ma. Diabeł jest. Jeżeli
masoneria miałaby cele diabelskie, to też warto się nią
zainteresować. Z tym, że w diabelskich systemach, u Hitlera czy
w Rosji, nie było masonerii. Właśnie to jest ciekawe. Natomiast
Żydzi – od Marksa poczynając - odegrali wielką rolę w
komunizmie. Ale w hitleryzmie oczywiście ich nie było. To
wszystko są względne rzeczy, trzeba by je porozdzielać. I znać
historię!
- Co, jak wiadomo, nienajlepiej u nas wygląda.
- Nie wiem, czy zaspokoiłem ciekawość.
- Nasza rozmowa jest nieco zwariowana, ale miejmy nadzieję, że
kogoś zaciekawi - szczególnie owo pomieszanie...
- ...z poplątaniem.
- Dziękuję Panu...
- To ja dziękuję. Trochę jestem zawstydzony, że tyle o mnie tu
mówiono. Może to nie wypada tyle o sobie mówić...?
- Nie. Dlaczego... ?
- Do tego, co mówiliśmy na temat pesymizmu, proszę dodać to,
co służy za argument przeciwko mojemu pesymizmowi. Ludzie mówią,
że absurd trwać nie może. Ja twierdzę, że absurd trwać może.
Nie wiecznie, ale dostatecznie długo (jak na nasze życie).
Warszawa, 15
stycznia 1986 roku
Rzecz pt.,,Największą satysfakcję
daje mi pisanie” ukazała się w marcu 1986 roku, w
hektografowanym i przeznaczonym do użytku wewnętrznego czasopiśmie
,,Nasz Prąd”, wydawanym przez alumnów Wyższego Seminarium
Duchownego SAC w Ołtarzewie, w roku 1995 została zamieszczona
w miesięczniku „Nasza Rodzina” 9(612) 1995, s.
13-15.
|

Na zdjęciu:
Stefan Kisielewski
(Paryż, 1991)
Fot. Marek Wittbrot
|