"Ileż ten chłopak przecierpiał"

Z ks. kanonikiem Piotrem BOŻYKIEM
rozmawia ks. Jan SOCHOŃ

Toczący się obecnie w Rzymie szczegółowy proces, mający doprowadzić do beatyfikacji męczennika „Solidarności”, jak i wyjście na wolność ostatniego z bezpośrednich sprawców zabójstwa księdza Jerzego, przypomniało tragiczne wydarzenia z października 1984 roku. Ci, którzy go nie znali, zadają sobie pytanie, jaki był ksiądz Jerzy a wcześniej Alek Popiełuszko. Świadectwo ks. Piotra Bożyka z pewnością przybliża niezwykłą postać – chłopca z Podlasia, który stał się obrońcą wiary, prawdy i ludzkiej godności.
 

- W jakich okolicznościach ksiądz Kanonik poznał Jerzego Popiełuszkę?

- W 1960 roku rozpocząłem pracę jako prefekt i wikariusz parafii w Suchowoli. W tym mieście funkcjonowała wówczas (jak zapewne i dzisiaj) szkoła podstawowa oraz gimnazjum. Zostałem prefektem w obydwu wspomnianych szkołach. Z dziedzin życia, dzięki którym mogłem bliżej poznać Jerzego Popiełuszkę, muszę wymienić przede wszystkim dom, rodzinę, coroczną kolędę, a także katechezę przykościelną i wydarzenia, związane z pracą parafialną, po prostu, z kościołem, do którego Jerzy dość często przychodził na Mszę świętą.

- Sytuacja życiowa parafian w tamtych czasach była dość niepokojąca. Czy tak?

- Sytuacja życiowa ludzi – zarówno w duchowym, jak i społecznym sensie – w znacznym stopniu zależała od kapłanów, od ich księżowskiej postawy? Pobożność wielu z nich uznawałem za tradycyjną, pozbawioną głębszego zaangażowania, trwałych osobistych przekonań, co do ważności religii w codziennym życiu. Taki klimat służył utrwalaniu władzy komunistycznej. Niemal wszystko wtedy, powtarzam, zależało od osób duchownych. Są to jakieś sprawy cudowne, że w wyraźnie niesprzyjających  warunkach Kościół mógł istnieć, a nawet rozwijać się.
Okopy, miejsce pochodzenia, rodzina, niezbyt bogata, w miarę skromnych możliwości utrzymująca się przy życiu, rodzice dobrotliwi, szczególnie ojciec, wpływający łagodząco na domową atmosferę – oto krajobrazy kształtujące przyszłe losy Jerzego. Matka zdaje się bardziej energiczna, pod jej dyktando wszystko w domu się działo. Środowisko religijnie nie za bardzo gorliwe, pozostające pod wyraźnym wpływy PZPR, której urzędnicy ludzi prostych próbowali, najczęściej z dobrym skutkiem, zachęcać do służby w Ochotniczej Rezerwie Milicji Obywatelskiej (ORMO). Obiecywano przy tym pewne przywileje. Sporo więc mieszkańców ziem wschodnich ulegało presji, wstępując w szeregi wspomnianej organizacji. Dlatego partia wiedziała na ogół, co dzieje się we wsi Okopy. O najbliższych Popiełuszki też wiedziano, tym bardziej, że stanowili rodziną religijną. Nie omieszkano zresztą wytykać tej ich nadzwyczajnej pobożności. A ponieważ nie pochwalali – jak wiele innych, trochę zamożniejszych rodzin – narzucanego siłą ustroju, dlatego stali jakby na partyjnym cenzurowanym.
Tradycja chrześcijańska, wychowanie w duchu religijnym, patriotycznym miało ten skutek, że święta w rodzinie były w bardzo wielkim szacunku. Matka interesowała się rozwojem swego syna, chodziła wraz z nim do kościoła, opowiadała mu o domowych sprawach, ale też rozmawiała o Panu Bogu, o kwestiach dotyczących wiary. 

-  Co sprawiło, że ksiądz kanonik zainteresował się Jerzym Popiełuszko?

- Zauważałem go bardzo często przy ołtarzu, modlącego się, wpatrzonego w obraz, w krzyż. Miał zwykle oczy szeroko otwarte. Można było z nich wyczytać, że dzieje się w jego duszy coś, co nazwałbym przeżyciem religijnym. Odległość od kościoła była znaczna, około 4,5 km, a jednak bez względu na pogodę i pory roku Jurek przychodził do kościoła, chyba że uniemożliwiała mu służbę ministrancką choroba. Wtedy i w zajęciach szkolnych nie uczestniczył. Zadbałem trochę o tego chłopca, ponieważ zjawiał się niekiedy u mnie przemarznięty, zmęczony; zapraszałem go więc do swego pokoju, proponowałem herbatę, jakiś poczęstunek. Widziałem, że z dnia na dzień nabierał jakiejś samodzielności, częściej uśmiechał się. W sali katechetycznej uważnie słuchał wykładanych treści; zapewne brał do serca podawane przeze mnie przykłady lekcyjne, omawiany aktualnie temat. Był na ogół chłopcem skupionym, wydawało się przeżywającym jakiś wewnętrzny dramat.
Co to miało oznaczać? – nie wiem. Wiem natomiast, że obywał się w zasadzie bez towarzystwa czy koleżeństwa, choć miał kilku bliższych przyjaciół. Zawsze jakoś tajemniczo, delikatnie, łagodnie uśmiechnięty. Nie słyszałem, żeby do kogoś zanosił pretensje o cokolwiek, że ktoś mu na przykład coś wziął, przezwał go, czy wyrządził krzywdę. Zjawiające się trudności potrafił znosić bez skargi. A gdy już skarżył się, to jakby od niechcenia, z aprobatą, że z zaistniałej złej sytuacji nie należy wyciągać żadnych konsekwencji. Ciekawie się zachowywał. Przez czas mojej z nim bliskości utrzymywał się w tego rodzaju sposobie bycia. Widywałem go w kościele poza lekcjami, jak siadywał w ławie świątynnej, skrywał twarz w dłoniach i trwał w skupieniu

- Czy Jerzy był dobrym uczniem?

- Tak, uczył się nieźle, książka go interesowała, tak że wciąż pogłębiał się intelektualnie, mam na uwadze zwłaszcza lektury religijne. Odnajdywał w nich przyjemne przeżycia, związane z czynami ludzi świętych. Zresztą, nie powiedziałem na początku, że gdy przez białostocką kurię zostałem posłany na tę suchowolską katechezę, wówczas Jerzy miał trzynaście lat. Cały czas był ze mną w kontakcie, i chętnie ze mną przebywał, jak mówiłem, z tym swoim delikatnym uśmiechem. Sprawiał wrażenie przyjemnego, przyjaznego chłopca, co mocno utkwiło w mojej pamięci. Tak było do 1963 roku.
Następnie skierowano mnie do pracy duszpasterskiej gdzie indziej, i tak Jerzego zostawiłem. Ale wówczas pośrednikiem pomiędzy nim a mną stała się jego babka Marianna Gniedziejko, pełniąca funkcję gospodyni w plebani kościoła św. Rocha w Białymstoku. Jurek do niej często zaglądał, miała bowiem tam swoje mieszkanko. W tym czasie przebywałem na placówce w Wasilkowie. Ponieważ widywałem się z jego babcią, pytałem o to, jak sprawuje się mój uczeń, a ona odpowiada, że Jurek często wspomina o mnie. Wobec tego chciałem się z nim zobaczyć. Marianna moją prośbę przekazała Jurkowi i on się tym przejął. Ucząc się w gimnazjum zaczął mnie odwiedzać w Wasilkowie i wtedy dość dramatycznie wypytywał, gdzie ma rozpocząć planowane studia teologiczne. Pragnął bowiem złożyć wymagane dokumenty w seminarium duchownym w Warszawie.

- Czy ucząc się szkole średniej, Jurek wspominał o pragnieniu zostania kapłanem?

- Zdecydowanie chciał zostać księdzem. Osobiście to odczuwałem, choć on się takimi zamiarami wcale nie chwalił, nie obnosił, lecz czułem, że on już prawie cały jest pochłonięty kapłaństwem. Swego postanowienia, oczywiście, nie rozgłaszał. Nie tylko z powodu wrodzonej skrytości Przede wszystkim dlatego, że w czasach komunistycznego bezprawia musiał skrywać swe religijne pragnienia. Ale, raz jeszcze powiadam, to się już wówczas w nim zauważało, że zdecydowanie idzie w stronę kapłaństwa. Świadczyły o tym jego zainteresowania. Nie bardzo intrygował się towarzyskim stylem życia, lubił nawet jakąś samotność. A nadto spowiadał się u mnie, więc poznawałem jego marzenia, trudności, nadzieje.
Zresztą, w mojej metodzie duszpasterskich działań, nie leżało wspominanie komukolwiek o kapłaństwie czy narzucanie (co się niekiedy zdarzało i zdarza) kapłańskiej drogi.  Powołanie musi się zrodzić samo. Człowiek winien je usłyszeć w prywatnym języku duchowego doświadczenia. Niemniej, na temat kapłaństwa rozmawialiśmy. Gdy więc Jurek zdał egzaminy maturalne, przyjechał do mnie i szczegółowo rozpytywał o ewentualne miejsce studiów seminaryjnych. W rodzinnych stronach  mówiono mu: masz pod bokiem seminarium białostockie. On stanowczo odpowiadał: chcę wstąpić do warszawskiej uczelni. Była to jego własna decyzja.
Podziwiałem Jurka za konsekwencję. Szedł w te rejony, w których miał upodobanie. Później, gdy już włączono go do kleryckiej wspólnoty, opowiadał mi o wydarzeniach seminaryjnego życia, zwłaszcza o trudnym czasie służby wojskowej.

- Konsekwencją i stanowczością wyróżniał się ksiądz Jerzy właśnie wtedy, podczas służby wojskowej w Bartoszycach, specjalnej jednostce kleryckiej.

- Gdy przebywał na urlopie, pokazał się u mnie w Wasilkowie. Pytałem: jak idzie ci służba wojskowa, czy jesteś zadowolony? On jak to zwykle z uśmiechem powiadał, że zadowolony nie jest, ale szybko dodawał: muszę się trzymać. Oznaczało to, że starał się być gorliwym klerykiem-żołnierzem, dawać o Bogu codzienne świadectwo. Nawet upominał się o pewne prawa, przynależne przebywającym na żołnierskiej służbie, przez co zwracał na siebie uwagę. Gdy pewnego dnia w mundurze przyjechał do mnie powtarzał, że służba wojskowa jest bardzo ciężka, ale wraz z innymi klerykami warszawskiego seminarium nie upadamy na duchu, znajdujemy też czas na studiowanie, żeby móc zdawać egzaminy.
O jego cierpieniach nie będę opowiadał, są powszechnie znane, ale przyznaję, że ks. Jerzy uważał mnie za  duchowego powiernika. Przedstawiał mi swe przeżycia i doświadczenia. W kwestiach służby wojskowej zajmował następujące stanowisko: to służba, a ta nie jest przyjemna, ale trzeba ją traktować jako konieczny obowiązek. Skarżył się, że każą mu się często meldować i nakładają wiele uciążliwych zadań, podszytych sarkazmem, ironią, kpiną. To był – jak sądzę – początek rozpoczętej przez Jerzego drogi męczeńskiej.
Dziwne wydawało mi się, że te jego udręki, przykładowo, stanie na baczność w pełnym rynsztunku (wspominał o tym z uśmiechem, zaprawionym pewną goryczą,  bez pretensji jednak do przełożonych), nie wyzwalały w nim negatywnych odruchów; nie wyzywał uciskających go od komunistów albo bezbożników. Uważał, że to normalne doświadczenie w sytuacji, w jakiej się znalazł i że on to musi przetrzymać. Wspomagała go modlitwa, odmawiana również z kolegami. Czy wszyscy klerycy wytrwali tę próbę? – tego nie wiem.

- Ksiądz Jerzy trudności przeżywał nie tylko w wojsku?

- Mogę powiedzieć, że gdy odszedłem z Suchowoli, tego chłopca zostawiono zupełnie osamotnionego. Nikt się nim nie zainteresował, choćby po to, aby go umocnić w rodzących się niepokojach. Być może dlatego przyjeżdżał do mnie. Śp. ks. proboszcz Nikodem Zarzycki sprzeciwiał się jego wstąpieniu do warszawskiego seminarium. Ileż ten chłopak przecierpiał, kiedy nadchodził czas wakacji czy zimowych ferii; nie mógł, po prostu, przychodzić na plebanię. Czy nie było to jakieś kolejne dotkliwe doświadczenie?
Po otrzymaniu święceń kapłańskich, gdy ks. Jerzy zaangażował się w ruch związkowy, rozluźniły się nasze związki. Babka Marianna ciągle mu jednak przypominała, bym nie zapominał o mnie. Przybywał więc niekiedy do mojego domu, już po 1980 roku. Powiadałem mu wtedy, że o podejmowanej przez niego działalności wypowiadają się dziennikarze radia „Wolna Europa”, piszą w gazetach. On odpowiadał, że nic znaczącego nie robi. Ksiądz Prymas Wyszyński posłał mnie jako kapelana do robotników i jestem z nimi. A ponieważ stan wojenny był tak dokuczliwy dla ludzi, nie mogę patrzeć obojętnie na to, jak są uwięzieni, jak cierpią i zabrani od rodzin. Gdy ich dzieci pozostają samotne, ja ksiądz nie mogę stać bezczynnie, muszę poszukiwać środków obrony przed dalszym znieważaniem. Komuniści łamią podstawowe prawa człowieka, nie mówiąc już o ucisku religijnym. Muszę iść ze Słowem Bożym i upominać rządzących, którzy dla „dobra ludzi”,  ludzi zaczynają prześladować.

- Kiedy widzieliście się po raz ostatni?

- Od 13 roku życia księdza Jerzego do chwili porwania przez funkcjonariuszy SB byłem z nim w żywym kontakcie. Ten żywy kontakt narodził się, gdyż potrafiłem – wydaje mi się – zrozumieć jego wewnętrzne rozterki, odczucia, które nie przynosiły radości, raczej przygnębiały. Ostatni raz widzieliśmy się we wrześniu, w roku jego tragicznej śmierci. Zjawił się wówczas w Choroszczy z panem Chrostowskim. Rozmawialiśmy na tematy współczesne. Widział, że sytuacja jest dla niego coraz trudniejsza. Żył w otoczeniu ciągłych gróźb, szykan, podstępów. Mam – powtarzał – wsparcie adwokatów, prawników, którzy radzą mi, bym wzywany na przesłuchania,  dawał odpowiedzi wymijające, bo na wypowiedzenie prawdy przyjdzie jeszcze czas.
Niestety, takiego momentu ksiądz Jerzy nie doczekał. Sugerował, że jest zmęczony owymi przesłuchaniami,  fałszywymi oskarżeniami, szczególnie bolały go złowieszcze napaści Jerzego Urbana. I, co gorsze, nawet koledzy w kapłaństwie nie otaczali go zbytnią życzliwością, zdarzało się, że z ich strony płynęły słowa powodujące udrękę. Nieraz słyszał, że gdy on przebywał na urlopie, oni musieli pracować za niego. Doświadczał więc najzwyklejszej złośliwości. Tymczasem nie można widzieć człowieka, choćby otaczała go opinia świętości, jako kogoś zupełnie pozbawionego wad. Jurek był człowiekiem z krwi i kości. Obok wad, dysponował darami heroicznego męstwa, odwagi, pobożności i świętość. Lecz świętość, co oczywiste, nie przekreślała jego słabości czy ludzkich nieporadności. Codzienne wybory i decyzje zawsze stanowią materiał pracy nad sobą, są źródłem ewentualnych zasług. Bóg nie pozbawia człowieka  wad, tylko każe z nimi walczyć. W ten sposób wierzący zasługują na nagrodę nieba.
Byłem – powtarzam na koniec tej rozmowy – najdłużej prefektem Jerzego, od 13 roku życia, aż do jego męczeńskiej śmierci. Spotkania z nim napełniały mnie wielkim dla niego współczuciem. Ale on wciąż podkreślał: nie mogę w duszpasterskim wysiłku zatrzymać się. Inni giną za Ojczyznę, a ja samotny ksiądz, żebym miał się oszczędzać. Dla sprawy ratowania ludzi, niesienia pociechy, działań charytatywnych, muszę podjąć ryzyko. Czy się bał? Naturalnie, jak każdy człowiek lękał się tej rzeczywistości, jaka może się stać. Św. Piotr zaparł się Mistrza, inni uczniowie pouciekali, nawet sam Pan Jezus w ogrójcu lękał się. Rzeczą ludzką jest bać się, trwożyć w obliczu zagrożeń. Ja też lękałem się, gdy otrzymałem swego czasu do dźwigania bolesny ciężar, gdy ogarnięty chorobą, musiałem opuścić swą proboszczowską placówkę w Choroszczy, nie wiadomo zresztą po co i za co?, i rozpocząłem tułaczkę w poszukiwaniu miejsca do życia. Ale ponieważ był to krzyż, trzeba go było przyjąć. W zrozumieniu tych wydarzeń świadectwo ks. Jerzego Popiełuszki jest mi nad wyraz pomocne.   

Milanówek, wrzesień 2001

11-5-2.jpg (40262 Byte)




Na zdjęciu:

Ks. Piotr Bożyk

(Choroszcz, 1978)


Fot. Jan Sochoń

© Recogito, Rafaliga