Z jesiennego notatnika

Rodzinne życie przypomina często tworzenie dzieła sztuki. Żmudnym a jednocześnie misternym rzeźbieniem w czasie i przestrzeni staje się wspólne codzienne egzystowanie rodziców i dzieci, pamięć o przodkach, przymierzanie wieczności (w lustrze egocentrycznego mniemania o sobie czy w filozoficznej zadumie o marności świata) albo pasowanie się na kogoś, kto osiągnie świetlaną przyszłość. Przepełnieni energią i bogaci w pomysły na wykreowanie siebie przekształcamy się, szukając najpiękniejszego wyrazu dla odczuć i wyobrażeń, doświadczeń, poglądów. Aura niewidzialnej rzeźby unosi się w przestrzeni, gdy przekraczamy próg domu, który zamieszkujemy.
Najtrudniej pojąć, czym jest tymczasowość. W nieodgadniony sposób zostaje nam zabrane poczucie własności czasu i miejsca. Czy dzięki temu wznosimy się wyżej, ponad przemijanie, ponad wątpliwości, choroby, niepewność, sprzeczki, sprzeczności i porażki? Tak żyć, aby nie czuć się tylko pospiesznym przechodniem w swoim domu i świecie. Lecz kto doradzi, jakie zastosować ćwiczenia i medytacje, by poznać, czym jest czułość wobec najbliższych: dotyk, zapach, radość trwania, pogodzenie.
Poranek rozpoczął się ponuro, jak przystało na listopadowy dzień. Wszystkich Świętych jest jednak dniem przepełnionym nie tylko melancholią, ale i nadzieją, że istnieje ciągłość pamięci, że ktoś ku nam powraca. Deszczowo. Co jakiś czas rozbłyskuje słońce, na chwilę, i zaraz chowa się, przesłonięte burymi płachtami chmur. Od kilku dni trzeba od wczesnych godzin włączać światło przy pisaniu i czytaniu, wiadomo – jesień.
Nie wychodzimy dziś z domu, bo nie czujemy się dobrze. My obie – matka i córka. Ojciec i syn przebywają poza domem – u dziadków i na rodzinnych grobach. Strzeżemy ogniska, niedostrzegalnego ciepła, co ulatuje, gdy dom zostanie opuszczony na dłużej lub bywa się w nim przejazdem.
Monika już się obudziła, czyta w oryginale ballady Heinego i próbuje tłumaczyć na lekcję niemieckiego. Co jakiś czas odkłada książkę i zamyśla się, spoglądając przez szarą ramę okna w pejzaż z samotną jarzębiną. Porywisty wiatr pozrywał wszystkie liście i rozniósł po trawniku, w podmuchach powietrza kołyszą się już tylko gdzieniegdzie ciemnoczerwone kiście.
M. co dnia musi pobyć przez dłuższą chwilę sama ze swoimi myślami, zanim rozpocznie wypełnianie obowiązków: czytanie lektury, rozwiązywanie zadań, ćwiczenie rysowania, wkuwanie słówek, no i oczywiście potrzebny jest czas na imponującą toaletę poranną z wcieraniem odżywki – co wcale nie jest proste – w długie puszyste włosy koloru kasztanów. Okłada znów książkę i rozmyśla o świecie, z którym się jeszcze nie zetknęła, o odtrąceniu i niezrozumieniu. Wspomina pewnie swoją szkolną przyjaciółkę Agatę, do której codziennie telefonuje i wzajemnie odbiera miłe wiadomości, uzgadnia poprawki w przekładach. Lecz ciągle im mało tych młodzieńczych zadziwień, porad, porozumień, wspólnych śmiechów. Z nią, z A., M. nie musi rozmawiać o żadnych wartościach czy filozoficznych problemach, bo mówienie o zwykłych sprawach przynosi tyle przyjemności, że obie czują się szczęśliwe. Oto cała filozofia życia młodości – radość przejrzysta, żadnych nadinterpretacji.
Być pokornym i skupionym wobec każdej, najmniejszej nawet chwili, a wtedy – być może – wybrzmi ona dodatkową treścią, z pozoru nieodgadnioną. Tylko z prawdziwym przyjacielem rozmowa o zwyczajnych rzeczach wydaje się niezwykła, nie jest nużąca, a wprost przeciwnie – staje się stopniem wtajemniczenia w otaczającą rzeczywistość i przenosi poza próg, który z kim innym nie byłby możliwy do przekroczenia.
Obiecałam odwiedzić panią Julię Hartwig (obchodzi tej jesieni 80-te urodziny), ale rozchorowałam się na dłużej i nie mogę się ruszyć z domu. Posłałam pocztą rozprawę o jej „pieśni dostojnej”, czyli elegijnym tonie w poezji (autorstwa A. Legeżyńskiej), a także zdjęcie rysunku wykonanego przez Monikę (kopia kwiatów w wazonie – Cézanne’a). Radość p. Julii z otrzymywanych pozdrowień, drobnych podarunków czy zapytań o zdrowie ma szczególny wyraz – jest dźwięczna i wszechogarniająca, przekracza granice konwencjonalnych podziękowań. Jest twórcza i często kończy się jak wiersz – zaskakującym pytaniem retorycznym, z którym trzeba potem długo się mierzyć.
S. zatelefonował z Bremy, dokąd pojechał na grób ojca. Zrobił piękny portret fotograficzny Moniki, gdy odwiedziłyśmy go w lecie. Zawiesi go, jak mówi, w swoim paryskim mieszkaniu obok zdjęć i grafik przyjaciół artystów. Żartuje, że M. jest przyszłością sztuki. Oby tak było. Warto wierzyć w pomyślne perspektywy bliskich, ale czy się sprawdzą?
Wystarczy tyle wspominków na pierwszy listopadowy dzień. Przychodzą mi na myśl przykre wspomnienia, ale nie mam zamiaru wpuszczać ich tu, za granicę zdania. Niech czekają cierpliwie w przedpokoju pamięci, i niech skruszeją jak indyk na mrozie przygotowywany na noworoczną pieczeń. Przybywajcie słowa pokorne i przekorne, lecz sławiące dobre imię minionego. I niech mnie ukołysze dziś anafora, przywołująca cię w wierszu po dwa razy, po trzy – tak jak siadają gołębie przy fontannie, blisko dłoni wędrowca:
Odmów jeszcze raz głęboką ciemność. Okryj się nią jak płaszczem. I jeszcze raz: noc, dzień, szelest warg – powtórz, abym cię usłyszała w najdalszych nawet drzwiach. Nadchodzą ciche noce. Ratuj się, żeby nie utonąć w jesiennym spazmie.

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia. Urodziła się w 1951 roku w Wołowie. Ukończyła studia polonistyczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką tomików wierszy, m. in.: „Czarne wino”, „Białe tango”, „Wieczna rzeka – Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”. W październiku 2000 roku ukazał się w Niemczech jej niemiecko–polsko–francuski tomik „Schöner. Piękniejsze. C’est plus beau”. Prowadziła scenkę kabaretową „Ostryga” i współpracowała z kabaretem „Tey”. Pisze recenzje, scenariusze teatralne i teksty piosenek. Założyła i prowadzi Klub Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz”. Mieszka w Poznaniu.

12-1-1.jpg (124001 Byte)


Na zdjęciu:

Jesień

(Poissy, 1998


Fot. Marek Wittbrot

© Recogito, Rafaliga