
|
Dar
patrzenia
Julia
Hartwig, “Zawsze powroty. Dzienniki podróży”,
Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2001
Jasność
ulic i lekkość zielonych ogrodów spływających z pięter –
to powitalne wrażenie, jakie na długo i niepowtarzalnie łączy
się z Paryżem. Kto wstąpił w to miasto, czuły na jego smaki i
uroki, ten wciąż będzie tu powracał, przywołując w pamięci
pierwsze spotkanie z pięknem. W ocalaniu od zapomnienia konieczne
jest wkraczanie w sztukę, a więc zmaganie się z językiem, by
najtrafniej jak tylko to możliwe wyrazić, co odbierają zmysły.
Paryż,
o którym pisze Julia Hartwig w swoich dziennikach podróży, to
miasto codzienności i święta równocześnie, raptownej odmiany,
energii i niespodzianki, olśniewającego talentu i rezygnacji.
Najwierniejsi pozostają mu ci, którzy odnaleźli w nim swoje
miejsce, adres, a także radość z oglądania architektury i toczącego
się na ulicach życia. Ale i ci, wyrzuceni na margines społeczny,
których beztroska obecność na swój sposób zaświadcza o
otwartości i nieprzeciętności tego miasta.
Dla
Julii Hartwig we Francji wszystko jest ciekawe, zdecydowanie
bardziej niż w Stanach, nie ma tematów ważniejszych i mniej
istotnych. Wypatrywanie przejawów życia z okna przy rue Surcouf
czy podglądanie uśpionej Sekwany ze studia na Cité des Arts,
smakowanie potraw od dawna ulubionych i nowo zaznanych, spotkania
z przyjaciółmi, poznawanie ludzi kultury, sztuki i polityki, w
kontekście niepokojących wieści z socjalistycznego kraju – to
wszystko tworzy spójną całość. Autorka przygląda się
ludzkim losom, przyjaźniom, postawom i gustom, na każdym kroku
dostrzegając oznaki przemian, symbole czasów minionych,
rozkruszającą się materię.
“Zawsze
powroty. Dzienniki podróży” obejmują zapisy sześciu lat –
od 1986 roku – i odsłaniają dni przeżywane podczas poruszania
się po Francji i Stanach Zjednoczonych Ameryki wraz z mężem
Arturem Międzyrzeckim, jakby na zwiększonych obrotach. Szybkie
tempo oglądania, słuchania i wyciągania wniosków jest w tych
notatkach szczególnie istotne, skłania bowiem autorkę do
natychmiastowej samooceny, momentalnej pointy, do aktywnego
uczestniczenia w przemieniającym się świecie: “Kiedy jestem
sama, kiedy oglądam coś pięknego i nowego – myślę i czuję
bardziej twórczo.” [...] “Każdy wyjazd, każda podróż są
odnowieniem. Jakby ten ruch i nowe widoki, nowe wzruszenia, potrząsały
zbyt uspokojonym dnem mojej wrażliwości, łatwej do poruszenia
jak dno z sypkiego piasku. Pierwsze dni po zmianie miejsca są
zawsze najbardziej bogate i płodne. Odnowione oczy dostrzegają
wszystko, chłoną każdy kształt i odmianę światła.”
Paryska
biel dawnej architektury, zadbane parki i ogrody, oryginalni właściciele
kawiarenek, kloszardzi koczujący na ławkach – cały ten pejzaż
Julia Hartwig szkicuje wprawną ręką, ciepło, rzetelnie i z
humorem. I nic w tym zaskakującego, przecież Francja to jej
kulturowe zakorzenienie od lat. W człowieku tkwi potrzeba
patrzenia i podziwiania – chciałoby się powiedzieć za autorką,
parafrazując jej refleksję o potrzebie liryzmu w życiu człowieka
(z rozmowy dla “Rzeczpospolitej” na Międzynarodowy Dzień
Poezji). Dzielenie się zachwytem stanowi podłoże wiersza,
zapisu. Bez zanotowania świeżego spojrzenia na obraz ulubionego
malarza często nie powstałaby późniejsza głębsza myśl.
Najbardziej
interesujące wydają się wszakże w tej książce podróżnej
nie tyle spotkania ze znanymi osobistościami i wielość (wielkość)
zaprezentowanych postaci pisarzy, dyplomatów, przyjaciół, lecz
towarzyszące tym kontaktom refleksje o ludzkim losie – pełnym
sprzeczności, powikłań, niespodziewanych zwrotów, widzianych
często z oddalenia (wspomnienie o Annie Kamieńskiej, Janie
Strzeleckim).
Julia
Hartwig ukazuje się nam przede wszystkim jako autorka posiadająca
dar wnikliwego patrzenia na ludzi, ulice, dzieła sztuki. Pojawiające
się wciąż nowe widoki nacierają zewsząd, lecz słowa poddane
dyscyplinie porządkują je, zamykając w ramę: “Wciąż ten
sam zachwyt, to samo oczarowanie naszą panoramą z balkonu.
Powracam wciąż do tego motywu jak Andy Warhol, który przez
godzinę kazał widzom oglądać wieżowiec nowojorski, sfilmowany
od poranka do nocy na tle nieba. W gruncie jeden temat, jeden
motyw, do którego wracamy bezustannie, jest wyrazem naszej miłości
do świata, naszej uwagi dla niego.”
Świetlistość
domów i światło okien, surowa biel kartki przed zapisaniem
pierwszego zdania, przezroczystość pamięci tkanej żmudnie z
rozproszonych chwil, cierpliwość w zmaganiu z niemożliwością
zapisania wszystkiego co się zdarza, co ważne. Konieczność
selekcji, skrótu – takie także (oprócz zapisów faktów, życiorysów,
poglądów) są dzienniki podróży “Zawsze powroty”, takie
– uważne, czujne, czujące i ocalające – jest spojrzenie na
świat Julii Hartwig.
Pejzaż
miasta zmienia się. Dziś inaczej wygląda zaciszna i spokojna
niegdyś uliczka rue Surcouf, przy której mieści się Dom
Pallotynów i Centrum Dialogu. W witrynie wydawniczej pożółkłe
od słońca okładki książek i czasopism. Mniej bywających tu
pisarzy i artystów. Po niedawnym huraganie i opadach deszczu
zapadła się jezdnia na skrzyżowaniu z rue l'Université,
ewakuowano mieszkańców z pobliskiego domu, naprzeciwko dawnej
galerii de la Seita. Teraz w miejscu tej galerii trwa budowa. Nie
zdjęto jednak tablicy informującej o jej istnieniu i wciąż
spotyka się błądzących turystów próbujących ją odnaleźć. Do Domu Pallotynów trafiają nowi goście
– po raz pierwszy, drugi, choć dawni przyjaciele również nie
zapominają o tym miejscu. Zdarza się i tak, że zapoznaje się
tu kilka pokoleń, często w nieoczekiwanych okolicznościach.
“Zawsze
powroty” można zatem nazwać drogowskazem do miejsc i ludzi, których
w większości już nie ma, próbą wędrowania do pamięci o
nich, ich postawach, czynach i dziełach. To ważna książka i
warto uważnie ją czytać, by współodczuwających rozważań
autorki o skomplikowanych losach czy trudnych wyborach (Zbigniew
Herbert, Jarosław Iwaszkiewicz) nie brać za opinię czy osąd.
Mimo początkowego sprzeciwu, czy tak wprost można zapisać własne
i cudze życie, jej lektura stała się dla mnie cennym
przewodnikiem po znanych miejscach Paryża i pobudziła do świeżego
spojrzenia na ludzi, którzy – jak malarz ks. Witold Urbanowicz
czy ostatni z redaktorów polonijnej paryskiej “Naszej
Rodziny” albo tak serdecznie wspominana przez autorkę jako
dobry duch wydawnictw pallotynów Danuta Szumska – żyją i
tworzą wciąż pod tym samym adresem, wzbogaceni o doświadczenia,
które przyniósł czas.
Dar
patrzenia jest szczególnym przywilejem tych, którzy – jak
Julia Hartwig – nie stawiają siebie przed resztę świata.
Paryż,
lipiec 2001
Teresa TOMSIA
Teresa
Tomsia. Urodziła się w 1951 roku w Wołowie. Ukończyła studia
polonistyczne na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest
autorką tomików wierszy, m. in.: „Czarne wino”, „Białe
tango”, „Wieczna rzeka – Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”.
W październiku 2000 roku ukazał się w Niemczech jej
niemiecko–polsko–francuski tomik „Schöner. Piękniejsze.
C’est plus beau”. Prowadziła scenkę kabaretową
„Ostryga” i współpracowała z kabaretem „Tey”. Pisze
recenzje, scenariusze teatralne i teksty piosenek. Założyła i
prowadzi Klub Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz”. Mieszka w
Poznaniu.
|

Na
zdjęciu:
Julia Hartwig
z mężem
(Paryż, 1990)
Fot.
Stanisław
Fredro-Boniecki
|