
|
W
imię miłości
Z
Haliną MIKOŁAJSKĄ rozmawia ks. Florian KNIOTEK
Halina
Mikołajska (1925–1989).
Ukończywszy tuż po wojnie Szkołę Teatralną w Krakowie,
zadebiutowała w tymże mieście na deskach Teatru Starego. Od
pierwszego pojawienia się na scenie, jej wielki talent i silna
osobowość zwróciły uwagą krytyki, ludzi teatru i publiczności.
Po spektaklu „Trzech sióstr” Czechowa, w którym zafascynowała
w roli Iriny, Jan Kott przyrównał ją do Heleny Modrzejewskiej.
Uczennica Edmunda Wiercińskiego, znanego ze swych uduchowionych,
nieomal mistycznych tendencji inscenizacyjnych, Halina Mikołajska
opuszcza Kraków przenosząc się wraz z Wiercińskim i jego żoną
do Wrocławia. Wreszcie około 1952 roku przychodzi kolej na
Warszawą, gdzie występuje w „Horsztyńskim” u boku aktorów
tej miary, co Jerzy Leszczyński i Karol Adwentowicz. Odtąd już
nie opuszcza tego miasta, grając kolejno w Teatrze Polskim,
Narodowym, Dramatycznym i Współczesnym. Najbardziej pamiętne
jej kreacje to: „Dobry człowiek z Seczuanu” Brechta, „Medea”
Eurypidesa, „Krzesła” Ionesco, „Wesele”
Stanisława Wyspiańskiego
„Grzech” Żeromskiego, „Lady Makbet”, „Radosne dni”
Becketta, „Matka” Stanisława Ignacego Witkiewicza, „Punkt
przecięcia” Claudela, „Wiśniowy sad” Czechowa,
„Jan Gabriel Borkmann” Henryka Ibsena
. Po roku 1956 Mikołajska wyreżyserowała pierwsze
przedstawienie sztuki Gombrowicza w Polsce, mianowicie „Iwoną córką
Burgunda”. Ponadto Halina Mikołajska zainicjowała „teatr
jednego aktora”, występując w przeróbce scenicznej „Listów
panny de Lespinasse” na deskach warszawskiego Studenckiego
Teatru Satyryków (STS), a następnie w „Historiach Jakubowych”
Tomasza Manna. Występowała w Teatrze
Polskim i Teatrze Dramatycznym (1954–1962), oraz Teatrze
Narodowym i Teatrze Współczesnym
(1967–1982). Halina
Mikołajska dzięki swym kreacjom w telewizji i radio, osiągnęła
ogromną popularność wśród publiczności najszerszej, w
najodleglejszych zakątkach kraju. Wystarczy wymienić jej
niezapomnianą „Cudzoziemką” w przeróbce powieści Marii
Kuncewiczowej oraz rolą „aktorki” w filmie „Barwy
ochronne” Krzysztofa Zanussiego.
Jej nazwisko było znane jako autorytet w sprawach swobód
obywatelskich, demokratyzacji życia społecznego, nieodwołalnych
praw osoby ludzkiej. W Halinie Mikołajskiej, żonie Mariana
Brandysa, wielu podziwiało wielki talent aktorki i bezkompromisową
postawą wolnego człowieka. Działając aż do ostatnich swoich
dni w Komitecie Obrony Robotników;
w latach 1976–1981 objęta zakazem grania na scenach teatrów państwowych
oraz w telewizji; w okresie tym i po roku 1981
biorąc udział w wieczorach artystycznych, organizowanych w salach
kościelnych i muzealnych (monodramy, recytacje poezji) była
cichą bohaterką stanu wojennego w Polsce.
Prezentowana rozmowa pochodzi z 1978 roku („Nasza Rodzina”
4/403-1978, s. 4-6). Halina Mikołajska udzieliła wywiadu pallotyńskiemu
pismu po wieczorach, jakie odbyły się w paryskim Centrum
Dialogu, gdzie recytowała wiersze oaraz wystąpiła w
monodramacie „O długim czekaniu” według „Historii
Jakubowych”
Tomasza Manna.
-
Na wstępie naszej rozmowy chciałbym Pani powiedzieć, że po
Pani wieczorze w naszym pallotyńskim Centre du Dialogue rozmawiałem
z wieloma ludźmi z Polonii paryskiej. Wyczułem, że należy Pani
do osób znanych i kochanych. I to nie tylko przez Polaków, którzy
widzieli Panią w teatrach warszawskich lub w sztukach
telewizyjnych, ale przez wielu urodzonych na emigracji lub
mieszkających we Francji od długich lat. Myślę, że dla nas
wszystkich byłoby niezwykle interesujące, gdyby zechciała Pani
powiedzieć kilka słów o swoich poglądach religijnych.
-
Wiara czy niewiara, wreszcie religia, czyli wyznanie wiary wydaje
mi się najbardziej prywatną sferą każdego człowieka. Nie
wynika z tego bynajmniej, że nie chcę się do swojej wiary
przyznawać, trudno mi jednak o niej mówić publicznie. Nie chciałabym
ani przez chwilę uchodzić za kogoś, kto się swoją wiarą
legitymuje, uważam bowiem, że badane teoretycznie deklaracje światopoglądowe,
ideowe, wyznaniowe nie są dostateczną prezentacją człowieka,
to znaczy uważam, ze legitymujemy się przede wszystkim naszym
działaniem, naszym udziałem w życiu.
Być może pewien rodzaj ,,zakurczu” w dziedzinie
„wyznawania” budzi we mnie nadmiar doświadczeń płynących z
rozbieżności między hasłami a ich realizacją, tak, że lękam
się wszelkiego rodzaju ,,faryzejstwa”, z którym zetknęłam się
zarówno u ludzi zupełnie niewierzących, jak i u wierzących.
Tak więc jestem wierzącą, jestem katoliczką. Nie uważam
jednak, by to stanowiło o mojej istotnej wartości, ponieważ
wiara jest łaską, w oczach ateisty może być określana jako
przypadek, w oczach staroświeckiego racjonalisty jako dyspozycja
psychiczna, wymykając się z lęku przed śmiercią i bezsensem
istnienia. Tak czy inaczej określona, jest czymś niezasłużonym
— jest łaską.
-
Pani powołanie życiowe jest ściśle związane z kulturą polską,
której - jak każdej innej - nie można oddzielić od chrześcijaństwa,
bo wszystko właściwie
zostało nam
dane: sposób myślenia,
odczuwania. Po ostatniej wojnie znaleźliśmy się w wirze różnych
propozycji światopoglądowych. Czy w tym chaosie myślowym
niewiara nigdy Panią nie dotknęła?
-
Nie zgadzam się z tym, że wszystko ,,zostało nam dane”, wiele
przecież zdobywamy, żyjemy świadomie,
mamy wolną wolę. Jest nam dana mniejsza albo większa
umiejętność myślenia, jesteśmy ograniczeni i uwarunkowani,
ale przecież nie jesteśmy skazani bezwzględnie na siebie
takich, jakimi jesteśmy, mimo wszelkich uwarunkowań i ograniczeń
ponosimy odpowiedzialność za to, jacy jesteśmy. W naszej
mikroskali, przy całej złożoności ludzkiej istoty i
skomplikowaniu naszego życia, od nas zależy czy jesteśmy lepsi,
czy gorsi. Nasz sposób myślenia może ulegać zmianom nie tylko
w zależności od oddziaływań zewnętrznych i od danych nam cech
przyrodzonych. Wszystkie te nasze cechy nie są jednoznaczne,
wszystkie graniczą zarówno z dobrem, jak i ze złem: godność i
duma z pychą i przerostem ambicji, pokora i minimalizm z brakiem
godności i abnegacją, miłość z namiętnością i fanatyzmem,
i nasz stosunek do siebie samych i do świata może być zmienny,
jeżeli będziemy chcieli wiedzieć o sobie i o świecie maksimum
tego, co jesteśmy w stanie wiedzieć; czymże jest rachunek
sumienia, jak nie krytyczną rewizją swojego istnienia w świecie
i swojego w nim udziału. Nie, żadna z propozycji światopoglądowych
nie wydawała mi się sensowniejsza, żadne działanie bardziej
umotywowane niż działanie w Prawdzie i dla Prawdy, niż działanie
w imię miłości, które mi dyktuje chrześcijaństwo. Nie
twierdzę, że zawsze udawało mi się być w zgodzie z moim
wyznaniem wiary, które nakłada na mnie obowiązki czasem
przerastające moją kondycję, niemniej nakazy mojej religii uważam
za słuszne i jeśli nawet nie potrafię im sprostać, wytyczają
mi one kierunek, w którym nieudolnie usiłuję zmierzać. Jeżeli
czegoś nie umiem, to wina leży we mnie, a nie w religii. Znam
jednak wielu ludzi, którzy nie wyznają żadnej religii i w swoim
działaniu są bliżsi chrześcijaństwu, niż ja i niż wielu
ludzi religijnych. Znam niewierzących pełnych poświęcenia,
gotowych do wyrzeczenia i ofiary z siebie samych w imię miłości
do bliźnich, bezkompromisowo walczących o prawość i
sprawiedliwość.
-
Jak już powiedziałem, częstokroć wyznanie czy brak wyznania
wiary jest przecież zrządzeniem Bożym, w języku ateisty określany
jako przypadek losowy. Kto wywarł największy wpływ na Pani światopogląd:
dom rodzinny, szkoła, otoczenie, czy tez ktoś szczególny?
-
A więc dom rodzinny w pierwszym rzędzie, dom, którego się
przecież nie wybiera. Bóg zrządził, że urodziłam się w domu
głęboko katolickim, że w momencie, kiedy przyszedł okres młodzieńczych
buntów i walki o autonomię swojej osoby, nie odwróciłam się
od mojego domu, bo był taki, jaki był i ani przez chwilę nie
utraciłam dla niego szacunku, a mój wspaniały ojciec pozostał
dla mnie niedościgłym wzorem najgodniejszej, ludzkiej postawy.
Miałam również szczęście do mądrych katechetów, którzy
doskonale sobie radzili z moją młodzieńczą przekorą, przemądrzalstwem
w okresie wymyślania własnego porządku na tym nie najlepszym ze
światów. Bardzo duże znaczenie w wierności w mojej wierze miały
rozmowy z niewierzącymi przyjaciółmi, którzy swoją
postawą — iście chrześcijańską — budzili mój
szacunek; oni to broniąc swej niewiary, która wynikała często
ze zrządzenia Bożego, czy jak kto chce, z przypadkowych
uwarunkowań, czy dziecięcych uwarunkowań, mimo woli przekonali
mnie, ze wiara jest dla mnie czymś niezmiernie cennym i że nie
jest abdykacją rozumu, który przecież nie jest aparatem
ludzkiego poznania, ale że częstokroć chęć zracjonalizowania
irracjonalnych zjawisk jest uzurpacją rozumu, że wyrzeczenie się
wiary po prostu ogranicza rozum.
-
A gdy chodzi o kontakt człowieka z człowiekiem, jakie wartości
postawiłaby Pani
najwyżej?
-
Na to pytanie już w zasadzie odpowiedziałam, ale powtórzę, że
jeśli chodzi o kontakt człowieka z człowiekiem najwyżej
stawiam podstawową wartość, którą jest miłość bliźniego,
aczkolwiek ta miłość jest dla mnie czymś częstokroć nieosiągalnym,
a płynący z niej nakaz przebaczania winy winowajcom oraz pokory
jest dla mnie wymogiem moralne bardzo istotnym, chociaż zaledwie
rzadko udało mi się jej sprostać.
-
Czy
Pani postawa
życiowa wpływa w jakiejś mierze na dobór granych ról?
-
Moja postawa życiowa tylko w niewielkiej mierze może wpływać
na dobór ról, które gram. U nas teatry są państwowe, decyzje
o ,,profilu repertuarowym” i w ogóle o wyrazie ideowym naszej
kultury zależą od władzy scentralizowanej, a my jesteśmy
zetatyzowanymi pracownikami, podlegającymi w ostatecznej
instancji wydziałowi propagandy KC [PZPR].
Chciałabym jeszcze
dodać, że wiara nie
zwalniała mnie nigdy od normalnego, fizjologicznego lęku przed śmiercią.
Jak każdy człowiek wierzący miałam i ja momenty zwątpień i o
dziwo wtedy to właśnie przestawałam się bać i życie stawało
się na tyle pozbawione sensu, ze śmierć nie wydawała mi się
niczym strasznym. Przecież ja świadomie chcę wieczności, ale
nie potrafię jej pragnąć, bo
pragnienie jest czymś zmysłowym i jest niemożliwe,
przynajmniej dla mojej niedoskonałości,
pragnienie spraw niewyobrażalnych...
Rozróżniam bowiem sprzeczność między pragnieniem i wolą.
|

Na
zdjęciu:
Halina Mikołajska
(Paryż, 1987)
Fot. Stanisław Fredro-Boniecki
|