Niezależność

 

Z Olgą SCHERER rozmawia Marek WITTBROT

Olga SCHERER (1924-2001). Urodziła się w Krakowie, od 1939 przebywała za granicą. Absolwentka hispanistyki, slawistyki i komparatystyki University of Columbia. Po ukończeniu studiów pracowała na uniwersytetach amerykańskich. W 1957 roku wróciła do Paryża i kontynuowała pracę naukową w Centre National de Recherches Scientifiques. Od 1969 roku aż do swojej śmierci była związana Uniwersytetem Paryskim. W 1974 roku otrzymała tytuł profesora tegoż uniwersytetu. Opublikowała około setki studiów, szkiców i recenzji, kilkanaście przekładów książkowych (na polski, angielski i francuski) i dwie własne powieści emigracyjne po polsku: „Wesołych Świąt” (Londyn, 1963) i „W czas morowy” (Paryż, 1967). Zmarła 26 listopada w Paryżu w wieku 77 lat. Należała do ścisłego grona współpracowników ks. Józefa Sadzika. Prezentowana rozmowa była publikowana w „Naszej Rodzinie” 7-8 (610-611) 1995, s. 16-17, w numerze poświęconym twórcy paryskiego Editions du Dialogue i Centre du Dialogue.


- Kiedy po raz pierwszy zetknęła się Pani z księdzem Sadzikiem?
 

- Poznałam go przez Kasię Dzieduszycką. Na spotakanie, zaaranżowane przez Kasię, przybyli także: Lebenstein, Kot-Jeleński, Herbert i Teresa, siostra Kasi.

- I tak rozpoczęła się przyjaźń? 

- Na początku spotykaliśmy się właśnie w tym gronie. Niekiedy dołączali do nas Charwatowie. żadnych problemów z dogadaniem się, czy typu klerykalizm - antyklerykalizm, między nami nie było. Mieliśmy ciekawsze rzeczy do roboty.

- Czy wtedy zostały zapoczątkowane niedzielne wyprawy?

- To było później,  na początku lat siedemdziesiątych. Niekiedy, razem z Teresą, samochodem  zabierałam Józka poza Paryż, na grzyby. Te wyprawy bardzo były jemu potrzebne ze względu na zdrowie.
Józek czasami przychodził na mój uniwersytet, który wtedy miał swoją siedzibę w Lasku Vincennes, i brał udział w dyskusjach. Bardzo interesował się tym, co mówią tacy ludzie jak Gilles Deleuze, Fronçois Chatelet czy Michel Foucault.

- Czy tego typu zainteresowania nie wydawały się Pani dziwne?   

- Józio chodził zawsze własnymi ścieżkami. Był szalenie ciekawy świata, miał umysł otwarty, interesowała go ludzka myśl... Cenił ludzi, którzy mają coś do powiedzenia. Lubił na przykład uczęszczać na seminarium Levinasa w Nantere...

- Dlaczego zajął się Heideggerem a nie, powiedzmy, Schelerem czy Ricoeurem?

- Chyba brało się to z wielkiego rozłamu, obecnego w myśleniu Heideggera, między filozofią a wiarą, z rozdźwięku pomiędzy myśleniem metafizycznym a myśleniem religijnym. Józka bardzo to nurtowało.

- Było w tym podłoże egzystencjalne, wynikało to z jego doświadczeń...?

- Raczej podłoże duchowo-intelektualne. Wiem, że o tych sprawach rozmyślał bez przerwy. Swoje dylematy próbował rozwiązywać z pomocą Heideggera. Z tym, że myśl filozofa była tylko przyczynkiem do formułowania własnych myśli.

- Czy to prawda, że był smutnym człowiekiem?

- Jak każdy wrażliwy i inteligentny człowiek, nosił wielki  smutek w sobie i chyba nie był szczęśliwy.  Ale jednocześnie umiał się śmiać i bawić innych.

- I dlatego był tak bardzo lubiany przez pisarzy, malarzy, rzeźbiarzy...?

- On lubił spotykać się z ludźmi, których uważał za inteligentnych. Był przekonany, że ta niebywała sympatia, jaką się cieszy, wynika z pikantności faktu, iż jest księdzem. Wiedział, że jest lubiany, pożądany w sensie towarzyskim. Sądził, że gdyby nie był księdzem, wtedy nie byłby taki ciekawy dla ludzi. Tutaj się mylił. To prawda, że ksiądz, przy którym można rozmawiać o wszystkim, bez żadnych środków ostrożności, najmniejszej żenady, należy do rzadkości, jednak nie dlatego przyjaźniliśmy się z księdzem Józkiem... On budził ogromne zaufanie, miał w sobie dużo dobroci i wyrozumiałości. Choć - i to trzeba również powiedzieć - nie był wolny od słabości. Zdarzały się mu chwile, kiedy mówił rzeczy skrajnie pesymistyczne.
Należałoby jeszcze dodać, że miał bardzo krytyczne spojrzenie na rzeczywistość. Nie umiał się oszukiwać. Potrafił mówić rzeczy niezbyt budujące i niezbyt radosne. Ale nade wszystko był człowiekiem niesłychanej subtelności. Bał się banału jak ognia; szczególnie banału religijnego! Ogromną estymą darzył kobiety, miał  kult dla kobiety, dla macierzyństwa...  Znam kobiety, którym Józek bardzo się podobał, które szukały jego towarzystwa.

- Nigdy nie miał wrogów?

- Totalitarne umysły nie miały do niego dostępu.

- To znaczy, że jednak wybierał sobie ludzi...?

- Nie należy mylić kultury - a posiadał ogromną kulturę - z myśleniem. Nikogo nie odpychał i wiadomo, że jako ksiądz miał do czynienia z różnymi osobami. Wolał się jednak otaczać ludźmi, którzy go inspirowali do myślenia.
  
Nie był nieomylny, ale posiadał ogromną intuicję. Potrafił też dzielić z nami wiele drobnych radości. Na przykład lubił dobrze zjeść i chodzić do restauracji czy na przyjęcia. Kiedy jednak kolacja była niedobra i na dodatek ludzie byli nudni, nie krył swojego niezadowolenia. Nigdy nie udawał świętoszka. Nigdy nie zadowalał się byle czym. W ogóle żył świadomie. Starał się zawsze docierać do sedna sprawy.  

- Był człowiekiem poszukującym prawdy...? 

- Raczej poszukującym tego, co prawdziwe. Zawsze sam docierał do zjawiska, nie poprzez Nietschego, Dostojewskiego czy innych. Choć miał rozległą wiedzę, kiedy wypowiadał się na jakiś temat, nie skakał z cytatu na cytat, patrzył wielostronnie. 
Pamiętam, kiedy odkryłam teorię Bachtina, jego bardzo to zainteresowało. Polecił mi wtedy  Bubera, którego nie znałam, oraz „Wahrheit und Methode” Hansa Georga Gadamera. Rozmowy z Józkiem były zawsze inspirujące.

- Co jeszcze go zajmowało?  

- Kochał muzykę i malarstwo. Jeszcze jako mały chłopiec ËËpuszczałĚĚ sobie jakieś symfonie i dyrygował, jak gdyby stał przed orkiestrą. W Paryżu lubił chodzić na koncerty i słuchać płyt. Chodzenie z nim na wystawy czy do muzeów było wielką przyjemnością. Można było od niego wiele się dowiedzieć. Zanim go poznałam chodził na wykłady o malarstwie do Ecole du Louvre. Jego pasją było także robienie zdjęć, prawie że nie rozstawał się z aparatem.
Kochał również zwierzęta. Będąc w ZOO potrafił przez godzinę wpatrywać się w lwicę karmiącą swoje maleństwa. Zawsze bardzo interesował się moimi dalmatynkami.
  

- Ci, którzy go znali, wspominają nieraz, że ksiądz Sadzik „nosił coś w sobie”, że  bardzo cierpiał...

- Nie wiem, co to było. Wiem, że miał wyrzuty sumienia w stosunku do swojej matki. Wyrzucał sobie, że ją zostawił. W Sułkowicach do końca czekał na niego nie ruszony pokój. Matka miała nadzieję, że on wróci...  Wrócił, ale już po śmierci. 

- Co, piętnaście lat po jego śmierci, wydaje się Pani najważniejsze, jeśli chodzi o duchową spuściznę księdza Sadzika?

- Często przypominam sobie jego bunt przeciwko różnorakim układom. Kiedy, w 1979 roku, Jan Paweł II przybył do Paryża, Józek znajdował się w szpitalu Salpetriere i nie mógł uczestniczyć w spotkaniu z Papieżem. Ojciec Święty się o tym dowiedział i przysłał do szpitala specjalnego wysłannika z podarunkiem. Od tego momentu wszyscy, lekarze i pielęgniarki, zaczęli się kłaniać w pas Józkowi. Jego bardzo to zasmuciło. Kiedy, nazajutrz po wizycie papieskiego wysłannika, odwiedziłam go z Teresą, powiedział: „Świat jest źle zrobiony!” Nie mógł pogodzić się z tym, że człowiek zostaje doceniony czy dowartościowany dopiero poprzez zewnętrzne okoliczności, że wcześniej się go nie zauważa.
Józek nie znosił pozy, udawania, sztuczności. Cenił niezależność. Nigdy nie był powierzchowny. Zauważał ludzi i potrafił docenić to, co wartościowe, najwartościowsze w człowieku..

14-4-1.jpg (16910 Byte)
Na zdjęciu:

Olga Scherer

Fot. Archiwum "Recogito"


.