
|
Scandalum Crucis
Chrześcijaństwo jest kamieniem obrazy i na to nie ma rady. Głupstwo dla
pogan, zgorszenie dla Żydów, dziś jak przed dwoma tysiącami
lat wbija się w serce dziejów klinem paradoksu tak ogromnego, że
tylko Bóg mógł sobie nań pozwolić. I dlatego mylą się ci,
co próbują złagodzić je, oswoić i pogodzić z mądrością
tego świata. Mylą się ci, co nawet w dobrej wierze, stawiają
je na równi z prawdami myślowymi i mitami, które kłócą się
o władzę nad sercem człowieka. Mylą się, gdyż przyrównują
sprawy niewspółmierne.
Mówi się dziś tyle o humanizmie chrześcijańskim. I mówi się słusznie,
gdyż jest. Ale rzecz w tym, by ani na chwilę nie zapomnieć o różnicy
gatunkowej, którą suponuje sama nazwa: chrześcijański. Dla
tych, co przemyśleli zagadnienie do dna, jest to tylko pleonazm:
toż jedynie chrześcijaństwo realizuje człowieka. Ale jakież
niewielu tak właśnie pojmuje humanizm. Nie dajmy się zwodzić słowom.
Odwołując się z takim uporem do chrześcijańskiego humanizmu
nazbyt często szuka się jeno oportunistycznej niwelacji lub
wygodnego alibi, wypruwając oba słowa z właściwej im treści.
Humanizm chrześcijański to nie ręka wyciągnięta, ale znak krzyża. Określenie
to, na pierwszy rzut oka, odstręcza i przeraża: toż wydaje się
zaprzeczeniem humanizmu, którego celem pełna eksploatacja
potencjału zawartego w człowieku. Jakżeż budować niszcząc?
Krzyż zdaje się być zaprzeczeniem woli i radości życia. I
dlatego radzi byśmy zbytnio o nim nie mówić lub tylko cicho i
wstydliwie. By nie gorszyć, by nie odstraszać. By nie palić
mostów...
Starają się tak bardzo o względy przeciwników, że zaczynają mówić
ich własnym językiem, by jutro, kto wie, zacząć myśleć ich
kategoriami. Idą na ustępstwa w dobrej intencji i dziwią się
wielce, że rezultat taki mizerny. Sami wietrzeją, sami płowieją,
więc i niczyjej strawy solą nie zaprawią, niczyjego domu światłem
nie rozjaśnią.
Chrześcijaństwo z natury rzeczy nie cierpi kompromisów i kto się w nie
wdaje, zaczyna z nim być na bakier. Oto zasada kardynalna, o której
dziś za mało pamiętają pisarze katoliccy i działacze! Zbyt
nieśmiało we własnym sumieniu tropią obce infiltracje. Zbyt
pochopnie, obok świeczek Bogu, zapalają i diabłu ogarki. Pod
pozorem tolerancji równają ku dołowi.
Czyżby więc ucieczka od świata i samotne warowanie w niedostępnych
cytadelach, wyrastających z odmętu, jak groźne ostrzeżenie?
Uchowaj Boże! Toż właśnie jedną z cech swoistych paradoksu,
jakim jest chrześcijaństwo, jest jego jedność organiczna ze
wszystkim, co ludzkie. Lecz za cenę przezwyciężania tego, co
tylko ludzkie. Gdyż człowiek, chcąc być sobą, musi sam siebie
przeskoczyć. Wiedzą o tym wszystkie mity, wszystkie religie świata,
wiedzą, by zwalczać lub budować „nadczłowieka”: tylko
chrześcijanie wielokrotnie nie pomną, że to, o czym inni marzą,
jest ich dziedzictwem, przywilejem i prawem.
*
* *
Apologetyka współczesna winna by brać za punkt wyjścia to, co ludzkie,
arcyludzkie. Na przekroju przestrzeni – i dziejów. Winna by się
wsłuchać w bicie ludzkich serc, w zeznania nieprzekupne ludzkich
sumień. Winna by tropić konsekwentnie i uparcie logikę życia.
Gdyż każde ludzkie życie, choćby najnędzniejsze, jest
argumentem prawdy Chrystusowej. Argumentem za lub przeciw. Nie
tylko święci świadczą Bogu! Świadczą Mu również mimowolnie
i tragicznie zdrajcy, odszczepieńcy. Szatan jest nie lada
apologetą!
Życie to nie sylogizm. Życie to paradoks. To nie krąg zamknięty, jak mówi
Chesterton, ale pozioma przecięta prostopadle pionem, pozioma
niby ramiona rozwarte, obejmujące okrąg ziemi, pion w ziemię
wkorzeniony, by tym śmielej i skuteczniej w niebo biec. U wylotu
wszystkich dróg człowieczych stoi krzyż. Nie jako znak cierpiętnictwa,
który nie jest niczym innym jak defetyzmem maskowanym, ale jako
symbol coraz to nowych przezwyciężeń, coraz to nowych wzlotów.
Gdyż prawem życia ludzkiego jest duch przecięty materią,
materia przecięta duchem – na krzyż.
Zapoznanie tej prawdy kardynalnej jest ciosem
godzącym w prawdę człowieczą. W prawdę, która nie da się
przetłumaczyć na sylogizm, która wyrasta z tajemnicy i w
tajemnicę wrasta. I tu właśnie tkwi tragiczne nieporozumienie
doktryn i systemów filozoficznych, które pretendują od stu lat
o wodzostwo duchowe nad człowiekiem. Zamiast brać jako punkt wyjścia
samego człowieka, tę wielką niewiadomą, która nigdy nie da się
rozwiązać bez reszty logiczną
metodą, starają się go wtłoczyć niby w łoże prokrustowe w
gotową formułę, czy będzie nią homo sapiens czy homo
oeconomicus, nie bacząc, że ujmą tylko pewne aspekty
przebogatej, złożonej i pełnej przeciwieństw rzeczywistości
prawdy człowieczej i że nader swawolnie, ad usum
delphini, przycinają mu nogi – lub głowę. Narzucona w ten
sposób structura mentis nie wytrzymuje próby rzeczywistości
– czas jest sędzią nieprzekupnym! – są to eksperymenty
kosztowne, błędy opłacane morzem krwi. Przyjrzyjmy się bacznie
bolesnym wstrząsom, które zwichnęły równowagę współczesnego
świata: genezą ich są właśnie takie sztuczne uproszczenia
przedziwnie złożonej, przeciwieństwami równoważnej,
przebogatej i
w tajemnicę wrastającej, człowieczej rzeczywistości.
Zazwyczaj polemizuje się z tym, co przeciwnik twierdzi. Lecz stokroć
perfidniejsze są jego przemilczenia. Tak jak w rachunku sumienia
snadnie się pomija grzechy z zaniedbania, nieraz najcięższe,
podobnie w konfliktach ideowych zbyt pochopnie rzuca się poza
nawias całe sfery rzeczywistości, pomijając je milczeniem. W
dobie specjalizacji modne są szufladki! Toteż szufladkuje się
wszystko, nawet człowieka. Coraz to jakiś jego aspekt awansuje
do rangi wykładnika całej jego natury. Najtrafniejsze w swej
dziedzinie badania biologiczne przemilczają lub wręcz zapominają,
że człowiek jest czymś więcej niż biologia. Stwierdzenie wpływów
dogłębnych, jakie na strukturę człowieka wywiera ekonomia,
maskuje wielokrotnie ten prosty fakt, że człowiek jest czymś więcej
niż funkcja ekonomiczna. Podobnie istnieją poglądy
spirytualistyczne, nawet w sferze najczystszej, chrześcijańskiej
ortodoksji, które nie liczą się z faktem, iż człowiek jest
nie tylko duchem, lecz również funkcją ekonomiczną.
Najrzetelniejsze badania biegną nieraz obok siebie jak tunele równoległe,
żłobiące jednaką caliznę. Każdemu z nich brak pracy
wiertniczej wszystkich innych, by wspólnym trudem dowiercić się
światła. Jeśli w technice specjalizacja jest wskazana i
konieczna, istnieją sfery myśli, które jedynie w perspektywie
uniwersalnej znajdują sens i klucz.
Filozofia
nie jest techniką, choć obejść się bez niej nie może.
Religia zawarta w ramach utylitarnych, choćby pozornie
najszlachetniejszych, przestaje być sobą. Ale człowiek, żywy
człowiek, nie jest jeno „człowiekiem techniki”. Nurtują w
nim, nieraz podświadomie, inne aspiracje i tęsknoty. Nowy
Prometeusz może się upić na czas jakiś swoją własną
suwerenną nadmaterią, którą kiełzna dziś, jak nigdy w
dziejach, lecz to upojenie jest zaprawione jakąś dziwną,
subtelną goryczą: gdybyż tak, jak przyrodę, umiał okiełznać
siebie! Czemuż to głodnej duszy nie zaspokoją materialne
konkwisty? Jakiż to oścień nieubłagany z wymiaru materii pcha
w wymiar ducha? Czemuż to człowiek, żywy człowiek, w technice
zmieścić się nie może? Chyba że hipertrofia materii –
choroba dziś nagminna – spowoduje atrofię ducha i stan tępej
wegetacji, która tylko na skutek taniego eufemizmu zowie się: życie.
Tak żyją dziś, nie żyjąc, miliony.
*
* *
Mówi się dziś tylko o paradoksach chrześcijaństwa. Czemuż zapomina się
dodać, że sam człowiek jest paradoksem, na krzyż rozpiętym,
przygwożdżonym do przecznic materii i ducha, przeciwnych sobie i
zaślubionych na wieki w jego własnym, ludzkim sercu? Równowaga
niewygodna i trudna między kosmosem nieobeszłym i
pozaprzestrzennym, duchowym wymiarem! Jakżeż łatwo o pokusę
abdykacji i sztucznych uproszczeń! Zaiste, na to, żeby być człowiekiem,
ni więcej, ni mniej, potrzeba mocy ponadludzkich. Potrzeba bodźca,
który by usprawnił wolę. Potrzeba światła, które by rozjaśniło
umysł. Potrzeba spokojnej siły, która by w ryzach trzymała
zaprzęg niesforny, równoważąc materię duchem, wcielając
ducha w materię. Potrzeba łaski.
Jednym z najpospolitszych zarzutów, wytaczanych przeciw chrześcijaństwu,
jest jego zaświatowość, nieżyciowość i niewspołmierność z
ludzką naturą. I niewątpliwie, byli i są chrześcijanie, co w
najlepszej nieraz intencji prowokują i motywują podobne zarzuty.
I tak na przykład zwalczając materializm, zbyt łatwo zapominają,
iż człowiek nie jest czystym duchem i że warunkiem nieodzownym,
prawem kardynalnym wszelkich duchowych postępów jest stare,
scholastyczne habeas corpus. Że więc warunki materialne,
warunki ekonomiczne nie są bez wpływu, i to istotnego na sferę
duchową. Ale wyjątki potwierdzają tylko regułę. Od dwu tysięcy
lat chrześcijaństwo walczy na dwu frontach: z tymi, co negują
ducha, i z tymi, co negują materię. Walczy o człowieka, o całego
człowieka. I ci, co je zwalczają, mają zawsze na swoim koncie
abdykację z takiego czy innego aspektu prawdy człowieczej: bronią
przeciw chrześcijaństwu człowieka pomniejszonego,
zredukowanego, uproszczonego.
Abstrahujmy na chwilę od zagadnienia, kto ma rację. Chrześcijaństwo czy
też ideologie mu przeciwne. To pewne, że w perspektywie innych
doktryn człowiekowi czegoś brak. Wtłoczono go w formułkę nie
bacząc, czy się w niej mieści. Stąd o krok od stwierdzenia, że
części wystające są zbędne! Prokrust chciał mieć ludzi na
miarę i wcale się tym nie martwił, że trzeba ich było na miarę
przycisnąć. Przyznajmy nawet, że miał swoją, techniczną rację.
Pomyślmy jeno, jakby uprościło się życie, gdyby wszyscy
ludzie byli tej samej miary, fizycznej i duchowej. Cóż za triumf
dla kalkulacji! Jakie uproszczenie techniczne!
Lecz życie kpi sobie z marzeń specjalistów, urzeczonych kategoriami ilościowymi.
Każde nowo narodzone dziecko jest rekordem jakości. Papier
cierpliwy spiętrza cyfry, ale przyroda nie zna dwóch zjawisk
identycznych. Wiedza najściślejsza opiera się na postulatach,
które są aktami wiary; posługuje się uproszczeniami
kwantytawnymi, które świadomie (lub nieświadomie) pozostawiają
całe bezmiary w cieniu tajemnicy. Nie wie o tym technika (lub
wiedzieć nie chce), lecz zapytajmy wielkiego matematyka czy
przyrodnika o gwarancję praw, które wyznaje i głosi. Dowiemy się,
że każda cyfra jest znakiem umownym i że między prawem
fizycznym a przyrodą, z której je wyłuskano, istnieje zawsze głęboka
i subtelna rysa, tak niemożliwa do przeskoczenia jak limes
matematyczny. Niestety, nie każdy technik jest uczonym trzymającym
dłoń na tajemniczym tętnie przyrody. Nie każdy technik wie, iż
prawa, którymi się posługuje, pozostawiają poza swym zasięgiem
całe sfery zjawisk, na pozór nimi objętych, i że jakość nie
da się zredukować do ilościowych kategorii. Stąd tak dziś
nagminna pseudonaukowa buta, legitymująca się rekordami
technicznymi. Stąd też zwyczaj traktowania zjawisk najbardziej
zróżnicowanych seryjnie, pod strychulec, miernikami
statystycznymi. Nie oskarżajmy tylko marksizmu o mechanizację życia!
Podobne i może cięższe grzechy ma na swym sumieniu kapitalizm,
tym winniejszy, iż obłudny. Gdyż marksizm postępuje w myśl
doktryny, jaką głosi, zaś kapitalizm nazbyt często podszywa się
pod płaszczyk ideologii, potępiających wręcz nadużywanie
godności człowieka-jednostki, na rzecz anonimowej masy. Wiemy coś
niecoś o flirtach kapitalizmu z chrześcijaństwem!
Lecz życie idzie swoją drogi nie zbacza ani na prawo, ani na lewo. Każdy
nowy dzień jest fajerwerkiem niewiadomych. Każdy nowy człowiek
jest tajemnicą. I cóż, że podpatrzymy w nim szereg mechanizmów,
że wyłuskamy zeń szereg praw?
Dusza nie da się zamknąć w formułkę. Nawet strącona w loch grobowy
grozi zmartwychwstaniem. Oplwana, zdradzona, do krzyża przykuta,
póki tchu, póki życia, świadczy.
Komu? Temu, czyj obraz nosi w sobie, na wieki niestarty.
Są dziś nawet wśród chrześcijan tacy, co chcieliby ,,oswoić”
Ewangelię, złagodzić jej ostre kontury, dopasować do króciutkich
poglądów i wymagań współczesnego człowieka. Łatwiej
przedzierzgnęliby lwa w baranka! Gdyż Ewangelia to niełatwa
rzecz! Niełatwa i nieprosta! I jednocześnie najłatwiejsza i
najprostsza pod słońcem. Gdyż jest ni mniej, ni więcej na miarę
człowieka, tego chodzącego paradoksu. Chrześcijaństwo jest łatwe,
gdyż dusza ludzka jest naturaliter christiana – z
przyrodzenia chrześcijańska. I chrześcijaństwo jest trudne,
gdyż trudno, bardzo trudno być człowiekiem. Tak trudno, że
tylko Bóg zrealizował go w pełni, raz na zawsze, w Tym, co zwał
siebie ,,Synem Człowieczym” (a dźwięczy w tych słowach jakby
duma utajona, iż oto przecież raz wreszcie intencja Boża,
zdradzona w pierwszych rodzicach, wypełniła się bez reszty i
stworzenie znalazło w człowieku swego Króla i Kapłana). I odtąd,
co trudne, stało się łatwe, gdyż chrześcijanin ma w każdej
chwili do swej dyspozycji, w zasięgu dłoni, bezmierne bogactwa
Chrystusowe, o których z takim zachwytem prawi święty Paweł.
Chrześcijaństwo jest paradoksem, gdyż człowiek jest paradoksem, a chrześcijaństwo
jest na miarę człowieka. Nim na Golgocie, w średzinie wieków
stanął Krzyż, już człowiek krzyżem się legitymował. Duch
przecięty materią, materia przecięta duchem na krzyż, w
trudnym, tragicznym i twórczym napięciu: oto człowiek. I
Chrystus, przygważdżając go w sobie na wieki do nikczemnych
bierwion, nie uprościł go, lecz uświęcił. Nie rozwiązał
paradoksu, lecz zaostrzył go nieskończenie, wykazując
namacalnie, że Doskonałym Człowiekiem potrafił być tylko Bóg,
że zatem i w nas tyle człowieka, ile Boga. Błogosławiony
paradoks, który skłonił Stwórcę do tak nierozerwalnych ślubów
ze stworzeniem!
Prawdy te winny wśród nas żyć i działać, gdyż. nigdy w dziejach godność
człowiecza nie była tak zagrożona, jak dziś. Nawet wśród
chrześcijan. Dewaluacja człowieka jest faktem tak generalnym, że
nawet w naszej świadomości staniał on i znikczemniał. Wiele
dziś mówi o humanizmie, ale na opak, jakby nie wiedząc, co słowo
to znaczy. Szeleszczą słowa w przetakach prasy, wyprute z treści
jak plewy jałowe. Któż im przywróci zdradzony sens, jeśli nie
my, chrześcijanie, co wiemy, iż Słowo stało się Ciałem?
Humanizm idących czasów winien zrehabilitować człowieka,
przywrócić mu straconą cześć, przyjąć go takim, jakim jest,
jako równanie, w którym cyfry wiadome krzyżują się z
niewiadomymi, których klucz zawarował sobie Człowiek-Bóg.
Sfinks Norwidowy nauczył się wiele od czasów Edypa: przez Areopag
przeszedł Paweł święty. I cóż, że wyśmiała go zrazu mądrość
helleńska? Że w ów dzień pamiętny odprawiła go z kwitkiem?
,,Będziemy cię o tym słuchać innym razem”. Apostoł Narodów
wziął ją za słowo. Przyszedł taki dzień, gdy zaczęła słuchać
na klęczkach. Przyjmując zgorszenie krzyża, pojęła w nagłym
olśnieniu, że Ewangelia nie przeczy jej, lecz ją dopełnia i tłumaczy.
I dlatego Sfinks Norwidowy wymaga więcej, ostrzej sądzi. By
,,przemknąć żywym”, na pytanie: ,,Co to człowiek?” Aż
takiej trzeba odpowiedzi: Człowiek? To kapłan bezwiedny i
niedojrzały... Genialnym skrótem Norwid ujął samo jądro
zagadnienia. Czymżesz jest kapłan – pontifex – jak
nie mostem rzuconym między niebem i ziemią? Wiemy wszelako, że
u Norwida ,,most staje się krzyżem”. Jeden Chrystus, przez
krzyż złączył niebo z ziemią, stał się mostem. W Jego kapłaństwie
wszyscy uczestniczymy, wszyscy, cośmy znaczeni Jego znakiem: lecz
jakżeż bezwiednie i niedojrzale!
Maria WINOWSKA
Maria Winowska
(1904-1993), z wykształcenia filozof i teolog, absolwenta
Uniwersytetu Lwowskiego (1927), podczas II wojny światowej
aktywna uczestniczka polskiego Ruchu Oporu, po wojnie zaś
organizacji niepodległościowych, była jedną z
najwybitniejszych przedstawicielek polskiej emigracji. Opublikowała
wiele książek w języku polskim i francuskim, m.in. „Prawdziwe
oblicze Ojca Pio, kapłana i apostoła” (1955), „Papież
Epifanii. Paweł VI” (1970), „Sekret Maksymiliana Kolbego”
(1971), „Prawo do Miłosierdzia. Posłannictwo Siostry
Faustyny” (1974), „Jan Paweł II, Cały dla Wszystkich”
(1979). W 1950 roku otrzymała Nagrodę Akademii Francuskiej za
książkę „Le Fou de Notre-Dame”. Prezentowany szkic ukazał
się w „Naszej Rodzinie” 4 (451) 1982, s. 16-19.
|

Na
zdjęciu:
Krzyż
((Paryż,
1999)
Fot.
Michael
Wittbrot
|