"Mam za mało czasu, żeby się zastanawiać, czy jestem szczęśliwy..."

 

Z Markiem KOTAŃSKIM, twórcą największej w Europie pozarządowej organizacji charytatywnej, rozmawia Andrzej Niewinny DOBROWOLSKI


Marek Kotański. Urodził się w 1942 roku, psycholog terapeuta, od 1968 związany z ruchem antyalkoholowym; członek Społ. Komitetu Antyalkoholowego; 1978 zorganizował Ośrodek Resocjalizacji Narkomanów w Głoskowie; 1981 zorganizował Młodzieżowy Ruch na Rzecz Przeciwdziałania Narkomanii „Monar” (od 1982 jego przewodniczący); od 1990 członek-założyciel Stowarzyszenia Solidarni wobec AIDS-PLUS; organizował liczne akcje charytatywne, m.in. Łańcuch czystych serc, Maraton nadziei; autor książki „Ty zaraziłeś ich narkomanią” (1982).

- Jak to jest być Kotańskim? 

- Pyta pan o megalomanię?  

- Nie, pytam o Kotańskiego, człowieka na co dzień. 

- Trudne pytanie. Ma pan jakiś inny zestaw?  

- Czy skromność może być twarzą megalomanii? 

- Widzę, że się pan uparł. Nie, nie uważam się za megalomana.

- Dobrze, porozmawiajmy poważnie. Czy ciężar tego wszystkiego, co powstało z pańskiej myśli, daje się unieść na barkach takiego... chm... po prostu swojaka, pana Marka? 

- Nie uważam efektów mojej działalności za ciężar. Wręcz przeciwnie: Są one ogromnym źródłem energii, samonapędzającym się perpetuum mobile. Dzięki nim mam siłę podtrzymywać to, co stworzyłem i planować kolejne przedsięwzięcia.  

- Ja pytam o Kotańskiego Marka, a pan mi odpowiada jak Kotański Instytucja. 

- Bo to jedno i to samo.  

- Jak to? Nie bywa pan nigdy takim facetem, co to przyszedł z pracy, wziął prysznic, założył kapcie i do ósmej rano następnego dnia ma wolne od roboty? 

- Nie, bo ja nie pracuję. Nie da się oddzielać od czegoś, co nie wiąże. Czas wolny ma się tylko wtedy, kiedy się pracuje.  

- I uważa się pan w tym wszystkim za człowieka szczęśliwego?

- Nie. Nie jestem szczęśliwy. 

- Chwileczkę, chwileczkę. Siedzi tu przede mną rozparty w fotelu typowy ekstrawertyczny pyknik z przepisowym brzuszkiem, łysiną i pogodną, uładzoną sympatią do otoczenia twarzą, który próbuje mi wmówić, że uważa się za nieszczęśliwca. Coś mi tu nie gra. Czy mógłbym prosić o wyjaśnienie owej niezborności słów i obrazu?

- Nie czuję się szczęśliwym z racji tego, czego nie udało mi się spełnić. Zachęcając wielu do lepszego życia, ciągną sie za mną tragedie tych, którym nie udało się przyjąć podanej ręki. Albo którzy mnie w tę rękę mniej lub bardziej dotkliwie ukąsali. W moim być może przeidealizowanym nieco pojęciu szczęścia, ten szczegół mąci go dość skutecznie. Ale wie pan tak naprawdę, to ja nie mam za wiele czasu, żeby się zastanawiać nad tego typu sprawami.

- Zapisuję, co pan mówi. Choć nie pasuje mi to znów do pięćdziesięciu skórzanych kurtek, które pan podobno uzbierał.

- Nie rozumiem, jaki to ma związek ze szczęściem... 

- No właśnie. Ja też nie. Jak pan znosi podróże morskie?  

- Doskonale, pod warunkiem, że nie huśta, tak jak teraz. Daleko jeszcze do tej Szwecji?  

- Za półtorej godziny będziemy u brzegu. Czy oprócz uczestnictwa w balu na cele charytatywne ma pan tutaj jeszcze coś do załatwienia? 

- Chciałbym się rozejrzeć w możliwościach domeblowania swoich 157 domów. Tutaj podobno wyrzuca się sporo sprzętu, który nam mógłby z powodzeniem służyć. A sytuację mamy pod tym względem bardzo niezadowalającą. Nie miałby pan jakiegoś pomysłu?  

- No rzeczywiście widzę, że Kotański Marek i Instytucja to jedno, ale ja, jeśli można, chciałbym o Marku. Można? 

- Proszę, niech pan pyta.  

- Wspomniał pan o tych, którym nie udało się podążyć wyznaczaną przez pana ścieżką, burzących satysfakcję, sprawiających, że czuje się pan nieszczęśliwy. Gdzie szuka pan wsparcia w chwilach, kiedy bywa najciężej? 

- Zwracam się do Jezusa. Proszę go o pomoc.  

- I co? 

- I zwykle otrzymuję.  

- A mogę się dowiedzieć, jak pan to robi? 

- No mówię: zwracam się o pomoc. Modlę się. Konwencjonalnie, jak nauczono mnie w domu, ale również bardziej po przyjacielsku, bezpośrednio do Jezusa. Pytam, co uważa, że powinienem zrobić w jakiejś konkretnej sprawie, jak postąpić, jaką podjąć decyzję i radę taką otrzymuję. Nie wiem, czy to głosem jakimś wewnętrznym, czy po prostu nagle wiem, w każdym razie otrzymuję pomoc.  

- Wygodnie. A mimo to jest pan nieszczęśliwy. 

- Ale się pan przypiął. Nie ma pan konkretniejszych pytań? Mówił pan, że niedługo dopływamy. A w sprawie tych mebli, to wie pan co...?  

- Nie uważa pan, że ktoś, kto zrobił tyle dobrego dla innych, powinien dostać jakąś nagrodę? Na przykład powiedzmy Nobla? 

- Jasne, że uważam. I mam nadzieję, że dostanę. Nadałoby to wiatru w żagle wszystkim moim formom działalności. Wy, mieszkający tutaj Polacy, moglibyście od czasu do czasu wspomnieć Szwedom o Monarze. Wiedzą wprawdzie o nas, ale mogliby wiedzieć więcej. Już teraz na przykład moglibyśmy im pomóc w leczeniu uzależnionych, przyjmując jakieś grupy do siebie. Pomijając skuteczność, wiem, że cena przywracania ich społeczeństwu jest na Zachodzie znacznie wyższa. A jeśli chodzi o meb...  

- Za niespełna tydzień rozpoczyna pan gospodarzenie programowi "Porozmawiajamy" nadawanemu za pośrednictwem TV Polonia. Czy będzie pan próbował wykorzystać tę możliwość do zainteresowania Polonusów sprawą Ruchu Czystych Serc, akcji Daj Siebie Innym czy kiełkującą ideą Klubów Czystych Serc mających zastąpić wcześniejsze, sprawdzone i wypróbowane w upowszechnianiu kultury domy kultury?
 

- Ton rozmów w programie Porozmawiajmy nadają telefonujący do studia widzowie. Słyszałem, że kiedyś pierwszy z rozmówców pani Kownackiej, opanowawszy chwilowo czkawkę, miał ponoć przed odłożeniem słuchawki zaproponować zmianę tytułu audycji: „Ten program, kurna, to powinien się nazywać nie 'porozmawiajmy', a 'ponarzekajmy'„. Oczywiście, chciałbym, żeby było ciekawie, a jak będzie, zobaczymy. Zapraszam do udziału 15 lutego.  

- Wiem, że pośród dwunastu tysięcy ludzi objętych z pańskiej przyczyny różnymi formami pomocy i opieki, znaleźć można przedstawicieli prawie wszystkich kręgów społecznych, poziomów wykształcenia, rodzajów zainteresowań. Są wśród nich lekarze, prawnicy, pielęgniarki, inżynierowie budownictwa i kto tam jeszcze, listę można ułożyć długą i interesującą. Czy myśli pan, że przeciętny człowiek zdaje sobie z tego sprawę? Czy nie ulegamy czasem schematowi myśleniowej papki, że bezdomny, narkoman lub alkoholik to lump, nierób, menel, obibok zapędzony w kozi róg egzystencji na własne i prywatne życzenie? 

- Oczywiście jest, jak pan mówi. I o tym, jeśli będę miał okazję, chciałbym również rodakom rozsianym po świecie wspomnieć. Lecz przede wszystkim zaproponować pomoc, bo często wbrew pozostałemu jeszcze po okresie paczek z Ameryki przekonaniu, społeczeństwa polonijnego nie trapią tylko i wyłącznie egzotyczne problemy rozwiązywane w cieniu palm na tarasach luksusowych willi, ale w wielu przypadkach są one takie same jak te, z którymi spotykamy się na co dzień tu, pomiędzy Gdynią a Zakopanem. A z nimi udaje się nam niekiedy dość dobrze radzić. W wielu przypadkach lepiej niż gdzie indziej.  

- Powodzenia na antenie. 

- Dziękuję.  

- Dochodzi pan sześćdziesiątki. Kiedy emerytura? 

- Chm... Mój ojciec, zawodowo zajmujący się japonistyką, ma osiemdziesiąt siedem lat i właśnie wziął się za naukę kolejnego, piętnastego języka obcego. W naszej rodzinie, jak pan widzi... yyy... przepraszam, bo zapomniałem. O co pan pytał?  

- O gołębie. Podobno w domu, prywatnie, oprócz dziewięciu labradorów i jednego yorka przyjaźni się pan z czterdziestoma pocztowymi gołębiami. Psy rozumiem, ale gołębie...? 

- Ptaki, to moja ogromna radość.  

- Siedzi pan sobie i przygląda się im? 

- Najpiękniejsze są w locie. Nie poddane niczyjej woli, lecą, krążą, dumne, wielkie w swej niezależności.  

- A najpiękniejsze kiedy są? 

- Najpiękniejsze? Kiedy wywożę je gdzieś daleko, hen, w bezdroża, gubię im całkowicie cel z oczu, potem wyjmuję ostrożnie z ciasnych klatek, podrzucam w górę i mówię: „Oddaję wam wolność! Lećcie! Dokąd chcecie! Białołęka, Marywilska 44!”  

-  Dziękuję za rozmowę. 

- Co...? O, przepraszam. Rozmarzyłem się nieco. Czyżbyśmy zaraz mieli dobijać?  

***

Dwa dni później zatelefonowałem na komórkę Marka Kotańskiego (+48 601 411 989), chcąc się dowiedzieć, jak balował:  

- Wspaniale. Zebraliśmy około 20 tysięcy złotych, które w całości przeznaczamy na wyposażenie domu dla polonijnej młodzieży z południowej Szwecji.  

- To jednak istnieje potrzeba? 

- I to ogromna. Powiedziano mi - a rozmawiałem również z przyszłymi gośćmi - że formy pomocy dostępne dla ogółu są zdecydowanie niezadowalające, nieskuteczne, znikome, żeby nie powiedzieć wręcz żadne.  

- Czy mam rozumieć, że Polacy mieszkający także w innych krajach mogą się z Panem kontaktować w sprawie ewentualnej pomocy dla uzależnionych? 

- Oczywiście. Bezpośrednio na mój numer telefonu komórkowego. 

- A meble? 

- Zaczynamy od elegancji. Konsul Generalny z Malmoe, przeuroczy mój imiennik, pan Marek Bykowski, obiecał do tworzonego domu dla młodzieży polonijnej oddać swoje.  

14-5-1.jpg (13913 Byte)
Na zdjęciu:

"Bez tytułu"
(Bretania, 2000)

Fot. Michael Wittbrot

.