
|
Na
rozdrożu
Z
Pawłem JOCZEM rozmawia Marek WITTBROT
Paweł
Jocz. Urodził się w 1943 roku w Wilnie. Rzeźbiarz, malarz i
rysownik. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Po raz
pierwszy pokazał swoje prace w 1967 roku w Sztokholmie. Wystawiał
w wielu krajach Europy, uczestniczył w ponad pięćdziesięciu
indywidualnych wystawach. Jest autorem monumentalnym rzeźb
„Solidarność ludów” (Wielsbeke w Belgii) oraz
„Elewacja” i „Chmura poety” (na obrzeżach Paryża). Jego
prace znajdują się w siedzibie Polskiej Akademii Nauk w Paryżu
i Bibliotece Polskiej na Wyspie św. Ludwika. Robił ilustracje do
książek, a także pisał teksty poświęcone sztuce współczesnej.
W 1988 roku ukazał się album
„Paweł Jocz” wydany przez Museum de Metzhuius w Wielsbeke, który
traktuje w sposób retrospektywny na temat twórczości
malarskiej, rzeźbiarskiej i rysunkowej. W 1999 ukazały się dwa
albumy: „Paweł Jocz -
twórczość“ i „Wanted - rysunek”. Od 1967 roku mieszka we
Francji. Rozmowy z Pawłem Joczem były publikowane w numerach 1,
3, 5 i 7 „Recogito”.
- Jak doszło do pierwszej Twojej wystawy w sztokholmskiej „Söder
Galery”?
- w 1968 roku , czyli 22 lata po
wojnie, 19 lat po słynnym „3 x tak”, które rzuciły całą
Polskę na kolana i 11 lat po polskim październiku, kiedy Gomułka
doszedł do władzy, atmosfera stawała się coraz bardziej napięta.
Na ulicach i w kawiarniach, szczególnie przy kioskach z piwem,
spotykało się „naturalnie” zepchniętych na margines ludzi,
którzy pod wpływem presji czasu wojny i komuny próbowali
zrozumieć swoje nieszczęście.
Pamiętam naprzeciwko Akademii Sztuk
Pięknych malarza, który dostał się w czasie wojny na Syberię.
Zesłano go tam w 1939 roku wraz z rodzicami. Z Syberii do oddziału
sowieckiego, jako dziecko pułku, przewędrował z armią radziecką
do Berlina. Ów malarz w pijanym szoku w przepiękny sposób
deklamował wiersze Lermontowa, Puszkina, Achmatowej, a jednocześnie
przeklinał świat i rzeczywistość, którą przeżył. Nie pamiętam
jego imienia. Pił tak, że prawdopodobnie się zapił. Z przejęciem
wsłuchiwałem się w stacatto rytmu wierszy deklamowanych pięknym
i uduchowionym głosem. Wszystko działo się w środku Warszawy
– niepojętej w swoim odrodzeniu, w swojej rehabilitacji, w
swoim powstawaniu z gruzów. Warszawa tych lat była ruchliwa i
poszukująca intelektualnych rozwiązań dla swego czasu. Zajścia
lat pięćdziesiątych w Pałacu Kultury i na Uniwersytecie
Warszawskim żyły w wyobraźni mojego pokolenia, dwudziestolatków,
którzy rozpoczynali studia. Warszawa była jeszcze pełna ran i
kikutów nie odbudowanych domów. Na murach często można było
zobaczyć ślady karabinowych serii, które być może przecięły
czyjeś życie. Była to Warszawa pokolenia Bratnego...
- ...pokolenia Kolumbów.
- Pokolenia, które powolutku zaczęło
odwracać się plecami – idąc w kierunku zapomnienia. Była to
Warszawa prób zmiany w ekspresji, w wyrazie partii rządzącej
czasu powstania poprawy socjalizmu w Polsce, Warszawa Kuronia i
Modzelewskiego, czasu rozbudowujących się frakcji partyjnych, z
których każda chciała chwycić za ster władzy. Z perspektywy
czasu można zapytać tylko, jak frakcja, która doszłaby do władzy,
ustosunkowałaby się do naszego przyjaciela – z wyboru i
przymusu. Ale to inna sprawa. Można by to zostawić teoretykom i
historykom. Była to Warszawa wspaniałych teatrów, muzyki,
kultury, która wprost wyciekała z tego społeczeństwa. Broniło
się ono z hańby kultura, której zmiażdżenie było
najtrudniejszym zadaniem. Kultura miała służyć partii i
poprzez swoją działalność w niej przeinaczyć należało sposób
myślenia żyjące wciąż silne pragnienie wolności. Jest to
okres fenomenalnych zarobków plastyków czy pisarzy idących na
współpracę z reżimem. Za wykonanie napisu na 1-Maja
„Proletariusze wszystkich krajów łączcie się” można było
żyć cały rok.
- Co pozostało społeczeństwu?
-
W tych warunkach politycznych pozostało... Akademia Sztuk Pięknych,
w której studiowałem była jednym z azylów, może nie w stu
procentach, a w wolności, która z upływem czasu szybko zaczęła
się ograniczać.
- To ograniczenie doprowadziło do
wyjazdu?
- Atmosfera i program artystyczny szkoły
był chyba jednym z najlepszych na świecie.
I w tej atmosferze studiowałem i uczyłem się patrzeć na
świat, na ten mikrokosmos, który niebawem, z upływem czasu
zaczynał mnie coraz bardziej dusić. Sytuacja polityczna świata
i coraz większych problemów ekonomicznych Polski i frakcji
politycznych zaczął powodować zaciskanie obroży dookoła szyi.
Już nie tylko społeczeństwo było winne, ale sami komuniści
szukali wśród swoich win i wypaczeń.
- Jak w przykładu Minca...
-
... który uciekł do Albanii jako komunista. Na Uniersytecie oprócz
zaostrzających się dyskusji różnej natury, między innymi
filozoficzno-politycznej każdy gest, objawy jakiejkolwiek niezależności
myślenia lub – co nie daj Boże – działania powodowały
aresztowania lub represje. Na przykład Holland wyskoczył przez
okno czy też wyrzucono go przez okno. Uwięzienie Kuronia i
Modzelewskiego. Aresztowanie twórcy opozycji Karola Głogowskiego
w Łodzi. I inne aresztowania na terenie całej Polski. Polska
stawała się powolutku beczką trotylu, którą komuna musiała
unieszkodliwić.
-
W tej sytuacji opuszczałeś Polskę.
- Klub, który prowadziłem w ASP w
W-wie, który miał chytrze na celu dyskusję nad procesem kreacji
trzech środowisk twórczych, coraz bardziej był otoczony
facetami w kapeluszach. W tym czasie kilku młodszych kolegów
zostało zawieszonych w czynnościach studentów za domalowanie na
portrecie zamieszczonym w „Trybunie Ludu” włosów tow.
Leninowi. Ten w rzeczywistości żacki dowcip o mały włos nie
zniszczył życia dziesięciu młodym ludziom, którym wyrzucenie
z Akademii, co żądano ze strony władz partyjnych zamieniono dzięki
rektorowi Marianowi Wnukowi i kilku odważnym profesorom na roczne
zawieszenie. Można sobie wyobrazić gwałt i siłę i penetrację
władzy we wszystkie domeny życia w całej Polsce. Gdzie Warszawa
mimo wszystko była w stosunku do prowincji miastem bardziej
wolnym od pozostałych. Obszar
bandytyzmu i złej woli powiększał się. ZSP, od 1956 roku
organizacja niezawisła, coraz bardziej stawał się organizmem na
pasku partii. W istocie, w konsekwencji zrzeszeniem
Socjalistycznej młodzieży polskiej. Millenium chrześcijaństwa
polskiego spowodowało otwarty konflikt pomiędzy państwem a Kościołem.
Ale i również między frakcjami, które miały różne opinie i
różnie widziały swoje dojście do władzy. O tym wszystkim
wiedziało społeczeństwo i zdawało sobie sprawę, że atmosfera
prowadzi do konfrontacji z reżimem.
Inicjatywa
Kościoła doprowadziła do wstrząsu. Władza nie wiedziała, co
zrobić, czy aresztować biskupów, czy też nie... Kto miał ich
aresztować? Tow. Mieczysław Moczar? Przecież prasa wystąpienie
Kościoła nazwała zdradą stanu. Była to zatem walka o władzę.
Tą truciznę musiał wypić Gomułka, który w tej sytuacji zaczął
się gubić. Tak minął kolejny rok, a rok następny przyniósł
nowy problem. Rok później wojna Jom Kipur stała się dla władzy
tym, o co można było zaczepić.
- Ty uniknąłeś konfrontacji.
- Nie mogłem tego przewidzieć. Do ważnych
faktów należy dołączyć konflikt na Uniwersytecie Warszawskim.
Myślę tu o prof. Leszku Kołakowskim.
W takich warunkach zbliżałem się do
swojej „planowanej” wycieczki na Zachód.
Do Szwecji zaprosili mnie, profesorka
Ludowej Szkoły Plastycznej Gunilla Wikasmann z miejscowości
Lexand, położonej na północ od Sztokholmu . To już było w kręgu
polarnym. Pewnego dnia, na początku czerwca, ojciec odwiózł
mnie do Szczecina, na prom pasażerski, który zawiózł mnie do
Malmø i stamtąd koleją do Sztokholmu, w którym spędziłem
kilka dni – u znajmoych moich znajomych z Polski, po czym udałem
się do Lexand. Znalazłem się w krainie, która po części
przypominała Pojezierze Mazurskie, ze względu na okoliczne
jeziora – czyste i wspaniałe. I tam, po spędzeniu kilku dni, w
sztokholmie, nawiązałem kontakt z panem Ika Sanstrom, który był
dyrektorem Söder Galery, który chętnie zgodził się wystawić
mnie, gdy pokazałem mu zdjęcia swoich prac z roku 1967.
-
Jak podobał Ci się Sztokholm?
- Wstrząs, którego doznałem,
nie dotyczył architektury, którą w końcu znałem z wykładów
architektury i z pism architektonicznych. Wstrząs mój dotyczył
ludzi.
-
Ich sposobu zachowania?
- Czułem się wtłoczony w jakiś
inny świat, w którym nie było zawiści ani strachu. Był to świat
zadumy, frustracji, zapatrzenia się w siebie. Świat pogody, mimo
wszystko, w porównaniu z tym światem, który pozostawiłem za
sobą. W tamtym momencie powtarzałem, że jestem w wolnym kraju.
A jednocześnie drugie moje ja nakazywało mi bać się, być
zatajonym, uważać na swoje kroki, bo mogłem być podglądany,
podpatrywany czy kontrolowany. Ten świat schizofrenii, który
wydawał się prostym w świecie, w którym żyłem, który był
naturalnym światem, światem gry w chowanego. Czy światem, z którym
umiałem się porozumiewać tylko językiem kodu. Czy światem, w
którym można było mówić wszystko bardzo długo o niczym. Było
to znakomite gimnazjum i studium dla wszystkich tych, którzy
pomimo wszystko chcieli zachować swoją niezależność. Tamten
świat narastał bardziej niż spodziewałem się w mojej wyobraźni
w miarę oddalania się od Polski. Żyła we mnie – powiedziałbym
– pewnego rodzaju duma i mocna chęć obrony tamtej rzeczywistości
pomimo oczywistego negatywnego stosunku do niej. Ten świat w
zderzeniu ze światem Szwecji, w której nie było wojny od dwustu
lat, był światem nieprawdopodobnym, nie mogącym w żadnym
wypadku dać się porównać z jakiejkolwiek strony. Polskie płoty
poprzewracane w miastach czy eleganckie domy, od okresu wojny nie
remontowane czy pokiereszowane i rzeczywistość nadzwyczajnego
porządku, szwedzkiej fizycznej czystości i jałowości prawie,
na co dzień w żadnym wypadku nie był do skonfrontowania.
Chociaż konfrontacja musiała gdzieś
nastąpić. A ta mogła tylko rozpocząć się w płaszczyźnie
wymiany poglądów z ludźmi.
- Jak długo trwał wstrząs?
- Moja znajomość angielskiego na
samym początku była raczej bierna. Wiem tylko, że miałem wiele
pretensji do historii, która dla Szwedów nie była problemem,
ponieważ ich nie dotyczyła, ani nie była tak żmudna i
dramatyczna, jak polska w tym pokoleniu, które ja reprezentowałem.
Były to rozmowy rozżalonego dziecka, z dopiero co poznaną ciocią,
która nie interesowła się przeszłością moich przeżyć
historycznych czy rzeczywistych poza płaszczyzną praktycznej
pomocy. W tych warunkach zaproponowano mi pracę nauczyciela
plastyki w Lexand.
- Przyjąłeś propozycję?
-
Zamieszkałem w specjalnie oddanym dla mnie domku, w którym sprzęt
kuchenny, wykonywany w winoksie, był wprost cudem techniki w porównaniu
z tym, co było w Polsce. Również nie mogłem zrozumieć
prohibicji szwedzkiej. Po kilku tygodniach pracy już rozpoczynającej
jesieni pojechałem do Sztokholmu, gdzie odwiedzając galerię,
dowiedziałem się amerykański malarz, reprezentujący Flawer
Power, odmówił wystawy, i właściciel galerii zaproponował mi
wystawę w miesiącu listopadzie.
- I w ten sposób doszło do pierwszej
wystawy...
- I w ten sposób zakończyło się
zwiedzanie Szwecji, a rozpoczęła intensywna praca w
przygotowaniu do wystawy, w Söder Galery, w dzielnicy Maria
Toried. I dlatego może ta Szwecja to jak mgła...
- Z pracy w szkole zrezygnowałeś?
-
Pracowałem tam do czasu wystawy. Zamieszałem u przyjaciół. A
potem zamieszkałem w przykościelnym domu, w zamian za sprzątanie,
czyszczenie, wkręcanie żarówek. Pomagałem i dorabiałem w sprzątaniu
sklepów. Jednocześnie intensywnie pracowałem. Zupełnie nie miałem
czasu na Sztokholm. Owocem tej pracy była wystawa i krótki
artykuł w „Svenska Dags Blade” oraz kolejna zbiorowa wystawa
sztuki nowoczesnej. W ten sposób dobiegała końca moja wizyta w
Szwecji.
- Jak długo trwał pobyt w Szwecji?
- Pięć miesięcy. Pod koniec
listopada, z grupą Francuzów pracujących w Szwecji, z wizą
francuską w kieszeni udałem się do Francji.
- Ze Sztokholmu pojechałeś do Paryża?
-
W trakcie podróży zatrzymaliśmy się w Kopenhadze i Hamburgu,
gdzie z kuflem piwa w dłoni poznawaliśmy ciekawszą, zabawną część
Europy. Rzeczywistym spotkaniem z Zachodem – już obmyty wodą
szwedzką – był dla mnie Paryż. Stał się on tym prawdziwym,
bo najbliższym kulturowo miejscem, w którym mogłem przeprowadzić
pierwsze porównanie Zachodu i Wschodu.
- Wypadło ono na niekorzyść
Wschodu.
- Trudno mówić z perspektywy czasu
jak naprawdę patrzyłem na Zachód. Niemniej jakaś ogólna
impresja z tego spotkania pozostała. Zasadniczym podziałem była
niewola jednego i wolność drugiego świata i straszliwy, żelazny,
nikczemny, straszący drutami kolczastymi, ogniem i bagnetami mur,
który miałem poznać dopiero później, jeżdżąc do Berlina i
z powrotem. Był to czas, gdy Europa nie zdążyła zaleczyć
swoich ran. Rany były bolesne, ale jednak nieporównywalne, jeśli
chodzi o tych, którzy żyli po wschodniej stronie. I nie tylko,
że wykrwawili się w czasie wojny, ale spychano całą ich postawę
intelektualną do poziomu niewolnictwa.
- Wigilię 1967 roku przeżyłeś w
Paryżu?
- Do Paryża dojechałem gdzieś 18
czy 19 grudnia 1967 roku. Miałem jeszcze czas wybrać się na
Pigale... Zatrzymałem się u koleżanki Pascale Berger, którą
poznałem jeszcze w Polsce i która zaprosiła mnie do Anoney w
departamencie Ardèche. W ten sposób zamiast zupy grzybowej
dostąpiłem do wieczerzy wigilijnej pałaszując po raz pierwszy
ostrygi.
- Jak długo pozostałeś nad Sekwaną?
- Po jedenastu miesiącach
pobytu we Francji, w której miałem dwie wystawy indywidualne,
powróciłem do Polski.
Boulogne,
listopad 2000
|

Na zdjęciu:
Paweł
Jocz
(Boulogne,
1993)
Fot.
Marek Wittbrot
|