CZTERNAŚCIE STACJI


Smutny widok strasznego pogorzeliska niegdyś uroczego miasta Goma, pięknie położonego nad jeziorem Kiwu. Miasto, pamiętające czasy kolonializmu, z wymyślnie pobudowanymi willami, doskonale prezentowało się aż do momentu katastrofy. Straciło swój splendor, straciło życie. Będąc na tym skrawku ziemi miałam wrażenie, że jestem na KSIĘŻYCU.

Z młodszą współsiostrą wybrałyśmy się do Goma, aby zobaczyć na własne oczy katastrofę i jednocześnie odwiedzić wspólnoty: naszych sióstr i księży pallotynów. Zawiozłyśmy trochę koców i mydła dla najbardziej potrzebujących. Po małym odpoczynku udałyśmy się w teren, aby zobaczyć leżącą w ruinach, piękną niegdyś katedrę. Z jej dawnej świetności nie pozostało wiele. Na miejscu parkingu sporo zwęglonych samochodów.
Następna „stacja”: klasztor-seminarium księży Karaczorini. Pozostała tylko konstrukcja krzyża powalonego w bólu i głazy zmieszane z ciężką masą czarnej lawy, wydzielającej bardzo przykry zapach. Na hałdach lawy było nas sporo, każdy w zadumie nad misterium życia i śmierci, nad ludzką niemocą i uzależnieniem od sił natury, w tym wypadku nieubłaganych, bezlitosnych, niosących spustoszenie i nędzę – dla niektórych w sposób szczególny.
Kolejna „stacja” to dzielnica położona najbliżej jeziora. Przerażający widok: zwały zastygłej lawy w niektórych miejscach dochodziły do wysokości ośmiu metrów. Zniszczenia nie do naprawienia! Najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, że nie „zmiecie się” tej grubaśnej lawy, nie uprzątnie tak, jak niegdyś robiło się sobotnie porządki w rodzinnym domu. Kontynuujemy nasze wędrowanie, niczym stacjami DROGI KRZYŻOWEJ, powoli idziemy od budynku do budynku. Nic innego nie widzimy, jak tylko zwaliska gruzów zmieszanych z lawą, niemiłosiernie wgryzającą się w najskrytsze zakamarki domów.
Kolejny widok: „cmentarzysko” olbrzymich drzew. Nie było w nich już nic z dawnej świetności, pozbawione zostały przepięknych konarów, figlarnie tańczących pięknem kształtów, oraz soczystych zielonych liści. Któż będzie teraz wtórował muzyką falom jeziora, opowiadając szeptem o grozie ostatnich wydarzeń?
W promieniach zachodzącego słońca kontynuowaliśmy naszą wędrówkę, pozostawiając „ciała” drzew oraz wielkie jednookie „tunele”, zbolałe aż do spopielonych korzeni. Teraz znaleźliśmy się na dość dużej przestrzeni gładko uczesanej lawy, niczym WARKOCZE młodej, ślicznej INDIANKI. Czarna powierzchnia zastygłej cieczy jeszcze kilka dni temu płynąca rozpalonym żarem, znalazła ochłodzenie zawierając „przymierze” z jeziorem.
Na ile Kiwu dało swoje przyzwolenie, swoje TAK??? Lawa „uczesana” schludnie – czarne, długie warkocze, nie ryzykujące najmniejszym potarganiem, nawet od najbardziej zagniewanych, zawisłych burz „warkocze” pozostaną na długo w mojej pamięci. Powiedziałabym, że uśpione, wydobyły się z wnętrza ziemi i zasnęły na bardzo długi czas wolne od ciemności, beztroskie w zadumie. Tak otulając piękne ogrody, wille, na wieki całe nie podniesie się z tego „upadku”, a jeśli już, to tylko z pomocą człowieka, który mimo swej kruchości jest silny SIŁĄ BOGA.
Kolejną naszą „stacją” jest klasztor sióstr św. Wincentego. Byłam tam nie tak dawno, spędziłam u nich jedną noc. Widok smutny, klasztor niegdyś wspaniały – dziś pozostały samotnie sterczące kolumny. Podwórko nie istnieje, pokryte zostało wysokimi zwałami lawy. Brama też „zaryglowana” językiem zastygłej cieczy. Obejrzeliśmy wnętrze spalonego budynku, jakby z lotu ptaka, po prostu zaglądaliśmy stojąc na ogromnych hałdach nałożonej na siebie w uścisku lawy. Jak rzucić okiem wszędzie lawa, lawa rozciągająca się wokół nas.
PUSTYNIA w mieście lub może przedsmak powierzchni Księżyca. W niedalekim sąsiedztwie rzuciliśmy tylko wzrokiem na miejsce po nowoczesnej kaplicy Sióstr Urszulanek. Miesiąc temu miała miejsce jej inauguracja, z pewnością zainwestowano w jej budowę znaczne sumy. Dla niektórych ta tragedia jest trudna do „strawienia”.
Po wizycie w mieście, wyjechaliśmy w towarzystwie ks. JERZEGO KOŻUCHA poza Gomę, w stronę Rufshuru i Rugari. Spotykaliśmy po drodze ks. WIESŁAWA KANTORA; po powitaniu i wspólnej fotografii u podnóża krateru Niyragongo, rozstaliśmy się. Ja kontynuowałam moją „sesję zdjęciową”. Dzięki ks. STANISLAWOWI URBANIAKOWI byłam dobrze wyposażona w potrzebną aparaturę. Wzięłam też ze sobą swój mały „Pentax”. Robiłam sporo zdjęć, ale nie czułam „prawdziwego” natchnienia, wiedziałam, że to nie to... Obraz spalonego miasta, cierpienie ludzi nie były dla mnie okazją do natchnienia, do wydobycia z siebie czegoś twórczego. Spotykaliśmy sporo osób z ciężkim bagażem na głowach. Mimo to zatrzymywali się, pozdrawiali nas. W pewnym momencie, gdy ruszyliśmy nieco za daleko w kierunku krateru, z ich strony usłyszeliśmy naglące ostrzeżenia, że posuwamy się zbytnio w niebezpiecznym kierunku. Ogarnął mnie strach, więc wycofaliśmy się.
Miałam okazję pójść w ten teren nieco później: olbrzymia ilość lasu, ziemi, pokryta kamienną lawą. Tym razem lawa miała kolor brunatny. Znalezienie się poza miastem, z dala od ludzi, zrodziło we mnie nowego ducha, nową wizję wydarzenia... Mając przed sobą dużą przestrzeń, podziwiałam ogrom siły natury, widziałam na nowo sens robienia fotografii... Olbrzymie głazy, wiele drzew zwęglonych, dających życie nowym martwym formom. Doświadczałam coraz bardziej, iż spotkanie z lawą, poza terenem zamieszkałym, uwalniało mnie od pewnego napięcia i rodziło życie. Powracał „zapał” fotografowania, czułam w sobie otwarcie na to, co było już dokonane, stworzone przez naturę, wyrzeźbione językami ognia: „DUCHU OGNIU, DUCHU ŻARZE”. Otrzymałam od NIEGO w darze nową koncepcję wydarzenia, a jednocześnie nie utraciłam poczucia rzeczywistości. Ożyło we mnie pragnienie tworzenia na miarę mojej duszy… Wybrałam się w kierunku krateru na poszukiwanie ciekawych figur. Nie było już we mnie żalu. Na rozciągających się przede mną wzgórzach „POŻĄDAŃ WIEKUISTYCH” łatwo było przebaczyć naturze... Na chwilę powróciłam wspomnieniem do innej mojej wyprawy na ten sam wulkan, niemalże 12 lat temu... Wówczas też nie było „PRETENSJI O NIC!”.
Wręcz była radość z poznawania czegoś, czego nie można było poznać wcześniej, a co miało dla mnie niesamowitą wartość. Pamiętam doskonale tamtą eskapadę, rozpoczętą przy zachodzącym słońcu, pamiętam kawałki kolorowej lawy, gorącej jeszcze, zbieranej u podnóża tegoż wulkanu... Ponieważ wracaliśmy głęboką nocą, byłam jedyną „strażniczką” tych małych kawałków znalezionych tuż przy kraterze, jeszcze gorących. Szliśmy zrodzoną przed wiekami przez wulkan lawą, dziś otuloną mchem czasu, pamiętającą naszych przodków. Podróż nasza trwała kilka dobrych godzin, mech sprawiał, że miało się uczucie stąpania po powierzchni KSIĘŻYCA. Wyprawa nie zapomniana, pełna życia, radości z BYCIA, ISTNIENIA... Przemarsz poprzez „dziewiczy” las, dziewiczy i tak dziki jak „serce” młodej duszy, niczym jeszcze wówczas nie ZRANIONEJ... Dlatego wulkan NIYRAGONGO w szczególny sposób zamieszkał moje „TERENY”, mnie tylko znane. Osoby, z którymi wówczas byłam na NIYRAGONGO, są jak ON SAM, pełne siły woli, tajemniczości, wierności. Ks. JOSEPH BOECENHOFF już odszedł do PANA. Inni trwają, wiernie w powierzonych im misjach. Ks. WŁADYSŁAW GAJUR wrócił z Nairobi, zamieszkał w Rugari, jest wciąż ten sam. Ks. ALEKSANDER otrzymał wielką odpowiedzialność DYREKTORA CARITASU na obszar całej ROSJI. Jestem z niego bardzo dumna.
Wracając do ostatniej mojej wyprawy, wybraliśmy się z ks. JANEM KĘDZIORĄ na kolejną „sesję zdjęciową”. Ponieważ straciłam część z nim zrobionych zdjęć, czego bardzo żałowałam, powróciliśmy z księdzem JERZYM, we wszystkie możliwe miejsca, aby „zrekuperować” utracone ujęcia. Dzięki jego „PODNIOSŁEMU PRAGNIENIU DOBROCI”, bo takim on jest człowiekiem, udało mi się nawet więcej niż chciałam. Jego dobroć, łagodność i cierpliwość sprawiły, że nie rozpaczałam za tym, co utraciłam. Zrobienie tych zdjęć było dla mnie bardzo ważne. W poszukiwaniu ciekawych ujęć „zdeptałam” moje ulubione „adidaski”. Oczywiście, że tego nie żałuję; są moją „dumą”. Niebawem pojadę w nich na urlop.
Po wyprawie w ten dziki teren, powróciliśmy ponownie do miasta, tym razem nad samo jezioro KIWU. Nowe miejsce gdzie lawa znalazła ujście do wody. Niektórzy twierdzą, że ponad 20 milionów ton lawy połączyło się w uścisku z jeziorem. Temperatura wody w jeziorze dochodziła do 50°C. Dziś świadkiem tego „aktu” są ogromne zwały zastygłej lawy, po których można się przechadzać. Poza robieniem zdjęć interesowałam się osobami, które spotykałam w terenie: byli zagonieni zbieraniem wszystkiego, co się dało: deski, blacha, drzewo, którego ogień nie strawił do końca; dźwigali to wszystko na głowach, uwijali się bardzo, aby nie dać się pochwycić wojsku, które tam pilnowało, chyba tylko od parady... Była to dzielnica prezydencka, a więc... Dla fasonu byli obecni. Sama musiałam negocjować z nimi niektóre wejścia. Dla nas byli grzeczni. Tam dane mi było „spotkać” kilka obrazów przedstawiających ciekawe tło, ciekawe figury, wtopione w pozostałości korzeni drzew. Miałam wrażenie, że zostały wykonane przez artystę klasy ks. WITOLDA URBANOWICZA. Żałuję, że on nie może osobiście zobaczyć tego „arcydzieła” natury. Byłam  bardzo  zadowolona  z  możliwości  odwiedzenia  tych wszystkich  miejsc, naznaczonych wieloma aspektami  ludzkiej biedy, olbrzymiej siły natury a także wymiarem duchowym KOMUNII i MOCY pochodzącej z GÓRY, jak również słabością człowieka nieustannie podtrzymywanego MIŁUJĄCYM RAMIENIEM BOGA.
W tej wyprawie towarzyszyła mi siostra LIBERATA, Rwandyjka, z którą pracuję w Ruhango. W większej części naszego pielgrzymowania była dotknięta grozą obrazów, które okazały się dla nas wszystkich smutną, przygnębiającą rzeczywistością. Mówi się o możliwości ponownego wybuchu, „przebudzenia” się NIYRAGONGO.
Pielgrzymowanie śladami zdradzonej przez naturę ludności GOMY umożliwił nam ks. JERZY KOŻUCH. Podczas naszego trzydniowego pobytu w Keshero miałyśmy okazję spotkać się z naszymi siostrami CONSOLEE i ANNĄ SĘK. Wszystkie spotkania były przepełnione radością. Były ZNAKIEM od PANA, że ON i tylko ON jest w posiadaniu wszystkich tajemnic! BYŁ TO CZAS ZNAKÓW I POCIESZENIA.
Jeden dzień był poświęcony wizycie w RUGARI i RUTSHURU. Osobiście tam nie pojechałam. Ksiądz JERZY, siostra LIBERATA, oraz ksiądz DEZIRE wybrali się sami. Ja pozostałam przy ANNIE, która nie była w pełnej dyspozycji. Nim wyjechałyśmy z Keshero, przeżyłyśmy duże trzęsienie ziemi. To, czego doświadczyłyśmy w Ruhango podczas ostatniego tygodnia, gdzie też trzęsienia były odczuwalne, było niczym, a jednak napawało serce wielkim lękiem i niepewnością.
Przed samym opuszczeniem wspólnoty z Goma, zebrałam jeszcze kilka ciekawych roślinek, aby je posadzić w Ruhango. Zabrałyśmy przede wszystkim kawałki lawy, jako ZNAK widzialny, powiększający też moją „kolekcję”. Oby na tych kilku kawałkach została ona zakończona!
Powróciłyśmy do Ruhango w tym samym towarzystwie, w jakim wyruszaliśmy: ksiądz Désire,  ksiądz Jan – Kongolijczyk,  siostra Liberata i ja.  Przywiozłyśmy ze sobą obrazy niekończącej się LAWY – OBRAZ DROGI KRZYŻOWEJ: UKRZYŻOWANY JEZUS A WRAZ Z NIM LUDNOŚĆ NIEGDYŚ PIĘKNEGO MIASTA... Z pewnością było tam 14 STACJI.

Hanna GNATOWSKA
SAC

Siostra Hanna Gnatowska należy do Zgromadzenia Sióstr Pallotynek i od ponad 12 lat pracuje w Afryce. Obecnie mieszka w Ruhango. 

15-3-1-3.jpg (37337 Byte)

15-3-1-2.jpg (41531 Byte)

15-3-1-1.jpg (40330 Byte)

Na zdjęciach:

Goma zniszcona 
przez wulkan
i u podnóża krateru
Niyragongo



Zdjęcia:
Hanna Gnatowska 

 

.