Pismo i życie

Mam na myśli Pismo, które chrześcijanie nazywają „świętym”, Biblię, czyli po prostu Księgę — jedyną książkę godną tej nazwy. I chodzi mi o życie poszczególnego człowieka — moje i twoje — równie jedyne i niepowtarzalne. Otóż chciałbym postawić pytanie: jaki jest stosunek tego Pisma do takiego życia?
Każdy człowiek wierzący, obeznany nieco ze sprawami religijnymi, trzyma w pogotowiu parę okrągłych zdań na temat Pisma Świętego. Odpowiada: Pismo Święte jest natchnione przez Boga, czyli On jest prawdziwym Autorem tej Księgi; jest ono nieomylne, ponieważ z całą oczywistością Bóg nie może się mylić; jest w nim zawarta Prawda, gdyż jest rzeczą równie oczywistą, że nie może być dwóch prawd na ten sam temat — i tak dalej. Tych wszystkich formułek uczyliśmy się na lekcjach religii, a potem powtarzano nam je wielokrotnie w kazaniach.
Nie chciałbym twierdzić, ze te zdania są bezsensowne — wprost przeciwnie. Chcę tylko powiedzieć, ze żonglowanie utartymi formułkami ma małe szanse dotarcia do konkretnego życia. Odnoszę się z dużą rezerwą do zdań zbył łatwych, do pojęć ogólnych, które mogą okazać się ogólnikami bez treści. Nie znoszę komunałów. Cóż? Ludzie usłyszą, pokiwają głowami — i zapomną. Zamiast wygłaszania tez powszechnych, wolę zacząć „od dołu”, od mojego Spotkania z Pismem.

* * *

Tak się składa, że od lat z górą dwudziestu biorę codziennie do ręki Pismo święte. Nie jestem uczonym biblistą, czyli fachowcem od Biblii. Nie idzie mi o to, aby czytając Pismo Święte wyśledzić misterne różnice stylu poszczególnych Ksiąg, znać na pamięć daty ich powstania, tło historyczne poszczególnych epok biblijnych itd. Ze wstydem przyznaję, że po dwudziestu latach nie zawsze wiem, w którym miejscu Starego Testamentu szukać Księgi Rut! myli mi się kolejność ostatnich Listów świętego Pawła.
Nie mam też oznaczonego z góry czasu na czytanie Biblii. Raz dzieje się to wczesnym rankiem, zaraz po przebudzeniu się; innym razem wieczorem, kiedy milkną samochody. Czasami późną nocą, gdy długo nie mogę zasnąć· Są miesiące, w których czytam po kolei „od deski do deski”, ale i takie, kiedy czytam namiętnie jeden tekst tam i z powrotem. Zdarza się, ze lubię czytać na „chybił trafił”, jak się stawia pasjansa. Taki rodzaj gry, lub jeśli kto woli, zabawy: zobaczymy, co wyjdzie. Różnie też bywa, Jeśli chodzi o trwanie mojej lektury: pół godziny, ale i pięć minut — niekiedy jedno zdanie odczytywane wielokrotnie.
I jeżeli przez te dwadzieścia przeszło lat nie miałem dnia bez czytania Pisma nie stało się to jedynie z nałożonego obowiązku. Po prostu pasjonuje mię ta lektura; nigdy mnie nie znudziła, wprost przeciwnie, z roku na rok staje się coraz ciekawsza. Sam nie wiem dlaczego... Bez krzty sentymentalizmu mógłbym powtórzyć za Claudelem: kocham Pismo święte.

* * *

W moim wieloletnim obcowaniu z Biblią jedna sprawa stała się dla mnie oczywista: Pismo nie mówi nigdy o Bogu bez jednoczesnego mówienia o człowieku — i odwrotnie. Nie znalazłem miejsca, w którym by była mowa „oddzielnie” o Bogu i „oddzielnie” o człowieku. Znam wiele wspaniałych książek, które wzbudzają mój podziw z powodu zawartej w nich mądrości.
Nie znam żadnej, która by tak radykalnie wiązała moje życie z Bogiem a Boga ze mną i można by to wyrazić „mądrzej”: w Biblii nie ma teologii (mówienia o Bogu) bez antropologii (mówienia o człowieku). Albo jeszcze inaczej: w Piśmie świętym nie ma Boga „dla siebie” ani człowieka „dla siebie”. W Piśmie Bóg należy do człowieka, człowiek należy do Boga: to są partnerzy, to jest para, chciałoby się powiedzieć: para małżeńska.

„I stanie się w owym dniu,
że człowiek nazwie Mnie «mój mąż»...
Poślubię cię sobie na wieki
— i poznasz Jahwe”.

Tak pisze prorok Ozeasz (rozdział 2,18-23). A oto słowa „księcia proroków”, największej postaci Starego Testamentu, Izajasza (rozdział 54,5-8):

„Małżonkiem ci jest twój Stworzyciel...
Zaiste, jak kobietę porzuconą wezwał cię Jahwe,
i jak do porzuconej żony młodości
mówi twój Bóg:
z ogromną miłością cię przygarnął —
ja, Jahwe, twój Odkupiciel”.

Jak w małżeństwie, wzajemny stosunek tej pary jest uzależniony od dochowania wierności. Ta wierność w Biblii nazywa się Przymierzem albo po prostu wiarą. Cudowne! W Piśmie świętym nie ma „wiary w Boga”, jest „wiara Bogu”. Medytacja tych tekstów zastępuje mi z nadwyżką wszystkie traktaty. Jakże rozumiem zawołanie Dantego z „Boskiej komedii”: ,,Miłość jest siłą, która porusza gwiazdy”.

  * * *

W mojej lekturze Pisma jest jeszcze inna rzecz zdumiewająca: właściwie nie czytam o Bogu, ale jeśli można się tak wyrazić, czytam Boga; nie czytam też o człowieku, lecz czytam siebie. Czytam Boga i siebie jednocześnie. Nie wiem, jak to powiedzieć jaśniej: jakbym stanął w Obecności. Nagle, w okamgnieniu znajduję się w takim miejscu, w którym widzę siebie i odsłania mi się rąbek tajemnicy „Tego, który jest”. Wtedy instynktownie pojmuję, że Biblia nie jest tylko dokumentem historycznym, ale że jest dla mnie. Stawiam Pismu pytania i zanim je wypowiem, Pismo skierowuje pytania do mnie. Pytam i jestem pytany. Pytamy siebie wzajemnie. W słowach i ponad słowa czuję, że ogarnia mnie Obecność.

* * *

Jestem księdzem, do którego ludzie odnoszą się na ogół z szacunkiem, proszą o radę, przychodzą posłuchać nauki, nazywają „ojcem”, w którym widzą kogoś lepszego. Właściwie, dobrze mi z tym. Ale oto otwieram Pismo święte. Czytam: „Nie pozwalajcie nazywać się nauczycielami, albowiem jeden jest wasz Nauczyciel, a wy wszyscy braćmi jesteście. Nikogo też na ziemi nie nazywajcie waszym ojcem; jeden bowiem jest wasz Ojciec. Nie chciejcie również, żeby was nazywano mistrzami, bo jeden tylko jest wasz Mistrz, Chrystus. Największy z was niech będzie waszym sługą” (Ewangelia według Mateusza, rozdział 23.8-11). Przejmujące. Napisane dla mnie. Jak sprawić, aby nie dać się omotać ułudom „wyższości”? Jak stać się sługą, zaniknąć do tego stopnia, żeby przeze mnie tylko On był Nauczycielem, Ojcem i Mistrzem? Wyznaję z ręką na sercu: przystępując do pisania, nie myślałem o tym tekście. Otworzyłem Biblię, żeby na zakończenie dać jakiś przykład w odniesieniu do mojej sytuacji. I oto jeszcze raz, w sposób olśniewający i bezwzględny, weszło Pismo w moje życie.

Józef SADZIK SAC

Prezentowany tekst i zarazem świadectwo księdza Józefa Sadzika (1933-1980) pochodzi z „Naszej Rodziny” 3 (354) 1974, s. 10-11.

16-4-1.jpg (29506 Byte)
Na zdjęciu:

Pismo
 (Monmorency, 2002)

 
Fot. Michael Wittbrot

.