
|
Cel
uśmierza środki
W
kołach zbliżonych do katolickiej parafii w Goeteborgu wrze.
Ludzie piszą podania o wykreślenie swoich rodzin z listy członków
wspólnoty, od biskupa w Sztokholmie żądają zwrotu części
zagarniętych bez słowa uprzedzenia poborów. Ktoś coś zaniedbał,
czegoś nie dopatrzył, czemuś się nie przyjrzał, coś wziął
za coś innego, czymś posłużył się, nie przewidując skutków,
w czymś przecenił swoją władzę, wywołując powszechny
niesmak: „O Boże!, znów te pieniądze!” Jednym słowem
zawalił we wszystkich przypadkach, wołacza nie pomijając.
W celu konfrontacji opinii byłych wiernych wyrażanej publicznie
i cenzuralnie w miejscowej prasie tudzież - niestety, znacznie
mniej cenzuralnie - w sklepach, maglach i tramwajach udałem się
do Osoby Dobrze Poinformowanej, czyli proboszcza. „Człowiek
zacny, szczery i uczciwy” - pomyślałem - „na pewno będzie
wiedział, o co chodzi. Nie może być przecież prawdą” -
dodałem we wspomnianych myślach - „że ludziom, którzy
kiedykolwiek zostali ochrzczeni, a potem przez całe życie nie
byli w kościele, ni stąd, ni zowąd, jak leci, pobrano równowartość
jednego procenta rocznych zarobków brutto, nie dbając, czy
dochody owe pochodzą z kapitałowych odsetków, wysokich pensji,
emerytur czy inwalidzkich rent.
- Ja proszę pana - zwierzył mi się spotkany na przystanku sąsiad,
pan Zenek - mam takiego pecha, że co pójdę do kościoła, to
akurat jest pasterka. Za to zostałem skasowany na dwieście
czterdzieści dolarów! Najdroższy bilet, o jakim dotąd słyszałem,
na Sinatrę z Lajzą Minelli, w pierwszym rzędzie, proszę pana,
kosztował dwieście! Do tego jeszcze serwowali podobno wliczoną
w cenę lampkę szampana i kanapki z kawiorem. Tutaj, żeby było
śmieszniej, przelecieli się nie tylko po swoich, lecz z rozpędu
również po takich, co to na przykład ożenili się z Polkami, sąsiadowi
dziecko do chrztu przytrzymali albo - nie wiedząc dokładnie, o
co chodzi - postawili w jakiejś ankiecie krzyżyk, gdzie pytano,
czy chcą się nazywać „sympatykami kościoła”.
Znajomy Ugandyjczyk z pracy powiedział mi: „Dlaczego nie?
Sympatyzuję z klubem rugby, z sekcją jeździecką i kółkiem
hodowców spanieli, czemu miałbym odmawiać sympatii tym, co tak
ładnie dzwonią w niedziele przed południem, pewno się na coś
zwołują.”
- To u nas, Goeteborgu, tak sprytnie wymyślono?
- A gdzie tam?! W całej Szwecji, proszę pana. W gazecie stoi.
Sto pięćdziesiąt tysięcy głów, niechby połowa dorosłych,
każdy z czegoś żyć musi, jeden procent, to daje jakieś 150
dolarów na głowę. Przemnóż pan to sobie przez siedemdziesiąt
pięć tysięcy i zobacz pan, ile panu wyjdzie. Myśmy z żoną na
karkulatorku syna przemnożyli i wyszło nam, proszę pana, ponad
jedenaście milionów dolarów. A mówią, że w kościele dwadzieścia
pięć osób na sumie.
- No, panie Zenku, dwadzieścia pięć, nie dwadzieścia pięć,
kościół z czegoś żyć musi, księża też ludzie, bez chleba
się nie obejdą. Podpisał pan zgodę na płacenie, trzeba być
konsekwentnym.
- Jaką zgodę? Gdzie? Niczego nie podpisywałem. Pierwszy raz się
dowiedziałem z tego wie pan, formularza od podatku, co to nam syn
wypełnia. Wyszło, że w tym roku oboje z żoną sporo nadpłaciliśmy.
Mieliśmy pierwszy raz na Majorkę polecieć. Żona nigdy jeszcze
samolotem nie leciała. Ja zresztą też nie. Przedtem każdy
lipiec spędzaliśmy u teściów w Pruszkowie, ale teraz, proszę
pana, przy tych cenach w Polsce, nie stać nas na urlop w kraju,
to myśleliśmy, żeby zobaczyć w końcu tę Majorkę, co to tak
wszyscy na nią latają. I masz pan, skończyło się. Biskup
zafundował nam urlop na balkonie.
Współczuwszy panu Zenkowi balkonowej rekreacji, zatelefonowałem
do wspomnianego proboszcza z prośbą o spotkanie. Zgodził się
chętnie, przyjął gościnnie, informacji udzielił wyczerpujących.
- Do tej pory działalność kościoła katolickiego w Szwecji
wspierał kościół w Niemczech. Otrzymywaliśmy rocznie pół
miliona dolarów, co jakoś tam starczało. Wpływy z tacy są
niewielkie, w naszej parafii na przykład ledwie pokrywają koszty
ogrzewania budynku.
- To państwo szwedzkie nie pomaga?
- Dwa lata temu państwo odłączyło się definitywnie od kościoła.
Jesteśmy na własnym rozrachunku. Jedyna pomoc, jaką nam
zaoferowano, to ściągnięcie dobrowolnych opłat przy okazji
rocznego rozliczenia podatkowego. Dostarczyliśmy listy parafialne
do kurii biskupiej, tam skompletowano je w całość i przekazano
odpowiednim służbom państwowym. W efekcie tego członkom kościoła
katolickiego w Szwecji automatycznie potrącono z zarobków za
poprzedni rok jeden procent dochodów brutto.
- Uprzedzając oczywiście o tym fakcie listem poleconym z prośbą
o złożenie odpowiedniego oświadczenia potwierdzonego własnoręcznym
podpisem...
- Właśnie. Tutaj jakby nie dopatrzono sprawy do końca. Owszem,
powiadomienie się odbyło, wszak tylko w gazetce parafialnej
rozsyłanej jako broszura podobna do innych reklamówek.
- Która mogła zostać przeoczona?
- Sądząc z reakcji niektórych członków kościoła, tak się właśnie
stało.
- Czy duża liczba rozczarowanych zwróciła się z prośbą o
wykreślenie swoich nazwisk z listy?
- Otóż wbrew pozorom niewielka.
- Konkretnie?
- Przede wszystkim przy okazji dokładniejszych obliczeń okazało
się, że katolików w Szwecji nie jest, jak szacowano dotąd, sto
pięćdziesiąt tysięcy, a o jedną trzecią mniej.
- Taki bałagan w książkach?
- Okazuje się.
- A spośród pozostałych w wyniku, nazwijmy to, nieporozumienia,
wypowiedziało posłuszeństwo ilu?
- Na dzisiaj liczba ta nie przekracza dwóch tysięcy.
- Czyli nie jest tak źle. Co by nie powiedzieć dotychczasowe pół
miliona dolarów, które jakoś starczało, powiększy się ponad
czternastokrotnie.
- Poza tym można powiedzieć, że dokonano pewnej selekcji.
- Czyszcząc szeregi?
- No właśnie. Wyrugowano przypadkowe osoby, które znalazły się
na listach wiernych z racji różnych pomyłek. W końcu kościół
to coś więcej niż tylko administracyjna organizacja. Tym, którym
jesteśmy potrzebni, z pewnością takimi pozostaniemy, służąc
na wszelkiego rodzaju sposoby. Ci zaś, który zdecydowali się
wypisać... No cóż, zna pan zapewne chińskie przysłowie mówiące,
iż „Ten, kto przestaje być przyjacielem, nigdy nim nie był.”
Niewątpliwe dotyczy to również przyjaciół kościoła.
- Innymi słowy - trzymając się poetyki przysłów - „Nie
ma tego złego...
- Zło z kościoa usuwamy skutecznie i radykalnie. Jak sam pan
widzi, różnymi sposobami.
- Stosując się do zasady: „Cel uśmierza środki”?
- Skoro pan tak uważa....
- Dziękuję księdzu za rozmowę.
Andrzej
NIEWINNY DOBROWOLSKI
Andrzej
Niewinny Dobrowolski, urodzony w 1945 w Częstochowie, w roku 1968
jako muzyk wyjechał z zespołem do Finlandii. Po przeniesieniu się
do Szwecji i założeniu rodziny mieszka tam do dziś. Przez
kilkanaście lat zajmował się rozlicznymi interesami, prowadząc
znaną firmę Bajer & Frajer, od lat dziesięciu tłumacz
literacki, dziennikarz, felietonista. Autor wydawanych w Polsce
przekładów z języka angielskiego, szwedzkiego i duńskiego. Współpracuje
z wieloma pismami polonijnymi w Europie i w Ameryce.
|

Na
zdjęciu:
Noc
(Sulzbach, 2002)
Fot.
Michael Wittbrot
|