Wewnętrzna cisza

 

Z Witoldem URBANOWICZEM SAC rozmawia Anna SOBOLEWSKA


Witold Urbanowicz, pallotyn urodzony 14 maja 1945 roku w Zarzeczu na Suwalszczyżnie. W 1962 roku wstąpił do nowicjatu Księży Pallotynów w Otwocku. W latach 1965-1967 odbywał służbę w jednostkach specjalnych LWP. W 1972 roku przyjął święcenia kapłańskie w Ołtarzewie pod Warszawą. W tym samym roku wyjechał do Francji. Jego zainteresowania to: teatr, fotografia, film i astronomia. Maluje i rzeźbi od czasów seminaryjnych. Był odpowiedzialny za działalność edytorską pallotyńskiego Editions du Dialogue w Paryżu – graficzne opracowywanie książek oraz miesięcznika „Nasza Rodzina“.



- Od dawna zajmujesz się projektowaniem i wykonaniem witraży? Skąd wziął się pomysł na robienie witraży?


- To zupełny przypadek. Nigdy wcześniej się tym nie zajmowałem. To coś zupełnie nowego w mojej pracy. Przygoda z witrażami rozpoczęła się cztery lata temu, po wystawie moich obrazów i rzeźb we Wrocławiu. Klub Muzyki i Literatury znajduje się w niewielkiej odległości od kościoła Bożego Ciała. Prace można było tam oglądać. Gospodarze kościoła szukali wówczas artysty plastyka zainteresowanego projektem witraży do fasady i do prezbiterium. Przedstawione dotychczas projekty nie znalazły aprobaty. Zaryzykowałem więc i przedstawiłem swoją wizję Paruzji na witraż fasady i scenę Zesłania Ducha Świętego do trzech okien prezbiterium. Projekt został zaakceptowany

- Czy kolejna wersja witrażu Zesłania Ducha Świętego to kontynuacja tego, co zaprojektowałeś dla kościoła w Polsce?

- Nie. W swoich zamysłach nie brałem tego pod uwagę. Pracowałem nad zmianą wystroju wnętrza kaplicy pallotyńskiego Centrum Misyjnego w Brukseli. Miała to być wizja też kosmiczna, lecz niekolorowa. W mojej koncepcji przezroczyste tabernakulum, zawieszone jakby w przestworzach, miało być jedynym miejscem kontemplacji. Ale odstąpiłem od tego zamiaru, obawiając się, iż mój projekt zagospodarowania przestrzeni może nie być zrozumiany przez wielu. Po paru jednak miesiącach wróciłem ponownie do zarzuconych planów; z tą jednak różnicą, iż skupiłem się na wypełnieniu okna kaplicy witrażem, tym razem bardzo kolorowym.

- Czy w obu przypadkach zastosowałeś taką samą technikę i jednakowy materiał?

- Witraż wrocławski musi być wykonany ze specjalnego szkła, nie produkowanego w Polsce, w związku z tym koszta jego realizacji są bardzo duże. Taka metoda, jaką przewidziałem czy zaplanowałem jest dotychczas nieznana. Dlatego też wymaga w pierwszej kolejności kosztownych prób. Niestety, nie przewidziane skutki powodzi uniemożliwiły jego realizację. Kościół wymaga pilniejszych ponownych prac remontowych. Mój witraż pozostał zatem w projekcie. Natomiast  w Brukseli zastosowałem tworzywo syntetyczne z dodatkową ochroną szkła. Koszty całego przedsięwzięcia nie będą wysokie, a efekt zupełnie inny

- Witraż przeznaczony do brukselskiej kaplicy jest już wykonany i czeka na zamontowanie?

- Tak. Myślałem o różnych tematach. Mój zamysł się utrwalił, zbliżało się święto Królowej Apostołów, Patronki naszego Zgromadzenia. Wówczas postanowiłem zrobić drugą wersję Zesłania Ducha Świętego. Sprawia ona wrażenie „kosmicznej” ewangelii. Jest to witraż kolorystycznie i kompozycyjnie odmienny od poprzedniego projektu.

- W Herblay pod Paryżem, w XII-wiecznym kościele, od 1986 roku można oglądać wykonaną przez Ciebie Drogę Krzyżową. Gdzie jeszcze dostępne są Twoje prace?

- W kaplicy pallotyńskiej w Osny znajduje moja rzeźba Chrystusa Ukrzyżowanego. Są moje prace w Rzymie. Ponad dwieście obrazów znajduje się w prywatnych kolekcjach we Francji, w Polsce i w Niemczech.

- Czy tematykę sakralną traktujesz podobnie jak inne swoje dzieła?

- Wszystko zaczyna się od wewnętrznego zamysłu. Inaczej pracuje moja wyobraźnia, kiedy maluję obraz religijny, inaczej, kiedy maluję akt. Przy tematyce „świeckiej” ma się większą swobodę, praca idzie szybciej. U mnie zamysł jest przeważnie rozciągnięty w czasie. Samo wykonanie zajmuje mi najmniej czasu. Tematyka sakralna ma pewne ramy i trzeba się ich trzymać. Tematyka sakralna w pewnym sensie ogranicza. Jeśli chodzi na przykład o Drogę Krzyżową, muszę jej poświęcić o wiele więcej czasu niż jakiemukolwiek obrazowi. Podobnie rzecz ma się z witrażem. To są olbrzymie płaszczyzny, które trzeba odpowiednio zagospodarować.Jest większa odpowiedzialność i zupełnie inne wymogi. A także obawa przed technicznym wykonaniem takiej pracy. Podczas malowania obrazu czy robienia rzeźby nie ma takiego ryzyka. Jest się kompletnie swobodnym.

- Jaki rodzaj twórczości jest Ci najbliższy?

- Jeśli o mnie chodzi, malowanie jest pewnym przypadkiem. Sądzę, że o wiele więcej miałbym do powiedzenia w kinematografii. Niestety, okazało się to niemożliwe. Wymagałoby to bowiem dużych nakładów finansowych, zespołu ludzi i życzliwej atmosfery. A dzisiaj sztuka księży raczej nie interesuje. Księża są zainteresowani samochodami, nowoczesnym sprzętem elektronicznym czy kościelną karierą. W dzisiejszym świecie często sprawy ducha przegrywają z innymi, bardziej przyziemnymi, materialnymi sprawami.

- Jakie techniki najczęściej stosujesz?

- Myślę, że sprawnie działam pastelem. Bardzo często stosuję pastel. Obrazy olejne próbowałem malować na początku, ale ta technika mnie nie pociąga. Nie lubię, kiedy obraz długo schnie. Nie potrafię czekać na efekt. Dlatego maluję akrylem. Malowanie farbami olejnymi nie jest wcale trudniejsze od operowania pastelami. Grafiką z zasady się nie param.

- Czy zrealizowałeś dzieło swojego życia?

- Myślę, że nie...

- Nigdy nad tym się nie zastanawiałeś?

- Kiedyś zaplanowałem rzeźbę bardzo dużych rozmiarów, która miała się znaleźć przed gdańskim hospicjum. Miał to być Zmartwychwstały Chrystus. Chrystus wystrzelony z wnętrza ziemi, pełen siły, witający z miłością. Byłaby to ekspresyjna, pełna ruchu postać. Karetki wjeżdżające do hospicjum z konieczności okrążałyby figurę Zmartwychwstającego i jechałyby po ogromnym napisie: „Jam jest zmartwychwstanie i życie“. Tak się złożyło, iż projekt budowy hospicjum upadł. Słyszałem o próbach powrotu do tamtego projektu budowy hospicjum. Ale o tym na razie nie myślę.

- Brukselski witraż jest obecnie dla Ciebie najważniejszy?

- Zamierzam wykonać Drogę Krzyżową, również do tej kaplicy. Będą to chyba płaskorzeźby.

- Masz jakieś marzenia?

- Lot na Marsa. Marzenie wariata. Kosmos to moje hobby. Zawsze mnie pasjonował.

- A jak w ogóle pracujesz?

- Szukam odpowiedniego momentu. To są nieraz godziny milczenia i bycia z samym sobą. Jestem samotnikiem. Nigdy nie zaczynam pracy, jeżeli wiem, że mam przed sobą spotkanie, ktoś ma złożyć wizytę. Czekam na odpowiedni moment, gdy mogę być całkowicie wolny i od niczego niezależny. Moja wewnętrzna cisza jednoczy mnie z Bogiem na swój sposób. To mi jest bardzo potrzebne. Mogę pracować tylko wtedy, kiedy jestem zupełnie wyciszony.

- Jesteś księdzem i malarzem. Jak godzisz tak różne i trudne powołania?

- Dla mnie powstawanie obrazu czy rzeźby to rodzaj modlitwy, homilii. Nie umiem tego rozdzielić. „Prawdziwa sztuka jest «teurgiczna», jest na swój sposób Słowem Bożym, «pierwszym» stopniem poznania Boga” – jak mówi Mikołaj Stankiewicz. Piękno jest jakimś dowodem na istnienie Boga. Z piękna i harmonii świata człowiek wnioskuje o Sile Nadprzyrodzonej. Stan kapłański wcale w tym nie przeszkadza. Przeciwnie, bardzo pomaga, jest autentyczną pomocą. Tworzenie to rodzaj kontemplacji, to swego rodzaju modlitwa i ekstaza.

- Czy malując odczuwasz jakąś Obecność, asystencję jakiejś Wyższej Siły?

- Niedawno proszono mnie o portret znajomej, która zginęła w wypadku samochodowym. Zginęła mając 28 lat. Chciałem go zrobić. Zależało mi na tym. Nie czułem się na siłach. Patrząc na jej zapłakane zdjęcie powiedziałem: „Musisz mi pomóc! Załatw to u jakiegoś artysty z tamtego świata”. W kilka sekund, gdy ciągle trzymałem to zdjęcie, na stół spadła kropla. Potem druga, choć nic na suficie nie przeciekało. Zrozumiałem, że to są jej łzy. Czułem jej obecność. Tego popołudnia namalowałem jej portret. Niektórzy uważają mnie za dziwaka, kiedy opowiadam to zdarzenie. Dla mnie to rzeczywistość.
Innym razem malując obraz, gdy nic mi nie wychodziło, zaczynając go niszczyć, odczułem jakby „cudzą rękę”, która wzięła moją i prowadziła jakby mówiąc: „Urbanowicz, tak należy malować”. Szkoda, że ktoś mi ten obraz ukradł podczas moich wystaw w Polsce. Dla mnie miał on zupełnie inną wartość.

- Czy jesteś szczęśliwy jako malarz i ksiądz?

- Myślę, że tak. To najlepsza z możliwych sytuacji. A w ogóle to uważam, że najdoskonalszą sztuką jest muzyka. Można w niej wszystko powiedzieć a zarazem być pewnym, że nie wszyscy to zrozumieli. Człowiek musi mieć swój intymny świat.

- Gdzie i kiedy będzie można obejrzeć Twoje prace?

- Prawdopodobnie pod koniec września będzie można obejrzeć ukończoną kaplicę w Brukseli. Być może w przyszłym roku dojdzie do wystawy w Suwałkach, w moich rodzinnych stronach.

Paryż, 19 lipca 2001 roku

 

Tekst rozmowy ukazał się na łamach paryskiego "Głosu Katolickiego", nr.30 (1970), rok XLIII, 9.09.2001, s. 8-9.

16-5-1.gif (86617 Byte)
Na zdjęciu:

Witold Urbanowicz
(Paryż, 2002)

Fot. Michael Wittbrot

.