KĄCIK OTWARTYCH SERC

 

Skok

Będąc ostatnio w Częstochowie, moim rodzinnym mieście, opowiedziano mi o chłopcu, który skoczył z szóstego piętra. Dowiedziałem się, gdzie obecnie przebywa i pojechałem go odwiedzić. Efektem spotkania jest poniższa refleksja w formie wywiadu.
Udało mi się skrzyknąć kilka osób, głównie lekarzy, w celu zorganizowania doraźnej pomocy, zwłaszcza renty. Myślę, że i miejscowa gazeta dołoży serdecznego palca do sprawy, choć główny redaktor zajęty był bez reszty jakąś aferą z trującymi beczkami i na razie nie odpowiedział na apel.
Niebawem chłopiec wychodzi ze szpitala. Kończy się okres ochronny, będzie musiał coś jeść. Osierocony przez szukającą szczęścia w Syrii matkę i nieobecnego z powodu zaćmy alkoholowej ojca, skazany jest na śmierć głodową lub kradzież. Domyślam się, że chwilowo zniechęcony do przenoszenia się na inny świat, wybierze to drugie. Połączone z dodającym odwagi, a ujmującym rozsądku alkoholem.
Być może znajdą się pośród czytelników i tacy, którzy z podobną do mojej niechęcią obojętnieją, gdy przychodzi się otrzeć o ludzką krzywdę podobnych rozmiarów. Niezasłużoną, tępą, dokuczliwą i gryzącą zarówno dotkniętego jak i nas, ludzi obok. 
Jednocześnie rozumiem, że istnieją ważniejsze problemy od losu jakiegoś tam pokiereszowanego życiem skazańca na ból. Nawet jeśli chodziłoby o zdeterminowanego skoczka próbującego w ten sposób przywołać do porządku rodziców. Ale my, społeczeństwo, to również rodzice właśnie. Nierzadko, zajęci ogrzewaniem swojego pobliża, wystawiający tych, którymi mamy się opiekować, na bezlitosny chłód braku zainteresowania, odrzucenia. Jest to problem społeczny nie mniej istotny od z pozoru istotniejszych. Problem, o którym trzeba i warto mówić, choćby po to, iżby ci, którym wrażliwość pozwala, a rozum umożliwia, ostrzegali, pilnowali i reagowali na ludzką krzywdę. ¯eby droga z odwykówki nie prowadziła bezpośrednio do więzienia. ¯eby ofiary naszej bezduszności miały choć cień szansy na powrót do rzeczywistości nie oddzielanej od reszty towarzystwem opiekunów w białych kitlach lub kratami.
Jako nie znaczący nic skryba potrafię tylko posłuchać i opowiedzieć, co słyszałem. Wiem, że to niewiele, ale, być może, opublikowanie wywiadu wesprze nieco chłopca w dotrzymaniu obietnicy zlożonej w wywiadzie: "Z piciem koniec". Co oczywiście nie oznacza automatycznego początku życia na skrzydłach szczęścia, lecz... Kto wie? Cuda się przecież zdarzają. Zwłaszcza pod Jasną Górą.
A oto wywiad.

Upalny dzień w połowie lipca. We wsi o nazwie Napoleon pytam o drogę.
- Zaraz będzie ostry zakręt i po prawej stronie przy drodze zobaczy pan bramę z niebieskim napisem. To będzie odwykówka w Parzymiechach.
Niskie, pokryte białą farbą budynki szpitala, w którym leczy się uzależnionych od alkoholu, rozrzucone są na terenie parku ozdobionego dwoma stawami. Cisza, spokój, kaczki, komary jak to nad wodą. Jest wczesny wieczór, pora kolacji. Atmosfera kolonijno-obozowa, turnusy dwumiesięczne: najpierw tydzień detoksu, odtruwania, pozostałe siedem - wprawianie się w życiu na trzeźwo.
- Przepraszam panów bardzo - zwracam się do dwóch dżentelmenów z blaszanymi kubkami w jednej i stertką kromek chleba z masłem w drugiej ręce. - Przyjechałem do znajomego. Można tu gdzie kupić jakąś flaszkę?
- Można. Za bramą jest sklepik.
- Wnieść się da?
- Nikt nie kontroluje.
- A wypić?
- Z tym gorzej. Te france w kitlach chodzą i wąchają. Same nie piją, to wyczują na kilometr. Uważaj pan. Raz uwaga, drugi - wyrzucają za bramę. 
Zapytałem jeszcze tylko, czy szarobiały kot, który akurat czmychnął ze strachem obok nas, też jest na odwyku. Odpowiedzieli, że oczywiście, wychodzi w przyszłym tygodniu. Nie pił ani razu.
Stefan oczekuje mnie na ławeczce przed jednym z budynków. Po schodach wchodzimy do pokoju. Sześć łóżek, cztery zajęte. Szafa, stolik, dwa krzesła, czysto, schludnie. Współlokatorzy nie wrócili jeszcze z kolacji.
- Który to raz odpoczywa pan tutaj?
- Trzeci. Pierwszy raz uciekłem pieszo. Przywieźli mnie akurat bez butów, zdarłem stopy, ale do Częstochowy doszedłem. Na skróty nie ma dalej niż 30 kilometrów. Za drugim razem złapałem okazję. Teraz jestem tu z własnej woli, to nie ma co palić głupa. Zostanę do końca.
Stefan ma dwadzieścia jeden lat, jest sympatycznym, dobrze zbudowanym młodzieńcem z krótką fryzurą i rękoma ozdobionymi zmyślnie wytatuowanymi rysunkami w przypominające smoki esy-floresy. Być może brak górnej jedynki mógłby się komuś wydać mankamentem urody, ale on sam nie wydaje się być owym ubytkiem skrępowany.
- Jak to było z tym skokiem: specjalnie czy niechcąco?
- E tam niechcąco. Chciałem skoczyć i skoczyłem.
- Szóste piętro to jednak spora wysokość. Zdawałeś sobie sprawę z ewentualnych konsekwencji?
- Wie pan, po tygodniowym pijaństwie człowiek nie kalkuluje jak na trzeźwo. Ale skoczyłem, bo chciałem, nikt mnie nie popychał.
- Mówiono mi, że to podczas imienin ojca uszykowałeś mu taki prezent.
- To fakt, że z ojcem nigdy mi się najlepiej nie układało, ale żeby zaraz tam prezent... Miałem wtedy osiemnaście lat, a człowiek jak jest młody, to i głupi.
- Pewno racja, ale nie wszystkim osiemnastolatkom przychodzą do głowy podobne żarty. Miałeś jakiś specjalny powód, o którym mógłbyś powiedzieć?
- Powód, powód... chciałem skończyć ze sobą i to wszystko. A że akurat w ojca imieniny? Może i chciałem mu tam trochę dokuczyć, ale jak pan widzi, nie udało się.
- Czyli z ojcem nie układało ci się już od dawna?
- Ja wiem od dawna, nie od dawna? Pewno po tym, jak mama pojechała?
- Dokąd?
- Do Syrii. W siódmej klasie wtedy byłem. Myślałem, że nas ze siostrą zabierze. Tak mówiła. ¯e tylko pojedzie, rozejrzy się u tego swojego nowego męża i potem nas tam weźmie.
- I co?
- Gówno. Nie przyjechała. Paczkę raz przysłała. Z pięć lat temu będzie. Później napisała list i powiedziała, że przyjedzie. Czekaliśmy i czekali, ale nie przyjechała. Napisała też, że przyśle ojcu pieniądze, żeby mi mógł kupić rower. Wie pan, chłopaki mieli, to ja też chciałem. Człowiek młody, to głupi.
- I przysłała?
- Nie.
- A ojca nie stać było, żeby ci ten rower kupić?
- On mi ukradł ten, co sam z kumplami sobie skombinowałem. Chlał dwa tygodnie, miał kaca, teraz to go może nawet i rozumiem, ale wtedy pierwszy raz dostał ode mnie lanie. Porządne. To był fajny rower, z przerzutką. Sprzedał go za pół litra i trzy piwa. Wszystkiego się dowiedziałem.
- Przepraszam, że cię o to spytam, ale co czuje osiemnastoletni facet, który budzi się po skoku z szóstego piętra w szpitalu zamiast w Syrii?
- A skąd pan wie, że ja się chciałem obudzić w Syrii?
- No tak sobie kombinuję. Podobno z mamą miałeś lepsze układy?
- Mama jest w porządku. Zawsze była. Tak się jej złożyło w życiu, trudno. Ale spoko, na pewno jeszcze wróci. Napisała, że wróci. I nas z siostrą zabierze. Tam jest, wie pan, fajnie, ciepło. Widziałem na zdjęciu. Palmy. Stolica Damaszek. W stolicach zawsze byłem dobry.
- Wracając jednak do mojego poprzedniego pytania: Podobno kiedy odzyskałeś przytomność, pierwsze, co powiedziałeś, to było pytanie, czy mama przyjechała. Prawda to?
- A ja wiem, co tam człowiek bez przytomności gada? Może i pytałem. Pamiętam, że nie wiedziałem, gdzie jestem. I gęba mnie bolała, bo sobie tego zęba wybiłem. Uderzyłem głową o ziemię i trochę mi się pod czaszką poprzemieszczało. Nawet rentę mi dali. 170 złotych. Ale teraz zabrali, bo ojciec zarabia o 500 złotych za dużo.
- I tu się schowałeś?
- Zaraz schowałeś. Naprawdę nie chcę już pić. Koniec. Nawet mnie w ogóle nie ciągnie. Z paleniem gorzej, ale z piciem koniec. Mam jeszcze dwa papierosy. Dwa dni w tygodniu pracujemy przy załadunku tirów, to parę groszy wleci. Na szlugi starcza.

Schodzimy na dół. Weranda wychodząca na staw, przy stoliczkach palacze. Pogadują, śmieją się. Kobiety i mężczyźni w różnym wieku. Gdyby ktoś przyjechał tutaj bez uprzedzeń, pomyślałby: Ot, pierwszy lepszy wczasowy ośrodek położony wśród kojących duszę starodrzewów z rzadkimi w naszych parkach tulipanowcami. 
Niżej, na blaszanym daszku wejścia do piwnicy dwa szarobiałe koty. W jednym z nich, mniejszym, rozpoznaję płochliwego, spotkanego wcześniej. Teraz już spokojny. Zwinięty w kłębek leży z zamkniętymi oczami, podczas gdy drugi zawzięcie myje mu uszy swoim szorstkim języczkiem. Jest dość gwarnie, mimo to słychać zadowolone pomrukiwanie. Zwykły, banalny obrazek. Jak to u kotów.

Andrzej NIEWINNY DOBROWOLSKI


Andrzej Niewinny Dobrowolski, urodzony w 1945 w Częstochowie, w roku 1968 jako muzyk wyjechał z zespołem do Finlandii. Po przeniesieniu się do Szwecji i założeniu rodziny mieszka tam do dziś. Przez kilkanaście lat zajmował się rozlicznymi interesami, prowadząc znaną firmę Bajer & Frajer, od lat dziesięciu tłumacz literacki, dziennikarz, felietonista. Autor wydawanych w Polsce przekładów z języka angielskiego, szwedzkiego i duńskiego. Współpracuje z wieloma pismami polonijnymi w Europie i w Ameryce.

17-6-1.jpg (26710 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Locarno, 2001)


Fot. Michae Wittbrot

.