Człowiek


Z Arturem MAJKą rozmawia Marek WITTBROT


Artur MAJKA - urodził się w 1967 roku w Tarnowie. Tam ukończył Liceum Plastyczne, następnie studiował architekturę na Politechnice Krakowskiej. Od 1992 roku konytynuował swoję przygodę ze sztuką w paryskiej Akademii Sztuk Pięknych. W 1996 roku uzyskał dyplom, a studia ukończył w 1997 roku. Jeszcze przez rok pogłębiał swoją wiedzę w pracowni profesorów Michela Salsmanna i Abrahama Hadada. Wystawiał swoje prace we Francji, w Stanach Zjednoczonych i w Polsce. Obecnie mieszka w Paryżu.


- Po co godzić się na przegrane życie?

- Ładne życie nie jest przegrane. Póki można robić coś ciekawego, realizować swoje plany, podążać w jakimś kierunku, trudno mówić o klęsce czy zmarnowanym życiu.

- Kilkakrotnie spotkałem się z poglądem, że tylko szalaniec wybiera życie artysty?

- Słowo "artysta" dzisiaj nic nie znaczy, zbyt często jest nadużywane. Liczy się człowiek i to co w nim. 
Jest człowiek, jego życie i tego trzeba się trzymać. 

- Dlaczego zdecydowana większość ludzi nie interesuje się sztuką?

- Ludzi można ukierunkować.

- "Ludzie, w swojej masie, mają tendencję do nienawidzenia rzeczy wybijających się ponad przeciętność, o ile się przypadkiem tak nie składa, że są w jakiś sposób użyteczne" - pisał w Dehumanizacji sztuki Jose Ortega y Gasset. Hiszpański filozof uważał, że żyjemy w czasach zdominowanych przez opinię publiczną, a ta nie znosi nieprzeciętności. 

- Ludzie chcą, żeby nimi kierowano, bez tego nie potrafią istnieć. Mało jest ludzi samodzielnych w myśleniu, niezależnych, odstających od "grupy" czy własnego środowiska. Nie musimy odwoływać się do wybitnych jednostek, bo takich znajdziemy niewiele, chodzi o rzeczy podstawowe, najzwyklejsze.

- Inność bywa podejrzana, burzy bowiem pewien ład, daje poczucie niepewności, w jakiś sposób zagraża naszemu status quo. Człowiek nawet w swoim myśleniu nie chce być sam, może dlatego woli się przystosować do"zbiorowych" reguł czy zasad, niż poddawać je krytycznej ocenie?

- Zawsze wychodzimy od jakiejś tradycji, od przyzwyczajeń czy tego, czego się nauczyliśmy. Musi jednak przyjść taki moment, w którym wybierzemy własną drogę.

- Po co, dla kogo?

- Zawsze coś dziedziczymy. Każdy gdzieś się urodził, ma swój kraj, swój krajobraz... To jest baza, punkt wyjścia. I od tego się odbijamy. Idziemy dalej... Po co, dla kogo? To jest pytanie, na które nie ma prostej i jasnej odpowiedzi.

- Czym jest dla Ciebie prawdziwe dzieło?

- Nie lubię takich słów. Artysta, dzieło... Te słowa dziś zmieniły swoje znaczenie.

- One jednak określają jakąś rzeczywistość. Istnieją przecież obrazy, rzeźby, grafiki, rysunki, które moglibyśmy uznać za nieprzeciętne - wyraz wyjątkowej sprawności rąk czy umysłu?

- Tak, ale trzeba wiele czasu i wysiłku, żeby dojść do tego, co inni nazywają...

- ... arcydziełem?

- Zostawmy tego typu określenia. W końcu chodzi o to, co toczy się wokół człowieka, co się w nim czy z nim dzieje. I trzeba być blisko człowieka, najzwyklejszych ludzkich spraw, blisko ludzkich doświadczeń i przeżyć.

- Niejednokrotnie wydaje mi się, że dawno odeszliśmy od ludzkich spraw, że rzadko interesujemy się losem człowieka, nie obochodzi nas ani cierpienie, ani śmierć, ani to, co po niej przyjdzie. Może wyczerpał się nasz język, brak nam wyobraźni albo wrażliwości?

- Problem w tym, że wciąż odbijamy się od czegoś pośredniego... Niby szukamy nowych środków wyrazu, a w rzeczywistości powielamy stare, dawno zużyte wzorce. Ciągle coś przerabiamy, udajemy oryginalnych i odkrywczych, chodzi nam zaś o zrobienie hałasu i rozgłos. Brak nam przejrzystego, czystego spojrzenia.

- Urodziłeś się w Tarnowie, studiowałeś w Krakowie i Paryżu? Czy to ma dla Ciebie jakieś znaczenie?

- Nie ma znaczenia, studiować można wszędzie, najważniejsze jest nasze podejście, nasze zaangażowanie do własnej pracy. 

- Na ile ważne jest to, co wynosimy z domu?

- Dom jest dla mnie tym pierwszym momentem, kiedy spotkałem się z realnym światem. To jest moja matka, mój ojciec, to jest otoczenie, które oni stworzyli - moje pierwsze wrażenie świata poprzez pryzmat moich rodziców.
Nieważne, czy ktoś jest Francuzem, Czechem czy Niemcem. W gruncie rzeczy idzie o to, żeby od siebie coś dać - coś innego, specyficznego, ciekawego. Interesującego chociażby przez swoją odmienność. Najgorsze jest upodabnianie się, dążenie do unifikacji.

- Co Polaków odróżnia od innych nacji?

- Polak, Niemiec, Francuz - czy tutaj można szukać różnic? Przede wszystkim liczy się stosunek do drugiego człowieka, reakcja na kogoś, kto jest obok. Wszyscy tworzymy jedno istnienie - człowieka.

- Dlaczego takie nazwiska jak Pankiewicz, Ruszczyc, ślewiński, Wojtkiewicz, Weiss Francuzom czy Aglikom niewiele mówią?

- Polska, kiedy oni tworzyli, nie istniała.

- Moglibyśmy wymienić inne, bardziej współczesne nam postaci, nie mamy jednak co się oszukiwać - nie należymy ani do popularnych, ani do znanych czy postrzeganych poprzez swoją twórczość nacji. 

- Naszym problemem pozostaje wciąż zaistnienie w zbiorowej świadomości, ale nie uważam, żeby to był powód do zmartwienia. Te rzeczy nie są aż takie ważne, jak się dzisiaj sądzi.

- Istnieje przecież publiczność, określeni odbiorcy. Nie sposób zamknąć się w wieży i tam tworzyć, malować obrazy czy rzeźbić?

- Niepotrzebna mi jest szeroka publiczność. Jest mi zupełnie obojętne, czy ktoś będzie wiedział coś na mój temat. Jeżeli robi się coś konkretnego, powiedzmy rysuje czy maluje, potrzeba ciszy, namysłu, odosobnienia, a nie rozgłosu.

- Dawno odstąpiono od zasady: sztuka dla sztuki.

- Przez swoje obrazy nie mam zamiaru nikogo ani niczego zmieniać, kogoś pouczać czy nawracać. Co najwyżej próbuję wyrazić swoją rozpacz, zwątpienie, niechęć... 

- ...szczęście, radość?

- ...

- Po co zabierając się za coś, co raczej nie jest akceptowane, sprawiać sobie jeszcze więcej kłopotów, zmartwień, wątpliwości, a nawet cierpień?

- Gdzieś tam buduje się piramida, z której nie można zejść... Powrót byłby jeszcze większą tragedią niż to, że dokądś brniesz, czegoś szukasz, gdzieś się gubisz czy nawet giniesz. Najważniejsze, żeby pracować według własnych myśli, potrzeb... Każdy ma jakieś potrzeby. Najgorsze, gdy z nich rezygnuje i chce się komuś przypodobać, ucieka od swojej prawdy, upodabnia się do tłumu, jakiejś grupy, obcej sobie "szkoły", nieswojego podwórka.

- Skąd bierze się mit artysty, dla którego potwierdzeniem są pieniądze i sława? 

- Nie wiem, byli tacy, którzy zasłużenie zdobywali sławę. Należeli jednak do wyjątków. Dla mnie najważniejsze jest odkrycie tych ludzi, którzy mnie otaczają. Chcę jakby oddać ich przez siebie samego, pokazać to, co w nich się dzieje, odkryć ich i mój dramat.

- Dlaczego właśnie dramat, a nie szczęście?

- Bo życie jest tragiczne. Skoro żyjemy, by kiedyś umrzeć, to już jest dramat, dramat sam w sobie. 

- To co widzę w większości współczesnych obrazów, nie jest dla mnie dramatem. Jest przesadą - w jedną albo drugą stronę - i kiczem, bo jest graniem na bardzo niskich uczuciach, jest odwoływaniem się do pozaartystycznych środków. Jeśli przypatrzymy się temu, co się wybiera i preferuje, patrząc od strony warsztatu, często jest to obraza dla rzemiosła, ucieczka od prawdziwego wysiłku, pogarda dla uczciwej pracy.

- Dlatego mam więcej szacunku dla zwykłego robotnika, który potrafi być szczery, niż dla malarza, który robi jakieś "tamtaramtam", udaje, że czegoś szuka, a w rzeczywistości okłamuje siebie i innych. 

- Ale robotnik i tak wybierze słodki obrazek.

- Oczywiście że wybierze... Każdy ma swój "kosmos", swój świat i nie należy go siłą wyrywać z tego świata. Konstruowanie "obrazu", rysunku czy rzeźby, zaczyna się zupełnie gdzie indziej. Kiedy obserwuję ludzi w metrze, kiedy obserwuję ich ruchy, kiedy patrzę na kobiety i na to, co się dzieje wokół, nie mogę wymagać od nikogo, żeby patrzył podobnie, żeby widział to, co ja widzę. Nie znaczy to, że ja jestem lepszy, a ci którzy pewnych rzeczy nie dostrzegają, czy patrzą trochę inaczej, są gorsi ode mnie. Oni są tacy sami, tylko że ja mam inny "kosmos", inne spojrzenie.

- Czy zatem warto się trudzić dla jakiejś garstki, niewielkiej grupy, która rzeczywiście jest w stanie zrozumieć coś z rysunku czy obrazu? 

- Można innych kształtować, podsunąć nowe myśli, pobudzić do refleksji albo choćby pomieszać szyki, poddać w wątpliwość "niewzruszone" zasady.

- Mam poważne wątpliwości, czy takie działanie nie jest walką z wiatrakami, swoistą donkiszoterią.

- Problem w tym, że większość osób zajmujących się tak zwanym rynkiem sztuki to snobi, którzy narzucają swoje gusta, wytwarzają sztuczne zapotrzebowanie. Gusta uzależnione od popytu, zapotrzebowania rynku. Często tak zwany artysta zmuszony jest do podporządkowania się pewnym modom i regułom postępowania, które niewiele mają wspólnego z prawdziwym artyzmem.

- Kryteria jednak istniały i istnieć będą.

- Kryteria zostały zagubione. Kryteriów nie ma. Kryteria opierają się na znajomościach. Przez co czyjaś niekompetencja, wyrachowanie, brak wrażliwości decyduje o wartości "dzieła". I tak błędne koło się zamyka.

- Czy Kościół, jako instytucja, spełnia w tym względzie swoje zadanie? Czy nasze świątynie są świadectwem naszej wrażliwości i głębszego rozeznania?

- Niestety, choć są wyjątki, sytuacja jest smutna. Kościół mówi wiele o pięknie, wrażliwości na ludzki los, czasie, który mija. A jednak cała ta duchowość nie ma bez mała żadnego odzwierciedlenia we współczesnym wnętrzu kościelnym. W kościele nie ma miejsca na własne przeżycia, własne przemyślenia, są natomiast utarte schematy, które wszędzie się powtarza, doprowadzając do zupełnych wypaczeń sztuki sakralnej.
Czasami wydaje mi się, że w Kościele dominuje przekonanie, że jeśli pojawia się coś nowego, to jest wówczas zagrożeniem, bo jest to inny sposób myślenia...

- Działanie przeciwko niewzruszonym zasadom?

- Nikt nam nie zostawił wzorca, w który mamy być zapatrzeni. Nie ma jedynie słusznej drogi, bo taka aż nazbyt wyraźnie kojarzy się ze znaną ideologią. Bóg nie wstawił nas w ramy. Trzeba dać się wypowiedzieć nie tylko "spolegliwym", którzy zrobią, co im się każe, bo interesuje ich rozgłos albo pieniądze, ale i tym, z którymi - być może - trudniej się rozmawia, bo mają własną wizję, bo nie czekają na rozkazy, ale mają odwagę wyjść z własną propozycją, wybrać inną drogę, podążyć nieutartym szlakiem. Mają odwagę patrzeć dalej niż na swoje doraźne korzyści czy nie do końca jasne zamierzenia.

- Przestrzeń tworzy większość.

- Tworzy dany człowiek... Nie oddzielam rzeczy od ich źródła. Najpierw jest człowiek. Jeśli buduję dom, to on odzwierciedla moje myślenie, moje pragnienia i uczucia. Jeśli patrzę na konkretny budynek, widzę człowieka. Domy mogą być smutne, wesołe, tragiczne. Dom, wnętrze mają swój wyraz i w tym się wiele zamyka.

- Jerzy Nowosielski powtarza, że cerkiew i kobieta są doskonałe. Dla Ciebie - wydaje mi się - najważniejsze są: dom i kobieta.

- Domy to ludzie. Wszak żaden człowiek bez domu nie istnieje. Nawet kloszard ma swój kawałek kartonowego dachu nad głową. Wszyscy posiadamy jakieś schronienie - dom, który jest symbolem. Domy, jak ludzie, mają wiele twarzy, żyją i przemawiają do nas własnym językiem. Domy żyją i domy umierają. Takie, które trwają wiecznie w naszej pamięci i takie, które przechodzą niezauważone. Dom i kobieta są ważne dla każdego mężczyzny, ale w pewnym momencie określenie płci się rozmywa. Człowiek, czy to mężczyzna, czy kobieta, po prostu żyje, czuje, zbiera doświadczenia.

- W Twoich fascynacjach bardziej jednak widoczne są kobiety niż mężczyźni.

- Chyba było więcej kobiet, które wywarły na mnie wrażenie. To jest kwestia oddziaływania. Na mnie rzeczywiście kobiety robią wrażenie... Jest to jednak coraz smutniejszy obraz, choć piękno należy dostrzegać.

- Szukałeś ideału kobiety i okazało się, że nie ma ideału? 

- Doszedłem do momentu, kiedy kobieta, której przecież każdy mężczyzna potrzebuje, nie tylko w sposób fizyczny, ale psychicznie i duchowo, ta kobieta gdzieś ginie, znika z oczu. Pojawia się dysonas między samą istotą kobiecości, jej wartością, a tym, co przynosi rzeczywistość.

- Gdzie wobec tego szukać oparcia, w jaki sposób się wypowiadać, malować?

- Każdy ma swój język. Porusza się w obrębie własnych myśli, wypracowuje swój własny świat. Szukam tam oparcia i potwierdzenia najpierw u siebie samego.

- Czy zatem tylko szaleniec wybiera życie artysty?

- Chodzi po prostu o życie, a nie życie artysty. W końcu wszyscy idziemy w tym samym kierunku. Najpierw jest miłość, jest człowiek, wrażliwość na to, co nas otacza, a dopiero potem inne rzeczy...


Rozmowa ukazała się na łamach "Naszej Rodziny" 9/10 (660/661) 1999, s. 23-25.

Artur-M.jpg (18956 Byte)

Na zdjęciu:

Artur Majka
(Paryż, 2001)

Fot. Michael Wittbrot

.