Topole

Wybieraliśmy się z żoną do znajomych. Akurat tego dnia zima nastała zaraz po lecie i mróz tak zadziwił nie przeczuwające niczego liście, że zapominając o zżółknięciu, pokryły zielonym dywanem grubą warstwę śniegu. Wyglądało to nawet interesująco, ale kiedy po dwóch dniach porządek wrócił na swoje miejsce, drzewa, a zwłaszcza wiązy, stały nieprzystojnie jak na październik nagie, nie mając się nawet czym zaczerwienić ze wstydu. Ale nie o tym.
Do znajomych zamierzaliśmy się udać autobusem. Miało być przyjęcie, autobus lepiej znosi ewentualną lampkę wina od własnego auta.
Na przystanku okazało się jednak, że zeszłoroczny rozkład jazdy uległ rozkładowi tegorocznemu, w którym odjazd w stronę znajomych przewidziano kwadrans wcześniej. Następny za godzinę.
Pomni praktykowania zasady o optymalnej jakości zsyłanych przez los zdarzeń, spędziliśmy czas oczekiwania na miłej rozmowie pochłonięci charakteryzowaniem cech osobowości wybranych bliźnich. Zajęcie w sam raz na podobną okazję, wszak uciążliwe nieco w kontekście reguły nakazującej po scharakteryzowaniu jednego powiedzieć coś pozytywnego o czterech innych.
Minęła godzina, jedziemy. Gdzieś w połowie drogi stop! Niebieskie policyjne światła, duży trójkąt z napisem "wypadek". W rowie z powodu nagłej, jak wspominałem, niepogody, nasz niedoszły, czy raczej zbyt wcześnie odeszły autobus. Na szczęście nikt nie odniósł poważniejszego szwanku na zdrowiu, ale z pewnością ten i ów jeśli nawet nie doznał szoku, uległ poważnemu wylęknieniu.
Nas niesympatyczna przygoda ominęła tylko dlatego, że nie pofatygowaliśmy się z telefonem do informacji, gdzie powiedziano by nam o szczegółach nowego rozkładu. Nawet przez chwilę rozpatrywaliśmy byli tę możliwość, lecz moje przekonanie o niezmienności natury zwyciężyło. Co, jak i - w myśl wspomnianej zasady - wszystko inne, wyszło nam na dobre.
Zdarzenie to sprowokowało mnie do podzielenia się następującą refleksją:
Jesienią roku 1886 drogą prowadzącą do niewielkiej podrzeszowskiej wsi wracał z zakupów w pobliskim miasteczku dwudziestoletni młodzieniec. W pewnym momencie poczuł drażnienie w oku: Maleńka muszka, która z powodu podmuchu wiatru zmieniła nagle lot, miała niebawem zakończyć swoje krótkie życie w słonym potopie ludzkiej łzy. W trakcie próby zlikwidowania przyczyny irytacji, od strony wioski nadchodziła akurat dziewczyna, która zaoferowała się z pomocą. Muszkę usunięto, podziękowano, powiedziano "nie ma za co" (jeszcze nie znane było wtedy okropieństwo "nie ma sprawy"), coś dodano, uśmiechnięto się, odśmiechnięto, krótko mówiąc, sprawa zakończyła się ślubem.
W jakiś czas potem młoda para wraz z trzydziestoma innymi mieszkańcami pobliskich wiosek wyemigrowała do USA. Dzisiaj musieliby najpierw wylosować wizę, wtedy wyjeżdżało się z wyboru własnego. Takie były czasy.
W Ameryce urodziły się im pierwsze dzieci, potem następne, dzieci miały swoje dzieci, czyli ich wnuki, wnuki własne wnuki aż w roku 1974 urodziła się dziewczynka, której dano na imię Monica, resztę znają wszyscy. Pół żartem, całkiem serio i dramatyzując nieco uproszczenie, można powiedzieć, że 102 lata wcześniej maleńka muszka z podrzeszowskiej wsi... właściwie opadły nagle liść, z którego... właściwie podmuch wiatru w podrzeszowskiej wsi zapoczątkował serię wydarzeń, które stały się tematem rozmów w większości magli całego świata, zaś pewien wysoce uposażony urzędnik o mało nie straciłby z tego powodu możliwości dalszego wykonywania swojej funkcji.
Żona przypomina mi tę wymyśloną przez siebie dykteryjkę dość często, zwłaszcza kiedy próbuję nie doceniać wagi jakiegoś z pozoru tylko wartego niedoceny zdarzenia. "Kochanie" - mawia - "jesteś w błędzie. To, że znów zapomniałeś klucze do garażu, może zmienić losy świata!" "Jakim cudem?" - pytam dla odciągnięcia uwagi od kluczy, udając zdziwionego, a jednocześnie wiedząc, co mi zaraz odpowie, bo skecza z kluczami przerabiamy ostatnio coraz częściej. "Mówiłam ci już wielokrotnie, a ty wciąż pytasz, jak byś słyszał to po raz pierwszy. Po prostu ruch drogowy bez twojego udziału, delikatnie mówiąc, nie traci na bezpieczeństwie, przez co ktoś, kto być może... zresztą, daj spokój, nie będę ci tłumaczyła tego samego po raz setny".
Czego jak czego, ale składności rozumowania mojej żonie odmówić niełatwo.
Ktoś zabawnie nie wykluczył możliwości spowodowania orkanu na Florydzie przez motyla w Jokohamie. Zakłócenie równowagi kilku molekuł powietrza wytrąca z układu dalszych kilka... Co by nie powiedzieć, jedno jest pewne: Bezlistne drzewa w połowie października wyglądają groteskowo. Natomiast czy wpływają na losy świata? Hm, pewno tak. Skoro muszka, motyl, podmuch wiatru pod Rzeszowem, to co dopiero bezwstydnie przez październikowy mróz ogołocone wiązy na naszym osiedlu.
Chyba że są to topole.

Andrzej NIEWINNY DOBROWOLSKI

Andrzej Niewinny Dobrowolski, urodzony w 1945 w Częstochowie, w roku 1968 jako muzyk wyjechał z zespołem do Finlandii. Po przeniesieniu się do Szwecji i założeniu rodziny mieszka tam do dziś. Przez kilkanaście lat zajmował się rozlicznymi interesami, prowadząc znaną firmę Bajer & Frajer, od lat dziesięciu tłumacz literacki, dziennikarz, felietonista. Autor wydawanych w Polsce przekładów z języka angielskiego, szwedzkiego i duńskiego. Współpracuje z wieloma pismami polonijnymi w Europie i w Ameryce.

 

18-3.jpg (114405 bytes)


Na zdjęciu:

Topole

Fot. A. Niewinny
Dobrowolski

.