Kącik otwartych serc

Droga Pani Tereso
Od początku istnienia "Recogito" czytam Pani rubrykę, z nadzieją, że spotkam temat który mnie i moją rodzinę nurtuje. Ale, niestety, nie poruszyła Pani - jak dotąd - naszego problemu, więc zmuszony jestem napisać do Pani - co zresztą czynię z dużą przyjemnością, licząc na to, że i Panią mój problem zainteresuje, skoro mieszka Pani we Francji. Otóż jestem emigrantem tzw. politycznym. Mieszkam we Francji ponad 20 lat. Mimo początkowych trudności jestem już dość dobrze urządzony. Jak wiadomo nigdy dość tych dóbr. Ale do rzeczy. Otóż od momentu uzyskania niepodległości coraz częściej stawiamy sobie z żoną pytanie: co dalej? Oboje należymy do tych ludzi, choć to słowo dziś straciło na znaczeniu, patriotami. Kochamy naszą ojczyznę, płaczemy na widok wierzby płaczącej czy jarzębiny czerwonej. Może to i głupie i sentymentalne. Ale.... Oboje z żoną pracujemy w zawodach wyuczonych w Polsce. Radzimy sobie nieźle - choć nie poprosiliśmy o obywatelstwo francuskie, choć od dawna mamy do tego pełne prawo. Walczyliśmy o wolną Polskę, choć ceną była w końcu emigracja.
To było wtedy konieczne. Nasi rodzice stają się coraz bardziej niedołężni, potrzebują nas, a tak się ułożyło, że moi bracia też są poza Polską. Żona coraz bardziej skłania się do powrotu, ale w czym problem? Otóż trójka naszych dzieci, dwoje na studiach, jedno w liceum - nie chcą słyszeć o powrocie. Choć i dobrze mówią po polsku, bardzo silnie weszły w środowisko francuskie i pomimo tego, że wychowywaliśmy je w duchu polskości, tradycji polskich -to jednak te korzenie dla nich nie są tym samym, co dla mnie i dla żony. Jesteśmy na rozdrożu, żona lepiej to znosi, ale ja wiem, że do Polski muszę wrócić. Wiem, że będzie materialnie dużo gorzej, może nie osiągniemy takiego statusu materialnego jak tu. Ale mnie się Polska śni po nocach, chociaż jeżdżę tam na wszystkie wakacje. Ale co zrobić, kiedy dzieci nawet nie chcą o tym słyszeć. Jak z tego wybrnąć? Czy jest to sytuacja w ogóle do rozwiązania? Ciekaw jestem, jakie jest Pani zdanie na ten temat. Będę wdzięczny za odpowiedź. Przesyłam wyrazy szacunku
Jacek W.

Drogi Panie Jacku,

Postawił Pan pytania, które coraz częściej zadają sobie ci, który z różnych przyczyn opuścili kraj. I ci, którzy mieszkają we Francji 30 lat i więcej, i ci, których staż emigracyjny jest znacznie krótszy. Mając obywatelstwo francuskie (lub nawet nie) i określoną stabilność materialną, coraz częściej zadają sobie pytanie: czy tu jest moje miejsce? Co przezorniejsi budują w Polsce domy lub apartamenty w rodzinnych stronach, żeby mieli dokąd wracać. Poczucie, że można w każdej chwili wrócić do kraju, do siebie, daje pewien komfort psychiczny, poczucie korzeni, stabilności, czegoś swojego, własnego.
Po pierwszych latach zachłyśnięcia się przepychem Zachodu, z latami dostrzegamy, że to, co wynieśliśmy z własnej Ojczyzny, jest pewną trwałą wartością, której próżno szukać na Zachodzie. Owszem, łatwiej się dorobić, łatwiej o komfort życia, ale zaczyna brakować tego, co może jest najważniejsze w życiu: tradycji, bliskich krewnych, wspólnie spędzanych świąt, a nawet śniegu. Tęsknimy nawet do rodzinnych grobów. Coraz częściej szukamy swoich korzeni tam właśnie, w kraju. Zaczynamy krytykować Francuzów, wiele ich cech nas drażni.
Myślimy: gdzie im do Polaków? Że nie mają tak rozwiniętej inteligencji życiowej jak my, którzy musieliśmy wszystko wywalczać, począwszy od żółtego sera, a na materiałach budowlanych, nawet na najmniejszy remont naszego mieszkania - kończąc. Wszystko było problemem. Ale to już przeszłość. Nie wszyscy o tym pamiętają. Teraz mamy wolną Polskę możemy jeździć po Europie bez wiz w tę i z powrotem. Świat stał się bardziej dostępny, możemy zachłystywać się bogactwem i przepychem krajów Zachodu. Jednakże po latach otwieramy oczy szerzej i u widać, że nie wszystko piękne, co się świeci. Brak nam coraz częściej tego, co w Polsce było treścią naszego życia. Wielu z nas porzuciło swój ulubiony, cieszący się prestiżem, zawód, aby tu ze szczotką czy jakimś murarskim narzędziem przekuwać swoją przyszłość. Pieniądze są wszędzie ważne, jednakże po latach i pieniądze przestają być najważniejsze - czegoś nam brak, dlatego gotowi jesteśmy rzucić wszystko i popędzić za głosem serca, tęsknoty do siebie (w tym szerszym odczuciu) czujemy pustkę, że to nie jest nasze miejsce.
Kiedyś, przed laty podczas rekolekcji wielkanocnych u Księży Pallotynów w Paryżu ksiądz Józef Tischner opowiadał, że w Warszawie, w Pałacu Kultury w windzie spotkał swojego byłego studenta, który między parterem a ósmym piętrem opowiedział mu.
"Że, owszem w krótkim czasie zrobił karierę. Ma wysokie stanowisko, pieniądze, piękne mieszkanie, służbowy samochód - ale wewnątrz czuję, że moje życie pustce".
Właśnie ta pustka, utrata celu w życiu powoduje, że człowiek - szczególnie na emigracji - zadaje sobie coraz częściej pytanie: i co dalej? osoby samotne mają łatwiejsze zadanie. Mogą wracać do Polski i jeżeli żyją tu mając przed sobą perspektywę powrotu mogą z oszczędnościami świetnie sobie w Polsce poradzą. Trudniejszy problem jest w rodzinach, gdzie dzieci wrosły w środowisko francuskie, uczą się tu i studiują idee, ideały rodziców są już dla nich tylko historią i literaturą i nie bardzo wyobrażają sobie życia w Polsce. I tu rozdarcie: dzieci już pewnie tu pozostaną, rodzice coraz bardziej zaawansowani wiekiem szaleją z tęsknoty za Polską, do swego kraju, do stron swojej młodości. To są silne uczucia. Jeśli postanowią wrócić do Polski - co się coraz częściej zdarza - pozostanie tęsknota do dzieci, do wnuków, które tu pozostają.
Taką cenę płacimy za to, co nam zgotowała nasza historia i smutna rzeczywistość. Ważne jest, aby przy podejmowaniu decyzji kierować się sercem. Bowiem - jak powiedział mój ulubiony pisarz francuski Antoine de Saint-Exupery - serce nigdy nie błądzi.

Teresa BERSKA

Teresa Berska prowadzi poradnię zdrowia psychicznego w Paryżu.

18-6-1.jpg (33985 bytes)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Bretania, 2002)

Fot. Michael Wittbrot

.