Dziennik życia (2)

Jak wypowiedzieć miłość? Jak skłonić ją do życia, we mnie, w świecie? Co uczynić, aby cisza za oknem trwała, nie czyniąc zbyt wiele hałasu. Jak żyć z tą szaloną w sobie zaborczością, która nie daje spokoju i wciąż domaga się jawnej obecności? Nie wiem, po prostu, nie wiem. Ufam jednak, że przyjdzie czas, kiedy rozpoznam ten w sobie głos. Dzisiaj jestem szczęśliwy i pełen radości. Bo blisko imiona życia, w każdej chwili, na jawie i we śnie.

Paradoksy, językowe niedopowiedzenia, sugestie wypełniają przestrzeń pomiędzy człowiekiem a Bogiem. Nikt z ludzi nie potrafi jednoznacznie wypowiedzieć swych religijnych uniesień. I tak być musi, aby Bóg pozostawał Bogiem, a człowiek człowiekiem. Nawet - przypuszczam - po stronie zmartwychwstania owa różnica nie zaniknie. Szczęście nieba będzie zapewne polegało na ciągłym i wiecznym poznawaniu tego, kim Bóg jest oraz rozpoznaniu tego, kim w istocie jest człowiek. Niewiele teraz można powiedzieć. Dlatego nie powinniśmy się dziwić, że słowa Jezusa zasłania mgła tajemnicy, pełna paradoksów i symboli, a treści Bożego posłannictwa zostały zakryte przed mądrymi i roztropnymi, a przekazane prostaczkom.
Cóż to znaczy? Czyżby mądrość i roztropność to przeszkoda na drodze prowadzącej do Boga? A słowo "prostaczek", czyż nie brzmi - powiedzmy ostrożnie - w naszych uszach podejrzanie? Nie śpieszmy się jednak z odpowiedzią! Na razie powiedzmy tylko tyle, że ci, którzy uważają się za społecznie wyniesionych i obdarzonych wyjątkową mądrością i którzy - dlatego - ufają jedynie swoim możliwościom oraz talentom, ci właśnie są dalecy od wejrzenia w Boże zamiary i plany. Oczywiście, nie dlatego, że czerpią z bogactw mądrości i życiowej rozwagi, lecz z powodu pychy przesłaniającej szlachetne widzenie świata, sprawiającej, że odrzucają Boże dary. Natomiast ludzie prości, a więc wrażliwi na Boże słowo, choć nie będący owego Słowa (w teologicznym sensie) znawcami, rzeklibyśmy, ewangelicznie ubodzy duchem i grzeszni, dostępują łaski bliskości z Chrystusem.
Dlaczego? Bowiem nie wikłają się w nadmierne spekulacje. Zdobyli naturalną duchową równowagę, która sprawia, że potrafią przyznać się do swych grzechów, prosić o przebaczenie i łaskę pokory. Wiedzą, że każda chwila istnienia jest darem i życzliwością Stwórcy, którego wysławiają i wielbią, w osobistym języku wiary. Prostota ich życia zdaje się być wyrazem duchowego bogactwa i mocy. Aczkolwiek są "obciążeni", "utrudzeni". Oto kolejny paradoks ewangelicznej egzystencji. To utrudzenie jest wynikiem naśladowania Chrystusa. Bóg przecież nie zwalnia swych uczniów z obowiązków, wynikających z faktu, że jest się Jezusowym uczniem - człowiekiem wiary. Należy zatem powtarzać lekkie "Jezusowe gesty". Czy jednak rzeczywiście "lekkie"? Wydaje się, że nie. Cierpienie, ból, samotność, śmierć tych, których najmocniej ukochaliśmy - czy to "brzemię lekkie"? Rozwiązanie tej sprzeczności - zauważył Hans Urs von Balthasar - zawiera się w postawie Jezusa, który mówi o sobie, że jest "cichy" i "pokorny sercem", to znaczy - nie wzdycha, niosąc ciężar, którym Go obarczono, nie skarży się, nie buntuje, nie zastanawia się, czy starczy Mu sił. "Uczcie się ode Mnie", a wtedy okaże się, że wasze brzemię jest jednak "lekkie". Albowiem Duch miłości między Ojcem i Synem pozwala cieszyć się, że Jezus pozwala nam choć trochę pomagać Mu w niesieniu Jego jarzma - krzyża. W ten sposób zyskujemy w Duchu pokój Boży.
Jednakże - powtarzam raz jeszcze - nie jest łatwo żyć w Bożej bliskości. Teraz, gdy zmarła moja mama Franciszka, wiem o tym aż nadto dobrze. Była kim najbliższym i prawdziwie osobą pokorną, utrudzoną, ufającą w Bożą opiekę. Dosłownie: jej wewnętrzna przenikliwość, dobroć prawie nie miała miary. I co najpiękniejsze: nigdy na nikogo i na nic nie narzekała, przyjmując w cichości życiowe cierpienia, rodzinne porażki, oddalenie własnych dzieci. Jej codzienna modlitwa do siedmiu ran Pana Jezusa oznaczała, że głęboko włącza się duchowo w Bożą drogę zbawienia świata. Ufam, że mogę w ten sposób napisać. Ufam też, że nasze dalsze życie stanie się przedłużeniem Jej dobrej, modlitewnej obecności. Ona przecież naśladowała Chrystusa, godząc się na wszelkiego rodzaju życiowe trudności i cierpienia. Bóg nie zwalnia tych, którzy Mu zaufali z obowiązków wynikających z faktu, że jest się człowiekiem wiary. Gdy to sobie uświadomimy, wówczas śmierć Franciszki, ale i każdego człowieka, którego ukochaliśmy, stanie się czymś "lekkim". Możemy żyć, bo staramy się czerpać z mocy ducha zmarłej Franciszki, która - tak naprawdę - nie umarła, tylko została przemieniona mocą zmartwychwstałej miłości. Bóg jest Bogiem żywych. Dlatego nasze brzemię jest lekkie i w nim odnajdujemy pokrzepienie. Niech tak się stanie.

Czytam Jezusową księgę przypowieści. Chcę w duchowy oczywiście sposób, znaleźć się pośród słuchających Mistrza z Nazaretu, kiedy On usiadłszy w łodzi, jako głowa Kościoła przybliża tajemnice swej zbawczej misji, a my staramy się, jako Kościół właśnie, wsłuchiwać się w to Boże nauczanie. Przybrało ono charakter przypowieści. Czy dzisiaj potrzebujemy tego rodzaju pouczeń, skoro uznajemy za ważne tylko konkretne dane, sprawdzalne hipotezy i treści doświadczalnie uchwytne. Czyż mogą nas zaintrygować Jezusowe, bardzo zmetaforyzowane i symboliczne wizje?
Otóż, jako osoby starające się naśladować ewangeliczny styl życia, pragniemy jak najwięcej wiedzieć o Tym, w którego i któremu wierzymy. A On - Bóg pragnie nam o Sobie opowiedzieć, czyli przedstawia ideę Królestwa Bożego, gdyż - jak trafnie zauważył Orygenes - należy Chrystusa utożsamiać z Królestwem. Całe życie przecież zdaje się być przygotowaniem do osiągnięcia celu wiary: spotkania na wieki z Bogiem, uczestnictwa w Jego Boskiej naturze. Ale jak o tym mówić, jak wyrazić w ludzkich słowach? Pamiętajmy najpierw, że wspiera nas Jezus, zapraszając do rozmyślań i medytacji, nad sensami zawartymi w przypowieściowej narracji. To jego, jeżeli wolno tak określić, świadoma pedagogika. On bierze za ręce i powiada: usiądź tutaj i słuchaj, lecz słuchaj uważnie, bo tylko nielicznym dana jest łaska rozumienia. Jezus bowiem nie podaje bezpośrednio i jednoznacznie sposobów i norm codziennego postępowania, których stosowanie umożliwia zdobycie Królestwa, stara się natomiast w sposób obrazowy i sugerujący przedstawić prawdę, z której - dzięki osobistemu zaangażowaniu - można wywieść normy religijnego postępowania. Wymaga to osobistej pracy, zaufania i wysiłku, poprzedzonego uznaniem w Jezusie Mesjasza i Boga. Kto tego nie zechce uczynić, umieszcza siebie po stronie osób pozbawionych łaski poznania Bożych tajemnic. Naturalnie, każdy ma szansę zbliżenia się do prawdy o Bożym Królestwie, niemniej, może z własnej winy odciąć się od niej i pozostać poza obrębem Bożej mądrości.
My jednakże słuchamy i - jako, ośmielam się sugerować, ci najwierniejsi, próbujemy rozumieć. Wiemy, że Jezusowa przypowieść składa się z dwóch znaczeniowych elementów. Pierwszy został wzięty z krajobrazów codziennego życia: oto dostrzegamy maleńkie poletka ziemi uprawianej na zboczach pagórków, zwykle porosłej cierniami i kolczastymi kaktusami. Warunki do uprawy nie są więc najbardziej odpowiednie, lecz ziarno zostaje zasiane. Drugi zaś element przypowieści przekracza niejako to, co konkretne i odsyła do sfer niewidzialnych, duchowych. Chodzi teraz o to, by móc uchwycić podobieństwo zachodzące między rzeczywistością zmysłową i duchową. I cóż się okazuje? Otrzymujemy w darze Boże słowo, które dociera do naszych serc. Czy jednak przyniesie spodziewane owoce? Sprawa wcale nie jest tak oczywista i prosta, jak może się wydawać. Bo nie tylko przeszkadzają perswazje szatańskie, ale i nasza osobista postawa, często ograniczona do zewnętrznych, powierzchownych znaków religijności, znajdujących się zaledwie pod skórą, a nie w głębi spełnianych decyzji. Nazbyt ufamy swym możliwościom. Wikłamy się w atrakcje doczesnej kultury. Nadto, wystarcza niekiedy maleńki zaledwie ból i ucisk, by zapomnieć o ziarnie Bożego słowa. Gdy nie tworzymy odpowiednich warunków, żeby nauka Jezusa mogła się w nas zakorzeniać, nie potrafimy zaradzić piętrzącym się trudnościom i popadamy w religijną chwiejność, a nasza wola traci wówczas swą wytrwałość.
Warto zatem rozważyć to, co sugeruje nauka Ewangelii. Królestwo Boże wiąże się z Chrystusem. On - Siewca daje słowo, które zawsze jest skuteczne. Należy o tym wiedzieć i od razu przyjąć, że głos Jezusa jest tożsamy z nauką Kościoła. Aby zatem mogła objąć nas opatrznościowa moc Królestwa musimy słuchać Słowa, starać się je rozumieć i wprowadzać w codzienną egzystencję. Dopiero zjednoczenie tych trzech czynników, dziejące się w przestrzeni wyznaczonej Bożą życzliwością i naszą ludzką dobrą wolą - sprawia, iż tajemnice życia z Bogiem rozjaśniają się w naszym duchowym doświadczeniu. Ciągle jednak musimy przestrzegać siebie i pozostawać osobami czujnymi, bo przecież w każdej chwili nasze serce może stać się ziemią skalistą, na której rosną tylko owoce szatańskiej namowy i zła. Prośmy Jezusa, aby chronił nas przed takim zniewoleniem.

Przeglądam książkę dziwną i na poły paradoksalną, podobnie jak jej autor, rumuński myśliciel, matematyk, artysta, filozof, dyplomata, zafascynowany siłą i kreatywnością ludzkiej wyobraźni. Chodzi o "Złotą liczbę" Matila Ghyka, starannie wydaną przez zasłużony dla polskiej kultury krakowski "Universitas". Praca zyskała w latach w latach 30. ubiegłego wieku znaczący europejski rozgłos, zwłaszcza w różnego rodzaju środowiskach zajmujących się tzw. wiedzą tajemną, ezoteryką, magią. Filozofowie odnosili się do niej raczej z pewnym dystansem, aczkolwiek rozpoznali w niej rzecz wpisująca się w określony sposób myślenia, nawiązujący do pitagorejsko-platońskiej wizji świata.
Bo rzeczywiście, obecnymi czasy coraz częściej refleksja filozoficzna (szerzej: naukowa) poczyna wracać do osiągnięć kultury greckiej. Publicystyczna formuła Whiteheada, że cała europejska filozofia to zaledwie przypis do Platona, została przez rozumieniu rumuńskiego pisarza dodatkowo rozszerzona. O co, o kogo? Przede wszystkim o źródłową tradycję pitagoreizmu, który rozpoczyna europejską przygodę filozoficzną, skoncentrowaną na tym, aby o jedynie ludzkich siłach zrozumieć i wyjaśnić rzeczywistość. I okazuje się, że te pierwsze próby nosiły znamiona rewolucyjnych i nowoczesnych. Uchwycona w intelektualnym błysku geniuszu przez Pitagorasa teza o liczbie i proporcji, przenikającej i fundującej świat jako kosmos, sprawiła niezwykłe kulturowe poruszenie. Odtąd tajemnica proporcji, liczby, analogii nie przestawała intrygować zarówno filozofię świecką, jak i myśl religijną. Przedstawiane dzieło opowiada właśnie historię tej fascynacji: bo oto proporcje tworzące - powiedzielibyśmy - wewnętrzny układ rzeczy świata wyrażają się niezwykle często tzw. określoną stałą liczbą, zwaną "złotą" (1,618) porządkującą nieustanny i zmienny rytm rzeczywistości.
W jaki zatem sposób owa ziemsko-boska harmonia "działa" w porządku ontologicznym, artystycznym, a zwłaszcza architektonicznym - na tak wyrażone pytanie stara się odpowiedzieć autor. Przedstawia dość specjalistyczne spekulacje, cenne dla znawców, mniej natomiast dla czytelników nie obeznanych z analizowaną problematyką. Dlatego też tych ostatnich zajmie druga część pracy, w której czytamy o historii pitagoreizmu i jego wpływie na europejską kulturę, zwłaszcza filozofię i obyczajowość religijną, rozwój hermetyzmu, Kabały czy wolnomularstwa. Trudno natomiast zgodzić się z tezą, wyraźnie podkreślaną przez Ghyka, że chrześcijaństwo jest religią opartą na ideologii pitagorejskiej, tzn. grecko-egipskiej.
Oczywiście, można wytropić związki pojawiające się pomiędzy etyką bractwa, niektórzy mówią: sekty pitagorejskiej a nauczaniem Chrystusa, co wydaje się historycznie i kulturowo naturalne, trzeba jednak wyraziście ukazywać odmienności i całkowitą oryginalność chrześcijaństwa. Należałoby chyba jednak głębiej uzasadniać, że chrześcijaństwo nie było w sensie ideologicznym i uczuciowym religią o semickim podłożu, lecz grecko-egipskim, przy czym wkład grecki miałby genezę pitagorejską. W każdym razie rzecz cała warta jest uważnego prześledzenia i przemyślenia. Choćby tylko z tego względu zachęcam do - nie tyle gruntownego przeczytania - co dokładnego przejrzenia tej pracy. Poza zgromadzoną w niej erudycją, często trudno dostępną, pozostaje ona swoistym znakiem czasu: ujawnia, jak niewiele nas dzieli, wbrew postmodernistycznym hasłom, od śródziemnomorskiej tradycji i że nie warto bezmyślnie karmić się po-nowoczesnymi wróżbami...

List:

Ten list, kochany Piotrze, jest listem przepraszającym za wszystko, co ostatnio było we mnie złe, obolałe. Śmierć Franciszki umocniła moją i tak już wielką i zauważalną bezradność. Nie potrafiłem przez ostatnie dni dziękczynnie odnieść się do świata. Zapewne to mój egoizm (w miłości) zwyciężył. Ale wiem, że rozumiesz moją duchową sytuację i niemoc; moją tęsknotę za tym, co Boże i dobre; moje marzenia, aby nie poddawać się grzechom, codziennym słabościom. Bo jakże trudną sprawą bywa porozumienie z kimś drugim. Lecz na szczęście, zwykły, drobny gest, uścisk dłoni, bliskość (taka, jak nasza) sprawiają, że słowa nie są nawet konieczne, choć rozmawiać trzeba i powinno się. Dlatego dziękuję za Twoją (i Teresy) obecność, podczas pogrzebu. Dziękuję za mądrą żałobną homilię i uśmiech. Cóż uczyniłbym bez Ciebie, zwłaszcza obecnie, kiedy kruszą się więzy z rodzinnym krajobrazem, dawnymi szkolnymi kolegami, sąsiadami, którzy najczęściej już nie żyją.
Ufam, Piotrze, że nadal będziesz mną się opiekował, na wzór Jezusa, troszczącego się o apostoła Jana, bo kiedyś sam o tym wspomniałeś. A ja? Cóż, będę starał się zasłużyć na Twoją bliskość i miłość, dzięki której pozostaję w silniejszej więzi z Chrystusem. Teraz nie mam już Rodziców, mam tylko Ciebie i Rodzeństwo. Pragnę, byś mnie jeszcze bardziej przygarnął do serca, umacniał w pracy kapłańskiej. Całe życie dotychczasowe (i tak pozostanie) podążam za Tobą, radując się każdą chwilą spędzoną razem, a wieczorne komplety dają tyle duchowych sił, że czekam na nie z utęsknieniem.
Jestem bez Mamy bardzo samotny, choć wiem, że muszę pozwolić sercu, by nie trzymało się kurczowo zmarłych i by zgodziło się na ich odejście, ale co właśnie oznacza, że są nam coraz bardziej bliscy. A w duchu Chrystusa i przez Niego zarówno moja Mama, jak i mój Tata, Brat i Twoi bliscy-zmarli, stają się częścią naszej istoty. W tym cudzie wiary i Jezusowej miłości potrzebuję Twojej czułości i miłości, bo - trwam w takiej nadziei - zapewne, mimo moich słabości, wad i nieporadności, pozostaję kimś, kogo, choć trochę, kochasz. Bo ja Ciebie kocham najpełniej, jak potrafię. Raz więc jeszcze dziękuję po prostu za to, że mogę swoją twarz złożyć w Twoich ramionach i sercu.
Teraz załatwiam ostatnie sprawy na uczeni i jadę do Wasilkowa, żeby pobyć z domownikami. Tęsknię do Ciebie i obejmuję modlitwą. Proszę pozdrowić Teresę i to wszystko, co najgłębiej kochasz.
Twój J.

Tegoroczny sierpień ponownie stał się miesiącem papieskim. Nie przebrzmiały jeszcze w naszych sercach echa spotkań z młodzieżą w Toronto, nie ucichły duchowe emocje płynące zza oceanu, ale też Wadowic i Gniezna, a już z drżeniem przygotowujemy się na osobistą bliskość Jana Pawła, w chwili, gdy zjawi się ponownie na polskiej, tym razem, krakowskiej ziemi. Jakie znaczenie może mieć ta kolejna pielgrzymka? Pytam, gdyż wydaje się, iż nazbyt przyzwyczailiśmy się do słów i odwiedzin Jana Pawła, dając często jedynie zewnętrzne znaki osobistego przywiązania? Można bowiem traktować duszpasterstwo papieża jako religijny ozdobnik, wzmacniający poczucie narodowej dumy i swoiście pojętego nacjonalizmu. Można też ograniczać je do przeżyć natury wyłącznie emocjonalnej, oczywiście, przeżyć istotnych, wręcz koniecznych, ale czy w całym doświadczeniu najważniejszych? Sądzę, że nie. Albowiem najpierw i przede wszystkim należy pamiętać, że żyjemy w specjalnym historycznie darowanym czasie.
Oto jako żyjący na przełomie tysiącleci otrzymaliśmy szansę bezpośredniego korzystania z tego wszystkiego, co niesie posługa papieska. Niektórzy nazywają nas nawet papieskim pokoleniem. Albowiem stała się nam bliska i znana nie tylko historia życia Jana Pawła II, ale poprzez niego cała tradycja Kościoła, tradycja religijna i kulturowa, naturalnie, w zależności od skali naszego osobistego wysiłku. Niejako wzrastamy w obszarze wytyczonym miłością i duszpasterską żarliwością Jana Pawła II. Winniśmy zatem wzmagać pracę, by dzieło papieża owocowało w naszym codziennym życiu. Dopiero wtedy nastąpi autentyczne duchowe porozumienie między Nim a nami. A ma ono prowadzić ostatecznie do umocnienia naszej jedności z Chrystusem. Taki przecież był cel spotkania w Toronto: skupienie osobistego życia wokół osoby Jezusa.
Uważnie wsłuchiwałem się w papieską homilię, wygłoszoną do młodzieży zgromadzonej w Toronto, wsłuchiwałem się, oczywiście, za pośrednictwem przekazu telewizyjnego. Gdybym był nieco młodszy, zapewne zdecydowałbym się na wyjazd do Kanady. Niestety, zaliczam się już do osób młodych tylko duchem. I właśnie jako ktoś młody duchem główne przesłanie papieskiej homilii sprowadzam do następującego wezwania: młodzież to nadzieja Kościoła i świata. Ale ten świat ofiarowuje nazbyt wiele karykatur szczęścia i zbyt wielu fałszywych proroków gasi światło nadziei, wiary i miłości. Nadal mocno brzmi złudny głos o tym, że można żyć bez Boga, wykluczając z codziennego postępowania osobistą odpowiedzialność. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź Jana Pawła jest stanowcza. Musicie, woła, powtórzyć ewangeliczne pytanie: do kogo w tej trudnej sytuacji warto się zwrócić? Komu zawierzyć? Wszyscy potrzebujecie nowego sensu, uzdrowienia poprzez dotyk piękna i bogactwa Bożej miłości. Trzeba, abyście odważyli się być świadkami takiej miłości.
Znając własne ułomności i słabości, z wdzięcznością przyjąłem zapewnienie Jana Pawła II: nie lękajcie się! Królewska droga krzyża pozostaje ocaleniem. Ona bowiem prowadzi do świętości. To ważne zwłaszcza teraz, kiedy Kościół przeżywa (podsycane przez media) wielorakie trudności. Lecz, powiada Ojciec Święty, żaden lęk nie jest w stanie zniweczyć nadziei, rodzącej się w sercach młodych ludzi, młodych zarówno wiekiem, jak i duchem. Nikt z nas bowiem nie jest sumą własnych upadków i grzechów, ale sumą miłości Ojca do Syna w Duchu Świętym. Oby ta nadzieja nigdy nie znikła z naszych serc.

W duchowo-liturgiczny sposób uczestniczymy w niezwykłym wydarzeniu Przemienienia Pańskiego. W liturgii kościelnej to czas świąteczny, a więc religijnie wyróżniony. Oto w wewnętrznej przestrzeni naszych serc zjawia się Ktoś jaśniejący blaskiem boskiej chwały. Idziemy wraz z Nim i Apostołami na górę Tabor, aby doświadczyć tajemnicy Bożego życia. Co to oznacza teraz, gdy przygotowujemy się do spotkania z Janem Pawłem II?
Przede wszystkim - jak sądzę - sprawia, że umacniamy świadomość mesjańskiego posłannictwa Jezusa i dosłownie nic ani nikt nie może odwieść nas od wędrówki ewangeliczną drogą życia. A zagrożenia są na tyle poważne, że papież nieustannie o nich przypomina i przed nimi przestrzega, nie tylko zresztą młodych ludzi, ale dosłownie wszystkich wierzących. Każe wsłuchiwać się w delikatny i przynaglający głos Jezusa. Delikatny, bo zrodzony w krajobrazach galicyjskiej ziemi, a przynaglający, bo związany z koniecznością dokonywania wyboru między autentycznym życiem w Bożej prawdzie a kłamstwem, które nie zmusza do żadnego wysiłku, gdyż przedstawia się w sposób - powiedziałbym - atrakcyjny i zapewniający wewnętrzne ukojenie. Ale to tylko psychologiczny pozór. Tak naprawdę bowiem kłamstwo usypia moralną czujność. Nie dopuszcza do głosu sumienia, które pod jego ciężarem cichnie. Wówczas wydaje się, że czynimy dobrze i szlachetnie. Tymczasem popadamy w coraz większą zależność od zewnętrznego świata pozorów i namiętności. Nic zatem dziwnego, że każdy dzień życia winniśmy traktować jako czas przemiany samych siebie. Nigdy przecież nie naśladujemy Jezusa w sposób pełny. Raczej wpatrujemy się - jak Apostołowie - w niebo. Na szczęście Jezus, Człowiek i Bóg, wspiera nas i duchowo umacnia. Gdyby tego nie czynił, nie potrafilibyśmy uczynić najmniejszego gestu powiększającego dobro. Dopiero z Jego pomocą bywamy w stanie podejmować tego rodzaju akty decyzyjne.
Wypada więc przyjąć - i nie jest to żadna metafora - że w głębi naszych ewangelicznych decyzji znajduje się Boża ręka i Boża miara. Trzeba, byśmy tę uwagę potraktowali realnie. Bo źródłem dobra jest zawsze Jezus; my natomiast pozostajemy jedynie (bądź aż) narzędziami Bożej życzliwości. Ale dzieje się tak tylko wówczas, kiedy staramy się wędrować na Górę Przemienienia, to znaczy, kiedy potwierdzamy codziennym postępowaniem, że Jezus jest prawdziwym Mesjaszem, dającym życie wieczne. Nasze uczynki to znaki ewangelicznego uczestnictwa w wydarzeniu Przemienienia Pańskiego.

Niech będą śpiewy, radosne okrzyki i łzy. Niech zmęczenie pielgrzymie zmusza do najwyższego wysiłku. Ważne pozostaje jedno: byśmy zmieniali moralny krajobraz polskiego społecznego życia i zasługiwali na miano papieskiego pokolenia. Oby tak się rzeczywiście stało.

Jan Paweł II, papież wzywa wszystkich wierzących do świętości. Zastanówmy się, dlaczego właśnie tę kwestię uznał On za fundamentalną, na początku trzeciego tysiąclecia. Ostatecznie - wypada zauważyć - nic w tym oryginalnego, ani nowego. Od zarania chrześcijaństwa przecież celem religijnych wysiłków było życie pojmowane jako naśladowanie życia Jezusowego, czyli życie w świętości. Czyżbyśmy - zdaniem papieża - o tym zapomnieli? A może w ogóle pogubiliśmy się w sprawach wiary i zeszliśmy na fałszywe drogi istnienia? Może pozornie należymy do wspólnoty kościelnej? Może zaledwie przeczuwamy, co znaczy być naprawdę - podaję przykładowo - matką, ojcem, nauczycielem, lekarzem, księdzem, po prostu - świadkiem Jezusowego zmartwychwstania? Te pytania mogą dziwić! Lecz czy powinny?
Osiągnięcie świętości to zadanie każdej osoby wierzącej. I nie wypada krygować się, usprawiedliwiać: to nazbyt wysokie progi, nie stać mnie na ewangeliczny heroizm. Skoro przyjmujemy życzliwe wejrzenie Jezusa winniśmy wysiłkiem religijnej natury odpowiadać na Jego dary. Świętość wiąże się z takim życiowym zaangażowaniem, w którego centrum znajduje się miłość. Chodzi tylko o to, aby owo zaangażowanie zyskiwało najwyższy wymiar, by dosłownie nic nie przesłaniało Boga w jego codzienności. Święty to ktoś, kto rozpoznaje w swych decyzjach ukryte Boże miłosierdzie, kto jest przekonany - i godzien jest być tego świadkiem aż do śmierci - że Bóg pragnie ludzkiego szczęścia i nigdy człowieka nie opuszcza. Stąd też bezgranicznie ufa Bogu, przedkładając serdeczną, modlitewną i liturgiczną z Nim bliskość ponad wszystko inne. Owo bycie po stronie Boga stanowi wyróżnik ludzkiej świętości, ujawniając jednak, że ziemska świętość pozostaje zaledwie cieniem Bożej świętości. Albowiem, jak wciąż powtarza Jezus, tylko Bóg jest święty i dobry. My natomiast zostaliśmy obdarzeni szansą uczestnictwa w Bożej naturze, aczkolwiek nie będzie to nigdy uczestnictwo, by tak powiedzieć, absolutne, lecz wynikające z przygodnego charakteru ludzkiego istnienia. Tym bardziej, że intensywność naszej z Bogiem jedności będzie uzależniona od żaru miłości, tu, w ziemskich krajobrazach. Kto głębiej, mocniej ukochał, zajmie po stronie zmartwychwstania bliższe miejsce w teatrze niebieskim. Nie wiem, czy na eschatologiczną ucztę zostaną zaproszeni wszyscy ludzie, choć nadzieja zbawienia obejmująca nawet szatana, jest możliwa, wiem natomiast, że święci na pewno cieszą się cudem jedności ze Stwórcą. Święty Augustyn pisał: Chcesz wiedzieć, jak będzie w niebie? Oto sam Pan mówi o swoich sługach: "Zaprawdę powiadam wam: przepasze się i każe im zasiąść do stołu, a obchodząc będzie im usługiwał". Czyż potrzebujemy wyraźniejszego znaku?

Trudno jest mówić o religijnych przeżyciach, przede wszystkim dlatego, że nie poddają się łatwym określeniom. Ale warto, choćby nieporadnie, ujawniać je, gdyż w ten sposób nie tylko wzbogacamy samych siebie, ale pomagamy innym osobom w ich duchowej pracy. Jesteśmy bowiem do siebie podobni, choć to podobieństwo ma analogiczny charakter. Przecież od zarania chrześcijaństwa korzystamy z doświadczeń religijnej tradycji. Cóż uczynilibyśmy bez "Wyznań", św. Augustyna, "Pieśni słonecznej" św. Franciszka, "O naśladowaniu Chrystusa" Tomasza a Kempis czy "Nocy duchowej" św. Jana od Krzyża. Nie sposób wyobrazić sobie prywatnego z Bogiem kontaktu bez biblijnych "Psalmów", "Księgi Hioba", "Pieśni nad pieśniami" albo "Listów św. Pawła". Język wspomnianych tekstów tak głęboko zapadł w naszą wrażliwość, że często nie odróżniamy swych doświadczeń od doświadczeń opisanych w tych dziełach. Każdy z nas jednak winien poszukiwać osobistego sposobu wyrażania Bożych tajemnic. Dlaczego? Albowiem to, co najgłębiej nas dotyka i dotyczy, a co wiąże się z przeżyciami religijnej natury, ma tylko i wyłącznie indywidualną barwę. Przed Bogiem stajemy zawsze jako ci niepowtarzalni, jedyni, wybrani. Zatem i nasze słowa muszą być jedynie, niepowtarzalne, własne. Jeśli nie pojmiemy, pięknie napisał Abraham J. Heschel, że słowo posiada większą moc niż wola, jeśli nie będziemy wiedzieli, jak zabierać się za słowa z radością, nadzieją i smutkiem wypełniającym serce, wówczas trudno uznać modlitwę za ważną. Słowa nie mogą nam spadać z warg jak zeschłe liście jesienią. Muszą wzbijać się w górę jak ptaki, prosto z serca ku szerokim przestrzeniom wieczności. Tym bardziej, że to duchowa moc modlącego się wydobywa na jaw to, co skrywa tekst.
Zatem próbujmy wsłuchiwać się w wewnętrzne drżenie, które odzywa się, gdy nawiedza nas Boża łaska. I wypowiadajmy najbardziej intymne, czułe emocje i uwielbienia. Modlitwa okrywa bowiem czas odświętnością. Dzięki niej stajemy się mocną cząstką fundamentu, na którym opiera się budowla naszego życia. Oczywiście, niewiele w tym cudzie osobistej zasługi. To raczej i przede wszystkim Boża inicjatywa, Boże pragnienie, abyśmy doznawali religijnej pociechy i nie byli skazani na osamotnienie. Dlatego Stwórca nie tylko ujawnia się w widocznych znakach, ale w Chrystusie daje się poznać każdemu człowiekowi. Trzeba tylko zawierzyć Ewangelii i wstąpić na drogi nawrócenia. Unikając modlitwy nie osiągniemy powyższego celu. Zatem powtórzmy za poetą:

Panie

ucz mnie
potrzebuję dobrego nauczyciela
potrzebuję korepetycji domowych

naucz mnie
modlić się

(ks. Janusz St. Pasierb, z tomu "Liturgia serca", Warszawa 2002, s.485)

Jan SOCHOŃ

Ks. prof. dr hab. Jan Sochoń. Urodził się w 1953 roku w Wasilkowie. Studiował filologię polską i teologię w Białymstoku oraz w Warszawie, filozofię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Jest wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie. Poeta, filozof, krytyk literacki, eseista i wydawca. Opublikował m. in. "Ateizm. Wizje Etienne Gilsona" (1993), "Słownik pojęć zmistyfikowanych" (1996), "Spór o rozumienie świata" (1998). Ostatnio opublikował tomy wierszy "Modlitwa z muzyką" (1996), "Wszystkie zmysły miłości" (1997), "Ogień dobrej śmierci" (2001), "Czarna flaga" oraz swoje szkice i zapiski "Zdania, przecinki, kropki..." (1998). Krytycznie opracował i wydał "Kazania" księdza Jerzego Popiełuszki (1992), a także kilka antologii poetyckich. Mieszka w Warszawie.

18-2-2.jpg (17897 bytes)


Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Bretania, 2002)

Fot. Michael Wittbrot

.