
|
Pierwsze spojrzenie na Bremę
Stefanii Wittbrot
Za każdym razem można spojrzeć
inaczej na to, co już wcześniej było nam znane – na bliskich
ludzi, ulubione przedmioty, znajome miejsca, nawet na siebie, choć
o to najtrudniej. Zwykle patrzy się na nowo, gdy pojawia się
nieoczekiwane uczucie, nieznany pejzaż albo rzecz, która dodaje
niedostrzeżonych dotąd znaczeń.
Ważne jest skupione spojrzenie: pierwsze, drugie i... ostatnie.
Ci, co starają się wnikliwie poznawać świat, odkrywają jego
niezmierzone tajemnice i niespodziewaną złożoność znaków,
odszyfrowują rytm toczącego się wokół życia z codzienną krzątaniną.
Nie patrzą jednak powierzchownie, ulegając jedynie urokowi
fasady, lecz docierając do sfery metafizycznych doznań, czują głębię
czasu, aurę miejsca, emocje zdarzeń, a więc zauważają przede
wszystkim nie skorupę materii, ale jej ducha, skąd bierze swój
początek sztuka – forma pamięci trwalsza niż sezon,
pokolenie, wiek.
To dzięki uważnemu spojrzeniu w głąb ludzkiej natury możemy
dziś podziwiać obrazy Pauli Modersohn–Becker. Możemy patrzeć
na surowe pejzaże okolic Worpswede, przywołując światło i cień
sprzed stu lat. Możemy chwalić bremeński Schnoor – średniowieczną
ulicę handlarzy, której uroku nie zniekształciły stulecia, a
która w takim kształcie powstała dzięki czyjemuś uważnemu
spojrzeniu. Jej wygląd przyciąga tysiące zwiedzających, bo niełatwo
znaleźć miejsce tak nierozerwalnie związane z klimatem czasu i
przeznaczenia, niepodobne do tego, co dziś powstaje, zachowujące
kameralność spotkania i obecności, a jednocześnie dające
poczucie zatrzymanej tu historii.
Ujrzałam Bremę po raz pierwszy w niedzielne południe. Wrzesień
już w połowie. Chłodny dotyk wiatru chwyta za kark, gdy
przystaję na moście. Zachwycający widok, niemal sentymentalny:
dwaj wędkarze zanurzeni po pas w przybrzeżnej zieleni próbują
szczęścia nieopodal ścieżki spacerowej. Spokój. Tylko rowerzyści
suną grupkami wzdłuż szaroceglastej drogi ułożonej dla nich
na chodnikach. Dzwonią, by zejść na bok, pokrzykują radośnie.
Nie mogę oderwać oczu od brunatnej tafli napierającej na filary
mostu wody, nabrzmiałej głębią, potężnej w swej nieokiełznanej
naturze. Wezera, Wezera – imię rzeki pobrzmiewa echem jak lekki
podmuch wiatru, jak łopot żagla, jak krzyk zgłodniałej mewy co
przefruwa tuż obok.
Przysiadam na nabrzeżu i wpatruję się w przepływające barki.
Wciąż jest dość ciepło mimo chłodnych porywów wiatru.
Statki wycieczkowe wiozą do morza muzykę i rozkrzyczanych turystów.
Wrzesień to dobra pora, by poznać Bremę i okolice, później
przychodzą długotrwałe chłody i deszcze. Teraz można jeszcze
swobodnie krążyć ulicami od rana do wieczora, zaglądać w zaułki
Starego Miasta, słuchać śpiewów w katedrze – to świetny
czas na samotne włóczęgi brzegiem rzeki. Wszędzie wokół domów
gęsta zieleń krzewów i fiolet wrzosów, tylko na skwerze z
wiatrakiem w centrum miasta żółcą się nadal rzędy nagietków
i kępy dalii – na pożegnanie lata. Wielkie jak drzewa
rododendrony przechylają się przez parkany. Czuć wilgoć i
przestrzeń.Wiatr od morza orzeźwia powietrze.
Przywołuję w pamięci obrazy
zobaczone w galerii w Worpswede – dawnej ubogiej wsi leżącej
kilkanaście kilometrów od Bremy, gdzie spędziła swoje twórcze,
choć krótkie życie malarka Paula Modersohn–Becker, jej mąż
Otto Modersohn i ich przyjaciele, którzy na swoich płótnach
pokazali surowe warunki życia i biedę wiejskich sąsiadów. Na
ascetyczny język obrazów przełożyli ubóstwo towarzyszące ich
życiu. Skupione oblicza dzieci wieśniaków, zgrzebne stroje i
ubogie sprzęty sąsiadują w malarskiej wizji z zagrażającą człowiekowi,
tajemniczą i niedostępną, przyrodą.
Stara kobieta niesie pod fartuchem
zawiniątko, przyciskając je dłońmi do piersi, pochylona w
zmaganiu z napierającym wiatrem. Zmierzch. Na dalekim szarym
niebie widnieje ułamek księżyca, z przodu obrazu – grube białe
pnie brzóz wczepione korzeniami w rozmokłą glebę. Sczerniała
chata kryta słomą ciemnieje za grupką szarych brzózek o
cienkich powyginanych pniach. Stąd wyszła kobieta i dąży przez
ciemniejący od wieczoru las. Jak w baśni braci Grimm scena z płótna
Jesień na bagnach Otto
Modersohna z 1900 roku zawiera w sobie nastrój tajemniczości i
grozy; w ascetycznie nakreślonym pejzażu drzemie niepokój. Rdza
piaszczystej ścieżki wśród ciemnozielonego mchu rozlewa się
krwistą rozległą plamą, po której stąpa kobieta. Na
pustkowiu człowiek zdany jest sam na siebie. Las staje się tu
niemym świadkiem jego uporu w walce o przetrwanie. Może w zawiniątku
na piersiach kobieta niesie zioła dla chorego? Jesień. Od bagien
ciągnie wilgocią. Paula Modersohn–Becker choruje, wytrwa
zaledwie 31 lat, lecz dzieło pozostawi po sobie imponujące. Wrażliwość
spojrzenia – tego nie nauczy żadna akademia sztuki.
W miejskim muzeum w Bremie wiszą
autoportrety artystki powstałe w różnych okresach jej życia.
Zadziwiające, z jakim przeczuciem spraw ostatecznych namalowała
siebie na najwcześniejszym z nich. Porcelanowa twarz (1898) z
fragmentem odsłoniętej szyi – jak z trumiennego portretu: z
cieniami na skórze oznaczającymi pęknięcia i rozpad. Głębokie
oczodoły z fioletowymi plamami, włosy ciasno związane w kok –
oto głowa kobiety bez ornamentów, w całej bezwzględnej
prawdzie o rozkładającej się materii, której malarka była tak
blisko w naturalnych warunkach wiejskiego życia.
Późniejsze autoportrety Pauli
Modersohn–Becker w swej wymowie nie obnażają już tak
bezwarunkowo przemijania – jakby artystce udało się pogodzić
ze świadomością wciąż zagrażającej śmierci i chociaż na
chwilę obłaskawić ją czułym spojrzeniem zwróconym na
otoczenie i siebie. Teraz widzi swoją podobiznę w lustrze
"udekorowaną" i starannie ubraną – w białej bluzce
z falbankami, w wielkich jak dojrzałe śliwki koralach, w gładko
zaczesanych włosach upiętych na szyi. Ślady czerwieni położone
na policzkach i wargach dodają jej wizerunkowi życia. Jednak świat,
który malarka dostrzega wokół, to nadal obszar nieodgadniony i
nieprzystępny. Jest rok 1904, powstają nowe obrazy: Dziewczyna
z kotem na tle lasu. Postać dziewczyny stoi odwrócona tyłem
do zbierających grzyby. Patrzy w przestrzeń niewidzącymi
oczyma, jakby nieobecna w rzeczywistości, której została
przypisana. W głębi płótna pejzaż lasu, z którym się nie
utożsamia. Tkwi w nim niby figurka wycięta z baśni o niespełnionym
marzeniu. Surowe rysy twarzy mówią o niepogodzeniu lub może
zamknięciu się w sobie przed tym wszystkim co niechciane i obce.
Tylko kot stanowi z nią jedność, choć patrzy w przeciwną
stronę. Kot w ramionach dziewczyny – jako symbol tajemniczej
natury – ciągnący swoje zyski z jej trwania. Chce przetrwać w
cieple i odejść, by zagnieździć się w innych ramionach, w
nowo narodzonej materii, powstałej z tego samego podłoża.
Samotność człowieka, który nie
chce czy nie może dorosnąć do myślenia o śmierci jako nieodłącznej
części życia oraz jego zakorzenienie w naturze, z jednoczesnym
wyobcowaniem z przyrody, a także udręka niepogodzenia z
przeznaczonym mu losem – to wiodące tematy obrazów grupy z
Worpswede. Pokazana w bagiennym krajobrazie nikłość człowieka
(i potęga materii) staje się tu metaforą przemijania i wiecznie
powtarzającej się przemiany.
Niełatwo pojąć od razu, jaka
jest mentalność mieszkańców kształtująca się przecież
przez wieki, tak samo trudno poznać charakter miasta, które
widzi się po raz pierwszy. Czym dawniej była Brema, ku czemu
zmierza dziś? Przystanęłam przed obrazami Pauli Modersohn–Becker,
by zadumać się nad nietrwałością chwili i utrwalonych dzięki
niej śladach minionego świata. Myślę o pobudkach, jakie mnie
tu przywiodły. Zamyślenie nad przemianą, dokonującą się w
podróży, daje impuls do nowych poszukiwań, do innego spojrzenia
także na siebie.
Wracam z Bremy do Poznania
autokarem. Obok zajmuje miejsce Ingrid – kiedyś mieszkająca w
Polsce. Jedzie na ślub wnuczki do Gorzowa Wielkopolskiego. Pytam,
czy była w którymś z bremeńskich muzeów i opowiadam, co stamtąd
zapamiętałam. Czy widziała obraz Pierwsze
lato Heinricha Vogelera (1902) – kobietę na ławce w
ogrodzie trzymającą na kolanach półroczne dziecko? Za jej
plecami sieć pnących herbacianych róż. Stopa na podpórce do
haftowania. Wzory na niebieskiej sukni odbijają trawnik jak w
lustrze. Jej postać łączy się z otaczającą przyrodą, z
kolorem nieba i barwą kwiatów: żółtych kaczeńców, różowej
koniczyny. Poczucie jedności z naturą maluje spokój na jej
twarzy. Kobieta pochyla się nad dzieckiem. Po obu stronach ławki
– dwie brzozy tworzące bramę: wejście do rajskiego ogrodu.
Radość pierwszego wcielenia. Chwila wieczności w pochyleniu nad
rozkwitającym życiem.
– Nie ma granic – mówi
Ingrid z uśmiechem – choć oczywiście są ograniczenia. Mój mąż
nie lubi wychodzić z domu na spacer do parku, ani do muzeum, ani
do kina. Po co mu takie piękne miasto?
Wiosną znów zakwitną
rododendrony i aleje w parku będą różowe. Młodzi artyści
rozstawią sztalugi i spojrzą na otaczające ich piękno po
swojemu...
Teresa
TOMSIA
Teresa Tomsia. Urodziła się w
1951 roku w Wołowie. Ukończyła studia polonistyczne na
Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Jest autorką tomików
wierszy, m. in.: „Czarne wino”, „Białe tango”, „Wieczna
rzeka – Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”. W październiku
2000 roku ukazał się w Niemczech jej
niemiecko–polsko–francuski tomik „Schöner. Piękniejsze.
C’est plus beau”. Prowadziła scenkę kabaretową
„Ostryga” i współpracowała z kabaretem „Tey”. Pisze
recenzje, scenariusze teatralne i teksty piosenek. Założyła i
prowadzi Klub Piosenki Literackiej „Szary Orfeusz”. Mieszka w
Poznaniu.
|

Na
zdjęciu:
Teresa Tomsia
(Brema, 2002)
Fot. Michael Wittbrot
|