
|
Nadzwyczajna zwyczajność
Czym by było nasze otoczenie czy
– powiedzmy – nasz dom, gdyby zabrakło w nim ciszy,
zgody czy wzajemnego zrozumienia? Jak moglibyśmy normalnie żyć
i pracować, gdyby nigdzie nie było miejsca na refleksję,
zastanowienie się nad tym, co robimy i jak postępujemy? Czym byłby
nasz dom, gdybyśmy i w nim nie mogli poczuć się bezpieczni,
uwolnieni od codziennych problemów i niepokojów? Czym byłoby
nasze życie, gdyby nie było w nim miejsca na rzeczy niby
zwyczajne, a jednak niezwykłe?
Kiedy Żydzi znaleźli się w
Egipcie i popadli w niewolę, ciężki stał się ich los. Musieli
pracować ponad siły. Nie pozostawiono im żadnej wolności.
Faraonowie, budując sobie ogromne świątynie, uznając siebie za
najwyższych kapłanów domagali się zupełnej uległości i
czci. Niewola egipska trwała długie lata. Dopiero, kiedy pojawił
się Mojżesz i, pewnego dnia, ujrzał Anioła Pańskiego w płomieniu
ognia, postanowił usłuchać nakazu Bożego i rozpoczął długi
okres powrotu do Ziemi Obiecanej.
„Ja jestem Pan, twój Bóg,
który cię wywiódł z ziemi egipskiej, z domu niewoli”
– przypominał Bóg swojemu ludowi. I kazać odrzucić fałszywe
bóstwa, „nie czynić żadnej rzeźby” czy obrazów,
które zajmowałyby Jego miejsce. Przestrzegał przed bałwochwalstwem,
to znaczy oddawaniem boskiej czci rzeczom, które na to nie zasługują.
Nie pozwalał, by używano Jego imienia do „czczych
rzeczy”. „Pamiętaj o dniu szabatu, aby go uświęcić.
Sześć dni będziesz pracować i wykonywać wszystkie twe zajęcia.
Dzień zaś siódmy jest szabatem ku czci twego Boga, Pana”
– mówił. Zwracał uwagę na postępowanie – tak względem
bliźnich, jak i wobec Siebie.
Wielokrotnie, poprzez konkretne
wydarzenia, Bóg działał w historii, by przybliżyć swój lud
do Siebie, by wyrwać go z rąk ciemięzców i gnębicieli. Ale też
przypominał, że wiele zależy od człowieka – od tego, co
jest dla niego sprawą główną, czy jest w jego życiu miejsce
na Tajemnicę, na Boga.
W jednej ze scen ukazanych w
Ewangelii, widzimy Jezusa, jak pojawia się w Jerozolimie i w
tamtejszej świątyni napotyka tych, „którzy sprzedawali woły,
baranki i gołębie oraz siedzących za stołami bankierów”,
czyli ludzi liczących pieniądze. Reakcja Jezusa jest
niespodziewana i gwałtowna. Rzadko widzimy na kartach Nowego
Testamentu Chrystusa zagniewanego czy wzburzonego, a jednak tutaj
Jego zachowanie jest inne. „Sporządziwszy sobie bicz ze
sznurków, powyrzucał wszystkich ze świątyni, także baranki i
woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał”.
Oburzyło Go to, że zrobiono „z domu Jego Ojca”
targowisko. Warto pamiętać, że nie było to nawet wnętrze świątyni,
lecz – jeśli mielibyśmy porównać jerozolimską synagogę
z naszymi świątyniami – jej najbliższe otoczenie.
Dlaczego więc gniew Jezusa był tak wielki, a reakcja tak gwałtowna?
Ewangeliczne wydarzenie jest ostrzeżeniem
i zarazem nauką, iż nie wolno wszędzie i w każdym momencie
zachowywać się tak, jak na targowisku czy na rynku. Świątynia
nie jest po to, by załatwiać – choćby przy okazji –
jakieś interesy, zawierać transakcje, uprawiać handel. Jest to
ostrzeżenie – mówiąc dzisiejszym językiem – tak
dla świeckich jak i duchownych. Jeśli przychodzimy do kościoła,
to po to, żeby spotkać się z Bogiem, żeby pomyśleć nie o
swoich przychodach i rozchodach, lecz o swojej duszy, o tym, jacy
jesteśmy, jak postępujemy.
Ksiądz, kapłan, zakonnik czy
zakonnica nie jest specjalistą od handlu „łaską Bożą“
czy od zawierania transakcji, nie jest bukmacherem, sprzedawcą w
sklepie. Jest jedynie szafarzem, „najemnikiem”,
przekazicielem Bożego orędzia, stróżem Tajemnicy. Nie jest
panem ludzkich serc i umysłów, jest jedynie wyrazicielem tych
prawd, których sam czy sama musi się wciąż uczyć, jest
– a jeśli nie jest, to powinien być – jak służebnik
a nie władca, jak robotnik Pańskiej winnicy a nie jak
funkcjonariusz czy urzędnik.
Papież Paweł VI powtarzał, że
„Kościół ma wyrzec się wszelkich śladów władczości
doczesnej”. „To przesłanie – jak stwierdził
kiedyś Stefan Świeżawski, jeden ze świeckich audytorów Soboru
Watykańskiego II – rzeczywiście bardzo trudno się
realizuje, bo mamy do czynienia z zakorzenieniem wielowiekowych
nawyków”. Zdaniem profesora Świeżawskiego „Kościół
tak długo nie będzie Kościołem soborowym, jak długo będzie
chciał być Kościołem sukcesu”, a „nie ma być Kościołem
sukcesu, lecz Kościołem świadectwa”.
Żyjemy w epoce, w której
filozofia sukcesu – rynkowego, politycznego czy nawet
cywilizacyjnego – posiada ogromną nośność. Często liczy
się tylko i wyłącznie to, co daje popularność, zysk,
powodzenie i poklask. Nie liczy się mądrość, obiektywne dobro,
prawda czy też duchowe wartości, liczy się efekt, tak zwany
rynek, materialne korzyści. Człowiek nie pyta „jak”
– tylko: „za ile”; nie zastanawia się, jaka
jest rzeczywista wartość rzeczy, lecz ile ona kosztuje.
Nie znaczy to, że należy działać
poza ekonomią czy umniejszać jej znaczenie. Chodzi wyłącznie o
hierarchię wartości, o świadomość, że nie samym chlebem żyje
człowiek.Profesor Świeżawski mówił o potrzebie metafizycznej
refleksji. Jeden z francuskich pisarzy napisał kiedyś, że
„jesteśmy życiem codziennym Boga”. Według niego
bycie chrześcijaninem określa nasz sposób bycia. Mówił on, że
trzeba „być z Boga”. Wolał „być niezrozumiały
dla ludzi, którzy rozumieją zbyt wiele”, którzy uważają,
że posiedli tajemnicę istnienia i nie potrzeba im nic, poza tym,
co zaspokaja ich doraźne potrzeby, ambicje czy chęć
dominowania, posiadania władzy.
Jeśli uważnie prześledzimy tekst
Ewangelii, zauważymy, że ci, którzy byli świadkami „wypędzenia”
z jerozolimskiej świątyni, tak byli zadufani w sobie, iż według
nich to Jezus zszargał największe świętości. żądali znaków,
choć tak wiele znaków widzieli na własne oczy. Żądali wciąż
nowych dowodów, choć tak naprawdę nie liczyło się to, co
Chrystus uczynił, co powiedział, na co zwracał uwagę. Liczył
się ich prestiż, społeczna pozycja, odniesione korzyści.
Trudno się zatem dziwić, że to, co było „głupstwem u
Boga”, przewyższyło ich mądrość, to, co było „słabe
u Boga“, przewyższyło ich siłę.
Bycie chrześcijaninem to taki sposób
bycia, który zmierza nie do władczej dominacji, lecz do
prawdziwej mądrości. Wobec Boga wszyscy jesteśmy równi, swą
moc okazujemy nie poprzez pozycję w jakiejkolwiek ludzkiej
hierarchii, lecz poprzez siłę swojego ducha. Im więcej mamy w
sobie pokory, tym bardziej jesteśmy z Boga. Im bardziej szanujemy
to, co od Niego otrzymaliśmy, tym lepiej poznajemy świat i
ludzi. Im więcej jest w nas miejsca na Boga, tym bliżej jesteśmy
rzeczywistości.
Można przekreślić wszelkie wartości
lub wyrzec się rzeczy, które noszą znamiona tajemnicy. Można
przestać zdumiewać się światem i zniszczyć naturę. Można
podeptać człowieka, wyrwać mu serce i duszę. Można propagować
przemoc, a nawet z imieniem Boga na ustach siać nienawiść i
postrach. Można pogwałcić Boże prawa i zgotować innym piekło.
Można się śmiać lub kpić ze świętości… Pan jednak
– jak czytamy w Księdze Wyjścia – „nie
pozostawi bezkarnie tego, który wzywa Jego imienia do czczych
rzeczy”.
Przy założeniu, że nie ma żadnej
świętości, żadnej wieczności, żadnej sprawiedliwości,
„oficjalne chrześcijaństwo – jak pisał Kierkegaard
– byłoby niezmiernie szarmanckim i gustownym wynalazkiem,
receptą, jak urządzić sobie życie rozsądnie, możliwie
przyjemnie, przyjemniej, niż mogli je sobie urządzić
poganie”. Jeśli jednak ktoś mieni się chrześcijaninem,
nie może chodzić o to, by było mu przyjemniej i
wygodniej… „To, że geniusz – twierdził duński
filozof – nie jest kimś pospolitym, jak inni ludzie,
powinien przyznać każdy. Ale o tym, że chrześcijanin jest kimś
jeszcze rzadziej spotykanym niż geniusz – o tym zapomniano
w sposób czysto oszukańczy. Różnica między geniuszem i chrześcijaninem
polega na tym, że geniusz jest kimś nadzwyczajnym w tym
naturalnym świecie – żaden człowiek nie może się sam na
niego kreować; chrześcijanin jest kimś nadzwyczajnym w świecie
wolności, albo ściślej: kimś zwyczajnym w świecie wolności,
tylko że spotyka się go wyjątkowo rzadko, on jest tym kimś,
kim każdy z nas powinien być”.
Nie chodzi zatem o nic więcej, jak wybór tej drogi, która
prowadzi do Boga. Chodzi nam o taki sposób bycia, który pozwoli
każdemu z nas stać się prawdziwym chrześcijaninem!
Marek WITTBROT
Tekst pochodzi z 1997 roku i dotychczas nie był nigdzie
publikowany.
|
Na zdjęciu:
Grób
Kierkegaardów
(Kopenhaga, 1997)
Fot. Marek Wittbrot
|