Egon Schiele

Linia, ciągła i wijąca się po kartce, linia oddzielająca i obiegająca formy, wyznaczająca obszary na papierze i płótnie, budująca strefy ciepła i strefy zimna' oddzielająca biologiczne kształty od pustych stref tła. Linia kanciasta, szorstka i ostra, albo miękka, a nawet powabna. Linia – krzycząca siostra śmierci albo witalnie pulsująca, bo budująca formy, z których dopiero rodzi się życie Wszystkie te możliwości linii zdołał sprawdzić (ba, użyć z największym mistrzostwem, będąc ich panem i władcą) Egon Schiele – artysta, którego dzieło zawsze budziło moje żywe zainteresowanie.
Sięgam do przepastnej, niestety czasami dziurawej kieszeni pamięci. Pierwszy raz zobaczyłem prace Schielego w końcu lat 70. w smutnej, obwieszonej komunistycznymi emblematami czeskiej Pradze. Z obrazów Egona zapamiętałem niewiele: jakiś dziwny strach, mrok i połamane kształty. Analizując wiele lat później kunszt rysunkowy Schielego, wyobraziłem go sobie jako drapieżnego ptaka, który korzystając z niezwykłej bystrości swego oka, perfekcyjnym narzędziem jak dziobem atakował płaszczyznę kartki, tworząc linię ostrą, a cienką jak włos, albo bardziej rozlaną, soczystą i tęższą – wijącą się niczym strumień w wąskim korycie. Przyznam, że zawsze zazdrościłem mu tej jego linearnej elokwencji, tej niebywałej umiejętności oka i ręki, sprzężonej z duchową koncentracją, która potrafi odnaleźć najróżnorodniejsze skale i jakości uczuć. W mojej pracy plama barwna stawiana na płótnie była jakże często zabiegiem kompensacyjnym dla przykrycia lub wyrównania koślawości linii. Kolor jest u Schielego albo skromnym, inteligentnym dodatkiem do meandrycznej ekspresyjnej, a czasami manierycznej linii, albo składa się ze świadomie uformowanych płaskich bloków, które wraz z linią tworzą jakości będące obrazowymi etiudami na temat życia, przemijania i śmierci. Wiadomo powszechnie, że zasadniczym tematem plastycznych przedstawień Schielego było ludzkie ciało: wychudłe, kostyczne, naznaczone grymasem bólu. Nawet wówczas, gdy uosabiało młodość i rodzącą się aktywność erotyczną, mamy wrażenie, że nie przestawało cierpieć i mówić nam o przemijaniu. Wydaje się oczywiste, że dla Schielego (w odróżnieniu od dość powszechnej w XX wieku tendencji) rysowanie czy malowanie aktu nie było, jak by powiedział Kenneth Clark, „celem samym w sobie”. Schielego interesowała nie tyle plastyczna autonomia aktu, co psychiczny wyraz modela – ujawniającego przeżywany ból, nękające człowieka depresje męczarnie doczesnego bytu. W tym znaczeniu twórczość Schielego antycypuje malarstwo Bacona i przede wszystkim Luciena Freuda, choć oczywiście różnice są aż nadto widoczne. Jednym z najznakomitszych obrazów Schielego wydaje mi się Młoda dziewczyna i śmierć z galerii Belwedere w Wiedniu. Na białej draperii, poszarpanej linearnymi zakosami jak poddana erozji wapienna skała, o ciepłych i chłodnych na przemian tonach bieli, klęczą wtulone w siebie dwie postacie, damska i męska, w geście przypominającym ostatnie pożegnanie. On przywdziany w mnisi (zdaje się) habit, ciemnobrązowy, prawie czarny, ona w różowo–zielonkawą i ostrą na swym końcu (jak kwiat ostu) kusą sukienkę. Otacza ich pole ugrowych skib zaoranej ziemi, która zdaje się pochłaniać postacie, zasysać je do środka, w wirowym ruchu sugerującym wkręcanie. Intensywnie ciemny dół obrazu zwiększa to wrażenie, zapowiadając istnienie brzegu przepaści. Kolisty ruch płaszczyzn wiedzie nasz wzrok ku smutnym twarzom. Kobiece usta z jeszcze intensywną czerwienią są symbolicznym znakiem wygasającej miłości. Znawcy i interpretatorzy sztuki Schielego dopatrzyli się w tym płótnie widomego plastycznego znaku rozstania malarza z Wally – Yalerie Neuzil. Obrazem tym rządzi wszechobecny, wyrażony surową materią smutek. Czułości i życzliwości towarzyszy dziwna oschłość, wzmagająca nastrój rozdarcia i niepewności. Jest to zatem obraz opowiadający o wyparowanych, wygasłych ludzkich namiętnościach. Zresztą nawet tam, gdzie Schiele w bardziej jednoznaczny sposób ukazuje erotyczne sceny, nigdy zdaje się nie zapominać, że dalekim krewnym Erosa jest Thanatos.
Popatrzmy jeszcze raz na Schielego od innej strony. Niech nas zajmie przez chwilę pejzaż Jesienne drzewo na wietrze. Stylizowany, napięty jak proca, smagany wiatrem konar drzewa, zawisł na tle smutnego, szarobiałego nieba – z elementami niebieskości, zielem i ugrów. Na jego nierównym, podrapanym tle, jak nerwy w tkance ciała wzrastają cieniutkie gałązki – wijące odrosty, tworząc na powierzchni nieba dramatyczne spękania. Ugrowy horyzont z ciemnymi plamami lasu jest nisko zawieszony. Obrazem tym rządzi smutek i mizerabilna, bo odchodząca w niepamięć niedawna bujność i żywotność. Sam autor wypowiadał się na ten temat w ten sposób: „W najgłębszej otchłani jaźni całą swoją istotą i całym sercem przeczuwamy jesień drzewa, nawet latem. Tę właśnie melancholię pragnąłbym malować”.2
Gdy weźmie się pod uwagę krajobrazy z drzewami, a także nawiązujące do van Gogha portrety usychających słoneczników i smutne koślawe pejzaże z Kumrau, można łatwo zauważyć, że istotą – motywem przewodnim sztuki Schielego, nie był ludzki erotyzm. Schiele tak naprawdę malował przemijanie, które przerwało życie artysty, gdy miał zaledwie 28 lat.

Marek PRZYBYŁ 

Marek Przybył. Urodził się w 1961 roku w Poznaniu. Jest absolwentem Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Poznaniu i, obecnie adiunktem malarstwa ASP. Uprawia malarstwo i rysunek.

1 K. Clark, „Akt – studium idealnej formy”, PWN Warszawa 1998.
2 E. Schiele, w: „Wielcy malarze”, nr 127, s. 25.


19-1-2.jpg (29828 bytes)

Na zdjęciu:

Grób 
Egona i Edith
Schiele
(Wiedeń, 1999)

Fot. Marek Wittbrot


.