
|
Być wiarygodnym
Z ks. Tadeuszem ISAKOWICZEM–ZALESKIM rozmawia Jerzy
MIKOLUC
Tadeuszem Isakowicz–Zaleski
urodził się w 1956 roku w Krakowie, w rodzinie nauczycielskiej
pochodzenia ormiańskiego. Po ukończeniu VI Liceum Ogólnokształcącego
im. A. Mickiewicza rozpoczął studia na Papieskim Wydziale
teologicznym w Krakowie. W 1983 roku otrzymał świecenia kapłańskie
i skierowany został na studia do kolegium ormiańskiego w
Rzymie. Nie otrzymał jednak trzykrotnie paszportu ze względu na
współpracę z podziemną Solidarnością. Od 1985 roku współpracownik
Duszpasterstwa Ludzi Pracy w Mistrzejowicach, a w maju 1988
kapelan strajku w Nowej Hucie. Duszpasterz osób niepełnosprawnych
i ich rodzin, współzałożyciel wspólnot „Wiara i Światło”
oraz Schroniska dla niepełnosprawnych w Radwanowicach i Fundacji
im. Brata Alberta, której prezesem jest od 1989 roku. Już jako
kleryk współpracował z niezależnymi pismami
„Spotkania”, i „Krzyż Nowohucki”
oraz z prasą katolicką, między innymi z „Tygodnikiem
Powszechnym” i „Gościem Niedzielnym”. Debiutował
wierszami w 1977 roku. Wydal trzy tomiki wierszy: „Oblężenie”
(1981), „Wspomnienia” (1985), „Morze
Czerwone” (1988).
– W połowie lat osiemdziesiątych
podarowałeś mi zbiorek poezji zatytułowany „Obcowanie świętych”,
w którym opowiadasz o swoich znajomych, bliskich, którzy
odeszli, którzy dziś „są świętymi”.
– Ten tomik był pisany w związku
z osobistą refleksją, z przeżyciem śmierci wielu moich
bliskich, znajomych, którzy odeszli. Uważam, że zgodnie z
podstawową zasadą naszej wiary życie nie kończy się tutaj, na
ziemi tylko trwa dalej, istnieje łączność między żywymi a
umarłymi. Jednocześnie to, co bardzo mnie interesuje, to sprawa
spisywania przykładów męczeństwa kapłanów i świeckich, którzy
oddali życie za Chrystusa.
– Można odnieść wrażenie,
że świadomie nawiązujesz do nauki Ojca Świętego i tego, co
zrobił: ogłosił ogromną rzeszę ludzi błogosławionymi i świętymi.
– Faktem jest, że Ojciec Święty
w swoim nauczaniu podkreślił bardzo mocno potrzebę ogłaszania
błogosławionych i świętych, by dać przykłady dla świata.
Miałem możliwość osobistego kontaktu z Ojcem Świętym i na
pewno nie pozostało to bez wpływu na moją twórczość. Miałem
okazję spotkać Go po raz pierwszy jako kleryk pierwszego roku,
gdy byłem przyjmowany do seminarium w Krakowie. Co dla mnie ma
ogromne znaczenie, był pierwszą osobą, która wyraźnie
przypomniała mi o moich ormiańskich korzeniach? Jako kapłan
wywodzący się z Ormian, mam za zadanie zajęcie się społeczeństwem
ormiańskim.
– Czy to jedyne Twoje
spotkanie z Ojcem Świętym?
– Nie, mój związek z Ojcem
Świętym jeszcze bardziej scementował się dzięki dwóm
ostatnim pielgrzymkom związanym z Ormianami. Ojciec Święty w
czerwcu 2001 roku był w katedrze ormiańskiej we Lwowie, która
jest najważniejszą świątynią Ormian – katolików w
Europie Wschodniej. Ta świątynia była zamknięta, ale na trzy
dni przed przyjazdem papieża, została otwarta, czemu miałem
zaszczyt towarzyszyć. Drugie bardzo ważne wydarzenie w tym samym
roku we wrześniu miało miejsce w Armenii, kiedy dotarł tam
Ojciec Święty. Ja również byłem tam pierwszy raz, pierwszy
raz zetknąłem się z ludźmi stamtąd. Był też Charles
Aznavour, który śpiewał przed papieżem jako artysta
pochodzenia ormiańskiego. Pobyt w towarzystwie Ojca Świętego był
dla mnie głębokim przeżyciem, również z tego względu, że
Papież nie był strzeżony przez ochronę tak szczelnie i pilnie
jak w innych przypadkach. Miałem też zaszczyt uczestniczyć w
wielu nabożeństwach, w tym w najważniejszym: modlitwie w
Twierdzy Jaskółki w Erewaniu, mauzoleum 1,5 mln Ormian
pomordowanych przez Turków (na marginesie dodam, iż Francja jako
jedyny kraj potępiła to ludobójstwo).
– O zagadnieniach związanych
z Ormianami mówisz często przy różnych okazjach. Ostatnio
poruszyłeś tę kwestię w trakcie programu z udziałem prałata
Peszkowskiego („Rozmowy niedokończone”). O Ormianach,
którzy oddali życie za wiarę, mówi się szerzej w świecie. Doświadczyłem
tego również w Paryżu. Jak mocno angażujesz się w ten
problem?
– Kościół ormiański w
Polsce zapłacił dużą daninę krwi za wierność Rzymowi, papieżowi,
bo Ormianie na całym świecie za swojego zwierzchnika mają
katolikosa Garygina II (tak się obecnie nazywa). A Ormianie w
Polsce przyjęli unię z kościołem rzymskim, zachowali swoje
zwyczaje. Kiedy Armia Czerwona wkroczyła do Lwowa, starała się
zlikwidować ormiański kościół katolicki. Księża odmówili
wtedy udziału w kolaboracji. Ostatni administrator archidiecezji
został zamordowany, dzisiaj jest dokładnie 48. rocznica jego śmierci
(po 10–letnim pobycie na Syberii ostatecznie został
zamordowany). Inni kapłani też byli skazywani na śmierć,
przebywali w łagrach. Inni musieli uciekać do Polski, zmieniali
nazwiska, obrządek, ukrywali się i nikt ich nie zdradził.
Dlatego nawoływanie Ojca Świętego, by dawać świadectwo męczeństwu
XX wieku, jest dla nas bardzo ważne. Musimy pamiętać o rzezi
Ormian w 1915 roku, ale też o wszystkich duchownych katolickich i
kościoła apostolskiego, którzy zginęli w czasie i tuż po II
wojnie światowej.
– A jak dziś przedstawia się
sytuacja Ormian i ich kościoła w Polsce? W okresie komunizmu
mniejszościom odmawiano racji bytu. Oficjalnie było ich około
2%, chociaż przedwojenne źródła mówią o około 20%.
– Przed wojną to było nawet
więcej – około 40%, były takie rejony, gdzie mniejszości
stanowiły większość wśród nielicznych Polaków. Oczywiście,
przez 50 lat był to temat tabu, nie można było o nim mówić
ani pisać, aby zanikły dawne tradycje kulturowe. Dopiero po roku
1990 odnowiona została działalność stowarzyszeń mniejszości
narodowych, między innymi w Krakowie powstało Ormiańskie
Towarzystwo Kulturalne, którego działalność obejmuje teren całej
Polski. Trzy lata temu zostałem poproszony przez Prymasa Polski,
który jest zwierzchnikiem obrządku ormiańskiego, abym zajął
się Ormianami w Krakowie. Natomiast miesiąc temu dostałem
nominację na duszpasterza narodu ormiańskiego na terenie całej
Polski. Obecnie napływa do Polski duża fala emigracji Ormian (z
Armenii, z Grecji, z Rosji), którzy szukają tutaj pracy, miejsca
do życia z dwóch powodów. Po pierwsze – w dawnym Związku
Radzieckim panuje ogromna bieda. Po drugie – Ormian otaczają
muzułmanie, z którymi prowadzili nawet wojny (Górny Karabach z
Azerbejdżanem). Polska jest tradycyjnie miejscem ich osadnictwa.
Staram się włączać tę społeczność w polskie
tradycje. Wszyscy posyłają dzieci do polskich szkół,
identyfikują się z naszą kulturą. Chociaż to trudny proces,
ale toczy się wciąż. Dla Ormian istnieją dwie ojczyzny:
Armenia i Polska.
– Czy jesteście w kontakcie
z Ormianami z innych części świata, na przykład Francji i USA?
– Jako Towarzystwo
utrzymujemy kontakt z dwoma największymi centrami emigracji ormiańskiej
w Kalifornii (1 mln) i Marsylii, do której ogromna ilość Ormian
trafiła po 1915 roku. Dwukrotnie odbył się zjazd diaspory ormiańskiej
w Erewaniu. Szczególnie zasługuje na podkreślenie fakt, że
Armenia to najstarsze państwo chrześcijańskie na świecie i
podczas pielgrzymki Ojca Świętego obchodziło 1700–lecie
chrztu kraju. Na uroczystości przybyli ludzie z całego świta,
podkreślić należy, że najsprawniej zorganizowani byli Ormianie
z Francji. Obecny na jubileuszu Aznavour jest nie tylko wybitnym
artystą, ale również osobą zaangażowaną w pomoc charytatywną,
nosi nieoficjalny tytuł „ambasadora Armenii w świecie”
(zwłaszcza po trzęsieniu ziemi w 1988 roku). Na tę tragedię
zareagował też Ojciec Święty, który ufundował szpital,
Stolica Apostolska dostarczała też pomoc na poszkodowane tereny.
Ormianie mają tendencję do wspierania się mimo różnic w poglądach,
przynależności do różnych Kościołów, mimo nieznajomości języka
narodowego. Czują między sobą silną więź.
– Czy na sprawy związane z
Ormianami ma wpływ to, że według hierarchii kościelnej jesteś
kanonikiem?
– To tytuł czysto honorowy.
Wśród księży się mówi, że kanonik ma prawo „pierwszy
pójść do trumny”. Poważnie jednak rzecz ujmując,
to będąc na obrzeżach strukturalnego Kościoła oficjalnego,
fakt, że zostałem kanonikiem bardzo mi pomaga, zwłaszcza wśród
duchownych, ponieważ stanowi akt uwiarygodnienia mojej osoby ze
strony biskupa, uznania, że to, co robię jest ważne.
– Może się tak zdarzyć, że
Ormianie będą potrzebowali swojego biskupa w Polsce...
– Myślę, że Ormianie
przede wszystkim potrzebują zrozumienia. Sprawami ormiańskimi
zajmuję się z dobrej woli, to moja pasja, a nie podstawowa
praca. Bardziej niż kolejny tytuł przydałby mi się współpracownik
(teraz w seminarium w Lublinie jest jeden kleryk ormiański), który
pomógłby mi rozciągnąć działalność na terenie całej
Polski. Fakt, że Ormianie są w naszym kraju, stanowi też dla
nas ubogacenie, bo oni prowadzą działalność gospodarczą,
rozwijają pewne zjawiska, wnoszą swoją ciekawą kulturę. W
Polsce ciągle jest problem, że po latach komunizmu panuje
swoista pustynia: wiele rzeczy trzeba zaczynać od zera, między
innymi temat tolerancji czy mniejszości narodowych.
– Problemy, które pochłaniają
Cię, znajdują w jakiś sposób odzwierciedlenie w Twojej twórczości.
Opowiedz, jak doszło do rozpoczęcia działalności literackiej?
Przypomnę, że przygoda z pisaniem rozpoczęła się w trudnych
czasach.
– Zacząłem pisać w
sytuacji dość specyficznej: w wojsku, jako kleryk. My, klerycy
pierwszego roku, byliśmy zabierani do wojska na dwa lata. Prześladowania
Kościoła w państwie komunistycznym były
„normalnym” zjawiskiem. W związku z tym zająłem się
działalnością literacką, która stała się jakby odskocznią,
pozwalała mi nadrobić stracony czas. Po powrocie do seminarium
dużo pisałem, wydałem cztery tomiki poezji, obecnie przygotowuję
piąty. Nie ukrywam, że mam teraz dużo mniej czasu na pisanie...
– W trudnych czasach komuny
zrodziło się również Twoje powołanie. Jak kształtowała się
Twoja droga ku kapłaństwu? Na jakie trudności napotykałeś?
Jak reagowałeś na ówczesną rzeczywistość?
– Oczywiście to sprawa
trudna do opisania, bo to się nie dzieje jednego dnia. Zdecydowałem
się na pójście do seminarium stosunkowo późno, bo tuż przed
maturą w klasie IV, kiedy zastanawiałem się, co mam dalej robić.
W pierwszej chwili wybrałem studia historyczne. Uważałem, że
to jest moje hobby, zawsze lubiłem historię i przygotowywałem
się do egzaminu. Będąc jednak związany z ruchem „Światło
i Życie” (założonym przez księdza Blachnickiego),
miałem ogromną potrzebę aktywności społecznej i robiłem
wszystko na bazie Ewangelii, bo nie była to tylko filantropia czy
działactwo społeczne, było to zaangażowanie w życie Kościoła.
Rzeczywiście, przez wiele miesięcy zastanawiałem się, do samej
matury zwlekałem z decyzją. I postanowiłem pójść do
seminarium. Spotkało się to z oporem mojego ojca, który uważał,
że to jest chwilowe zainteresowanie. Później też były ogromne
kłopoty, bo po wstąpieniu do seminarium od razu poszedłem do
wojska i było to skomplikowane doświadczenie, dwa lata wyrwane z
życiorysu. I w wojsku, i seminarium było trudno. W Polsce, muszę
powiedzieć, seminaria są bardzo duże, sposób wychowania kleryków
budzi ogromne wątpliwości, bo brak w nim personalnych kontaktów,
jest zbyt oficjalnie. Tak, seminarium było ciężkim doświadczeniem.
Przez 2 lata miałem przerwę, byłem na praktykach. Przeżywałem
wątpliwości, czy przyjąć święcenia kapłańskie. Moi przełożeni
też byli niepewni wobec mnie, ale w końcu po różnych przełomach
wewnętrznych zdecydowałem się na to, a oni wyrazili zgodę.
Należy pamiętać, że w Polsce był to stan wojenny, istniały
ogromne konflikty. Już jako kleryk byłem zamykany przez policję,
byłem na swój sposób szykanowany, więc to nie była łatwa
droga do kapłaństwa. Po studiach od razu zostałem skierowany na
wyjazd do collegium ormiańskiego w Rzymie, ale przez 3 lata nie
dostałem paszportu. Później sam zrezygnowałem, bo byłem związany
z podziemną Solidarnością i był to czas, kiedy posiadanie
przez obywatela paszportu było wielkim przywilejem. Natomiast nie
żałuję tego, bo później człowiek się w jakiś sposób
hartuje. I będąc już księdzem, nie chciałem, jak to powiedzieć,
aby była to standardowa droga od wikariusza do proboszcza, bo
wiedziałem, że są dziedziny życia, które nie są objęte działalnością
parafii. I właśnie ta pionierska działalność charytatywna dała
mi osobiście dużo satysfakcji, ale odkryła też nowe pole do
pracy dla duszpasterstwa.
– Czy oprócz ruchu „Światło
i Życie” miałeś do czynienia z innymi organizacjami i czy
ich działalność miała wpływ na Twoje decyzje?
– W czasach kleryckich
zetknąłem się również z ruchem „Jean Vanier”, który
dotarł do nas z Francji. To wspólnota ludzi pełnosprawnych i
niepełnosprawnych, również rodziców i opiekunów. Ten ruch
bardzo szybko rozwinął się w Polsce. Od 1979 roku zaangażowałem
się w działalność tej wspólnoty. W 1985 roku sam zakładałem
wspólnoty w Krakowie i byłem za nie odpowiedzialny. Jak już byłem
księdzem, zrozumiałem, że ogromnym problemem jest los tych
dzieci po śmierci rodziców. I w ten sposób zrodziła się
„Fundacja imienia brata Alberta” w Radwanowicach.
Dopóki są rodzice, dom, to jest opieka. Rodzice tych dzieci to
postaci heroiczne, walczą o nie i stąd ich troska o przyszłość.
W tym czasie opatrznościowym mężem okazał się pan Pruszyński,
który nie miał swoich dzieci, ale był inwalidą, sierotą, więc
rozumiał te problemy. To on właśnie podał propozycję
utworzenia społecznego domu. Wtedy wydawało się to szaleństwem,
bo takich domów w Polsce nie było. Brakowało przepisów
prawnych, nie było współpracy między różnymi organizacjami a
rządem. Władza była scentralizowana, nie można mówić o
jakiejkolwiek samorządności lokalnej, o wolnej prasie. Ale udało
się dzięki panu Pruszyńskiemu i wielu skupionym wokół niego
ludziom. Po jego śmierci (1988 roku) samodzielnie prowadzę
fundację. Mamy różne formy działalności: ośrodek pobytu stałego
(obecnie 120 podopiecznych), świetlica dla dzieci, warsztaty
terapii zajęciowej i od tego roku – integracyjna szkoła
podstawowa (wspólnie uczęszczają do niej dzieci sprawne i niepełnosprawne).
Na terenie całej Polski (między innymi Wrocław, Legnica, Łódź,
Toruń) prowadzimy w sumie 30 domów dla 1000 osób niepełnosprawnych.
– Skupmy się na momencie,
kiedy zrodziła się idea pana Pruszyńskiego i współpracowników
w sprawie fundacji. Jak dojrzewałeś do podjęcia decyzji o
stworzeniu fundacji? Czy mógłbyś podzielić się wiedzą na
temat organizowania takiego przedsięwzięcia? Jakie są problemy?
Jak innym pomóc i zachęcić?
– Kiedy rozpoczynałem działalność,
największym problemem było to, że nie mogliśmy działać
oficjalnie, nie mogliśmy zarejestrować stowarzyszenia czy
fundacji, nie można było mieć pieczątek, kont i dziesiątków
innych rzeczy. O wszystko zabiegaliśmy wśród znajomych, którzy
nam pomagali. Oficjalnie funkcjonowała jedna osoba jako założyciel
fundacji. To był zaufany człowiek, poza wszelkimi podejrzeniami.
Stale też wierzyliśmy w Opatrzność Bożą, która doprowadziła
sprawę do finału. Nie wiem, czy drugi raz udałoby się to zrobić
w taki sposób. Ostatecznie fundację zarejestrowaliśmy w 1988
roku, tuż po śmierci pana Pruszyńskiego. Od tego czasu bardzo
wiele środowisk nawiązało z nami kontakt. Na pierwszych doświadczeniach,
błędach i potknięciach inni się uczą, mają też łatwiej, bo
fundacja ma wypracowane metody działania, które można naśladować.
Problemem w Polsce jest niestabilne i szybko zmieniające się
prawo. Panuje powszechny kryzys gospodarczy, a co za tym idzie:
dotacje państwowe i samorządowe są stale zmniejszane.
– Skoro jesteśmy przy
finansach, czy możesz powiedzieć więcej na ten temat?
– W moim przypadku bardzo
pomagają ormiańskie korzenie. Ormianie z natury znają się na
finansach, gdyby nie ta ich zdolność, to bym nie dał sobie
rady. Musiałem czasami pokonywać przeszkody niekoniecznie
zgodnie z prawem. Czasami mówię sobie, że gdybym spisywał pamiętnik,
to można byłoby go wydać dopiero 50 lat po mojej śmierci, bo
niektóre historie nie nadają się do oficjalnego ogłoszenia,
wymagały przebiegłości i sprytu, czasami „omijałem”
drogi oficjalne. Niezaprzeczalnie kwestia finansów jest bardzo
trudna. Teraz zbliża się styczeń i znowu jesteśmy zagrożeni
pozbawieniem pewnych dotacji. Nie mogę niczego zaplanować,
szczególnie w przypadku funkcjonowania domu stałego pobytu.
My próbujemy planować działania, ale budżet zmienia się z
roku na rok. Pomaga nam wielu życzliwych ludzi, ale to też
wymaga starań. Dużo działam w kierunku zdobycia darczyńców,
sponsorów, osób wiarygodnych, które faktycznie chcą pomóc.
Ogromną pomocą służą nam media, które zezwoliły na
zaistnienie fundacji we wszystkich jej aspektach. Nie ukrywamy żadnej
ze sfer prac, otwarcie mówimy również o finansach, staramy się
być wiarygodni.
|
Na zdjęciu:
ks. Tadeusz
Isakowicz-Zaleski
(Paryż, 2002)
Fot. Jerzy Mikoluc
|