Błędne koło

Jeśli się tylko nad czymś głębiej zastanowić, 
rychło się odkryje, iż nie miało się racji.

Friedrich Nietzsche



 Mój sąsiad, pan Zenek, jest człowiekiem niezwykle ułożonym, zorganizowanym, wręcz pedantycznym w podejściu do wszystkiego, czym zdecyduje się zająć.
Właściwie trudno byłoby doszukać się w nim jakichkolwiek wad wartych wzmianki poza... no właśnie, poza ową pedanterią, jeśli cnotę przewrotnie można by uznać za ułomność.
Stawiając samemu sobie wysokie wymagania, naturalne jest, że podobnego oczekuje się od najbliższych. Najbliższą osobą pana Zenka od oczekiwania podobnego jest jego żona. Ma jej za złe i to i owo, zwykle upominając lub choćby żartując sobie z jej przywar i niedoskonałości. Żona pana Zenka, jak to żony, udająca tylko mniej mądrą od męża, znosi uwagi ze spokojem, wpuszcza je jednym uchem, bacząc, by nie dotarły do drugiego.
W zeszłą sobotę pan Zenek dokonał odkrycia. Stało się to w jego własnym pokoju podczas mozolnego przyszywania guzika do kamizelki, którą ostatni raz miał na sobie jakieś dwadzieścia kilogramów temu, a następny raz założy za pięć do sześciu.
Jednak to nie sama czynność była odkrywcza, lecz skojarzenie jej z zajęciem żony, która gotowa do wyjścia oczekiwała od dobrego kwadransa w przedpokoju, jako że właśnie wybierali się do nas na wieczorne spotkanie. Pan Zenek zdał sobie nagle sprawę, że czemuś, co swobodnie mogło poczekać na odpowiedniejszą chwilę, udało się odciągnąć jego uwagę od czynności znacznie ważniejszej, którą było wspomniane przygotowywanie się do wyjścia. Skojarzył to z żartami, na jakie sobie nierzadko pozwalał wobec żony, której właśnie jako słabość wytykał zwyczaj porzucania nie do końca doprowadzonej czynności.
Zastanowiło go to, wprowadziło w zdumienie, po czym uznał, że dokonał odkrycia.
– Jak to? – retorycznie dziwił się później na balkonie, kiedyśmy próbowali obserwować rój meteorytów mających akurat tej nocy pojawić się na niebie. – Jak to? – powtórzył, bo gęste chmury spowodowały, że trwało jakiś czas, zanim owych meteorytów nie udało się nam dostrzec – czyżbym nie zauważył dotąd, iż często samemu zdarza mi się przerywać w połowie jedną czynność, kiedy nagle pochłonie mnie coś innego?
– Belka w oku – próbowałem posłużyć się ludową mądrością.
– Belka belką, ale i z innymi sprawami wydaje się bywać podobnie.
– A konkretnie co pan ma na myśli? – poprosiłem sąsiada o uszczegółowienie konstatacji.
– Odnoszę wrażenie, jakby u żony drażniło mnie szczególnie to, co – jeśli się dobrze przyjrzeć – sam odkrywam u siebie.
– A gdyby pan zechciał powiedzieć to jeszcze prościej?
Pan Zenek spojrzał na mnie z politowaniem, zaciągnął się papierosem, zarządził opuszczenie balkonu, kończąc rozmowę stwierdzeniem:
– Pan to zawsze musi wszystko komplikować, zamiast rozumieć po prostu i dosłownie, jak mówię.
Znane zapewne już przez starożytnych Hindusów, a odkryte świeżo przez pana Zenka  spostrzeżenie, w interpretacji sławnego behawiorysty amerykańskiego, profesora psychologii D.J. Goldberga, motywowane jest programowym w naturze odpychaniem się podobieństw po to, iżby w wyniku ewolucji nowe powstawało raczej z kojarzenia różnych niż do siebie zbliżonych.
Hm, prawda, nieprawda? Trudno orzec. Nie od rzeczy może byłoby jednak przyjrzeć się od czasu do czasu temu, co w najbliższych drażni nas szczególnie, po czym zerknąć na osobisty bagaż w plecaku niedoskonałości. Oczywiście wyłącznie w celach rozrywkowo–poznawczych, ale jeśli komu zdarzyłoby się poprzez samo uświadomienie znaleźć nieco więcej ciepła i tolerancji dla własnych słabości, można by przyjemne połączyć z pożytecznym. Gdyby zaś ów dopływ łagodności spowodował przymrużenie oka, którym patrzymy na słabości innych, byłby to z całą pewnością dowód, iż czas przeznaczony na zapoznanie się z relacją o starożytnym odkryciu pana Zenka nie został zmarnowany.
Jak w większości spraw nieskomplikowanych, i w tym przypadku mamy zapewne do czynienia ze sporym uproszczeniem. Gdyby sposób był łatwy, na jaki wygląda, pan Zenek wpadłby nań o wiele wcześniej. Lecz z drugiej strony ileż to rzeczy czekało niezliczone wieki na odkrycie. Jak choćby koło. Zwłaszcza błędne.

Warszawska Jesień

Cytowany przeze mnie wielokrotnie profesor psychologii, D.J. Goldberg, przeprowadził w latach 2000 – 2002 staranne badania wybranej, reprezentatywnej grupy artystów muzyków, plastyków oraz literatów. Przedmiotem badań było określenie dobowych proporcji okresu snu do ilości godzin czuwania. Innymi słowy szukano potwierdzenia tezy, jakoby pośród muzyków więcej było tzw. nocnych marków, zaś plastycy żwawsi byli raczej za dnia.
I, o dziwo!, badania tezę ową potwierdziły. W każdym razie w odniesieniu do muzyków i malarzy, jako że pośród literatów podział nie odbiegał od średniej statystycznej.
Liczby wskazywały wyraźnie: Posługujący się w swej pracy słuchem aktywniejsi byli w nocy, zaś opierający się przede wszystkim na wzroku większą aktywność wykazywali o poranku i za dnia.
Czegóż to chciał dowieść profesor Goldberg?
Jego celem było znalezienie i uzasadnienie odpowiedzi na pytanie: Skąd się biorą malarze i muzycy?
Wiadomo, że jeśli się dobrze przyjrzeć, większość działań człowieka koncentruje się wokół dwóch podstawowych spraw związanych z egzystencją: z przetrwaniem i rozmnażaniem się.
Gdzie by nie spojrzeć, czego by nie analizować, w zasadzie wszystko da się sprowadzić do owych dwóch zagadnień. Wszystko poza sztuką. Jeszcze poetę w uniesieniu tworzącego dla wybranki serca pieśń o jego do niej wzniosłym uczuciu jako tako można by zaliczyć do działu „rozmnażanie”, lecz gdy przedmiotem opisu staje się np. natura, klasyfikacja zawodzi.
A jednak artyści żyją pośród nas, są, skądciś musieli się wziąć.
Skąd? – zastanawia się prof. Goldberg. Jak uzasadnić ich obecność w dzisiejszym społeczeństwie? Jaką pełnią funkcję? Upiększają nasze życie, wyróżniając je spośród reszty stworzenia, czy też stanowią szkodliwy, zbędny, odciągający uwagę od spraw zasadniczych dodatek?
Profesor przyznaje na wstępie artykułu, że wielu czytelnikom podobne pytania mogą wydać się niedorzeczne. Jemu wszak niedorzecznymi się nie wydały, postawił je sobie, a skoro postawił, naturalną wydała mu się potrzeba poszukania na nie ewentualnej odpowiedzi. Na razie zajął się pierwszym, dotyczącym pochodzenia, ale obiecał kontynuować badania.
Jak to uczony, zaczął od postaw, od jaja, w języku uczonych ab ovo.
Cofnął się do czasu, kiedy społeczeństwo nie wyglądało tak jak dziś, a żyliśmy sobie spokojniej, w grupach około trzydziestoosobowych, korzystając z budownictwa typu grota, jakiś czas przed wynalezieniem szałasu, lecz już przy ognisku.
Była to społeczność w zasadzie samowystarczalna. Ilość jej członków pozwalała na wyróżnienie wszystkich potrzebnych specjalistów od krawca, lekarza, paleniskowego po zajmujących się ochroną bezpieczeństwa włącznie.
Według śmiałej hipotezy profesora Goldberga to właśnie ci ostatni, ochroniarze, są protoplastami malarzy i muzyków. Twierdzi on, iż niewykluczone, że było tak:
Z chwilą zapadnięcia zmroku koniecznym stawało się wystawienie czujek w obawie przed atakiem dzikiego zwierza, wrogo nastawionych sąsiadów czy innym nieszczęściem, których w owym czasie nie czyhało wprawdzie tyle, co dzisiaj, ale też się trafiały.
Zrozumiałe, że na obserwatorów nie delegowano przygłuchawych starców, lecz raczej osobników młodych, w pełni sprawnych, zwłaszcza obdarzonych nieprzeciętnym słuchem. Ci, którzy czynili inaczej, szanse na kontynuowanie eksperymentu Stwórcy nazwanego przez Darwina ewolucją mieli dość mizerne i ze zrozumiałych względów obiektu rozważań profesora nie stanowią.
Ten, na którym setki wieków przed Shakespearem ciążyło to be or not to be całego społeczeństwa, musiał umieć odróżnić pośród szmerów i szeptów natury ciche stąpanie tygrysa od szeleszczącej w listowiu leśnej myszy. Nie inaczej bezgłośny nad swoją głową przelot sowy od niewiele ciszej przemykającego kamienia rzuconego dla sprawdzenia jego czujności przez zwiadowcę z lasu obok.
Zarówno nieuzasadnione w środku nocy wzywanie gromady do ucieczki jak i – w wyniku błędnego odczytu materiału dźwiękowego – nieuczynienie tego w uzasadnionych okolicznościach, zdecydowanie ujemnie wpływały na los wartownika. Posadę tracił w obu przypadkach. W pierwszym dyscyplinarnie, w drugim naturalnie.
Wraz ze świtem następowała zmiana na stanowisku obserwacyjnym i miejsce idącego na zasłużony odpoczynek słuchowca zajmował wzrokowiec. Teraz od jego sokolich oczu zależał dobrobyt reszty. Wprawdzie mężczyźni wybierali się już na polowanie, lecz w obozie pozostawały bezbronne panie mające pod opieką żłobek i przedszkole. A że związku przyjemności ze skutkiem prawdopodobnie wówczas jeszcze nie odkryto, dzieciarni było aż nadto.
Mijały lata. Dziesiątki, setki, tysiące.
Łączono się w plemiona, usprawniano sposoby ochrony przed drapieżnikami zarówno ludzkimi jak i zwierzęcymi. Z czasem funkcja obserwatora utraciła swoją wagę podstawowego warunku bezpieczeństwa grupy, a wysoce wyedukowani i genetycznie przez ewolucję dobierani specjaliści stawali się coraz mniej potrzebni.
Można sobie wyobrazić ich frustrację. Otaczani od niezliczonych pokoleń największym szacunkiem społeczeństwa konkretyzowanym w wielorakich ulgach i przywilejach za przyczyną wprowadzających stale jakieś zmiany lekkomyślnych nowinkarzy owego prestiżu z wieku na wiek zaczynało im gwałtownie ubywać. Doszło wręcz do tego, że w ogóle przestali się czuć potrzebni. Ich przez tysiąclecia osiągana umiejętność rozróżniania z jednej strony dźwięków, z drugiej zaś niuansów formy i barw przestała być cokolwiek warta. A do czego innego jakby nie bardzo się nadawali. Polować nie potrafili, walczyć o terytorium jeszcze mniej, na dobrą sprawę nawet o pełny żołądek i dach nad głową nie umieli zadbać. Wszystko jako wyraz zasług dostarczano im do tej pory gratis.
Trzeba było coś wymyślić.
I to z owego myślenia – sugeruje profesor Goldberg – zrodziła się funkcja zastępcza: Zamiast tracącego na powadze ostrzegania przed realną groźbą, zaczęto ową groźbę przedstawiać w formie namiastki. Nocni stróże uruchomili produkcję oraz naśladownictwo dźwięków motywujących ich dotychczasowy dobrobyt, dzienni wzięli się za pokrywanie ścian jaskiń wyobrażeniem niebezpieczeństw, przed którymi dotychczas chronili współplemieńców.
I tak trwało kolejne tysiące wiosen i zim, lat i jesieni.
Aż do Jesieni Warszawskiej.
Nieprawdopodobne! Czegoż to uczeni nie wymyślą!

Myślący inaczej

Z Unią jak z ciążą: Albo się w niej jest, albo nie. Poza wyjątkami. Jako obywatel dwóch krajów, z których tylko Szwecja zdążyła się już zrzeszyć, do takich właśnie zagadek natury przypadkowo mam się okazję zaliczać. Niebawem już po raz drugi spocznie na mnie obywatelski obowiązek zadecydowania o losie ojczyzny.
Cieszę się, że obiecano nam przyjęcie do wspólnego stołu bogatszych i zaradniejszych. Cieszę się na przyszły dobrobyt, pokój, bezgraniczne możliwości podejmowania pracy przez młodszych, godziwe emerytury dla starszych, dostatnie życie dla wszystkich.
Będę oczywiście głosował za, lecz wyobrażam sobie, jak się czują myślący inaczej po piątkowej fecie przemianowywania daty 13 grudnia z rocznicy wprowadzenia stanu wojennego na dzień wprowadzenia stanu euforii. Niewykluczone postrzegają całość jako monstrualny żart, upewniający ich w przekonaniu, iż żartujący jak nic coś nieczystego muszą mieć na muszce. Mimo krawatów.
Domyślają się zapewne, że spektakl, którego reżyserię zlecono bez wątpienia fachowcowi niepośledniej miary, zaplanowano pieczołowicie na wiele aktów, rozłożono w czasie, pomyślano o szczegółach dramaturgii, jednym słowem zorganizowano przedstawienie jak się zowie.
Niestety zbyt gruba nić używana chwilami do zawieszania kolejnych cacek na zielonym drzewie obietnic, musiała raz po raz powodować niedowiarę, kto wie, czy nie przeradzającą się w irytację. Zwłaszcza po samonaprowadzających się pytaniach typu: „Czy doprawdy reżyser uważa nas za takich durni?!”
Rozumiem, że skecz adresowany był w pierwszym rzędzie do publiczności nie za często zajmującej pierwsze rzędy na widowniach operetek i kabaretów, gdzie scenariusze tego typu miewają przede wszystkim zastosowanie, niemniej nawet oni musieli się zorientować, iż robi się z nich dudków. A wiadomo, że gdzie o dudki idzie, w środkach się nie przebiera, na wszelki wypadek waląc z grubej rury.
Dramaturgia wydarzeń porazić mogła niejednego znawcę humoru i dowcipów. Lata wymiany dokumentów, miesiące zapewnień, że „będziemy walczyć do ostatniej sekundy”, dni podsycania temperatury otoczenia do maksimum, totalna mobilizacja prasy, telewizji oraz innych środków masowego rażenia, ekstaza sprawozdawców, atmosfera finałowego meczu o mistrzostwo mistrzostw, tragedia przed ostatnią bramką, nelson „odchodzimy od stołu”, łamanie karku przeciwnikowi, rzucenie go na matę i hura!! Mieliśmy nic, potem 20, potem na własny koszt 40, następnie znowu nic, aby po stanięciu na zezwłoku byłego gladiatora ryknąć: SZEŚĆDZIESIĄT!!!
W Teleexpressie przelotem między mało ważną kropką a jeszcze mniej istotnym przecinkiem powiedziano wprawdzie, że 60 na własny koszt, jeśli nas będzie na to stać, ale kto tam przejmowałby się szczegółami! Ważne, że wygraliśmy. W piłkę nam idzie niemrawo, w siatkówkę gorzej niż w kosza, Małysz się zaciął, ale za to w gębie są my mocne, jak mało kto! Wszyyyystko! Co my tylko chcieli, to mamy! Nie będzie nam Duńczyk dyktował warunków! Nie będzie Niemiec doił naszych krów! Ma być sześćdziesiąt i już! I półtora miliarda. Albo sześć miliardów złotych, żeby lepiej brzmiało. Niektórzy czekali, kiedy zaczną przeliczać na stare sprzed rewaloryzacji.
Domyślam się, iż myślącym inaczej ten cały biznes wydaje się nie dla nich. A raczej – i to na pewno – przeciw nim. Przeciw słabszym, mniej wytrwałym w przepychaniu się do pierwszych rzędów. Obawiają się z pewnością, że zespolenie sił możniejszych nie ułatwi im, mniej możnym, dochodzenia swojego. Odczuwają przecież na co dzień skutki wprowadzenia bezrobocia: Trzeba bić się o pracę, jako o największe dobro, często gęsto zadowalając się byle jaką, byle mieć.
Jako dziwoląg będący i jednocześnie nie będący w Unii mam okazję doświadczyć dobrodziejstwa przed i po.
Oczywiście „Niejednacy Szwedzi i Polacy”, oczywiście warunki obu krajów różne jak różny jest klimat Kiruny i Krakowa, niemniej i tu i tu ludzie reagują podobnie, kiedy odnoszą wrażenie, iż robi się z nich żarty. Sądząc po reakcji dużej części Szwedów, taki właśnie przypadek miał miejsce. O ile biednym jest zdecydowanie coraz gorzej, o tyle bogatym lepiej. Psioczą ma się rozumieć pierwsi.
Niewykluczone ten i ów z inaczej myślących pamięta cytowaną przeze mnie odpowiedź ciotki wszystkich Szwedów, Astrid Lindgren, na pytanie o jej stosunek do Unii. Powiedziała, że się na tym nie zna, ale wydaje się jej, że dla przeciętnego człowieka nic dobrego z tego nie wyniknie.
Przekonany o wzbogaconej intuicją wyższości intelektualnej żeńskiej nad męską, życzyłbym wszystkim eurosceptykom, aby tym razem mądrość Astrid ją zawiodła.
Po jednej stronie Bałtyckiego morza efekty zaczynają już być widoczne. Zobaczymy, co będzie po drugiej, nieco inaczej zorganizowanej.
Na razie jest wesoło. Cieszmy się więc. Zwłaszcza że jutro może być za późno.

 Andrzej NIEWINNY DOBROWOLSKI

Andrzej Niewinny Dobrowolski, urodzony w 1945 w Częstochowie, w roku 1968 jako muzyk wyjechał z zespołem do Finlandii. Po przeniesieniu się do Szwecji i założeniu rodziny mieszka tam do dziś. Przez kilkanaście lat zajmował się rozlicznymi interesami, prowadząc znaną firmę Bajer & Frajer, od lat dziesięciu tłumacz literacki, dziennikarz, felietonista. Autor wydawanych w Polsce przekładów z języka angielskiego, szwedzkiego i duńskiego. Współpracuje z wieloma pismami polonijnymi w Europie i w Ameryce.

 19-2-5.jpg (5886 bytes)
Na zdjęciu

Bez tyułu
(Sulzbach, 2002)

Fot. Michael Wittbrot


.