O ziemi obiecanej i nieznanych drogach, wędrówkach myśli i uczuć
Ludwikowi Lewinowi
1
Na początku jest zamysł, oczekiwanie i nadzieja.
Zanim zamkniemy za sobą drzwi, oderwiemy się od codziennych
spraw, pozostawimy - choćby na krótki czas - przedmioty tworzące
zwykłą, bo dobrze rozpoznaną przestrzeń, od dawna jesteśmy w
drodze. Wyruszamy znacznie wcześniej niż wskazywałaby wypisana
na bilecie godzina odlotu. Opuszczając dom i swoją ulicę, a
niekiedy bliskich, bierzemy nie tylko jakiś bagaż, zdobyty w
antykwariacie przewodnik, dokumenty czy pieniądze. Przede
wszystkim zabieramy samych siebie, swoje obawy, doświadczenia, kłopoty
i radości, wiedzę i niewiedzę, ujrzane dotąd krajobrazy, swoje
przyzwyczajenia i wyobrażenia.
Widzimy to, co chcemy zobaczyć albo tyle, ile jesteśmy w stanie
przyjąć, rozpoznać i ocenić. Dostrzegamy rzeczy, wydarzenia czy
zjawiska, jakie wydają się nam ważne. Zwracamy uwagę na to, co
na ogół zwykło się - zależnie od rodzimej tradycji czy religii
- wyróżniać. Z przejęciem dotykamy kamieni, jakie były świadkami
istotnych dla nas zdarzeń. Szukamy dowodów, znaków, a nawet cudów.
Chcemy potwierdzić, sprawdzić czy odkryć to, co właściwie
dawno zostało objawione. Rzadko albo i wcale - z własnej woli -
nie wyruszamy tam, dokąd nie pociągają nas oczy, serce i dusza.
2
„Otóż podróżować - to tłumaczyć, tłumaczyć
oczom, myśli, duszy czytelnika miejsca, barwy, wrażenia, uczucia,
jakie przyroda lub dzieła ludzkie budzą w podróżującym. Trzeba
zarazem umieć patrzeć, czuć i wyrażać“1 - pisał
Lamartine w 1832 roku, w drodze do Ziemi Świętej. Nie chciał,
jak przed nim uczynił Chateaubriand, wyruszać „jako
pielgrzym i jako rycerz“, lecz „tylko jako poeta i jako
filozof“2, w istocie chciał zapomnieć o swej
wyborczej porażce. Wiele zobaczył i zrozumiał. Był ciekawy
ludzi, miejsc i wydarzeń. Zanim dotarł do Jerozolimy, patrzył na
ateński Partenon, przemierzał ulice Bejrutu, spotkał się ze sławną
lady Ester Stanhope i zięciem ostatniego władcy maanidzkiego,
emirem Baszyrem. Poznawał wschodnie obyczaje i ryzykował własnym
życiem, by osiągnąć zamierzony cel. Rozstawał się ze swoją
żoną i córką tylko po to, żeby nie narażać ich na
niebezpieczeństwo. Nie uniknął jednak najgorszego, bowiem po
opuszczeniu Jerycha, w wiosce koło Bejrutu, zmarła Julia, jedyna
jego córka.
Dzisiejsze podróżowanie do ziemi Jezusa pod wieloma względami różni
się od tego, jakie było udziałem dziewiętnastowiecznych odkrywców,
pisarzy czy poetów. Nie tylko dlatego, że zamiast statku i
konnego pojazdu używa się najczęściej samolotu. Zmieniła się
Palestyna, zmieniły się obyczaje i kultura, zmieniły się
oczekiwania i potrzeby. Wprawdzie i dziś wielu zabiera ze sobą
Biblię, różnego typu pouczenia i komentarze i raczej po to
wyrusza, by doznać nowego olśnienia, jednak niewielu zadaje sobie
tyle trudu, co autor «Podróży na Wschód», by patrzeć
bez uprzedzeń i uniknąć „oglądania wszystkich zabytków wątpliwych,
wszystkich sławności umownych“, uniknąć „kłamstwa
i przesady we wszystkim, lecz szczególnie w uwielbieniu“3.
Jeśli - z wielu przyczyn - nie można kroczyć własną drogą lub
oglądać rzeczy, jakie chciałoby się zobaczyć... Jeśli trzeba
wybierać i z czegoś rezygnować... Jeśli dla większości współczesna
Natania okazuje się mniej atrakcyjna niż fabryka diamentów, betański
sklepik z dewocjami więcej warty niż groty w Qumran a
archeologiczne skarby Muzeum Izraela niewarte uwagi z powodu zbliżającego
się obiadu, z kim dzielić potrzeby, myśli, wątpliwości,
pragnienia czy wzruszenia? Czy odejście, usunięcie się na bok
albo milczenie jest najlepszym rozwiązaniem? Podróżować, tłumacząc swoim oczom i duszy to,
co należy do upragnionych barw i przeżyć, nie zawsze można. Ale
właśnie wtedy, w najtrudniejszych momentach, trzeba pamiętać,
że nigdy nie zaspokoimy wszystkich pragnień, nie dotrzemy w każdy
zakątek, nie będziemy dzielić z innymi każdej myśli. Nasze
uczucia i przeżycia rzadko znajdują sojuszników. Każde wędrowanie,
choćby otaczało nas mnóstwo życzliwych nam ludzi, musi być
samotne. I pośród wielu ludzkich ścieżek każdy szukać musi własnej
drogi.
3
Na paryskim lotnisku, Charles de Gaulle 1,
oczekiwanie na wylot trwało trzy godziny. Przed albo wraz z
kontrolą bagażu trzeba przejść bowiem obowiązkową rozmowę.
Dwudziestokilkuletnia, wyjątkowo gorliwa pracownica izraelskich służb
bezpieczeństwa zadawała stereotypowe, ale i dziwne pytania: Kogo
i jak długo znam z osób, które razem ze mną będą podróżować?
Dlaczego jadę z tymi, a nie z innymi osobami? Czy mam się z kimś
spotkać w Izraelu i czy z kimś się kontaktowałem lub rozmawiałem
na temat swojego wyjazdu? Czy jakikolwiek terrorysta mówi o swoich
kontaktach? Czy swoisty test psychologiczny jest właściwym
remedium na ewentualne zamachy? Czy prawdziwe zagrożenie nie staje
się mniej istotne, kiedy wkracza się w sferę osobistych, często
intymnych spraw? Czy zwykła i konieczna kontrola nie zamienia się
szybko w obsesję, a wyimaginowane niebezpieczeństwo ważniejsze
się nie staje od realnego? Czy słuszne jest traktowanie każdego
jako potencjalnego agresora? Po wylądowaniu na lotnisku Ben Guriona w Tel
Awiwie kontrola paszportowa nie okazała się - jak sądziłem -
jedynie formalnością. Młoda, piękna, izraelska „wopistka“,
z niewiadomych powodów poprosiła mnie do biura. Druga urzędniczka
- jak mi się zdało - wyraźnie poirytowana zachowaniem pierwszej
zapytała, czy mieszkam w Paryżu i czy posiadam francuską kartę
pobytu. Pokazanie carte de resident tym razem wystarczyło. „Niestety, wielu jest takich, którzy posługują
się strachem jako narzędziem politycznym. Wpajają strach przed
wyimaginowanymi zagrożeniami - chociaż istnieje, oczywiście,
wiele prawdziwych niebezpieczeństw“4 - mówił w książce
Amosa Oza «Na ziemi Izraela» ojciec Marcel Dubois. Może
jednak młode, odrodzone po dwóch tysiącach lat, wciąż nie
ukształtowane państwo ma prawo czuć się zagrożone i trzeba
pokoleń i stabilnej, spokojnej egzystencji, by wyzbyć się lęku
czy strachu? A może moje pierwsze odczucia z podróży są mylące
a reakcje zbyt emocjonalne? - pytałem sam siebie. I myślałem o
miłości do Izraela, miłości Boga do narodu wybranego i o tych,
którzy „kochają naród Izraela“, bo nie można nie
kochać Izraela wierząc w Boga. Bo nie można zapominać, że
„tam, gdzie [jest] wielka miłość, możliwa jest też zadrość“,
a cienie pojawiają się wszędzie tam, „gdzie jest światło“5.
Ale najważniejsza jest światłość i poszukiwanie jej, droga do
jasności, droga w głąb siebie. Podróż do Ziemi Świętej dla wielu nie różni
się od innych, pielgrzymkowych czy turystycznych wypraw. Trudno
jednak nie pamiętać, że dotykając stopą izraelskiej ziemi
wchodzi się w teraźniejszość i przeszłość kraju, wchodzi się
w historię i życie konkretnych osób, często przybyłych z odległych
stron świata. Próbując rozstrzygnąć dylematy współczesności,
czy choćby dotknąć niektórych trudnych kwestii, nie sposób
zapomnieć o historii zbawienia i o Mesjaszu, który - na różny
sposób - żyje w świadomości Izraelczyków.
4
„Bez wątpienia wielkim nieobecnym w
dzisiejszej Jerozolimie jest Chrystus“6 - napisał w swojej
książce «Wielkanoc w Jerozolimie» Georges Haldas.
Przecież większość pielgrzymów z całego świata przybywa
tutaj dla Jezusa. Skoro On tu nauczał, skoro chodził po tej samej
ziemi, tutaj został skazany, umęczony i ukrzyżowany, skoro
zachowały się jakieś ślady, pamiątki, symbole, dowody Jego
istnienia i działania, jak można mówić o Jego nieobecności?
Czyż nie jest to nadużycie? Czy wolno tak pisać i myśleć? Szwajcarski pisarz analizując skomplikowaną
religijno-społeczno-polityczną sytuację miasta świętego - tak
dla chrześcijan, jak i dla żydów i muzułmanów - miał prawo do
swoich obserwacji i przemyśleń. Mówił zresztą o Jezusie
zmartwychwstałym. Ludzie zawsze szukali materialnych znaków, a często
zapominali o „znakach z nieba“. Kto szuka gdziekolwiek
Jezusa, nie może zapominać, iż On objawia się dziś inaczej niż
dwa tysiące lat temu i jest niewidzialny albo też widzialny, lecz
nie na zwykły sposób. Kto naprawdę chce spotkać Jezusa, ten
musi najpierw odnaleźć Go w sobie. Chyba, że doświadczy tego,
co stało się udziałem Szawła z Tarsu, Augustyna z Tagasty czy
Paula Claudela. Przybywając nocą do Jerozolimy widzi się
miasto, ale nie widzi się życia w jego pełnym wymiarze. Stare
Miasto śpi - choć wielu jego mieszkańców jeszcze czuwa -
uliczki i zabytkowe domy, pozamykane kościoły, niedostępne
meczety i synagogii czekają na nowy świt, nowe przebudzenie.
Codzienne życie w Jerozolimie kończy się szybciej, ale i
rozpoczyna znacznie wcześniej niż w Paryżu czy Genewie. „Ogólny widok Jerozolimy można skreślić
w kilku słowach: góry bez cienia, doliny bez wody, ziemia bez
zieleni, skały nie budzące ani trwogi, ani podziwu; kilka brył
szarego kamienia wystających z kruchej i spękanej ziemi. [...]
Jerozolima, w której odwiedza się Grób Święty, sama jest
grobowcem ludu, ale grobowcem bez cyprysów, bez inskrypcji, bez
pomników, którego kamień skruszono, a którego popioły jak
gdyby okrywają otaczającą go ziemię żałobą, milczeniem i
pustkowiem“7 - pisał autor «Medytacji» i «Harmonii
poetyckich i religijnych». Obecna stolica Izraela nie jest
tym samym miastem, co Jerozolima Heroda Wielkiego czy Sulejmana
Wspaniałego. Ponad meczetem Qubbat al-Sakhra, synagogą centralną,
kościołem Zbawiciela i innymi historycznymi budowlami wyrosło
nowoczesne miasto. Żeby znaleźć ciszę i pustkowie trzeba odejść
daleko od średniowiecznych murów, na północ czy południe, albo
udać się w okolice parku Sachera. Pierwszy kontakt z każdym nowym miejscem jest
zazwyczaj bardzo ważny, bo decyduje o dalszych odkryciach i
poszukiwaniach. Spotkanie z Jerozolimą nie jest jednak nagłym
zderzeniem z zupełnie obcą i tajemniczą cywilizacją. Nie tylko
Ateny i Rzym określają naszą tożsamość. Jerozolima jest
centrum, bo w niej dokonało się to, co na tysiąclecia określiło
dzieje narodów i ludów. Miasto Dawidowe, miasto proroków i świętych,
wybrane przez Boga i - jak się wielu wydawało -
wielokrotnie przez Niego opuszczone zaświadcza o Starym i Nowym
Przymierzu, przymierzu Jahwe, które nigdy nie zostało przez Boga
zerwane. Jezus płakał nad Jerozolimą, bo nie były Mu obojętne
jej losy. Bóg, który - szczególnie po Auschwitz i hekatombie
ostatniej wojny - wydawał się Wielkim Nieobecnym, nie opuścił
swoich dzieci. Tam, gdzie jedni nie potrafią albo nie chcą Go
dostrzec, inni doświadczają niezwykłych łask i objawień. Tam,
gdzie człowiek oczekuje cudów, nadzwyczajnych olśnień i
nadludzkiej potęgi, tam Bóg objawia się w najprostszy sposób.
5
Wizyta Jana Pawła II w Jad Waszem wzbudziła
ogromne zainteresowanie. Oczekiwano od papieża raczej słów i
deklaracji. Ale Jego milczenie było tak wymowne jak milczenie
drzew zasadzonych na jerozolimskim wzgórzu. „Milczenie
utrwala - milczenie niszczy“8 - czytamy w jednej z ksiąg
Talmudu. Trudno w to uwierzyć, kiedy siła zbrojnego oręża
wydaje się bardziej skuteczna, a demagogiczne hasła polityków
bardziej przekonujące niż cisza, jaka zaległa pośród pól,
dawnych miejsc kaźni, w Auschwitz czy Bergen-Belsen. Kto słyszał kiedykolwiek głos Adolfa Hitlera
czy Benito Mussoliniego, wie jak wielka może w nim drzemać
demoniczna siła. Kto widział tłumy wsłuchane w głos proroków
zniszczenia i siewców nienawiści, ten zdaje sobie sprawę, jak łatwo
ulec pokusie złowieszczego słowa. A jednak milczenie okazuje się
czasem silniejsze i bardziej przekonujące. W 1990 roku doświadczyłem podobnych uczuć wędrując
wśród wypielęgnowanych grobów Bergen-Belsen, kiedy nie popioły
przemawiały, lecz ich brak, kiedy nie porywczy powiew ani
niespokojny poszum brunatniejących drzew przejmował drżeniem,
lecz grupa swobodne zachowujących się młodych turystów.
Beztroska była tak samo porażająca jak ich zdumienie, kiedy
zobaczyli nieliczne dowody popełnionej niegdyś zbrodni. Oniemiali
i bezradni, zagubieni i pewnie nie do końca świadomi tego, co
uczyniono na obcej dla nich ziemi, wydawali się równie bezbronni,
co - przed chwilą - silni. Jad Waszem, odwiedzane po Ain Karem, było dla
mnie jak podróż w czasie, poprzez historię narodu wybranego.
„Chwała wam, męczennicy Boga“ - głosi jedna z
greckich inskrypcji w kościele św. Jana Chrzciciela. Cześć nie
zawsze jest oddawana tym, którzy na to zasługują, ale ani męczennicy,
ani ci, których imiona i nazwiska są wypisane na jerozolimskim
wzgórzu, nie o chwałę ludzką zabiegali.
6
„Gdy się Orygenes w Cezarei zwykłym swym
zajęciom oddawał, garnęło się do niego nie tylko wielu
tamtejszych mieszkańców, ale z dalekich nawet stron zwolennicy
jego tysiącami opuszczali ojczyznę“9 - donosił w swej
«Historii Kościelnej» Euzebiusz z Cezarei. Dawna
rezydencja prokuratorów rzymskich, miasto w którym kształcił się
Bazyli Wielki, gdzie rozkwitała filozofia grecka i rzymska, gdzie
zlewały się najważniejsze nurty myśli helleńskiej i
judeo-chrześcijańskiej, prężny ośrodek naukowy mieszczący
wspaniałą bibliotekę, starożytna fenicka osada i Herodowe
miasto nie dotrwały do naszych czasów. W 1265 roku, po tureckiej
nawale, Cezarea ostatecznie legła w gruzach. Tam, gdzie Orygenses
zabłysnął swoim geniuszem i „publicznie, w kościele, wykładał
i objaśniał Pismo Święte, aczkolwiek dotychczas nie miał
jeszcze święceń kapłańskich“10, odnaleziono nieliczne ślady
dawnej świetności. Inskrypcja Poncjusza Piłata,
marmurowy posąg Dobrego Pasterza z jagniątkiem na ramionach czy
korynckie kapitele ozdobione znakiem krzyża, odkryte nad Śródziemnym
Morzem, świadczą o odległej epoce, ale ich w dzisiejszej
Kessarii nie można oglądać. Za to ruiny 3-nawowej katedry św.
Piotra, pochodzącej z okresu wypraw krzyżowych, przypominają
umarłą kulturę, jej rozkwit i upadek, odsyłają do historii,
ale też każą myśleć o teraźniejszości, jej symbolach, świątyniach
i ołtarzach. Orygenes w swej rozprawie «Przeciw Celsusowi»
zauważał, iż „istnieją ludzie, którzy zgodnie z najwyższymi
wymaganiami sztuki tworzą doskonały posąg najwyższego
Boga“11, ale dodawał, że najpierw nasze ciała muszą być
świątynią Boga. Nie wystarczą same żywe i drogie kamienie.
Granat, szafir, jaspis czy kryształ to zbyt mało. Zazwyczaj w
swoich miastach i ojczyznach wznosimy świątynie po to, żeby
wykazać, że „świątynie wzniesione gdzie indziej są byle
jakie“12, nasze zaś są najwspanialsze, najpiękniejsze na
świecie. Takie myślenie jednak - zdaniem Orygenesa - jest pogańskie,
bo najpierw w sobie trzeba zbudować „umiarkowanie, męstwo,
mądrość, pobożność“13. Bóg zaś nie oczekuje wielkości
na miarę świata, lecz na miarę boską, która jest zarazem miarą
człowieczeństwa, wyrazem wewnętrznej i zewnętrznej harmonii oraz
życia zgodnego z naturą. Po opuszczeniu Kessarii, krótkim postoju w Hajfie
i przybyciu do Nazaretu szukałem umiarkowania i pobożności, o
jakiej pisał mędrzec z Cezarei. Bazylika Zwiastowania, w zamyśle
współczesnego architekta zachowująca zarys XII-wiecznego kościoła
krzyżowców, budziła podziw i uznanie wśród moich towarzyszy
podróży. Nie wiedziałem, jak wyglądała XVIII-wieczna,
rozebrana w 1955 roku świątynia. Wolałbym jednak ją ujrzeć,
bowiem dzieło Giovanniego Muzio zdało mi się wyrazem ludzkich
ambicji, a nie głębokich duchowych potrzeb. Wydało mi się
odbiciem filozofii, która wielkości szuka w bryle, a nie w duszy,
w sercu i wyobraźni człowieka. Widok potężnej bazyliki więcej
mówił o sile ludzkiej niż mocy Boga. I zasmucił mnie, kazał myśleć
o „królestwie Boga“, które w naszych oczach chętniej
upodabnia się do ziemskich potęg.
7
Ojczyzna Jezusa. Żyzna, zielona kraina. Galilea.
Po arabskiej Kanie - Ein Sheva, czyli dzisiejsza Tabgha, około 381
roku nawiedzona przez Egerię, autorkę «Itinerarium»,
w którym opisała swoje pątnicze szlaki, a także „schody
Piotra“, dawne zwyczaje i modlitwy. Inny pielgrzym, Saewulfus,
na początku XII wieku pisał o opuszczonym kościele na zboczu wzgórza.
Zbudowany w 1933 roku na fundamencie starej świątyni Kościół
Prymatu i liturgia przeżywana pod gołym, pogodnym niebem,
przypomniała wydarzenia z życia Chrystusa i Apostołów oraz
wszystko to, co działo się na Jeziorze Tyberiackim i wokół
niego. Kościół Rozmnożenia Chleba i Ryb - jeden z nielicznych,
przyciągających swoją architekturą - skierował moje myśli ku
Eischttät, w którym podziwiałem niegdyś barokowe świątynie.
Benedyktyni z Eischttät sprawują opiekę nad sanktuarium, w którym
odkryto wiele nilotyckich mozaik. Świadczą one o wpływach heleńskiej
i rzymskiej kultury. Ptaki i rośliny, kwiat lotosu i kosz z
bochenkami chleba pomiędzy dwiema rybami są dowodem, jak dzieła
natury łączyć można z tajemnicami wiary, a artyzm i dobre
„pogańskie“ wzorce z chrześcijańskimi. Kościół
Kazania na Górze, niestety, raczej oddala niż przybliża do piękna
Jezusowych homilii. Nie wszystko - w przeciwieństwie do tego, jak
informują przewodniki - zaprasza do „refleksji i skupienia,
do wsłuchania się w Słowo“. „Tam, gdzie piękno staje się luksusem, człowiek
wchodzi w stan zagrożenia. Jestem skłonny sądzić, że pierwszym
symptomem nadchodzącej katastrofy jest rozpanoszenie się
niechlujstwa i brzydoty, oddzielenie piękna od «życia».
Człowiek zawsze czuł się spokojny, miał poczucie zamieszkania,
wiedział, że posiada dom, że jest «u siebie», kiedy
wszystko, do czego przykładał rękę, wychodziło pięknie:
najprostsze przedmioty - krzesło, ławka, stół. Dziś piękno
stało się luksusem“14 - pisał w przedmowie do Księgi
Hioba ks. Józef Sadzik. Kiedy piękno staje się luksusem w takich
miejscach, jak Góra Błogosławieństw, a „święte
budowle“ Ziemi Świętej częściej mówią o zaniku wrażliwości
niż jej wzroście, trudno nie tęsknić do błogosławionej cichości
i ubóstwa w duchu. Św. Franciszek ubolewał, że miłość nie
jest kochana. Dziś trzeba by zabiegać o ukochanie prostoty albo
ubolewać, że jest ona lekceważona i odrzucana. Jeśli
oddzielanie piękna od życia budzi poczucie zagrożenia, czym jest
i jakie będzie miało skutki oddzielanie piękna od sacrum? Niekiedy tam, gdzie spodziewamy się
nadzwyczajnych rzeczy, rani nas pospolity widok, a w miejscu, gdzie
już tylko chcemy zapomnieć przykre wrażenia i przeżycia,
doznajemy dziwnego uczucia. I nie potrafimy ukryć swojego
wzruszenia. Serce bije mocniej. Oczy patrzą tak, jakby sceny
rozgrywające się w odległym czasie, znane jedynie z opisów, żywo
przemawiały. W jednej chwili widzi się więcej niż przez lata, a
nawet przez całe życie. W jednym momencie przeżywa się chwil
wiele i patrząc czuje się i rozumie wiele różnych wydarzeń - słowa
i czyny, a nawet gesty i ukryte myśli. W jednej chwili doświadcza
się działania czasu i tajemnicy. Ruiny synagogi w Kafarnaum przypomniały mi nie
tylko znaną ewangeliczną scenę, ale zobaczyłem Jezusa, jak wędruje
uliczkami otaczającymi świątynię, jak przekracza próg Domu
Modlitwy, naucza, żywo reauguje, a potem udaje się do domu Piotra
i rozmawia z jego teściową i, być może, żoną, dyskutuje z
jego przyjaciółmi czy dalszą rodziną. Znajdując się już na
jeziorze, gdy niewielki statek zatrzymał się na kilkanaście
minut i kołysał się w ciszy, wciąż miałem w oczach kafarneńską
synagogę. I choć wiedziałem, że kiedy odwiedzał ją Jezus,
wszystko wyglądało inaczej, była to dla mnie tamta świątynia,
miejsce święte, w którym istnieje jedno teraz, gdzie nie
opuszcza nas „poczucie zamieszkania“, gdzie nie
oddziela się piękna od życia, sacrum od człowieka, codzienności
od tajemnicy, duszy od ciała, uczuć od serca i rozumu.
8
Droga z Tyberiady do Sebastii, czyli dawnej
Samarii, to powrót w odległą, biblijną przeszłość. Na Górze
Tabor, wznoszącej się samotnie ponad równinami, warto przypomnieć
sobie Baraka, Deborę, Ozeasza czy proroka Jeremiasza. Dla chrześcijan
najważniejsza jest tutaj, uwieczniona w Ewangelii, scena
Przemienienia. Ale mnie przypadek, dziwny traf, a może los, kazał
myśleć nie o dalekiej przeszłości. Podążając w kierunku bazyliki wzniesionej w
1924 roku nie chciałem wierzyć własnym oczom. Im bliżej jednak,
tym mniej miałem wątpliwości. Po latach, po przejściu wielu dróg,
po różnych doświadczeniach, po opuszczeniu kraju przez najbliższych
i potem ciągłych rodzinnych rozstaniach i moich powrotach (lecz
już nie do miejsc dzieciństwa), po długim okresie niewidzenia:
spotkanie. I to na Górze Przemienienia. Pierwszy raz - jeśli dobrze pamiętam - zobaczyłem
ją latem 1980 roku. Potem wraz z moim bratem Jola kilkakrotnie
odwiedziła mnie w Ołtarzewie. Nie widywaliśmy się często, ale
ilekroć ją spotykałem, wydawała mi się coraz bardziej
zakochana i zapatrzona w mojego brata. Wiedziałem, że - mimo
ogromnych trudności wizowo-paszportowych - spotyka się z nim, że
mimo rozdarć i wahań zdecydowała się wyjechać z Rumi. Aż,
pewnego dnia, dotarła do mnie wiadomość, że Jola opuściwszy
Bremę już do niej nie wróci. Nie pytałem, co się stało. Nie
miałem tyle odwagi, żeby o cokolwiek pytać. Nie próbowałem
nawiązać nowego kontaktu. Niekiedy docierały do mnie strzępy
informacji, że pracuje tam, gdzie kiedyś, że nie umie się
odnaleźć, że wciąż jest sama. Ujrzawszy Jolę przed kościołem Eliasza, nie
wiedziałem, co powiedzieć. To ona, zwyczajnie, prostym słowem
powitania, przerwała kłopotliwą ciszę. Nie było czasu na dłuższą
rozmowę, bo zmierzaliśmy w przeciwnych kierunkach, jednak patrząc
na nią - jak mi się wtedy zdawało - dostrzegłem w jej
spojrzeniu dawny ogień i niepokojący, niezagasły smutek, a może
ból. Przypomniałem sobie jej rumski, skromny pokój, sopocki Dom
Nauczyciela, w którym we trójkę jedliśmy obiad, i ostatnią
jesień, kiedy jeszcze mogłem chodzić po Trójmieście jak po własnych,
doskonale zapamiętanych ulicach, zaułkach i nabrzeżach. Stąpając po ruinach Samarii znowu wracałem do
nieodległej przeszłości. I widziałem nie tylko starożytne
kolumny, herodiańskie stylobaty, rzymski amfiteatr, miejscowy
Olimp, piękną i przewrotną Jezabel, Omriego czy Achaba, lecz
miejsca, na które już nigdy nie będę mógł tak samo patrzeć,
rumski dom i ogród, do którego już nigdy nie będę chodził
„na czereśnie czy wiśnie“, w którym - nie wiedząc o
tym - żegnałem się z Jolą na długie lata.
9
Powrót do Jerozolimy przez Nablus i tereny
Automomii Palestyńskiej jest wędrówką przez różne światy,
obyczaje i tradycje. Studnia Jakubowa, gdzie niegdyś - przemierzając
Sychem - zatrzymał się Jezus, żeby ugasić pragnienie i odpocząć,
przywołuje na pamięć spotkanie z Samarytanką, ale też każe
wspomnieć dziwne losy wznoszonej od początku XX wieku bazyliki.
Car Mikołaj II nie zdążył sfinansować śmiałego przedsięwzięcia,
bo zginął wraz z całą swą rodziną w Jekaterynburgu. Świątynia
na długie lata stała się odległym, peryferyjnym problemem. Światem
wstrząsały katastrofy i krwawe apokalipsy, aż po dziesięcioleciach
budowa ruszyła znowu. W arabskiej enklawie jest dzisiaj oazą, do
której przybywają pielgrzymi, by się napić wody. Polska pątniczka
podając mi kubek z wodą zaznaczyła: „Proszę pamiętać,
że w Zakopanem też są prawdziwe samarytanki“. W Zakopanem
miałem mieszkać i pracować, ale zdążyły tam dojechać tylko
moje rzeczy osobiste i książki. Dowiedziałem się później, że
ktoś bardzo zabiegał, żeby mój dekret unieważnić. Zamiast na
Giewont, przez dwa lata patrzyłem na ciemną ulicę Wiejską w
Radomiu, aż - niespodziewanie - otrzymałem propozycję wyjazdu do
Paryża. Nablus oglądane z paryskiej perspektywy zrobiło na mnie
przygnębiające wrażenie, podobnie zresztą jak wsie i miasteczka
palestyńskiej Autonomii. Łatwo się gorszyć i dostrzegać jedynie brud,
chaotycznie pobudowane domy, dziurawe ulice, porozbijane samochody,
nachalnych handlarzy czy żebrzące dzieci, ale taki stan rzeczy to
także odzwierciedlenie tragicznych losów palestyńskiego narodu.
Prości ludzie nie interesują się polityką, a nawet przeszłością,
nie dociekają ukrytych czy jawnych przyczyn swojej trudnej
sytuacji, ale chcą normalnie żyć, pracować, zakładać rodziny,
mieć własny dom i szczęśliwe dzieci. Póki jednak istnieje nędza,
problemy raczej narastają, niemoc rodzi agresję, brak perspektyw
prowadzi do szaleństwa i rozpaczy. Rozpacz, a niekiedy i nienawiść,
każe chwytać za kamienie i broń, każe walczyć i niszczyć. I
jest doskonałą pożywką dla różnego typu ekstremistów,
samozwańczych władców dusz i sumień. Po powrocie do Jerozolimy, wbrew życzeniom grupy,
postanowiłem pozostać w Muzeum Izraela. Nasyciwszy po
trzech godzinach zwiedzania oczy, a nie serce, udałem się do
Starego Miasta, by stanąć przed Ścianą Płaczu. Koło Bramy
Jaffy wypiłem kawę, wypisałem kartki i napisałem list, i ruszyłem
przed siebie. Zbliżała się godzina osiemnasta. Jasne niebo
szybko zaczęło szarzeć. Przeciskając się przez zatłoczone,
arabskie uliczki, nawet nie wiedząc kiedy, znalazłem się sam,
otoczony jedynie grupą palestyńskich wyrostków. Ktoś zamachnął
się przede mną pięścią, ktoś inny krzyknął po angielsku, że
tendy nie ma przejścia, jeszcze ktoś inny próbował
powstrzymać najbardziej krewkiego kolegę. Zamiast twarzy zasłoniłem
odruchowo aparat fotograficzny i próbowałem się cofnąć, lecz
nie miałem dokąd. Wtedy podeszło do mnie trzech małych chłopców
i zażądało pieniędzy. Kiedy wyciągnąłem z kieszeni kilka
szekli, odpowiedzieli, że nie chcą szekli, lecz dolary. Na szczęście
- jak zauważyłem - zaczęła zbliżać się do mnie grupa
niemieckich turystów. Udałem, że przeszukuję pozostałe
kieszenie. Młodzi Palestyńczycy, tak jak się pojawili, tak też
niespodziewanie zniknęli. Dziesięcioletni czy może dwunastoletni
chłopcy również gdzieś się ulotnili. Całe zdarzenie nie trwało
długo, ale kiedy - już pod Ścianą Płaczu - usiłowałem
„na zimno“ je zaanalizować, nie wiedziałem, czy miałem
więcej szczęścia, niż rozumu, czy też mój strach miał zbyt
wielkie oczy.
10
„5 października o czwartej rano zacząłem
zwiedzać zabytki Betlejemu. Choć już nieraz je opisywano, są
tak zajmujące, że nie mogę się powstrzymać, aby nie podać tu
jeszcze kilku szczegółów. Między klasztorem betlejemskim i kościołem
rozciąga się dziedziniec otoczony wysokimi murami. Minęliśmy ów
dziedziniec i małymi bocznymi wrotami weszliśmy do kościoła. Ów
kościół jest z pewnością bardzo stary i pomimo licznych zburzeń
i napraw zachowuje piętno budowy greckiej; ma kształt krzyża. Długa
nawa, lub jeśli ktoś chce oś krzyża, jest ozdobiona
czterdziestoma ośmioma kolumnami porządku korynckiego,
umieszczonego w czterech rzędach. Kolumny te liczą dwie stopy i
sześć cali obwodu u podstawy i u kapitelu“15 - donosił w
swym szczegółowym «Opisie podróży z Paryża do Jerozolimy»
Chateaubriand. Moje zwiedzanie Betlejemu rozpoczęło się o ósmej
rano, ale nie od zabytków, lecz od sklepu, który miał oferować
cenne pamiątki, różnego rodzaju dewocjonalia, biżuterię, a
nawet alkoholowe trunki. Atrakcyjny asortyment okazał się podobny
do tego, co można nabyć w Lourdes, Fatimie czy Częstochowie.
Drewniane Boże Dzieciątka czy plastikowe Ostatnie Wieczerze
nie zachęcały do zakupów. Zwiedzanie Bazyliki Narodzenia Pańskiego, msza w
Grocie św. Józefa, wreszcie - po półgodzinnym staniu w kolejce
- nawiedzenie Groty Narodzenia to w Roku Jubileuszowym najważniejsze
chwile pielgrzymowania. Miejsce narodzin Zbawiciela to kolebka
chrześcijaństwa. Z wszystkich stron kuli ziemskiej przybywają
współcześni pasterze, amerykańscy farmerzy czy greckie
gospodynie, by „uczcić Króla królów w jego żłobie“16.
Każdy chce dotknąć lub ucałować betlejemską gwiazdę i
„wznieca w duszy uczucia, których wyrazić
niepodobna“17. Jednak, choć moje wędrowanie po Ziemi Świętej
się kończy, Betlejem, w którym jeszcze powiewają postrzępione
transparenty z wizerunkami Papieża i Jasera Arafata, rozpoczyna
nową drogę - przez tajemnice wiary, ludzkich dziejów i Bożych
objawień.
11
Beduini na Pustyni Judzkiej i najstarsze miasto świata,
Jerycho, to niecodzienny widok. Oczywiście dla wędrowców, a nie
dla miejscowych handlarzy, właścicieli wielbłąda oczekujących
na turystów pod Górą Kuszenia czy palestyńskich dziewczynek
powracających ze szkoły i z zaciekawieniem przypatrujących się
nieznanym przybyszom. Na Qumran, niestety, nie starczyło czasu ani
- jak mi się zdawało - woli. Piękna słoneczna pogoda i doskonała
widoczność pozwoliły podziwiać przeciwległy brzeg Morza
Martwego, czyli jordańskie wzgórza. Opisując okolice Jerycha Józef Flawiusz notował:
„W ogóle kraina ta jest rajem dla pszczół, rodzi też
opobalsam - najcenniejszy z tamtejszych płodów - cyprys i
myrobalan, tak że bez obawy pomyłki miejsce to można nazwać
«Boskim», jako że bujnie krzewią się tu najrzadsze i
najpiękniejsze rośliny“18. Starożytny kronikarz zwracał
uwagę na lecznicze właściwości niezwykłego asfaltu, który miał
przywierać do łodzi i, by służyć ciału, musiał być najpierw
oddzielany od pokładu „przy pomocy krwi miesięcznej kobiet
i moczu“19. Przewodnik grupy, znakomicie zorientowany w
terenie, pełen pasji i miłości do tekstów biblijnych,
zafascynowany Historią Zbawienia i swobodnie operujący swoją
nieprzeciętną wiedzą ks. Artur Andrzejewski postanowił zabrać
wszystkich na sławną górę, w ruiny legendarnej Masady, która
jeszcze trzy lata po upadku Jerozolimy w 70 roku stawiała opór X
Legionowi. Autor «Wojny żydowskiej» uważał, iż
Rzymianie tylko dlatego zdołali zdobyć bohaterską Masadę, bo
doznali „pomocy Bożej“20. Obecnie, żeby dostać się
na szczyt, wystarczy wsiąść do linowej kolejki. Ukazujący się
oczom widok, sąsiedztwo wody i piasku, złocący się lub błękitniejący
horyzont, bezmiar przestrzeni i - jak się zdaje - czasu,
pozwalał zapomnieć o troskach, smutkach, pożogach i ludzkich
nieszczęściach. Postój w En Boqeq i planowana kąpiel, ku
zaskoczeniu moich towarzyszy podróży, nie była dla mnie obowiązkowym
chrztem, zaślubinami z Morzem Martwym. Nie chciałem w soli i
wodzie leczyć ani ciała, ani duszy. Są bowiem dolegliwości, a
może i choroby, których nic nie uleczy.
12
Każdy, wyruszając w drogę, ma swoje plany,
oczekiwania i marzenia. Nie każdy zamiar spełnia się. Nie każda
tęsknota, a nawet zaprogramowana eskapada, może być
zrealizowana. Mój paryski sąsiad i współlokator w hotelach
Tyberiady i Jerozolimy radził na koniec wybrać się na Górę
Zgorszenia, bo stamtąd - jak twierdził - roztacza się
najwspanialszy widok. Nie posłuchałem zaleceń ks. Henryka Hosera
nie dlatego, że nie wierzyłem jego słowom. Świadomie, po raz
czwarty, wybrałem żydowską dzielnicę i Ścianę Płaczu. „Wokół nas kłębi się tłum mężczyzn,
przykrytych obrzędowymi chustkami - tallitami, wyciągających
ramiona ku niebu i zawodzących modlitewne psalmy. Adonai! Adonai!
Wezwanie niewymawialnego imienia Jahwe, niewyobrażalnego w żadnej
postaci. Pana, który - jak w to wierzą prawowierni Izraelici -
okazywał się i okazuje nadal Ojcem wybranego narodu...“21 -
pisał po wizycie przy Ścianie Płaczu nieznany mi autor. Pod Ścianą Płaczu nie było lamentujących mężczyzn
czy zawodzących kobiet. Nie był to zresztą Sądny Dzień. Niektórzy
medytowali, inni rozmawiali z Bogiem angażując w swoją modlitwę
całe ciało, jeszcze inni przybyli pod Mur Salomona tylko po to,
żeby się popatrzeć i zaspokoić własną ciekawość. Rina
Geftman, Żydówka pochodzenia rosyjskiego, chrześcijanka i założycielka
Centrum Mambré, sprzeciwiała się niegdyś interpretacji „płaczu
Jezusa nad Jerozolimą“ jako wyrazu Bożego gniewu. „Myślę,
że łzy Jezusa mogą być tylko błogosławieństwem. [...] Płacze
[on] z czułości do tego miasta“22 - mówiła. „Beati, qui lugent“ - przypomina
nieudolny napis w kościele Kazania na Górze, a jednak niektórym
łatwiej uwierzyć w przekleństwo niż Boże pocieszenie. Chętniej
przywołujemy Boga karzącego, Boga mściwego, a nie Boga, którego
miłość zawsze będzie niepojęta, postać niewyobrażalna, a
Imię ponad wszelkie imię. Zatrzymawszy się przy Tiferet Israel, na tarasie
«The Quarter Café», z której można oglądać Górę
Zgorszenia, podziwiałem młodego, pobożnego mężczyznę, który
był zajęty studiowaniem Pisma i robił jakieś notatki. Patrząc
na niego myślałem o spotkaniach, jakie nie doszły do skutku, o
„bezużytecznych“ adresach, jakie otrzymałem od
Ludwika i o prośbach Pawła, kórych nie zdołałem spełnić. Nigdy nie rozmawiałem z Ludwikiem o Bogu i nigdy
nie śmiałem go pytać o jego wiarę i religijne uczucia. Podróż
do Jerozolimy uświadomiła mi, że Bóg Izraela, Bóg Abrahama i Bóg
Ludwika nie potrzebuje moich pytań. To my potrzebujemy Boga i
chcemy, żeby potrzebował naszego serca i rozumu, milczenia i słów,
cierpliwości i zniecierpliwienia, a nawet łez. Zamiary ludzkie
nie są planami Bożymi, ale każda modlitwa - obojętnie czy jej
wyrazem są łzy szczęścia, czy łzy rozpaczy - nie pozostaje
bezowocna. „[...] powiedz, droga, cóż ja mam robić
na tym świecie? Trzeba lecieć, gdzie wiatr mnie powieje - i modlić
się u Chrystusa, aby mi kiedyś dał ciszę i spokojność - a mam
ufność, że ta podróż zupełnie bezużyteczną nie będzie, choćby
tylko promień [...] pięknych wspomnień miał upaść na starość
moją, jeżeli dożyję starości...“23 - pisał z Bejrutu do
swojej matki, po pielgrzymce do Grobu Pańskiego, Juliusz Słowacki.
Matka poety już nie usłyszała „na cmentarzyku
krzemienieckim“ opowiadań o grobach Absaloma i Zachariasza i
„o pomnikach starych wieków“24. „Miło powrócić
i usiąść na ławach / przed własnym domkiem, gdy ucichną
gwary“ - zanotował autor «Podróży do Ziemi Świętej
z Neapolu» - ale nie mógł powrócić do swoich drzew, okna
z ukochanym widokiem, stolika, przy którym pisał. Wiedział, że
już nie będzie „cieszył się lub szlochał / Patrząc na
domek, gdzie kocha lub kochał“25. Celem każdej podróży - jak kiedyś powiedział
mi Paweł Hertz - jest powrót, ale każdy ma takie ogrody, chaty,
oskrzydlone łoża, chmury i gwiazdy, do których nie powróci. Nie
tylko dlatego, że istnieją jakieś przeszkody i granice. Również
dlatego, że czas zmienia wiele. Giną miłe krajobrazy, ulubione
stoliki, biurka i kanapy. Odchodzą bliscy, opuszcza nas brat lub
siostra, nie patrzą na nas ukochane oczy albo w źrenice zagląda
jedynie samotność. Czymże jednak by ona była, gdyby nie barwy,
uczucia i wrażenia, jakich nawet nie sposób zapisać?
* * *
Na początku podróży myśli się nieraz o
wielkich odkryciach i niezwykłych przygodach, a wystarczy
zobaczyć - jak w Muzem Izraela ujrzałem rue Poulletier z
paryskiej Wyspy św. Ludwika - wystarczy wspomnieć dawny swój dom
i ulicę, by pojąć, iż w życiu liczy się tylko to, co naprawdę się
kocha. Nawet, jeśli nikt nie potrafi tego dostrzec czy zrozumieć.
Marek WITTBROT
- Lamartine „Podróż na Wschód“, na
osnowie tłumaczenia Jana Tomasza Seweryna Jasińskiego przygotował
i według oryginału uzupełnił Paweł Hertz, Warszawa 1986,
str. 76.
- J.w., s. 5.
- J.w., s. 71.
- Amos Oz „Na ziemi Izraela“,
przełożyła Monika Czerniewska, Warszawa 1996, s. 156.
- J.w., s. 159.
- Georges Haldas „Paques a Jerusalem“,
Laussanne 1995, s. 11.
- Lamartine, j.w., s. 290.
- Tosefta Nidda 7, w: „Z mądrości
Talmudu“, wybrali, przełożyli i opracowali Szymon Datner i
Anna Kamieńska, Warszawa 1988, s. 188.
- Euzebiusz z Cezarei „Historia Kościelna.
O męczennikach Palestyńskich“, przełożył ks. Akrakjusz
Lisiecki, Poznań 1924, s. 285.
- J.w., s. 275.
- Orygenes „Przeciw Celsusowi“, s.
392.
- J.w., s. 293.
- J.w., s. 391.
- Józef Sadzik „Przesłanie Hioba“,
w: „Księga Hioba“ w tłumaczeniu Czesława Miłosza,
Paris 1980, s. 29.
- Chateaubriand „Opis podróży z Paryża
do Jerozolimy“, na osnowie tłumaczenia Franciszka Salezego
Dmochowskiego przygotował, według oryginału uzupełnił i
notami opatzrzył Paweł Hertz, Warszawa 1980, s. 207-208.
- J.w., s. 211.
- J.w.
- Józef Flawiusz „Wojna żydowska“, z
języka greckiego przełożył Jan Radożycki, Warszawa 1991, s.
294.
- J.W., s. 295.
- J.w., s. 420.
- Bohdan Rudnicki „Sądny Dzień przy Ścianie
Płaczu“, Warszawa 1989, s. 148.
- Rina Geftman „Jezus-Żyd“, w: Kinga
Strzelecka „Szalom“, Warszawa 1987, s. 123.
- Juliusz Słowacki „Listy do matki“,
w: „Dzieła wybrane“, Warszawa 1987, t. VI, s.
254.
- J.w.
- Juliusz Słowacki „Dzieła wybrane“,
t. II, s. 26.
|
|