Nasz świat? Zmierzch czy świt?

Kiedy się leci samolotem ze Stanów Zjednoczonych, z Kalifornii do Europy, to można lecieć albo przez Nowy Jork - normalnie takie są loty, ale jest to droga dłuższa - albo przez Biegun Północny. Kiedy się leci przez Biegun, zwłaszcza w lecie, na przykład w czerwcu, w pewnym momencie obserwuje się dziwne zjawisko. Widzi się z jednej strony zachodzące słońce, jak przychodzi zmierzch, jak rozsnuwa się czerwień zmierzchu, a z drugiej strony, po lewej ręce, [widzi się] wschodzący nowy dzień, nowy świt. Widać nowe światło, brzask nowego dnia, widać kolory niebieskie, zielone, seledynowe. I człowiek nie wie właściwie, co się dzieje, w którą stronę się zwrócić. Z jednej strony ma zmierzch, z drugiej świt.
Sądzę, że ten [obraz] może nam uzmysłowić sytuację duchową naszego czasu, naszego świata. Dokonuje się [bowiem] jednocześnie zmierzch i świt. Jeśli się trochę zastanowić, widać - czujemy to - że dziś coś umiera na świecie. Coś się kruszy, coś ginie, coś się wali. Nie wiemy co, ale wartości, które stanowiły o tym, że ludzie żyli społecznie, że byli zorganizowani, że spokojnie szli, zaczęły się nagle łamać, niszczeć, ginąć. Jednocześnie rodzi się coś nowego. Jeszcze nie wiemy, co to jest, nie umiemy tego nazwać, ale czujemy, na przykład w buncie młodzieży, w nowych ruchach, w jakichś sformułowaniach i hasłach, że coś nowego się dzieje, coś nowego idzie. I idzie o to, czy my, chrześcijanie, należamy do świata, który się kończy -  a mamy  2000 lat historii - czy też należymy do świata, który się zaczyna, który się rodzi? Czy mamy jeszcze tyle siły w sobie, żeby być nowym blaskiem świata? To jest pytanie niezmiernie ważne. Bo może i tak być, że należymy do świata, który umiera. Tak [przecież] ludzie myślą. No cóż, Kościół? Wszystko się przeżyło, wszystko jest już zbyt stare, [Kościół] powoli zaginie. Czy tak naprawdę jest? To pytanie wydaje mi się niezmiernie istotne dla człowieka wierzącego. Żeby się zapytał: do jakiego świata należy? To jest „być albo nie być“ chrześcijaństwa.
Otóż to, że coś dziś na świecie ginie, że coś się łamie, że coś nagle niszczeje i się kruszy, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Jeśli spojrzeć na świat, [próbować] go odczytać, porozmawiać z ludźmi, jeśli ma się jakiś kontakt z tym, co ludzie myślą, to właściwie bardzo łatwo można sobie zdać sprawę z tego, do jakiego stopnia człowiek dzisiejszy jest zalękniony przyszłością, która go czeka - zalękniony i przerażony. I ma człowiek rację. Jeśli na przykład pomyśleć, że już dziś brakuje na świecie żywności dla ludzi, że oczywiście my w Europie żyjemy w końcu bardzo wygodnie [...], ale jeśli pomyślimy o tym, że miliony ludzi giną z głodu i że nie potrafimy im pomóc...   Państwa zamożne pomagają państwom na drodze do rozwoju, ale to jest tak straszliwie mało, że według obliczeń statystycznych [...], jeśli pomoc pójdzie w takim tempie jak dziś, w przeciągu 50 lat na świecie zginie z głodu 500 milionów ludzi. To znaczy: dwa razy ludność Europy, dwa razy ludność całych Stanów Zjednoczonych umrze z głodu - i to dzieci niewinnych - tylko dlatego, że pomoc nie będzie im dostarczona. A czy jest możliwa taka pomoc? Z całą pewnością jest możliwa, bo jeśli wziąć pod uwagę zbrojenia, jakie dzisiaj dokonują się na świecie, zwłaszcza zbrojenia atomowe, jest rzeczą pewną, że w 1973 roku wydano na świecie na zbrojenia 207 miliardów dolarów, to znaczy 6,5% dochodu całego świata. Gdyby jedną dziesiątą tego dochodu przeznaczyć na żywność, nie byłoby już ludzi głodujących. Człowiek nie może zdobyć się na to, żeby poświęcić jedną dziesiątą pieniędzy wydawanych na zbrojenia, ażeby przyjść z pomocą swojemu bratu, który umiera z głodu. To jest rzecz okrutna, dokąd doszła ludzkość. To jest rzecz naprawdę nieprawdopodobna, która w końcu musi się źle skończyć. [...] tym bardziej - jak wiemy - iż dziś na świecie istnieje tyle broni, że zdolna jest ona zabić ludzkość 10 razy. To już zupełny absurd, bo [przecież] człowiek umiera tylko raz. [...]
Jak myśleć o przyszłości w sposób spokojny? Ludzie nie chcą myśleć o przyszłości, o tym, co ich czeka. Tak łatwo dzisiaj człowiek ucieka w życie codzienne: w swoją pracę, w swoje codzienne kłopoty, w swoje małe czy większe doświadczenia, małe czy większe radości. Oczywiście, że dzisiejsza praca jest wyczerpująca, że rytm dnia jest wyczerpujący, ale jakże człowiek rzuca się w ten wir, w ten rytm, żeby więcej nie pamiętać, żeby więcej nie zastanowić się nad sobą. Wiemy, że stosunkowo łatwo możemy w dzisiejszym świecie nabyć taki czy inny przedmiot, że jest to tak zwany okres cywilizacji konsumpcyjnej, to znaczy taki, w którym coraz więcej konsumujemy, spożywamy,  coraz więcej mamy. Jakże łatwo człowiek daje się uwikłać w  ten mechanizm - żeby mieć jeszcze jedną lodówkę, jeszcze jeden samochód, jeszcze jedno ubranie, jeszcze jeden aparat. Myśli, że w ten sposób znajdzie szczęście, że w ten sposób zapomni. Człowiek w ten sposób chce uciec przed sobą samym. I widzi, że dochodzi do wewnętrznej pustki. Jeżeli weźmiemy pod uwagę [fakt], że od rana do wieczora jesteśmy zalewani całą powodzią ustawicznych nowości, wiadomości, które płyną z radia, z telewizji, z filmu, z prasy, [...] z ogłoszeń na ulicy... Na czym to wszystko polega? Polega to na tym, żeby już nie mieć w sobie milczenia, trochę skupienia, żeby pomyśleć, jaki jest los człowieka na ziemi. Przecież mój los nie polega na tym, że przeczytam jedną gazetę i drugą, i dziesiątą, i że będę skakał od wiadomości do wiadomości i tak dojdę do śmierci. Tak można dojść, ale nasz ludzki los jest niepowtarzalny i muszę się zdobyć na to, żeby w sposób jasny powiedzieć sobie, na czym polega moja tajemnica. Z całą pewnością dziś przeżywamy okres bardzo trudny i bardzo niebezpieczny dla mojej wiary.
Jeden z najmądrzejszych ludzi, żyjących dziś na świecie, Francuz, który jest człowiekiem niewierzącym, ale jest człowiekiem głębokim i otwartym na to, co się dzieje, André Malraux, niedawno zapytany, jak osądza naszą cywilizację, powiedział: „Cywilizacja chrześcijańska rozwijała się wewnątrz chrześcijaństwa. Dzisiaj to, co się dzieje, dzisiejsza cywilizacja, rozwija się w pewnym sensie w pustce. Nie można nic zrobić dla ludzi, jeśli się im nie da nadziei. Chrześcijaństwo przynosiło człowiekowi nadzieję. Było Dzieciątko, które było Odkupicielem. Był Chrystus zbawiający człowieka. To była nadzieja. Cywilizacja chrześcijańska rozwijała się na fundamencie nadziei. Otóż dzisiaj to, co jest wokół nas, rozwija się na pustce i nie można nic dla człowieka zrobić, jeżeli mu się nie da nadziei.“
My wiemy bardzo dobrze, że jeśli nie ma nadziei, jest tylko pustka i jest rzeczą niemożliwą, żeby człowiekowi wystarczyła lodówka i ubranie, i samochód, rzeczy tego świata.
Czy my, jako chrześcijanie, jesteśmy zdolni przywrócić człowiekowi nadzieję? A jest niezmiernie trudno dać nadzieję. Bo się wydaje ze wszystkich stron, że jesteśmy osaczeni, że jesteśmy otoczeni wrogością. Nie trzeba się łudzić. Dziś nie jest rzeczą oczywistą, że Bóg istnieje, że należy wierzyć w Boga. Raczej jest rzeczą oczywistą na zewnątrz, że Bóg nie istnieje, że nie ma Boga, że wiara jest  czymś fałszywym, czymś, co człowieka zwodzi. Weszliśmy w okres laicyzacji, sekularyzacji, ateizmu. To wszystko nas ze wszech stron otacza. Dziś jest jakaś atmosfera w powietrzu, jest jakiś klimat wrogi chrześcijaństwu. Gdziekolwiek się zwrócić, pójść do kina, zobaczyć ciekawszy film, tam  prawie zawsze wychodzi gdzieś na dnie, że jest to rzecz przeciwna Panu Bogu. Jesteśmy wyśmiewani. Kto się liczy jeszcze, kto układa życie w odniesieniu do Pana Boga, Kościoła i chrześcijaństwa? Henri de Lubac, którego miałem zaszczyt poznać i zaliczyć do swoich przyjaciół, napisał w ten sposób: „Współczesny świat przeciwstawia się wierze chrześcijańskiej, przeciwstawia wierze chrześcijańskiej radykalnie odmienną koncepcję człowieka, w której nie ma miejsca na Boga. Postawę taką przyjmuje większa część ludzi, a zwłaszcza jej myślące elity. Nieobecność Boga, a nawet negacja Boga, oto wspólne tylu doktrynom stanowisko, jakie chrześcijanin wszędzie na pierwszy rzut oka wokół siebie napotyka. Oto wspólna podstawa: negacja Boga, to co my napotkamy stale: nie powoływanie się na Boga albo wprost wrogość w stosunku do Boga. A my w takim świecie mamy być świadkami Boga, mamy być świadkami Chrystusa.“
W takim świecie [...] my, chrześcijanie, jesteśmy nadzieją dla świata. Uważam, że chrześcijaństwo jest stale brzaskiem świata, że my możemy być nadzieją, ale za cenę naszego zdecydowania się w zupełności. Za cenę naszej ogromnej, podstawowej uczciwości wiary. Dziś jest niemożliwe, jak było dawniej, że ponieważ chodzi do kościoła ojciec i matka, chodzi cała wieś i miasteczko, to i ja chodzę. [...] Dzisiaj każdy z nas wierzy dlatego, ponieważ jest przekonany, że nie ma żadnej innej słusznej drogi. To jest sprawa osobistego wyboru, sprawa osobistego świadczenia o Chrystusie. My dziś musimy świadczyć w sposób absolutny, uczciwy. Jeżeli ludzie dostrzegą, że my co innego wyznajemy i co innego robimy w życiu, wtedy jest sprawa skończona. [...]
Na zakończenie przeczytam słowa, jakie 7 grudnia 1965 roku, wypowiedział Paweł VI na zamknięcie Soboru Watykańskiego II: „Humanizm w świecie ukazał się w groźnym kształcie i stał się w pewnym sensie wyzwaniem dla Soboru. Religia Boga, który stał się człowiekiem, spotkała się z religią człowieka, który czyni siebie Bogiem. Co wyniknęło z tego spotkania, z tej konfrontacji? Czy wyniknął wstrząs? Czy wyniknęła walka? Czy wyniknęła anatema? Mogło się tak zdarzyć, ale jednak nie miało to miejsca. Wzorem duchowości Soboru i duchowości Kościoła stała się dawna opowieść o Samarytaninie. Sobór został w pełni przesiąknięty bezgranicznym współczuciem dla świata. Odkrycie potrzeb ludzkich, a są one tym większe, im większy staje się człowiek, przykuło uwagę Soboru i Kościoła. Odkrycie potrzeb ludzkich, pochylenie się nad ranami człowieka - jak Samarytanin - oto jest duchowość współczesnego Kościoła.“
Świat czeka na nas, na chrześcijan, na katolików, na wierzących, żebyśmy pokazali, gdzie jest słońce sprawiedliwości, gdzie jest jego światło, żeby świat zrozumiał, że Chrystus żyje dla całego świata.

Józef SADZIK SAC

Józef Sadzik (1933-1980). Urodził się w Sułkowicach koło Krakowa. W 1952 rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak szybko je przerwał, by wstąpić do nowicjatu Księży Pallotynów w Ząbkowicach Śląskich. Święcenia kapłańskie przyjął w 1957 roku w Ołtarzewie koło Warszawy. Po święceniach kontynuował studia we Fryburgu szwajcarskim i Monachium. W 1962 roku zamieszkał w Paryżu. W 1966 założył Wydawnictwo Dialogu (które przetrwało do 1999), a w 1973 Centrum Dialogu.  26 sierpnia minie dwudziesta rocznica śmierci jego nagłej śmierci. «Konferencja I» wygłoszona w Kościele Polskim w Paryżu, czyli prezentowany tekst, pochodzi z 16 marca 1975 roku.


 

© Recogito, Rafaliga