
|
Joanna
W czerwcu ubiegłego
roku pożegnałem Joannę Pollakównę, poetkę i historyka
sztuki, osobę, z którą duchowo bardzo silnie się związałem.
Najpierw poprzez drukowane w prasie wiersze i teksty eseistyczne,
a nieco później, poprzez osobiste spotkania, przyznaję,
rzadkie, ale wewnętrznie intensywne, nasycone ufnością w siłę
poetyckiego słowa i wartość liturgii. Joanna pisywała do mnie
listy, zawsze na charakterystycznych kartkach, wyjętych ze
szkolnego zeszytu w kratkę. Chciała zapewne w ten sposób podkreślić
źródłowy charakter swego pisania, jakby prowizoryczność,
stawanie się codziennej i przedstawianej wizji świata oraz
dochodzenia do religijnych tajemnic. Nigdy nie narzekała na swój
los, ocieniowany wielkim cierpieniem i wyrzeczeniami. Była jednakże
świadoma, że człowiek nie jest w stanie ogarnąć całości.
Patrzy aspektowo, wycinkowo, owładnięty mijającym czasem. Skarżyła
się tylko na zanikającą moc pamięci, która z biegiem dni
coraz bardziej słabła i nie mogła już zatrzymywać w świadomości
piękna odwiedzanych miejsc czy doznawanych olśnień. Mam na myśli
przede wszystkim krajobrazy Włoch, które na zawsze opanowały
jej wrażliwość i wyobraźnię.
Dlatego nie trzeba się dziwić, że zajmowały ją obrazy kultury
renesansowej i sensualne, czułe na dotykalną rzeczywistość
malarstwo. Sądzę, że słowo artystyczne w pewien sposób
niwelowało jej fizyczne ograniczenia. Potrafiła wznieść się
ponad to, co objęte słabością życia politycznego, społecznego
czy nawet religijnego. Poszukiwała – jak to sama nazwała –
czystych sytuacji istnienia, to znaczy takich, w które nie wkradała
się najmniejsza nawet kropla udawania, pychy, egoizmu, grzechu,
po prostu. I przede wszystkim zadowolenia, że osiągnęło się
już niemal wszystko. Joanna lubiła powtarzać, że twórczość,
a może całe ludzkie życie, to nieustanne przekraczanie
horyzontu. To aktywność duchowa, która nie poprzestaje na tym,
co aktualne, lecz wciąż dąży wzwyż, ku dalekim właśnie
horyzontom. Należy uczyć się zawsze i wszędzie i nigdy nie
przerwać tego procesu. I pamiętać, że życia nie wypada
traktować inaczej, jak tylko swoiście pojętego zadania, które
warto starać się wypełnić czy zrealizować. A wówczas
zmierzch istnienia nie stanie się pełen goryczy, lecz objęty będzie
duchowym światłem, a nawet blaskiem. Nie bez powodu zadedykowałem
jej ten oto wiersz. Proszę łaskawie posłuchać:
| |
Uśmiech
Joannie Pollakównie
Więc, jak to będzie,
teraz:
bo nieruchomieją
powieki,
usta nie oczekują
niczego,
co mogłoby
sprawiać radość,
deszcz na liściach
tańczy
i podnosi głos;
trawy ścielą się
wokół, a ja
patrzę w dal,
nie dosięgając
istoty rzeczy.
Więc, jak to będzie,
teraz:
bo perswazje
zawiodły
i tylko uśmiech może jeszcze znaczyć.
|
Joanny uśmiech
doprawdy znaczył wiele: lecz przede wszystkim pozostawał znakiem
jej zgody na w cierpieniu dokonujące się zbawienie świata. Bóg
uczestniczący w ludzkim bólu – był jej nadzieją. I z taką
nadzieją podjęła trud wypełnienia zadań, jakie Bóg przed nią
postawił.
Jan SOCHOŃ
Ks. prof. dr hab. Jan Sochoń. Urodził się w 1953 roku w
Wasilkowie. Studiował filologię polską i teologię w Białymstoku
oraz w Warszawie, filozofię w Katolickim Uniwersytecie Lubelskim.
Jest wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w
Warszawie. Poeta, filozof, krytyk literacki, eseista i wydawca.
Opublikował m. in. „Ateizm. Wizje Etienne Gilsona” (1993),
„Słownik pojęć zmistyfikowanych” (1996), „Spór o
rozumienie świata” (1998), „Porzucić świat absurdów”
(rozmowy z Mieczysławem A. Krąpcem OP) (2002). Ostatnio
opublikował tomy wierszy „Modlitwa z muzyką” (1996),
„Wszystkie zmysły miłości” (1997), „Ogień dobrej śmierci”
(2001), „Czarna flaga” oraz swoje szkice i zapiski „Zdania,
przecinki, kropki...” (1998). Krytycznie opracował i wydał
„Kazania” księdza Jerzego Popiełuszki (1992), a także kilka
antologii poetyckich. Mieszka w Warszawie.
|

Na
zdjęciu:
Joanna
Pollakówna
Fot. Archiwum "NR"
|