Droga życia

Z Włodzimierzem FIJAŁKOWSKIM rozmawia Marek WITTBROT

Prof. Włodzimierz Fijałkowski (1917–2003). Ginekolog–położnik, twórca polskiej szkoły psychoprofilaktyki porodowej.. Urodził się w Bobrownikach nad Wisłą. Studia medyczne rozpoczął w 1935 roku w Szkole Podchorążych Sanitarnych na wydziale lekarskim Uniwersytetu Warszawskiego. Kontynuował je w tajnym nauczaniu w Warszawie oraz tuż po zakończeniu wojny w Edynburgu, na polskim wydziale lekarskim. Brał udział w kampanii wrześniowej jako lekarz oddziałów administracyjnych Sztabu Głównego. Za działalność w Ruchu Oporu został aresztowany i więziony w Radomiu, Birkenau i Wirtembergii. W latach pięćdziesiątych zorganizował doświadczalny kurs profilaktyki porodowej, na którym kształtował się polski model Szkoły Rodzenia. Od roku 1983 przygotowaniem do porodu objął także ojców, którzy potem asystują przy porodzie. Przez 40 lat działalności Szkoły Rodzenia skorzystało z niej około 40 tysięcy matek i ojców. Działalność profesora Fijałkowskiego nie podobała się ówczesnym władzom, wskutek czego przez wiele lat, nie mógł pracować w Akademii Medycznej. Główną przeszkodą w jego rozwoju zawodowym było wprowadzenie w 1956 roku ustawy „O dopuszczalności przerywania ciąży”. Profesor Fijałkowski nie zgadzał się na wykonywanie zabiegów przerywania ciąży – w konsekwencji musiał zrezygnować z pracy w przychodni. Uczelniany Komitet PZPR nie chciał dopuścić do rozpoczęcia przewodu habilitacyjnego. Mimo to habilitacja, na temat „Szkoła Rodzenia oparta na podstawach psychologicznych”, została zatwierdzona przez Centralną Komisję Kwalifikacyjną. Nie był to jednak koniec kłopotów. Kwalifikacje nie wystarczyły, aby profesor Fijałkowski otrzymał etat docenta. Znowu na przeszkodzie stanęła partia. Tym razem skutecznie, bo został on zwolniony w 1974 roku  z pracy w Akademii Medycznej. Za tę niechlubną postawę uczelnia przeprosiła go dopiero w 1981 roku. Profesor Fijałkowski uczestniczył w pracach siedmiu towarzystw naukowych krajowych i międzynarodowych, między innymi Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego, Polskiego Towarzystwa Lekarskiego, Polskiego Towarzystwa Psychologicznego, Międzynarodowego Towarzystwa Naukowego Psychologii Prenatalnej. Od maja 1994 roku był członkiem Papieskiej Akademii Życia (Pro Vita). Był odznaczony między innymi papieskim odznaczeniem „Pro Ecclesia Et Pontifice” (grudzień 1990). W 1998 roku otrzymał Krzyż Komandorski Orderu Świętego Grzegorza Wielkiego. Jest to najwyższe odznaczenie watykańskie, jakie może otrzymać osoba świecka nie będąca głową państwa. Prezentowana rozmowa odbyła się w domu Profesora w 1985 roku.

- Co jest Pańską pasją życiową?

- Gdyby, zamiast używać słowa „pasja”, zapytać się, co jest moją powinnością życiową... Wolałbym tak to ująć, bo chciałbym czynić to, co powinienem. Moim obowiązkiem, moją powinnością jest upowszechnianie wiedzy o prawach życia, o poznaniu jego najwcześniejszych faz rozwojowych, aby tą drogą zapewnić mu ochronę. Wiem, że w pierwszym rzędzie prowadzi do tego respektowanie w życiu praw związanych z rytmem płodności i niepłodności.

- Czy to, o czym Pan mówił, jest tylko powinnością?

- Ja nie wymyślam sobie zajęć, nie mam pomysłów w sensie szukania jakiejś ekspansji, jakiegoś wybicia się czy zaznaczenia w czymś. Chcę odpowiadać na wezwania, które odczuwam, które mi się ukazują w trakcie życia.

- Jeśli chodzi o wezwania: czy są one czymś trwałym i ciągle odradzającym się, czy kontynuacją pierwszego wezwania?

- Jest pewna ciągłość wynikająca z powołania. Najpierw jest powołanie, potem idzie jakaś „ciągłość”, z tym, że nieraz zaskakuje mnie to, w jaki przedziwny sposób rozszerza się zakres różnych zaangażowań, ukazujących się etapami. Ja nie mam zakreślonego planu.

- Jak wygląda Pańska praca?

- Pełnię funkcję lekarza... przez ćwierć wieku w pracy klinicznej w położnictwie i ginekologii. Ostatnio pracuję w przychodni, moja praca koncentruje się głównie na uprawianiu tak zwanej psychoprofilaktyki w Szkole Rodzenia, czyli na przygotowaniu do naturalnego porodu. Ponadto prowadzę poradnictwo w zakresie metod naturalnego planowanie poczęć. Tematyka ta stale mi towarzyszy poprzez kontakty z poradnictwem rodzinnym, z placówkami medycznymi czy też z ośrodkami duszpasterskimi.

- Wspomniał Pan o Szkole Rodzenia, która powstała w 1958 roku. Czy wygląda ona dzisiaj tak samo jak na początku?

- Pierwsza osnowa, zasadnicza myśl, nie zmieniła się. Polegała ona na tym, żeby wszelkie wysiłki w przygotowaniu do porodu ukierunkować na dziecko. To była dosyć oryginalna koncepcja... wtedy, kiedy na świecie bardziej akcentowano elementy znieczulania, analgezji.
Jestem bardzo uradowany tym, że wersja, która rozwinęła się w ciągu tych 27-u lat, miała trafną orientację zmierzającą do zaoszczędzenia dziecku trudności porodowych, złagodzenia wejścia w nowy, nieznany świat. Ta idea nie zmieniła się. Rozwinęły się formy przygotowania. Przede wszystkim - po dwóch latach - doszliśmy wreszcie do tego, że przygotowane pary rodzicielskie rodzą razem. To oczywiście jest nowe stadium, ale niemniej ciągle z myślą zasadniczą, aby ukierunkować rodziców na potrzeby rodzącego się dziecka.

- Aby spojrzeć na sprawy przygotowania młodzieży do przyszłych zadań małżeńskich i rodzicielskich od - powiedzmy - popularnej strony, wziąłem do ręki pierwsze lepsze pismo młodzieżowe („Razem”, nr 6/422 z 1 lutego 1985 roku). Znalazłem trzy wypowiedzi. Oto fragment pierwszej: „Tabletki, szpital, dużo czasu na myślenie, przepłakane noce i zwątpienie w miłość. Ale przecież ona jest, musi istnieć! Tylko jak kochać, aby swoją miłością nie krzywdzić innych? Nie wiem. Nie umiem. Nie potrafię. Zniszczyłam prawdziwą miłość, nie umiałam osłonić następnej... Straszne.” (Megi). To, co najbardziej uderzyło mnie w wypowiedzi Megi, to owo dramatyczne pytanie: „Jak kochać, by swoją miłością nie krzywdzić innych?” - pytanie bez odpowiedzi.
Przejdę od razu do drugiej wypowiedzi, bo chyba obie wiążą się ze sobą: „Na początku było zafascynowanie, potem coraz częstsze i bliższe kontakty fizyczne, miłość i efekty: kłótnie w domu, wyrzucenie ze szkoły, ciąża. Chciałam urodzić. Kochałam już to małe dziecko. Zdawałam sobie jednak sprawę, że nie mogę pozwolić sobie na to, czego chcę i czego pragnę. Jestem niepełnoletnia, mam bardzo konserwatywnych rodziców. Do tej pory o niczym nie wiedzą. Mówiłam, że muszę usunąć. On szybko przystał na taką propozycję. Pomogła jego mama. Gdybym jednak usłyszała choć jedno słowo od niego, abym tego nie robiła, że damy sobie radę, że mnie kocha... Nie, żadne takie słowo nie padło. Dopiero teraz pojęłam, że to był błąd. Drugi raz już go nie popełnię. Tylko czy dane mi będzie móc go drugi raz popełnić?” (Jolka). W drugiej wypowiedzi uderzyło mnie odczuwanie ciąży jako zagrożenia. To zjawisko jest chyba dosyć powszechne. Dlaczego tak jest? Jak ten problem rozwiązać?

- Oba problemy zawarte w wypowiedziach wiążą się ze sobą, są efektem tej samej linii kierunkowej, jaką posiada pismo „Razem”. Jest ono jasnym wyrazicielem postawy, która abstrahuje zupełnie od tego, o czym mówiłem, to znaczy od praw życia, od poszanowania życia w najwcześniejszych fazach rozwoju; snuje natomiast złudne wyobrażenie, że miłość ma się rozwijać z wyłączeniem elementu płodności, która przecież należy integralnie do sfery płciowej. Stąd wcześnie podejmowane kontakty, z całym ładunkiem młodzieńczego idealizmu, liczne zawody, ponieważ nieuchronnie - przynajmniej w wielu wypadkach - dochodzi do poczęcia się nowego życia. I tak ukazuje się rzeczywistość, która dopiero jest odkrywana, o której się nie wie, której się nie zna. Skąd można ją znać, skoro wzrasta się w ideologii osadzonej na mentalności antykoncepcyjnej? Młodzież jest „ukołysana” i obezwładniona przez oderwanie sfery kontaktowej od sfery prokreacyjnej. Jest to efekt dezintegracji sfery seksualnej. Prędzej czy później następuje konfrontacja z prawdziwą, już nie urojoną, rzeczywistością. Wówczas zjawia się odkrycie, że przeżycia płciowe są sferą prokreacyjną. Niestety, do owego odkrycia dochodzi zwykle dopiero w związku z niespodziewanym poczęciem. Towarzyszy temu ogromne rozczarowanie, poczucie zawodu, krzywdy, ruiny całego domku z kart.

- Przejdźmy do trzeciej wypowiedzi: „Ja i mój chłopak kochamy się, trwa to już od ponad roku. [...] Nasze pieszczoty są już bardzo zaawansowane, właściwie robimy wszystko oprócz samego stosunku, na przykład chłopak dotyka członkiem łechtaczki i przedsionka pochwy. W związku z tym mam pytanie - czy takie nasze zachowanie grozi ciążą? [...] Doszło do tego, że  coraz częściej, a nawet zawsze, w czasie naszych pieszczot boję się, że mogę zajść w ciążę. [...] Proszę mi powiedzieć, czy mogę bez strachu kochać się z moim chłopcem w sposób, który przedstawiłem? Bardzo się kochamy i pragniemy. Chcemy jakoś wyrazić tę naszą miłość, to chyba normalne. Uważam, że młodzi ludzie mają prawo się kochać, byleby nie dopuszczać do stosunku, bo to może spowodować ciążę. Czy nasze pieszczoty są całkowicie bezpieczne? Mam pewność, że mój chłopak nie przekroczy ich granicy. Wiele razy powtarza - kocham cię i nie chcę narażać na ciążę! Jest wspaniały i dobry, ale ja jestem pełna obaw” (Joanna).
Odpowiedzi na list Joanny udziela dr Leopold Szafraniec: „[...] To, co Joanna opisała wskazuje na [...] miłość zmentalizowaną, a więc taką, gdzie czuje się obecność rozumu. [...] Nie ukrywam, że bardzo podoba mi się atmosfera, jaką stwarza Joanna wokół tej całej historii. Nie ma ani słowa lamentu nad dziewictwem, widać to wzajemne zaufanie partnerów. [...] Bardzo dobrze robisz, że myślisz o niepożądanej ciąży, że starasz się, by do tego nie dopuścić. Żeby tak wszystkie Twoje rówieśnice myślały i czyniły, mniej by było dramatycznych listów pod hasłem „doktorze ratuj, bo jestem w ciąży” [...]. Jeśli byście ewentualnie zdecydowali się na współżycie, to trzeba pomyśleć o antykoncepcji. Proponuję dla chłopca na przykład prezerwatywę, a dla Ciebie Joanno jugosławiańskie globulki Patentex-Oval. [...] Ja na koniec dodam, że bardzo młodym ludziom zalecam, zawsze to czyniłem, pieszczoty typu necking [...] i petting, czyli pieszczoty obejmujące także narządy płciowe, ale bez kontaktu typu coitus”.
Co do owych wypowiedzi mam dwa pytania: 1) Czy to, o czym pisze Joanna, jest miłością? 2) Jak Pan by się ustosunkował do wypowiedzi dr Szafrańca i jaką dałby Pan odpowiedź Joannie?

- Otóż, cała linia pisma „Razem”, której dr Szafraniec jest tutaj typowym przedstawicielem - powiedziałbym - wodzirejem w zakresie kształtowania zachowań młodzieży, ze swoimi pochwałami, doradami, uznaniami... wszystko to jest eksploatacja płciowości, ciągłe drżenie o to, czy to jest miłość, czy to nie jest miłość, oraz ciągłe poczucie zagrożenia. Miłość daje poczucie bezpieczeństwa. Jest to wyraźny test, że tutaj nie chodzi o miłość. Pan dr Szafraniec jest pełen radości, że ten wzorzec jest realizowany i wcielany w życie. No i może się cieszyć, że ta postawa konsumpcyjna ogarnia tak duże rzesze młodzieży.
Płciowość jako źródło doznań naskórkowych, powierzchownych dających doraźną przyjemność zawsze jest zaprawiona lękiem. Próbuje się to rozładować antykoncepcją. Przytoczony przykład ilustruje dobitnie, że płciowość nie jest kochana, a odniesienia mają tu charakter konsumpcyjny. Tymczasem sfery płciowości nie można traktować jednostronnie jako popędu wymagającego zaspokojenia. Trzeba zawsze pamiętać, że płciowość jest integralnie wbudowana w strukturę osobowości, że w niej zakotwiczone jest rodzenie życia. Dlatego jakiekolwiek pojmowanie miłości, w którym płodność jest wrogiem numer jeden, jest absurdem i nie widzę powodu, aby cokolwiek do tego dodawać. Młodzież tak tańczy, jak jej przygrywają. 

- Czy jest to „dobra robota”...?

- Pytanie nie wymaga odpowiedzi. 

- Jednak trzeba powiedzieć, że tego typu pisma oddziałują na młodzież.

- Tak. Jest to niewątpliwe szerzenie seksopatii.

- Przeczytałem cytowane wypowiedzi pewnej młodej osobie. Zapytałem, czy Joanna czyni właściwie. Usłyszałem odpowiedź, że „robi lepiej niż wiele innych dziewczyn”.

- Na tle ogólnej konsumpcyjnej postawy, którą wszędzie można zauważyć, seksopatia staje się normą socjologiczną. Im niższa kultura ogólna, tym bardziej sfera ta będzie eksploatowana w naskórkowej, powierzchownej warstwie.

- Czy to nie stwarza zagrożenia?

- To nie tylko stwarza zagrożenie, to jest owocem oddziaływań niszczących, wyrazem ciężkiego skażenia ekologicznego sfery płciowej.

- Jadąc do Łodzi przypadkiem trafiłem na „Tygodnik Polski” (1985.02.10. rok IV nr 6 – 118) i wywiad z Juliuszem Wiktorem Gomulickim, w którym znany eseista, edytor i propagator dzieła Norwida stwierdza, iż stale obniża się próg ludzkiej intymności.

- Jest to bardzo celne wyrażenie.

- Gomulicki uważa, że jedynym wyjściem z tej sytuacji może być „wychowanie na nowo całego społeczeństwa, poprzedzone starannym ukształtowaniem tych, którzy będą je w przyszłości wychowywać”. Czy to jest możliwe?

- Jest to możliwe w pewnych środowiskach, w pewnych kręgach, w obrębie oddziaływań, które by zmierzały do prawdziwego wychowania człowieka w sferze płciowej. Istnieją tak zmasowane oddziaływania niszczące, że na efekty nie trzeba było długo czekać. W tych warunkach trudno sobie wyobrazić nagłą zmianę w mentalności znacznej części młodego pokolenia.

- Pańska książka „Miłość w spotkaniu płci” skłania do następującej refleksji: jeżeli najpierw jest miłość a później spotkanie płci, to spotkanie płci będzie „pełne”, dające szczęście, jeżeli zaś najpierw dochodzi do spotkania płci a potem oczekuje się miłości, wtedy, niestety, nie ma ani miłości, ani nie osiąga się szczęścia. Czy zgadza się Pan z taką interpretacją?

- Prawie, w istocie chodzi o to, by w spotkaniu płci było spotkanie z miłością. Są pewne dyspozycje w człowieku, by spotkanie z drugim człowiekiem na terenie płci stało się szansą odkrycia miłości, spotkania z miłością. Tutaj wcześniejsze są owe dyspozycje, a nie już ukierunkowana miłość. Miłość się rodzi, ale dyspozycje ku takiemu przeżywaniu spotkania sprawiają, że to spotkanie jest wyrażeniem miłości.

- Współcześnie dosyć powszechnym zjawiskiem jest fakt, iż najpierw następuje „spotkanie płci” a potem czeka się na miłość. Czy zatem to co głosi Kościół nie jest przestarzałym poglądem – jak twierdzą niektórzy – kościelnym sloganem?

- Nie. Kościół współczesny ukazuje najbardziej nowoczesne spojrzenie na sprawy płci. Tę wizję trzeba upowszechniać, przybliżać młodzieży - to jest cała rzecz. Słowo „nowoczesne'' znaczy tu tyle, co integrujące a nie dezintegrujące. Takie jest kryterium nowoczesności. Trzeba to przybliżać ludziom. Jeśli dokumenty kościelne będą - że tak powiem - tylko wspaniałymi wypowiedziami magisterium z pietyzmem przechowywanymi w szufladach, jeśli co najwyżej będą je czytać sami duchowni czy laikat oświecony, oddziaływanie ich ciągle będzie ograniczone.

- Jak Kościół ma przybliżać nowoczesne spojrzenie na sprawy płci?

- Poprzez angażowanie i współpracę z kręgami laikatu, które czują i rozumieją ten problem.

- A konkretnie?

- Trzeba by tę problematykę podejmować w różnych pracach duszpasterskich, od katechezy poczynając, potem poprzez kursy przedmałżeńskie, spotkania, kontakty z małżeństwami, duszpasterstwa akademickie, duszpasterstwa młodzieży pracującej, ruch oazowy, aż po wszystkie inne formy działania, które by objęły znaczną część społeczeństwa. Skoro mowa o katechezie przedmałżeńskiej, trzeba by pomyśleć o usprawnieniu form przekazu tych treści, które są w dokumentach Kościoła, żeby treści żyły. Poradnictwo rodzinne zajmujące się upowszechnianiem metod naturalnego planowania poczęć musi mieć wizję wskazywania drogi życia, nie tylko sposobu uniknięcia ciąży. Trzeba, aby powiększyło ono swój zasięg oddziaływania.

- Napisał Pan książkę „Dar rodzenia”, długo zajmuje się Pan tą sprawą, czy mógłby Pan stwierdzić, iż zrozumiał dar rodzenia?

- Coraz bardziej zaczynam go rozumieć, coraz bardziej przybliża mi się ogrom tego daru. Rozumienie, pogłębione odniesienie do tego daru bardzo kształtuje człowieka.

- Co Panu to daje?

- Wewnętrzną radość.

- Tylko radość?

- Potrzebę dzielenia się z innymi. Moja praca jest formą dzielenia się radością, pogłębionym rozumieniem tego daru. To zrozumienie znajduje swój wyraz w poszanowaniu rytmu płodności i niepłodności i w odpowiedzialnym odnoszeniu się ludzi w ich zachowaniach seksualnych. Bo nie sposób przyjąć tego rodzaju odpowiedzialności, jaki lansuje pismo „Razem”, według zaleceń pana Szafrańca. Przecież idzie tu o odpowiedzialne odniesienie się do tych praw, które rządzą życiem. Nie ma mowy o budowaniu miłości tam, gdzie się niszczy podstawowe prawa życia. Płciowość jest zorientowana na rodzenie. To twierdzenie nie podlega czasowi. Nie ma tu miejsca na wątpliwość, czy czasem nie jest to przestarzały pogląd. Jest to jedyny pogląd, który ma sens. Można go wyrazić językiem anachronicznym czy nowoczesnym, to jest kwestia giętkości języka. Ktokolwiek dezintegruje sferę seksualną, jest zacofańcem. Kto oddziałuje w kierunku integracji, reprezentuje nowoczesne a zarazem odwieczne spojrzenie na płciowość.

- Powiedział Pan, że „daje rozumienie daru rodzenia”. Czy tylko to Pan daje, czy jeszcze coś więcej albo czy poprzez to...

- ... ja przede wszystkim pracuję, przygotowując pary rodzicielskie w Szkole Rodzenia (właściwie teraz powinienem być w Szkole Rodzenia). Gdy piszę artykuły i gdy cokolwiek w tym względzie czynię, to się razem ze sobą wiąże. Ciągle dzielę się tą radością. Radość z pojmowania sensu sprawy leży u podłoża wszystkich moich poczynań.

- Czym jeszcze Pan się dzieli z innymi? Chodzi mi nie tylko o pracę w Szkole Rodzenia, należy Pan do różnych towarzystw krajowych i międzynarodowych...

- No tak... zatem dzielę się wiedzą, szczególnie w zakresie psychologii przedurodzeniowej, w zakresie rozwoju i udoskonalenia naturalnego planowania poczęć, doświadczeniem w zakresie poradnictwa rodzinnego, tym wszystkim, co jako tako znam, co sam czynię, wykonując swoje zadania ściśle fachowe, jak i na kanwie mojej podstawowej pracy zawodowej.

- Czy mógłby Pan nieco więcej powiedzieć o swojej pracy naukowej?

- Wydaje mi się, że ten etap mam za sobą, ponieważ bardziej mnie pociąga to poznanie, które lapidarnie określił Saint-Exupéry, mianowicie: „Dobrze widzi się tylko sercem. To, co najważniejsze, jest niewidoczne dla oka.” Wcześniej określił to Adam Mickiewicz: „Martwe znasz prawdy, nieznane dla ludu”. Metodyka naukowa bardzo mnie dzisiaj krępuje. Dla mnie minął już okres zdyscyplinowania w zakresie pracy naukowej. Jestem raczej na etapie refleksji, doświadczeń wewnętrznych, dzielenia się doświadczeniami wewnętrznymi. Mam za sobą okres zdyscyplinowanej, poddanej pewnym rygorom pracy naukowej.

- Co obecnie Pan pisze?

- Zostały oddane do druku trzy nowe pozycje. Są to prace zbiorowe, dwie pod moją redakcją, w trzeciej uczestniczę jako jeden ze współautorów. Ta ostatnia praca nosi tytuł: „Dar jedności”, musieliśmy dodać podtytuł: „Spojrzenie na płciowość człowieka”, aby temat był dostatecznie jasno określony. Książkę wydaje ODiSS. Moje prace koncentrują się wokół tematyki, którą zajmuję się na co dzień.

- Poza tym, o czym mówiliśmy, czym jeszcze Pan się zajmuje? Gdy ma Pan trochę wolnego czasu, prywatnie...

- ...ten czas zajmują żywe kontakty z rodziną, z dziećmi, wnukami, ze znajomymi (szczególnie, gdy chodzi o te kręgi, w których następuje dzielenie się przeżyciami, doświadczeniami). Nie uprawiam życia towarzyskiego w znaczeniu - powiedziałbym - szablonowym.

- Nie chodzi Pan do teatru, do...

- ....no, nie! To jest kontakt ze sztuką. Mam na myśli takie mówienie „trzy po trzy” przy suto zastawionym stole w dobie kryzysu. Tego typu kontaktów towarzyskich nie uprawiam. Mój kontakt z teatrem, ze sztuką jest dość ograniczony, wpływają na to dwie przyczyny: niedostatek czasu i stępienie nawyków. Gdy nie ma nawyków, zapotrzebowanie się zmniejsza.

- Czyli, wszystko jest podporządkowane jednemu celowi?

- Ja nie dzielę życia na obowiązki i przyjemności.

- Wszystko jest przyjemnością?

- Wszystko jest powinnością, a zarazem wszystko jest przyjemnością. Dlatego, nawet nie mam potrzeby odprężać się w jakikolwiek sposób, bo to wszystko następuje w normalnym, codziennym życiu. Intensywne udzielanie się jest równocześnie głębokim odprężeniem. Dlaczego? Dlatego, że ja nie realizuję siebie, tylko - jak już posiedziałem - odpowiadam na wezwanie, które pojawia się w formie różnych zaproszeń i zadanych prac. Ja nic nie wymyślam, nie narzucam sobie prac, stopniowo napływają różne zamówienia, zaproszenia itd. Ja na nie odpowiadam.

- Jeżeli ma Pan do dyspozycji lekturę lub jakiś utwór muzyczny, co Pan czyta, czego słucha...?

- Zdarza się, że słucham Bacha, Beethovena czy Vivaldiego. Czasami czytam coś z literatury pięknej, są to przeważnie książki, które zajmują się sprawami życia wewnętrznego. To jest mi najbliższe, na przykład „Posiew kontemplacji” Mertona. Nie chcę wymieniać poszczególnych pozycji, bo jest ich dużo. Lektura jest podstawą do refleksji, do medytacji, a nie do sczytywania całych książek. Nie mam jakichś ulubionych autorów, raczej czytuję fragmenty, które są potem podstawą do refleksji. Na dobrą sprawę to w ogóle nie jest czytanie, jest to bardziej studium, które ma być wstępem do pogłębionego widzenia rzeczy, do dzielenia się doświadczeniem wzbogaconym przez aktualnie przeczytane opracowanie, które mi wpadło do rąk.

- Czy przez to w pewien sposób człowiek na nowo się rodzi?

- Tak. Czasem na nowo rzecz zobaczy, odgrzebie to, co było, ale zobaczy to w nowym świetle. Dam przykład: „Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam; uczynię mu zatem odpowiednią dla niego pomoc” (Rdz 2,18) - pojedyncze zdanie, niby wyrwane, a jakie odkrycie! Jaki jest rodowód płci? Chodziło o wydobycie człowieka z jego izolacji, z osamotnienia. Tak więc dwupłciowość pojawia się jako czynnik więzi, kontaktu, czynnik budowania jedności między ludźmi. Sfera płciowa nie ogranicza się do płaszczyzny, na której można coś doznać. To jest nieporozumienie. Chodzi o to, żeby człowiek wyszedł z własnej izolacji, spotkał się z drugim człowiekiem w taki sposób, jaki mu dyktuje powołanie. Człowiek ma się spotkać... tak w małżeństwie - spotkanie mężczyzny i kobiety - jak i w bezżeństwie - spotkanie celibatariusza z innymi ludźmi. Tak jak w małżeństwie chodzi o ścisły związek męża z żoną („Dwoje jednym ciałem”), tak celibatariusz nie może się do kogokolwiek „przyklejać”, on ma stawać się ojcem wszystkich. U podstaw naszej płciowości znajduje się dyspozycyjność, rodzenie siebie i innych, wychodzenie z własnej izolacji, pomnażanie życia.

- Z tego, co usłyszałem, wynoszę, że jest Pan optymistą.

- Zaskakuje mnie to sformułowanie. Rozstałem się już dawno z dwoma słowami: „pesymizm” i „optymizm”. Oba słowa są zbędne, gdy spotkamy się w sposób pogłębiony z jednym słowem-określeniem: „zawierzenie”. Gdy jest zawierzenie ...

- ... wtedy nie trzeba nic więcej?

- Wtedy nie można być pesymistą czy optymistą. Jest się człowiekiem zawierzenia albo nie jest się człowiekiem zawierzenia. Pojęcie „optymizm” bardziej pasuje do tego, który zawierzył, nie pasuje do tego, który nie zawierzył, ale to jest w nieco innej warstwie. 

- Jakie ma Pan zamierzenia na przyszłość? Co chciałby Pan jeszcze zrobić?

- Chciałbym odpowiedzieć do końca na wezwanie, zrobić coś, co mam uczynić. Jeżeli zrobię do końca wszystko, co jest przewidziane, to nadejdzie czas na spotkanie z Bogiem.

- Najważniejsze to żyć chwilą obecną, tak?

- Dokładnie to.

Łódź, 13 lutego 1985 roku

Rozmowa z prof. Włodzimierzem Fijałkowskim była prezentowana w kwietniu 1985 roku na łamach niskonakładowego, hektografowanego i przeznaczonego do użytku wewnętrznego, czasopisma alumnów WSD w Oltarzewie „Nasz Prąd”.

23-5-1.jpg (270621 Byte)

Na zdjęciu:

Włodzimierz
Fijałkowski
(Ołtarzew, 1985)

Fot. Marian Mucha

.