
|
Jak nas widzą?
Czy istnieje zdanie bardziej zachęcające do zapoznania się z treścią następującej po nim historii niż: "A wiecie, co o was powiedział...?"
Podobnie ma się z książką Kjella Albina Abrahamsona pod prosto, a jakże trafnie sparafrazowanym tytułem: Polska, diament w popiele. Dowiadujemy się z niej, co pewien Szwed opowiedział swoim rodakom o nas, Polakach. A że zna nas, jak mało kto, to, co mówi, rzeczywiście jest wielce interesujące. Niewykluczone, że interesujące nawet bardziej nas, będących podmiotem opowiadania, niż samych adresatów, którym autor książki zarzuca właśnie przede wszystkim brak zainteresowania nami, czyli sąsiadami zza miedzy. Morskiej wprawdzie, ale jednak miedzy.
Wiadomości o nas czerpie autor, można powiedzieć, z pierwszej ręki: Z wykształcenia slawista, z zamiłowania mąż Polki, z zawodu korespondent zagraniczny mieszkający wiele lat w Warszawie, pisze o niej między innymi tak: "Mimo naszych kłótni wciąż tutaj wracam. Warszawa i ja jesteśmy, jak stare małżeństwo. Czasami daleko od siebie, ale... co tam gadać, musisz to przecież czuć, Warszawo. Musisz czuć, że cię kocham."
To, że Kjell Albin rzeczywiście kocha Warszawę, czuje się na każdej stronicy książki. Czy kocha mieszkających w niej ludzi? Hm... nie chciałbym wyrażać się w imieniu autora w kwestii tak intymnej, ale na pewno broni nas, jak może, obalając wiele wyświechtanych od częstego używania przesądów obowiązujących od Ystad po Kirunę. Robi to w sposób skuteczny i jedyny z możliwych: poprzez wyjaśnianie przyczyn, związków i motywów, jakie kierują naszymi zachowaniami, w szczególności zaś tymi, które nie zawsze wzbudzają wyłącznie zachwyt u nie znających nas z bliska obcokrajowców. Dlatego w książce wiele miejsca poświęconego jest historii, ze szczególnym uwzględnieniem wątków łączących losy obu naszych narodów.
Jako korespondent Szwedzkiego Radia w Polsce miał Kjell Albin Abrahamson nieograniczone możliwości spotykania wielu znaczących osób ze świata polityki, sztuki, nauki. Z tych spotkań i rozmów wyprowadza wnioski, które są o tyle rzadkie, że wypowiada je człowiek wolny od potrzeby angażowania się po którejkolwiek ze stron.
Z pewnością nie bez wpływu na jakość przemyśleń autora książki pozostaje jego znajomość spraw naszych bratnich, słowiańskich krajów. Rosjanie nie są na przykład dla niego wyłącznie naszymi "ruskimi" - tym bardziej że w odróżnieniu od większości Polaków zna ich język i pracował jako korespondent także w Moskwie - zaś Jugosłowianie to nie "jugole", tylko ludzie, których poznał z bliska, będąc wysłannikiem Szwedzkiego Radia podczas przednatowskiej wojny na Bałkanach.
Nasza tolerancja dla odmiennych zwyczajów słowiańskiej braci może być ogromna, ale całkowicie obojętny wobec niej Skandynaw musi widzieć tę współplemienną rzeczywistość nieco inaczej. I widzi. A widząc, dzieli się z nami swoimi spostrzeżeniami. Oczywiście możemy mieć do nich stosunek dokładnie taki, jaki mamy dotychczas do zimnych Szwedów, głupich ruskich czy kłótliwych jugoli, ale jeśli komuś przyszłoby na myśl pofatygować się nieco i spojrzeć na nasze sąsiedzkie porządki oczyma cudzoziemca, niewykluczone, że nie ograniczy swoich horyzontów.
Książka pełna jest anegdot, humoru i dowcipu, który jednak zawsze czemuś służy. Podobnie ma się z na przykład powtarzanymi, a znanymi wszystkim opowiadaniami o związkach wybitnych osobistości z Polkami. Historie miłosne Napoleona, Balzaka czy Kafki podane są w sposób tak interesujący, że tylko niektórym uda się oprzeć przed ponownym zajrzeniem do bardziej szczegółowej literatury na ten temat. Dlatego leniwym zdecydowanie lekturę odradzam.
Jeden z recenzentów nazwał Kjella Albina Abrahamsona szwedzkim Kapuścińskim (o którym zresztą sam autor wyraża się w książce z największym uznaniem). Nie sądzę, żeby porównywanie Kjella Albina do kogokolwiek, choćby do Kapuścińskiego, było potrzebne. Pisarstwo jego, nawet jeśli opiera się na podobnie doskonałej znajomości rzeczy tego, o czym mówi, jest tak wyjątkowe, że obroni się z pewnością bez porównań.
W filmie biograficznym o autorze książki zrealizowanym przez telewizję polską Kjell Albin powiedział: "Jestem w stu dziesięciu procentach Szwedem, ale chętniej chciałbym być Polakiem." Wprawdzie transplantacji duszy jeszcze się nie dokonuje, lecz honorowe obywatelstwo na pewno mu się należy. Osobiście nie słyszałem o Polaku, który by dla sprawy polskiej w Szwecji zrobił więcej, niż studziesięcioprocentowy Szwed, Kjell Albin Abrahamson. A książkę wszystkim, nawet leniwym, bardzo i serdecznie polecam.
Spiskowa Teoria Dziejów
Mój zacny sąsiad, pan Zenek, jest wypróbowanym sympatykiem spiskowej teorii dziejów. Według tejże w świecie, zwłaszcza w Europie, mają obecnie miejsce rzeczy zadziwiające. Ludzie widzący rzeczywistość oczyma sąsiada nadziwić się nie mogą, iż jest aż tak wielu chętnych na niedostrzeganie zjawisk dla nich jasnych i oczywistych. Nie mniejsze zdziwienie wywołuje w nich zupełny brak oporu mniej zaradnych, którym z dnia na dzień odbiera się wywalczone latami podstawy społecznego bezpieczeństwa.
Pan Zenek jest Polakiem, mieszka w Szwecji, obserwuje, co się dzieje po obu stronach Bałtyku. Jako Polak zmierza do Unii, jako mieszkaniec Szwecji już w niej jest.
- I co? - zagaił rozmowę na przystanku tramwajowym, gdzie spotykamy się zwykle w drodze do centrum - czytał pan dzisiejszą gazetę?
- Nie - przyznałem nie bez skruchy w głosie, zwłaszcza że gazet nie czytam od dawna, ograniczając się do nieoglądania telewizji.
- No to jak pan nie czytał, to pan nie wie, że wymówili panu leczenie.
- Wymówili leczenie?! Kto, komu!? - wyraziłem nietonowane zdumienie.
- Podali w gazecie listę chorób, którymi szpitale za fryko nie będą się zajmowały. Wśród nich na przykład niezłośliwym rakiem. Zachorujesz pan - kuracja na własną rękę. Do znachora albo do szamana, jeśli nie stać będzie pana na sfinasowanie operacji z własnej, domowej kasy chorych. Tak nam bogaci po nosie dają.
Zdziwiłem się nieco, posądzając pana Zenka o przesadę, ale ponoć stoi w dzienniku czarno na białym.
Chcąc nie chcąc połączyło mi się to w jedno z komentarzem znajomego lekarza w Polsce, z którym rozmawiałem przed tygodniem. Kolega ze szkolnej ławy, wybitny chirurg, z pasją wykonujący swój zawód specjalista neurolog.
- Wiesz, co robią? Określili nam procedury starczające zaledwie w połowie na wykonanie operacji. W efekcie jako szpital będziemy się zadłużać, aż nas zlikwidują, poddadzą bankructwu.
- Szpital bankructwu!? - pozwoliłem sobie na niedowierzanie.
- No właśnie. Konstytucja zabrania, więc wprowadzają ustawę przemianowującą szpitale w jednostki organizacyjne, które będzie można zlicytować.
- Oni? Kto "oni"?
- Rządzący ma się rozumieć. Słuchaj dalej - otrzymałem polecenie. - Kiedy doprowadzą do bankructwa zadłużonego szpitala, kupią go za grosze i wówczas pojawią się pieniądze z firm ubezpieczeniowych. Będzie jak w Ameryce: bogaci - you are welcome, biedni - umierać na własną rękę.
- Nie żartuj, proszę. Nie wmówisz mi, że ktoś miałby interes w doprowadzaniu do śmierci mniej przedsiębiorczych członków społeczeństwa.
- Słuchaj jeszcze uważniej - napomniał mnie przyjaciel, światły chirurg i humanista. - Są w świecie ośrodki decyzyjne, które ustalają optymalną wielkość populacji w danych regionach. Polaków jest o 20 milionów za dużo i trzeba to skorygować.
- Daj spokój! W to już nie uwierzę!
- Nie musisz. Mówię, co dla mnie jest jasne i zrozumiałe. Polityka związana z służbą zdrowia, szpitalnictwem zwłaszcza, nie pozwala na inne wnioski. Czekać tylko, kiedy dla przyśpieszenia procesu wprowadzi się eutanazję. Nieproduktywna część populacji jest tak dużym obciążeniem, że trzeba coś z tym problemem zrobić. Dotychczas nadwyżki likwidowano w wojnach, teraz kiedy światowy konflikt niósłby ze sobą ryzyko zagłady całej ludzkości, trzeba znaleźć inne metody. I znaleziono: ograniczenie dostępu do leczenia. Proszę, zaprzecz, że tak nie jest.
Nie znam się na polityce, jeszcze mniej na szpitalnictwie, spiskową teorię dziejów uważam, jak większość, za przesadny wymysł nieumiarkowanych entuzjastów, ale na co dzień rzeczywiście spotykam się z utrudnieniami, o których mówili obaj znajomi. W różnych krajach, na różnych przystankach, lecz wnioski podobne: Jest coraz trudniej dbać o zdrowie z pomocą lekarzy.
Może dlatego tak wielką popularność zyskują wszelkiego typu sposoby na samoleczenie, terapie ziołowe, cudowne leki i uzdrowiciele? Ducha narodu złamać lekko się nie da. Utrudniony dostęp do płatnej służby zdrowia spowoduje niechybnie rozwój wspomnianych alternatywnych możliwości, co już widać gołym okiem. Gołym przez dobrze widzących znaczy, bo na okulary również mało kogo stać.
W Polsce jak dotąd nie sporządzono listy chorób, których leczenia szpitale będą odmawiać. Szwedzi w rozwoju od dawna spory krok przed nami. Połączeni we wspólny unijny organizm, przeniesiemy wzorce i do siebie.
Jak ze wszystkim, co z pozoru mało przydatne, pewno i za tymi nowinkami ukrywa się coś pozytywnego. I choć spiskowa teoria dziejów na ten temat milczy, pan Zenek raczył skwitować mój optymizm prosto i zwięźle:
- Sralis mazgalis. Wymądrza się pan, bo nie wie, co powiedzieć. Trzeba czytać gazety. Tam piszą ludzie, którzy się znają na rzeczy. Wiem, bo czytam.
- Hm...? Może i rzeczywiście coś w tym jest?
Zdrowie w Nałęczowie!
Proszę
sobie przedstawić dolinkę, tak małą jak wszystko,
co jest dobrem na świecie, otoczoną wieńcem tak łagodnych pagórków,
że każdy z nich dziecko mogłoby zakryć rączkami.
W tej dolinie proszę umieścić park, zaludniony wszelkiego
rodzaju roślinnością
[...] Proszę tę dolinkę połączyć z resztą świata za pomocą
mnóstwa cienistych wąwozów, wąwozików, na które nie można
spoglądać
bez westchnień, a będziecie mieć bardzo niedokładne wyobrażenie
o pięknościach nałęczowskiej natury.
Bolesław
Prus
"Kurier
Codzienny" 1894, nr 23
Zbliżają się święta,
choinka, a pod nią prezenty. Niech moim dla Państwa stanie się
poniższy felieton. Być może uda się komuś uwzględnić
zawarte w nim sugestie i zafunduje sobie świąteczny upominek.
Wierzcie mi: warto. Cóż bowiem cenniejszego mamy od zdrowia?
Czym wobec niego waśnie, spory, polityczne rozbieżności? Życząc
Wesołych Świąt, zdrowia życzę Państwu przede wszystkim.
A skoro o zdrowiu... No właśnie:
Spędziliśmy z żoną tydzień w Nałęczowie. Przyznając
uczciwie, iż ganić jest zdecydowanie łatwiej, niż chwalić,
zacznę od oczywistości: gdzie leży?
Sto pięćdziesiąt kilometrów od Warszawy, dwadzieścia kilometrów
od Lublina, mniej więcej tyle samo od Kazimierza nad Wisłą.
Po co się tu przyjeżdża?
Ja akurat kilkanaście lat temu przyjechałem po żonę, a wraz z
nią nowe życie, lecz można się ograniczyć do zdrowia,
wypoczynku i – jak to się dzisiaj mówi –
biologicznej odnowy.
Zresztą „odnowa” zdaje się być dominującym hasłem
obowiązującym w tej urokliwej niecce ciszy i spokoju. Z
dobytkiem 125 lat doświadczenia i tradycji w Nałęczowie
zapanowało bowiem nowe. Tylko dwudziestohektarowy park, staw i łabędzie
pozostały majątkiem ze starego portfela, reszta się buduje,
remontuje, przyozdabia, upiększa.
Najznamienitszym nabytkiem w służbie kuracjuszy jest bez wątpienia
usytuowany we wspomnianym parku nowo zbudowany Pawilon Angielski.
Stonowana jak na nazwę przystało elegancja wnętrz onieśmiela
profesjonalizmem personelu. Przyzwyczajeni do lat kupowanej pod
ladą usłużności, pławiliśmy się w autentycznej sympatii młodych
ludzi, z którymi na co dzień mieliśmy do czynienia. Wprawdzie z
amerykańska pytającymi nas co rusz „w czym mogę pomóc”,
ale widać takie czasy, że słowiańskiej gościnności przyszło
oblekać się w amerykańską formę. Niech jej będzie.
O zabiegach leczniczych wspominał nie będę, bo wiadomo:
mikroklimat sam z siebie obniżający ciśnienie, światowy poziom
pozawałowej rehabilitacji, leczenie stawów, chirurgia oka w
klinice profesora Zagórskiego – rzeczy, których polecanie
podobne byłoby do mówienia, że w Wieliczce jest sól, a w
Krakowie Wawel. O tym i całej reszcie nowoczesności zabiegowej
medycyny można się dowiedzieć, wypisując hasło „naleczow”
w jakiejkolwiek internetowej wyszukiwarce czy trafiając wprost na
adres http://www.uzdrowisko-naleczow.com.pl/
.
Mnie urzekła przede wszystkim atmosfera spowolnionego nagle tempa
życia. Niedostrzegane w codziennym pędzie jego uroki tutaj
odnajdują miejsce w centrum świadomości. Zwykły spacer staje
się pełną natchnionej wyjątkowości chwilą, drzewa jakby
rozumieją skierowane do nich myśli, a ludzie odpowiadają na
„dzień dobry”, który rzeczywiście bywa
„dobrym”.
Nie wiem, czy to „fluidy” uzdrowiskowego zacisza i
panujący tu spokój, czy moje własne wyciszone z codziennego hałasu
wnętrze powoduje ów ożywczy klimat odczuwalnie regenerującego
się zdrowia. Coś jest, skoro miejsce to przyciągało takie
znakomitości polskiej kultury jak Bolesław Prus, Stefan Żeromski,
Henryk Sienkiewicz zaś z pań Ewę Szelburg-Zarębinę czy
Kazimierę Iłłakowiczówną. Zresztą i dziś podczas spaceru
spotkać można niejednokrotnie twarze znane z ekranu telewizora.
Skłamałbym zapewne, nie dodając, że dzień rozpoczęty orzeźwiającą
kąpielą w ogromnej wannie z masującymi strumieniami nałęczowskiej
wody większe ma szanse zapisania się w pamięci jako wyjątkowy
i miły niż zwykły, szary, podsuwający o poranku stertę kłopotliwych
spraw do pilnego załatwienia.
Wyjątkowość tego miejsca objawia się nawet w tym, że płochliwe
gdzie indziej sikorki i zimorodki bez lęku przysiadają na wyciągniętej
dłoni, niezbyt pośpiesznie wyjadając kruszone orzechy czy inne
ptasie łakocie.
Kłopot bywa jedynie z łabędziami. Konkretnie z rozróżnieniem
płci wodzących czeredy szaro upierzonych podrostków: samiec to,
czy samica? Borykając się z ową kwestią, poprosiłem o radę
odzianego w błękitny uniform miejskiej służby porządkowej dżentelmena
zajętego uprzątaniem parkowej alejki ze świeżo opadłych liści.
- To proste – odpowiedział. – Bierzesz pan kawałek
chleba, może być bez skórki, i podajesz pan gadzinie. Łakomczuchy
są okropne, prawie nigdy nie pogardzą. I teraz trzeba uważnie
obserwować: Jeśli będzie jadł – to samiec, a jak będzie
jadła – samica. Proste?
Rzeczywiście życie w spokojnym Nałęczowie prostsze jest niż
gdzie indziej. Nawet w tak trudnej sprawie jak określenie płci
jednakowych z pozoru łabędzi.
Serdecznie Państwa nakłaniam do sprawdzenia tego na własnej skórze.
Korzystając z okazji, by w międzyczasie podreperować nadwątlony
stresem organizm, zrzucić kilka kilogramów dzięki specjalnej
diecie, zaś w przypadku Pań zadbać o wspomnianą skórę, nadając
jej świeżość i elastyczność poprzez zafundowanie sobie odmładzającej
kuracji. Po czym wieczorem w eleganckiej restauracji Pawilonu
Angielskiego wznieść toast za zdrowie. Zdrowie w Nałęczowie!
Andrzej NIEWINNY DOBROWOLSKI
Andrzej Niewinny Dobrowolski. Urodzony w 1945 w Częstochowie, w roku 1968 jako muzyk wyjechał na kontrakt pagartowski do Finlandii. Po przeniesieniu się do Szwecji mieszka tam do dziś. Od lat kilkunastu tłumacz literacki, dziennikarz, felietonista. Autor wydawanych w Polsce przekładów z języka angielskiego, szwedzkiego i duńskiego. Współpracuje z wieloma wydawnictwami krajowymi oraz polonijnymi w Europie, Ameryce i Australii. Członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Rzeczpospolitej Polskiej.
|

Na
zdjęciu:
Bez tytułu
(Lublin, 2003)
Fot. Andrzej
Niewinny Dobrowolski
|