Istota niewidzialnej rzeczy

Bogusław Kierc, „Zaskroniec”, Biuro Literackie Port Legnica, Legnica 2003, ss. 61.

Liryka Bogusława Kierca jest liryką stricte miłosną. I to we wszystkich możliwych odmianach, poeta opiewa bowiem miłość zmysłową i duchową, homo- i heteroseksualną, oddanie rzeczom tego świata i mistyczne uniesienia. Perspektywy oglądu rzeczywistości są u Kierca tak różnorodne i niejednoznaczne zarazem, że trudno czasem dociec, o jaki rodzaj miłości w danym wierszu chodzi. Podobnie, jak jego główni mistrzowie - poeci baroku, Mickiewicz, Leśmian, Rilke, Przyboś i J. M. Rymkiewicz, Kierc traktuje miłość jak zasadnicze narzędzie poznania i dzięki temu stosuje wobec świata i wobec siebie samego miary najwyższe. Od dawna już rym i rytm istnieją tu jako wyznaczniki formalnego uwznioślenia wiersza i od dawna też ekspresja miłosna wyznacza metafizyczną pojemność tej poezji.
W „Zaskrońcu” od pierwszego wiersza znajdujemy się na granicy światów realnego i nierealnego, jawy i snu, doczesności i wieczności. Tytułowy „zaskroniec” pojawia się bowiem w inicjalnym liryku „Zjawienie”. Z niczego nie nic - to określenie węża, który będąc realną istotą mnoży w patrzącym doznania cudowności: wypełza z pełgań krzewu, co na falach/ jeziora w listkach ognia się nie spala/ a płonie. Ten mistyczny ogląd zjawiska  -  rzeczywistego przecież  -  oddaje w pełni niejednoznaczny sens doświadczeń towarzyszących cielesno-duchowemu istnieniu poety. Świat Kierca powstaje z błysków, lśnień, drgnień i mgnień rzeczywistości, które podpatrzone przez poetę składają się na istotę widzialnych i niewidzialnych inspiracji.
Kiedy pisałam na tych łamach o poprzednim zbiorze Kierca - „Czary”, wspomianając także zbiór jeszcze wcześniejszy  -  „Boże cielę” („P.P.” 9/2000), zwracałam uwagę i na magiczność językowych praktyk poety, i na mityczne sensy jego poetyckich dociekań. Wyciągając z życiowych doświadczeń znaki dla siebie, buduje Kierc już w tamtych zbiorach rzeczywistość podwojoną, obecną i w doczesności, i w wyobrażonej czy przeczuwanej wieczności. Najgłębsze spełnienie metafizycznych intuicji - pisałam -odbywa się przecież w tej poezji (jak i w każdej innej) poza przestrzenią zaludnioną. Kierc dokonuje odkryć niepodważalnych, kiedy jego uwaga skupia się na odpryskach rzeczy, wspomnieniach i wnikliwych, niepowtarzalnych stanach psychicznych, które sam określa „mgłą niewypowiedzianych słów uwielbienia” - mówiąc inaczej -  leśmianizuje rzeczywistość pozaludzką udowadniając istnienie czegoś, o czym mówi: „rozproszone na wietrze nasze wieczne wszystko”.
Zdolność poety do dostrzegania i rejestrowania stanów ulotnych mających wagę wyroczni w „Zaskrońcu” osiąga poziom mistrzowski. Wiersz „Pocałunek”, drugi z kolei w tym zbiorze, to próba określenia w iście barokowej frazie owego „tam”, w którym nie wiadomo „jak” jest. Poeta sam siebie strofuje za odwagę wnikania myślą w te przestrzenie, dokąd nawet nie doleciał ptak intencjonalny [...] no bo żaden czas/ z żadną przestrzenią nie składają się/ na jakieś niebo, czy choćby na sień/ nieba, to znaczy tego „tam”, gdzie On/ jest Sam u Siebie Samego. Nazywanie rzeczywistości nadprzyrodzonej zawsze było sztuką najtrudniejszą i tylko największym poetom udawało się niekiedy przekonująco oddać słowem wiersza przestrzeń pozaziemską. Bogusław Kierc, znając z pewnością dotychczasowe odkrycia mistyczne wielkich poetów, nie waha się sam szukać sposobów dotarcia słowem do własnych wizji Boga. Odwołując się do „Pieśni Mojżesza” przywołuje poeta obraz krzewu gorejącego, aby poprzez ten obraz ocenić siłę i słabość sztuki poetyckiej:

[...] gdy jął
śpiewać  -  zapomniał, że się jąka w skrach
dreszczów jak w liściach gorejących  -  (strach

wprawił go w drżenie i zdumienie  -  jak
to?  -  płonie, ale się nie spala krzak

śpiewu?). Aż runął w czyhającą toń
niemoty; tknął go język Ognia: płoń!

Stany miłosnej ekstazy i mistycznych wzlotów należą do tej samej kategorii przeżyć. Kierc balansuje w wielu wierszach na wąskiej linii ryzyka oddzielającej uczucia eroryczne od religijnych. Pozwala mu owo ryzyko budować napięcie towarzyszące zarówno realnym przeżyciom jak i niewymiernym aktom twórczym, napięcie wyznaczające granicę między jawą i snem, byciem i niebyciem, gdzie dokonują się główne odkrycia poety. Owo ryzyko herezji czy bluźnierstwa kształtuje także inny stan psychiczny, który towarzyszy wszelkim poszukiwaniom poety w zmysłowo-duchowej materii; to daremność zbliżenia się zarówno do pożądanego ciała jak i do tajemnicy niepojętości rzeczy duchowych. Sublimacja miłosna w wierszach Kierca jest, istotnie, tak wielka, że odrzuca trywialne spełnienie w akcie miłosnym, pozostając w kręgu wyobrażenia i tęsknoty, nie dotyka przecież także mistycznego Przedmiotu ubóstwienia. Jednym z utworów, który egzemplifikuje mozół życiowo-duchowego i twórczego niespełnienia, jest wiersz pt. „To samo”, którego pierwsze zwrotki brzmią tak:

Tak odwrócone, żebym jeszcze nie
poznał, że to jest tamto, które chcę

znaleźć - i  już bym się nie schylił po
to zagubione szare byle co,

gdyby nie było niczym listek
wysokopiennej nadziei, że znów

stanie się jawą, [...]

Nadzieja i wiara w istnienie niedostępnej zmysłom i słowom Tajemnicy Miłości opromienia wiersze Kierca prawdziwie mistycznym światłem. Pogranicze światów jawnego i śnionego, realnego i nierzeczywistego promieniuje tym właśnie światłem w słowach poezji, choć bywa to również ciemne światło, jak w „Nocy ciemnej zmysłów” kończącej się słowami: płonąłem ciemno, ale przeświecało/ spode mnie ciemniej Twoje ciemne Ciało. Antycypacja śmierci, apoteoza bólu, pochwała omamów, oczekiwanie wieczności, wszystkie te stany i doznania pomieszane z erotyczną tęsknotą kreują ową krzepiącą bądź co bądź jawę-niejawę poezji Kierca, w której tyle się dzieje, że uznać trzeba witalność, życiowy wigor jej bohatera za główną sferę poznawczą. Owa witalność czy wigor jest siłą sprawczą i życia, i twórczości, z niej też wyłania się trzeci, miłosny wymiar poznania. Pomieszanie doznań erotycznych i mistycznych wyzwala z kolei poczucie ziemsko-niebiańskiej ekstazy opisane dosadnie m. in. w wierszu „Niebo, niebo”, gdzie bohater wyznaje: Idę, jak idę, a jakbym się unosił/ nad samym sobą.
Przy całym uwzniośleniu opisów cielesnych i duchowych przygód swego lirycznego bohatera Kierc, podobnie jak poeci barokowi, nie unika - zwłaszcza w erotykach  -  dosłowności, zwrotów dosadnych, jędrnych, a nawet rubasznych. Jednym z istotniejszych tropów miłosnych jest w tej poezji nagość, nagość ciała i duszy jako synonim nowego, miłosnego istnienia. Pięknym przykładem admiracji zmysłowości i związanej z nią duchowości jest wiersz „Prospero” opisujący kunsztownie przemianę młodości w starość. Wielkim walorem tej zmysłowo-duchowej poezji jest jej tematyczny konkret. Kierc pisze bowiem wiersze odwołujące się do mitów, znanych postaci i dzieł sztuki, ale pisze też o zrywaniu czereśni, ścinaniu olszy, wizycie u dentysty, niedzielnym spacerze z ukochaną, kotce przywabiającej kocura, omszałym kamieniu. Z tym, że za każdym razem jest to wiersz o „tym” i o „tamtym” równocześnie, o konkretnej rzeczy i sprawie, ale też o przynależnym im mistycznym rewersie, nazywanym przez poetę istotą niewidzialnej rzeczy.
W wierszu „Przed” mówi poeta: Jakby miało zagasnąć/ to nieokreślone/ konturem wszystko,// i nawet jest niejasno/ tym pod nieboskłonem/ poziomym błyskom. A jest to opis zjawisk zaobserwowanych podczas zanurzania się ciała w morzu. W wierszu „Już”, będącym z kolei reminiscencją brnięcia bohatera lirycznego przez śnieżne zaspy, chodzi także o doznanie mistycznego zanurzenia w innej rzeczywistości, kiedy znikomy, niknę w mgnieniu mnie i -  Nikt/ Błękitny nurza się w niebieskich żlebach. Ów Nikt Błękitny to właśnie synonim i poety, i symbolicznego chłopca-anioła powracającego w wielu wierszach, i może innej jeszcze nadprzyrodzonej Istoty, uosabiającej wszystkie postacie tej poezji. Jest w tomie „Zaskroniec” krótki wiersz „Zachwycenie”, który już tytułem sugeruje stan ducha poety podczas tworzenia tej książki:

W podwodnych wodach pływałem,
w nadniebnych niebach latałem,
w podziemne ziemie schodziłem,
w wiecznym powietrzu błądziłem,
w zimnych płomieniach śpiewałem,
w gorących śniegach tajałem;
niczego więcej nie chciałem,
z ciała się wyzuwałem.

Powyższa litania paradoksów to liryczne credo poety zakochanego w istnieniu aż po nieistnienie i tak zasłuchanego w żywy puls świata, że słyszy także bicie niewidzialnego serca wieczności.

 

Nostalgie wędrownego bara

Józef Baran, „Dom z otwartymi ścianami”, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2001, ss. 111;
Józef Baran „Najdłuższa podróż”, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2002, ss. 238.  

 

Józef Baran  -  piewca rodzinnego Borzęcina i innych miejsc urzekających poetę naturalnym pięknem, w ostatnich wierszach poszerzył teren swego zachwytu o inne - dalsze - przestrzenie, nawet o inne kontynenty. Wydane równolegle dwie książki: zbiór wierszy i dzienniki, pisane w tym samym, co wiersze czasie, tworzą spójną, uzupełniającą się całość: świadectwo życia duchowego i przygód ciała  -  łącznie z bliskimi i dalekimi podróżami, a także ciężką chorobą, z której poeta wyszedł zwycięsko. Podkreślając w pewnym miejscu dzienników własne ciągoty manihejskie, jest wszakże Baran przede wszystkim  -  zwłaszcza w wierszach i zapiskach szpitalnych - dzieckiem chrześcijańskiego Boga, któremu poeta po dziecięcemu ufa. Notuje latem 2002 taką refleksję przy okazji oceny nowych wierszy Czesława Miłosza: A jednak smutna ta niewiedza wielkiego człowieka, który jest ślepcem jak każdy człowiek stojący przed ścianą i próbujący ją opukać, czy jest coś za nią. Miłosz zamknął się na klucz racjonalizmu, a chce dotknąć nieba, „drugiej przestrzeni”. W tym tkwi jakiś paradoks. Ja jestem tylko przekonany o jednym: że u Boga wszystko jest możliwe, nie tylko druga przestrzeń, ale i dziesięć wymiarów. To podstawa mojej wiary.
Jako poeta - dosadny i czuły jednocześnie, w dziennikach prezentuje Baran wartości pisarskie wyniesione z uprawiania na co dzień zawodu dziennikarza: zwięzłość, lapidarność, niekiedy wręcz skrótowość. Żadnego przegadania i czułostkowości. Żadnego publicystycznego nadmiaru. Mottem do tego podwójnego pisania mógłby być czterowiersz z jednego z „Wierszy włoskich”:

piszę by sam sobie udowodnić
że istnieję na tej ziemi
przez którą przemykamy cienie
anonimowi i niemi

Dla Józefa Barana każdy akt twórczy to taki właśnie atak na bezimienność i niemotę współczesnego człowieka. Zarówno w wierszach borzęckich, jak i krakowskich, a także w tych ze świata, stara się poeta przede wszystkim zapisywać chwile wyróżniające się kumulacją zachwytu lub cierpienia i włączać je w składającą się z nich wieczność. Nieobojętność poety zarówno na otaczające go piękno, jak i szarość i ból codzienności, wynika z jego wrażliwości, którą tak określa w tytułowym wierszu „Dom z otwartymi ścianami:

przez unerwione ściany
słyszę trzęsienie ziemi w Turcji
imieninowe sto lat sto lat
waniliowy zapach najszczerszych rozmów
dzieciństwa
[...]
chciałbym odpocząć w ciszy
ale te ściany są jak stale
nie domknięte okiennice
i nawet zasypiają jak zając na miedzy
z otwartymi uszami
i oczami

Każdy poeta jest wyjątkowym wrażliwcem, z wrażliwości, z empatii wobec wszelkiego istnienia rodzi się potrzeba i dar sztuki słowa. U Józefa Barana ten szczególny dar znalazł podwójne ujście czyniąc z jego liryki minireportaże poetyckie, a z jego dziennikarskich zapisków liryczne akty strzeliste. Pisząc w „Wierszach włoskich” o sprzedawcy parasolek/ z czarnej planety Etiopii, który po paru minutach/ wspólnego milczenia na ławce/ zaufał mi swój bagaż/ i pogwizdując/ oddalił się w stronę bistra, poeta snuje refleksje na temat nie najgorszej wciąż kondycji świata, wobec tak spektakularnego dowodu braterstwa ze strony obcego człowieka. Czyż wiersz ten nie jest kawałkiem dobrego reportażu? Z kolei w dziennikach pod datą 3 maja 1999 roku znajduje się fragment opisujący pięć dni poety w Borzęcinie: W drugi dzień zrobiłem rundkę na rowerze: Borzęcin Dolny - Wał Ruda - Radłów - Waryś - Borzęcin. Byłem jak pod narkozą wiosny. Atakowała ze wszystkich stron: z powietrza, z ziemi, z lasu. Niesamowite spotkanie z żabami bombardującymi stawek rechotem, a także ciepłe, metafizyczne spotkanie z baziami nad stawkiem. Nagle jakbym zderzył się twarzą w twarz z sobą, małym chłopcem, który krył się w wiklinach nadrzecznych i zrywał puszyste bazie. Zapach, obraz wikliny... wszystko to przywołuje wspomnienia tak niesamowicie intensywne, że zapiera wprost dech w piersiach. To przecież dla odmiany kawałek dobrej spoistej prozy lirycznej.
Gdy poeta mówi w dziennikach: jestem dziecięciem borzęckich pól i lasów - rozumiemy jego ambiwalencje w reagowaniu na „wielki świat” w Europie, Ameryce, Australii i jego przychylność raczej dla wszelkiej maści emigrantów a nie miejscowych bossów, a także dla ludów przegranych: Indian, Aborygenów. Dla czytelnika obydwu książek Józefa Barana możliwość śledzenia toku myśli i uczuć poety w dwóch literackich wymiarach jest niezrównaną przygodą. W tok zapisków dziennika wpisane są zresztą od czasu do czasu te same wiersze, które przeczytaliśmy już w zbiorze „Dom z otwartymi ścianami” tworząc poruszający dokument aktywności duchowej poety, którego wyobraźnia potykając się o każdy, najmniejszy stopień realności nabudowuje na nim słowny obraz odbity natychmiast w mózgu i sercu borzęckiego barda.
Wędrując coraz dalej od granic swojej wsi, swojego miasta, obejmując uwagą coraz szersze przestrzenie egzystencji, poeta zdobywa wiedzę o międzyludzkich i międzygwiezdnych regułach współbytowania. Rezultatem tych wielopłaszczyznowych penetracji jest konkluzja z wiersza „Władcy końca XX wieku”:  uzyskujemy połączenie z gwiazdami/ tracimy łączność ze sobą. Tęsknota za dawnym stylem bycia, gdy przy biesiadnym stole spotykali się bliscy, by dzielić się sobą jak chlebem, wraca i w wierszach, i w dziennikach J. Barana. Pod datą 15 maja 1999 czytamy: „Zaginęła sztuka rozmawiania. Wraz ze starą kulturą chłopską zaginęły formy wspólnego bycia ze sobą. Nikt nie umie na niczym grać. Nikt nie zna piosenek. Wymierają gawędziarze. Powyrastały przepaście między pokoleniami. Temat polityczny, który latami wiązał Polaków przy rodzinnych stołach (a często różnił) już nie rozwiązuje języków ani serc. Więc - nuda ziewanie mlaskanie bąkanie, próby przegaduszek: wszystko nieudane...”
Przywiązany do rodzinnych stron i tradycji poeta ubolewa nie tylko nad upadkiem dawnych obyczajów, ma wciąż nowe tęsknoty. Gdy zasmakował podróży, marzy mu się coraz to dalsza przestrzeń do zwiedzania, potrafi też dziękować Opatrzności za dar wędrowania po świecie. W „Balladzie o turkoczącej planecie” mówi wprost: Tylko podróż się liczy kół turkotanie. W wierszu „Czysta forma” przebywanie wciąż w nowej przestrzeni i chłonięcie jej zmysłami nazywa niedościgłą czystą formą/ obcowania z wiecznością. Akceptując świat jako dzieło Stwórcy, poeta potrafi przyznać się i do swoich poznawczych talentów i swoich ułomności w korzystaniu z łaski istnienia:

czasem świat się na dworze
od świtu r o z p o b o ż a 
i gdzie spojrzysz tam wszędzie
trwa ziemi wniebowzięcie
biją na ziemi i niebie
promienne źródła od Ciebie

a czasem świat się  n i e b o ż y
nic się we Wszystko nie złoży
i czego się tknę
obraca się w mgłę
zimny całun po Nieobecnym 
[...]

Głównym atrybutem sztuki słowa jest jednak zachwyt. Wie o tym Józef Baran, tak jak i wiedzą inni poeci. On jednak przetwarza tę wiedzę po swojemu: czyż zachwyt nie jest/ najwyższą formą modlitwy - pyta w pełnym zachwycenia urodą pejzażu wierszu „W górach”. W wierszu „Więcej czułości” zapisuje receptę na skuteczny lek przeciw smutkowi istnienia:

otwórz  n a   c h w i l ęoczy
to może trwa
jedyna wieczność
którą przeoczysz

Wędrując przez przestrzenie świata i swoje wobec nich ambiwalencje, dzieli się w końcu poeta z czytelnikami ostateczną życiową nostalgią, z której od razu wycofuje się w imię tegoż, danego mu raz jeden, życia: czasem odejść by się chciało/ kecz się już poprzyrastało/ do wszystkiego na tej ziemi/ do gałązek i korzeni/ sobie znanych przyzwyczajeń/ i jak wszystko to zostawić [...]. Wciąż przecież jest się czym zachwycać, a więc i o czym pisać wiersze.
W dziennikach mówi poeta o swej codzienności, o wzlotach i upadkach człowieka i poety. Nie mitologizuje, nie celebruje nazbyt własnej osoby, przeciwnie - tworzy często ironiczny dystans do samego siebie. Zwierza się czytelnikom z własnych lektur, zapisuje myśli siebie-mędrca i zwykłego śmiertelnika, notuje własne wiersze i cytuje „wielkich”. Opis kontaktów z żywymi przeplata się tu ze wspomnieniami zmarłych, nawiązania do osób rodaków w ojczyźnie zmieniają się w zapiskach ze świata w refleksje na temat rodaków na obczyźnie. „Najdłuższa podróż” rozpoczyna się chronologią spraw rodzinnych, by zmienić się w raptularz podróżnika po Toskanii, USA, Australii i zakończyć „Spowiedzią szpitalną”. Tytułowa „Najdłuższa podróż” dotyczy bowiem choroby właśnie, operacji i powrotów do szpitala na długotrwałą terapię. Warto przeczytać te niebanalne, tchnące autentycznym lękiem i dziękczynieniem stronice.
Jeśli los Barana-poety lśni jak motyl w metaforach wierszy, w dziennikach dokonuje się tego losu nabijanie na migotliwy rzemień trwania. Ponieważ los nie poskąpił poecie przygód, wyznaje on z rozbrajającą otwartością: Gdyby mi ktoś chłopcu pasącemu krowy pod lasem czarnawskim pokazał kraje, które zobaczę, sławnych ludzi, których poznam, jadło i trunki, których będę kosztował na przyjęciach, nagrody, które otrzymam - byłbym szczęśliwy. Więc dlaczego nie jestem? Otóż metafizyka istnienia to nie jest proste równanie. To jest równanie z wieloma niewiadomymi i całe nasze życie nie wystarczy, żebyśmy posiedli wystarczającą wiedzę, by je rozwiązać. Tego między innymi uczy nas słodko-gorzka liryka Józefa Barana i komentarz do niej w dziennikach.

Adriana SZYMAŃSKA

Adriana Szymańska urodziła się w Toruniu w 1943 roku. Poetka, powieściopisarka, autorka utworów dla dzieci, krytyk literacki. Studiowała polonistykę na Uniwersytecie Toruńskim, pracowała jako polonistka w szkole średniej w Olsztynie, była kierownikiem literackim w Teatrze Polskim w Bydgoszczy i redaktorką wydawnictwa Czytelnik. Od 1987 roku należy do rady redakcyjnej miesięcznika „Przegląd Powszechny”. Opublikowała między innymi tomy poezji: „Nieba codzienności” (1968), „Imię ludzkie” (1974), „Poezje wybrane” (1987), „Kamień przydrożny” (1993), „Lato 1999” (2000). Prezentowane recenzje ukazały się również na łamach „Przeglądu Powszechnego” (październik, listopad 2003).

23-4-1.jpg (29609 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Coppet, 2003)

Fot. Marek Wittbrot


.