
|
W Paryżu i dalej
Z
Pawłem JOCZEM rozmawia Marek WITTBROT
Paweł
Jocz. Urodził się w 1943 roku w Wilnie. Rzeźbiarz, malarz i
rysownik. Absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Po raz
pierwszy pokazał swoje prace w 1967 roku w Sztokholmie. Wystawiał
w wielu krajach Europy, uczestniczył w ponad pięćdziesięciu
indywidualnych wystawach. Jest autorem monumentalnym rzeźb
„Solidarność ludów” (Wielsbeke w Belgii) oraz
„Elewacja” i „Chmura poety” (na obrzeżach
Paryża). Jego prace znajdują się w siedzibie Polskiej Akademii
Nauk w Paryżu i Bibliotece Polskiej na Wyspie św. Ludwika. Robił
ilustracje do książek, a także pisał teksty poświęcone
sztuce współczesnej. W 1988 roku ukazał się album
„Paweł Jocz” wydany przez Museum de Metzhuius w
Wielsbeke, który traktuje w sposób retrospektywny na temat twórczości
malarskiej, rzeźbiarskiej i rysunkowej. W 1999 ukazały się dwa
albumy: „Paweł Jocz – twórczość“ i „Wanted
– rysunek”. Od 1967 roku mieszka we Francji.
Prezentowany wywiad stanowi dalszy ciąg rozmów prowadzonych w
latach 1999-2002 i publikowanych na łamach „Recogito”
1, 3, 4, 7, 14, 25.
– Jakie były Twoje paryskie początki? Wiem, że
zamieszkałeś na Montmartrze, później znalazłeś się bodajże
na Wyspie św. Ludwika.
– Na początku zamieszkałem w jedenastej dzielnicy, z
Krystyną. Przez następne kilka lat zmienialiśmy lub zmieniałem
adres zamieszkania wielokrotnie. Cały Paryż był miejscem, gdzie
wiązałem się z taką czy inną atmosferą, bo Paryż to
dzielnice i atmosfery unikalne.
– Ślub z Krystyną wziąłeś jeszcze w Łodzi...
– Tak, w katedrze, z rąk biskupa Bejzego, któremu w ślubnych
ceremoniach towarzyszyło czterech księży.
– Czym była spowodowana taka gala?
– Niewątpliwie pozycją moralną mojego ojca.
– ślub brałeś w Łodzi, Krystyna mieszkała w Paryżu.
– Krystyna mieszkała w Paryżu i pracowała u Ferdynanda
Nathana jako pracownik naukowy wydawnictwa „Nathan”.
– Czy wpłynęło to w jakikolwiek sposób na Twoją drogę
artystyczną?
– Układy, w jakich żyła Krystyna i jakich ja
potrzebowałem, były zupełnie różne. Ona nie była w stanie
pomóc mi w moich sprawach zawodowych.
– I dlatego związałeś się z Claire?
– Małżeństwo nasze nie układało się i w końcu ja zacząłem
mieszkać w wynajętym atelier na Montmartrze, na rue
Burque pod numerem 10. Początki rzeczywistego pobytu w Paryżu były
trudne. Nie mogąc znaleźć pracy w wydawnictwie rozpocząłem
pracę na Place du Tertre, robiąc portrety. Atmosfera pracy i
moje ambicje, które zaczęły lecieć w gruzy, wyciągnęły mnie
stamtąd, by szukać szczęścia gdzie indziej. Po wielu
przygodach i pierwszych partycypacjach w Salonie Majowym i innych
salonach, z poetką Barbarą Sadowską, którą znałem z
Warszawy, wyjechałem do Włoch. Razem spędziliśmy we Włoszech
kilka tygodni. Skorzystaliśmy z zaproszenia Pawła Buchholza i
Violi Fischerowej.
– Była ona wtedy legendarną dziennikarką 1968 roku w
Pradze.
– Z powodu wywiadu z ministrem spraw wewnętrznych, który w
trakcie rozmowy groził jej bronią. Wywiad został natychmiast
wyemitowany w Radio. Viola mieszkała z Pawłem Buchholzem w
Bazylei. Viola tłumaczyła poezje Barbary Sadowskiej, natomiast
Barbara - jej poezje i poezje pisarzy jugosławiańskich. Na wyspie
Elbie, w domku przeznaczonym na zbiór winogron, w domku pośrodku
winnic, na zboczu góry wyrastającej wprost z morza, różnica
wzniesień około 150 metrów, przy winku i dyskusjach z gwiazdami
na nieboskłonie i morzem i horyzontem, z którego wyłaniała się
czasem część Korsyki, spędzaliśmy na rozmowach wiele czasu.
Zostawili mnie na wyspie na okres kilkunastu tygodni, gdzie
postanowiłem uzbroić się i przygotować dla siebie plan swojej
drogi artystycznej. Plan działalności, bo czułem, że rozsypuję
się powolutku i tracę siły i wiarę w sukces swojej pracy i
ideałów zawodowych. Rysowałem wściekle obserwując każdego
ranka przechodzących tuż koło mnie chłopów, za którymi
zazwyczaj postępował osiołek, w drodze powrotnej z pola, w
nieprawdopodobnym stogiem liści, zebranych na winnicy. Powolutku
wszedłem w kontakt z tymi ludźmi. Po zrobieniu kilku szkiców
Paolo Giovaniego, chłopa, rybaka i właściciela winnicy, stałem
się wiejskim rysownikiem, który w niedługim czasie wykonał
portrety dla całej wsi. Sytuacja ta mi się bardzo podobała,
ponieważ w zamian za moje zainteresowanie wsią i jej życiem na
stole przed domkiem znajdywałem wiktuały w postaci owoców,
chleba, mięsa, mleka od całej wsi. Była to bardzo piękna
wymiana.
– Cała idylla trwała tylko kilka tygodni.
– Niestety.
– Z Elby wróciłeś do Paryża.
– Z Elby poprzez Rzym, Bazyleę powróciłem do Paryża.
– Ale już sam.
– Tak, sam. Po powrocie z Elby zatrzymałem się na kilka
dni u Krystyny, po czym zamieszkałem z Claire. Udało mi się
wtedy znaleźć pracę w cyrku.
– W cyrku?
– Tak, w cyrku... Robiłem dla cyrku dekoracje.
– Był rok 1975, zatem przez cały czas prowadziłeś tułacze
życie.
– Do Paryża powróciłem z grubą teczką rysunków i
programem, który – później rozwinąwszy – realizuję
do dzisiejszego dnia.
– Jeśli chodzi o tak zwane wydarzenia artystyczne, co
interesowało Cię we Francji?
– Paryż
chciałem zawojować poznając go od dna, od knajp, romantycznych
i specyficznych dzielnic, w których każda czymś innym
charakteryzowała się, emanując swoją specyfiką, atmosferą
nieporównywalną i jedyną. Błąkałem się po Paryżu nie
bardzo wiedząc, co robić, choć niby celem moim było wejście
weń, poznanie i rozpoczęcie pracy. Oglądałem wystawy i galerie
sztuki. Powoli dowiadywałem się, czym się charakteryzuje strona
prawa i lewa Paryża. W tym czasie, w atmosferze tych lat, te dwie
strony Paryża przedzielone rzeką miały smak bardzo symboliczny.
Dzielnica Łacińska, ta lewa, żyła przez kilka lat swoimi
sukcesami i próbą odnowienia reformy zastanych porządków
politycznych i ekonomicznych kraju. Oczywiście 1968 rok pozostawił
po sobie bliznę, której leczenie wymagało wielkich zmian.
– Jaki był wtedy Paryż?
– Sztuka i atmosfera, którą niosła młodość i bunt, a
które jednocześnie były spowodowane i sprowokowane rozwojem
komunikacji i wojną w Wietnamie, zamieszkami w kolejności: w
Polsce, w Niemczech, w Meksyku i we Francji, a później w Czechosłowacji.
Świadczyły o niepojętej jedności i zrywie młodzieży całego
świata cywilizacji zachodniej. Poszukiwania Boga i treści
filozoficzno–religijnych oraz łatwość podróżowania
powodowały przewartościowywanie najrozmaitszych idei i sposobów
patrzenia na życie. Obraz Paryża z tej epoki to nieprawdopodobna
ilość odmian najrozmaitszych partii: poczynając od radykalnych
komunistów, poprzez trockistów, czcicieli Mao-tse-Tunga i Che
Gevary, po najrozmaitsze odmiany anarchistów. W tym wszystkim
bardzo silne rozłamy na płaszczyźnie robotniczych związków
zawodowych, poprzez prawicowe partie, w tym partie de
Gaullistowskie, które zaczęły się rozwijać po śmierci de
Gaulle’a, nabrały sensu, poszukując treści ideologicznej
w spuściźnie działalności politycznej i ideowej generała de
Gaulle’a, aż po prawicowe ekstremizmy. Intelektualnie jest
to apogeum, szczyt popularności Sartre’a. Sartre rzeczywiście
na barykadach ze studentami – sam to widziałem i w tym
uczestniczyłem – zbliża się niestety do haseł skrajnie
anarchistycznych. W jednym z numerów „Nouvel Observateur”
napisał o swoich własnych przemianach. Kiedy chciał zostać
filozofem, stał się pisarzem. Kiedy chciał zostać pisarzem stał
się politykiem.
Kościół w tym czasie – pomimo że Sobór Watykański II i
idee Jana XXIII już istniały – smacznie spał i nie
potrafił wyjść z sytuacji getta, w którym się sam zamknął.
Nie potrafił wykorzystać strony intelektualnej, potencjału
intelektualnego, który istniał. Uważam, że ten okres jest końcem
intelektualnym pewnych idei zrodzonych w porewolucyjnej,
konstruktywistycznej Rosji. Myślę tu o Błoku, Jeseninie,
Malewiczu, a także Strzemińskim. Była to lewica, ale jaka! I
dlatego pierwsza dostała po głowie.
– Owa lewica znad Newy czy Moskwy przeniosła się nad Szprewę i
Sekwanę.
– To tego można dodać Elsę Triolet i Louis Aragona. Byli
to piękni ludzie oddani idei – jak by na to nie patrzeć
– idei totalitarnej.
– Dlaczego oddali się idei totalitarnej?
– Trzeba by sięgnąć aż do XVIII wieku, poczynając od
utopistów. Nie jestem filozofem. To, co mówię, to niezbyt
wielka wiedza, ale staram się trzymać reguł, pewnych
scenariuszy, które się układają jak żywy organizm.
Do tego, o czym wcześniej mówiłem, należy dołożyć klimat spontaniczności rozwijającego
się wtedy bardzo szybko ruchu bitników rodem z Ameryki, takich jak Bob Dylan Jean
Baez, Patty Smith, Allan Ginsberg, Jack Kerourac, w Anglii „Beatllesi”
i „Rolings Stonsi”. We Francji Serge Regiani, Leo Feré,
Barbara, Anna Prucnal czy Georges Moustaki, Brassens. Dla porównania
w Niemczech był to okres „coolu” w jazzie, Niemcy
budziły się do życia intelektualnego po straszliwej wojnie, po
klęsce moralnej, z ciężarem odpowiedzialności za straszliwą
wojnę zgotowaną Europie. Dopiero teraz rozumiemy, że wojna ta
to nie tylko Trzecia Rzesza, ale i Związek Sowiecki, w którym powstały pierwsze obozy koncentracyjne.
Wspaniałe czasy Karola Radtha, który rzucił do pracy milionowe
rzesze tzw. opozycjonistów. Czego dokonał z taką samą
„serdecznością” i „miłością” do
ludzkiego rodzaju Adolf Hitler. Był to pierwszy zryw
intelektualny młodych Niemców. Na czele stał zraniony po
wypadkach w marcu 1968 roku Rudolf Duschke.
– A w Polsce.
– W Polsce zaś to schyłek fenomenalnego teatru, w Łodzi
czy Warszawie, i wchodzącego na arenę międzynarodową teatru
Kantora, teatrów Tomaszewskiego czy dziś klasycznego Grotowskiego
ze swoim Laboratorium Trzynastu Rzędów, obraźliwym - zdaniem
wielu - dla honoru Polaków.
Niestety i Kościół,
może dlatego że zbierał siły, nie potrafił dostrzec tych ruchów
i przemian, jakie zachodziły w życiu intelektualnym w Polsce.
Polska, która załamywała się ekonomicznie i politycznie szukała
kozła ofiarnego. Partyjni rządcy postanowili rozpętać burzę
antysemicką i... załamać, zniszczyć to, co od XIV wieku w
tradycji polskiej było istotą: Rzeczpospolitą Wielu Narodów. Teraz z
niedowierzaniem patrzę na skutki tej nie zawinionej przez polskie
społeczeństwo polityki, zręcznie preparowanej w Warszawie i
Moskwie.
Paryż, marzec 2001
|

Na
zdjęciu:
Paweł Jocz
(Paryż, 1999)
Fot. Michael Wittbrot
|