
|
Toskański dziennik z życia (2)
ks. Krzysztofowi Niedałtowskiemu,
z podziękowaniem
Władysław Tatarkiewicz w eseju "Wielcy i bliscy" przekonuje, że kategorie wielkości i bliskości pozostają dla każdego z ludzi w ciągu całego życia kategoriami widzenia, rozumienia i odczuwania świata. Oczywiście, chodzi tu o wielkość i bliskość duchową, wielkość i bliskość dla umysłu i serca, a nie wielkość i bliskość w czasie i przestrzeni. Naturalnie, nie wykluczają się one wzajem, ale też nie pociągają za sobą jedna drugiej: można być jednocześnie wielkim i bliskim, ale także tylko wielkim, a dalekim, a także komuś bliskim, choć się nie ma w sobie wielkości. I zdaniem Tatarkiewicza św. Tomasza z Akwinu trzeba zaliczyć do myślicieli wielkich, a mało komu bliskich, gdyż ogrom i jednolitość jego dzieła, objęcie jedną formą myślową i pisarską niezliczonych zagadnień Boga i świata czynią go myślicielem nadludzkiej miary i przez to dla zwykłego człowieka - dalekim. Kończąc jednak swój esej Tatarkiewicz skłonny jest przyznać, że wielkie - jak to często bywa - kończy się na tym, co bliskie. I właśnie tak mogę określić osobiste doświadczenie bliskości Doktora Anielskiego. Moja przyjaźń filozoficzna ma naturalnie charakter czytelniczo-osobowy, to znaczy dostrzegam twarz, gesty, pulsowanie myśli, religijną emocję Tomasza zaledwie w zarysach, w jakimś językowym napięciu, w interpretacyjnym krajobrazie; niemniej, nawiązuję z nim rozmowę, wsłuchuję się w jego delikatnie otwarte usta i wiem, że to, co do mnie mówi nie przypomina urzędniczego podania, ale jest słowem serca skierowanym do mojego serca.
W stylistycznie powściągliwej, ale żarliwej narracji św. Tomasza widzę jego samego: ogromnego, ciężkiego mężczyznę, wolno mówiącego i zwykle nieobecnego myślami. Biografowie przypominają, że lubiano go w zakonie za jego niestrudzoną uprzejmość, uczynność i dobre usposobienie. Przytaczają również anegdotę o tym, jak Tomasz ujrzawszy zjawę swej siostry przybywającej z czyśćca, zadał jej pytanie o sposób poznania, jakim posługują się dusze oddzielone od ciała. Albo o odwiedzinach u świątobliwej zakonnicy, która zwykła lewitować w ekstazie. Akwinata zauważył, że jej stopy są bardzo wielkie. To sprawiło, że opuściła ją ekstaza i zaczęła oburzać się na jego prostactwo. Na co Tomasz poradził jej łagodnie, by starała się osiągnąć większą pokorę. Zatem moja przyjaźń z Tomaszem ma swe źródło w lekturze i gdyby ją ograniczyć do lektury tylko, przypominałaby zaledwie przyjaźń pomiędzy strzyżykiem i krokodylem, o której wspomina Herodot w swoich "Dziejach". Tymczasem opiera się ona na zaufaniu, które przychodzi z czasem. Im jestem starszy, tym bardziej skłaniam się ku wizji świata i życia dającej się wydobyć z jego pism, choć przyznaję: ich lektura wymaga skupienia, cierpliwości, uporu nawet. Nie mają one w sobie nic uwodzicielskiego, czegoś, czym dzisiaj mienią się książki Derridy, Tischnera albo Kołakowskiego. Raczej przypominają katedrę, pełną światła przenikającego z wysokich witraży, zmuszającego do podniesienia głowy, trwania w jasności i racjonalnej przejrzystości, która zna granice swych kompetencji. I każą rozpamiętywać, że żadne z dóbr światowych nie jest godne tego, żeby stawiać je ponad przyjaźń. Ona bowiem łączy w jedno ludzi cnotliwych, zachowuje cnotę i pobudza do niej. Przynosi najwięcej przyjemności, bo bez przyjaźni wszelka przyjemność zmienia się w nudę. Obym potrafił uczynić z tego znak rozpoznawalny także dla innych.
Święty Tomasz z Akwinu - według Etienne Gilsona - urodził się, żył i umarł w świetle. Nie znajdujemy u niego śladu tych nawróceń, które wzbogaciły dusze św. Augustyna i Pascala, ale też spowodowały swoiste napięcie w ich myśleniu, pozbawiając tym samym spokoju umysłu, dla którego prawda stanowi naturalne środowisko. Tomasz był bez wątpienia człowiekiem, za którego Bóg - zdałoby się - zapłacił wyjątkową cenę. Wyczerpujące zadanie, jakim jest przebycie powrotnej drogi od błędu i zła - zadanie, które odebrało siły tak wielu - nie przygniatało go swoim ciężarem; był wolny, mógł żyć dla dobra i prawdy. U wspomnianego św. Augustyna miłość stopniowo brała górę nad wiedzą, albowiem tego Boga, którego nie można jeszcze w pełni zrozumieć, można już w pełni kochać. Św. Tomasz nie w mniejszym stopniu pragnął już w teraźniejszości uchwycić miłośnie Boską pełnię, ale żaden lęk nie przeszkadzał mu w podejmowaniu tego rodzaju prób, za pomocą - dodajmy - rozumu. Ze spokojem zmierzał ku błogosławionej wizji drogą racjonalnego myślenia, jako że poznanie Boga daje życie wieczne. Poznać Boga i przez poznanie Go samemu w pewnym sensie stać się Bogiem - oto metoda św. Tomasza. Wolność św. Augustyna jest wolnością człowieka wyzwolonego; wolność św. Tomasza jest wolnością człowieka wolnego. A to oznacza, że tak naprawdę obie przywołane postawy jednoczą się we mnie i że najważniejsze pozostaje, aby refleksja filozoficzna mogła stawać się progiem modlitwy. Dlatego nie tylko w ciszy klasztornej celi czy w zgiełku uniwersyteckiej sali, ani nawet pod sklepieniem kościoła, ale także na wybrzeżu Ostii bądź miasteczkach Toskanii, albo na drodze do Neapolu można odczuć braterską obecność tych wielkich duchów. Jeśli chodzi o mnie, to nigdzie z taką łatwością nie odkrywałem ich na nowo, jak w miejscach, które dotyka moja miłość i pierwsze próby umiłowania religijnie pojętej tajemnicy. Fragmenty "Summy teologii" poznałem bowiem w swej rodzinnej miejscowości, porządkując jako licealista bibliotekę prefekta szkolnego księdza Piotra Bożyka. Niewiele wówczas pojmowałem z sylabizowanego tekstu św. Tomasza, ale usłyszałem zachętę księdza Piotra, abym w przyszłości nie zapomniał o nauce średniowiecznego filozofa. I wiele lat później, gdy nieco poirytowany sytuacją we współczesnej filozofii, opanowanej przez świtające myślenie postmodernistyczne, zwróciłem się w stronę św. Tomasza, odczułem rzeczywiste duchowe ukojenie. Albowiem nareszcie przekonałem się, że zachwyt i zadziwienie realna rzeczywistością może prowadzić do umocnienia religijnych więzi, a nawet stać się zaproszeniem do wyboru kapłańskiego stylu życia, które nie broni się przed metafizyką i właściwie ją rozumie i stosuje w codzienności życia. Zaprasza również do tego, abym od Boga oczekiwał trzech rzeczy, mianowicie, łaski dojścia do życia wiecznego, szansy czynienia woli Bożej i działania sprawiedliwego i wreszcie dysponowania rzeczami koniecznymi do życia. I pamiętał, że przyjaźń to sprawa ważna, ale będąca stopniem do czegoś najgłębszego - miłości
caritas, czystej i niesamolubnej, która zawsze czeka. Na każdego z ludzi.
Otrzymawszy dar życia od razu stajemy się jego współżałobnikami. Święty Tomasz z Akwinu w którymś ze swoich dzieł zanotował, że w liturgii świętej najmocniej przejawia się ciężar, ból i radość miłości, bo właśnie w obliczu cierpiącego Jezusa doświadczamy tego, że miłość staje się naprawdę widoczna w bólu. Dlatego rozumiem, że cokolwiek napiszę o wartości cierpienia będzie bez znaczenia i wręcz pozostanie sprzeczne, gdybym nie zdobył się na głęboki akt wiary, trudne, choć wyzwalające zaufanie Bogu. Wiem też, że doświadczając wojny i związanego z nią dramatu, zasadniczo powinniśmy jedynie modlić się i współczująco trwać w duchowej solidarności, wspartej gestami konkretnej pomocy. Rozumiem też, że słowo "dlaczego" pozostaje zawsze czymś najbardziej dręczącym. I trudno tu o jakiekolwiek pocieszenie, albowiem pocieszenie, choćby najbardziej czułe, nie zakryje ran i nie oddali bólu. Trzeba zmierzyć się z rzeczywistością i wkraczać w nią z otwartym umysłem i otwartym sercem oraz z tą szczerą wiarą, że otuchę można znaleźć tam, gdzie rany bolą najbardziej. Nie tak dawno umarła moja mama Franciszka, osoba mi najbliższa i do dzisiaj nie bardzo potrafię "oswoić" tę śmierć i przyjąć ją jako "zaproszenie" do przewartościowania swojego życia. Śmierć ukochanych każe nam zatrzymać się - podkreślał jeden z teologów - i obejrzeć za siebie, tak jak jeszcze tego nie robiliśmy. Śmierć niczego nie upiększa, nie toleruje nieskończonego cieniowania i niuansów, ale ukazuje to, co naprawdę się liczy, i w ten sposób staje się sędzią. Nie oznacza to, że wygłaszam pochwałę śmierci, choć w najgłębszym chrześcijańskim sensie, mógłbym tak uczynić. Raczej staram się wezwać siebie i Czytelników do wysiłku nadawania śmierci sensu, choć nasz protest przeciwko niej zdradza, że nie zdołamy tego uczynić, że nigdy nie zdołamy nadać jej sensu, który potrafi odsunąć lęk. Musimy ujawnić, że nigdy nie czujemy się gotowi na odejście z tego świata, że kochamy życie z wielkim uniesieniem, choć nazbyt łatwo marnujemy egzystencjalne skarby i piękno, ukryte chociażby w przyjaźni czy miłości. Ale to już sprawa naszych wolnych decyzji i otwartości na Bożą życzliwość, która, by tak określić, wciąż wychyla się w naszą stronę. Cóż więc teraz mamy czynić?
Najlepszym sposobem zabezpieczenia się przed nieszczęściem jest działanie. I nie pytajmy: dlaczego dotyka każdego z nas osobiste cierpienie, lecz co z nim należy zrobić? A wówczas zjawi się coś przejmująco fascynującego, choć o dramatycznym posmaku. Otóż, cierpienie osobiście przeżywane utworzy wspólnotową nic, która na podobieństwo miłości - złączy cierpiących w jednym kręgu o religijnej podstawie. Wtedy też Bóg nie będzie stawiany przed trybunał rozumu, ale zjawi się jako osobowe Ty, którego miłość wcale nie pragnie cierpienia i nie obarcza nim człowieka. Przyznajmy w pokorze, że nie potrafimy rozwiązać tajemnicy zła i cierpienia, ale raczej próbujmy - zwłaszcza w sytuacji, kiedy ogarnia nas rzeczywisty ból - zwracać się do Boga, nie po zresztą, aby rzucać Mu gniewny sprzeciw (choć to zrozumiałe!), lecz żeby od Niego oczekiwać wszystkiego. Chrześcijan bowiem nigdy nie znajduje się na drodze, na której mogłoby dojść do ominięcia napotykanego cierpienia. Zna natomiast drogę wiodącą przez nie. Bo i radość, i ból, i lęk, i melancholia, wolność i zniewolenie - wszystko zdaje się budować to jedyne miejsce: ludzkie życie, wychylone ku wiecznej, niesamolubnej, czystej miłości-caritas, dostępnej światu w tajemnicy Zmartwychwstania.
Warto przezwyciężać coś, co nazywam znużeniem liturgicznym. Chodzi po prostu o to, że do niektórych fragmentów Pisma Świętego tak bardzo przywykliśmy, że bywamy przez nie dosłownie usypiani. Często też biblijne obrazowanie, nośne w dawnym środowisku palestyńskim, współcześnie jakby nieco wyblakło. Obyczaj i kulturowa świadomość starożytnego wschodu podnosiła do najwyższych godności na przykład pasterzowanie. Bogów, ale i ziemskich władców obdarzano tym najwyższym określeniem. Niektóre mity religijne lunarnego boga Tammuzona nazywają pasterzem trzód gwiezdnych i - być może - wiążą ściśle z jego męką, a to z racji związku między fazami księżyca i jego rozkawałkowaniem. Pasterz jest również rozpoznawany jako przewodnik w świecie umarłych. Jezus również odwołał się do tak mocno zakorzenionego w potocznej wyobraźni archetypu. Żydzi pamiętali nie tylko proroctwa Izajasza, które opisywały pasterza, z czułością troszczącego się o swe owce, ale i przesłanie psalmów, ogniskujące się na Bogu-Pasterzu, którego miłość "orzeźwia duszę". Mogli przyjąć Jezusa, przedstawiającego się jako Dobry Pasterz. Ale czy nam jeszcze teraz "daje do myślenia" Jezusowa metaforyka? Czy bywamy czuli na tego rodzaju "proste nauczanie"? Najczęściej dotyka nas i to z ogromną siłą masowa perswazja medialna. Poddajemy się najróżniejszym utartym i konwencjonalnym obrazom i przez to tracimy łączność z tym, co ożywcze, pełne twórczej niespodzianki. Nie chcę przez to sugerować, że wartości niesione przez radio, telewizję czy internet zabijają religijną wrażliwość. Nie. Raczej , że trzeba nam przebijać się do źródeł ewangelicznych znaczeń. Albowiem Ewangelia wymaga aktywności. Winniśmy poszukiwać słów, aby zbliżyć się do Jezusa. Gdy kogoś kochamy, to przecież staramy się go poznać, często z nim spotykać, dowiedzieć się o jego nadziejach, troskach, potrzebach. Chcemy z nim rozmawiać. Natomiast nasze z Jezusem spotkania mają nieco inny charakter. Jego bliskość odczuwamy miłującym sercem i słyszymy, że jest Dobrym Pasterzem, który - i to pozostaje najważniejsze i najcenniejsze zarazem - "daje życie za swoje owce".
Zaraz po przebudzeniu czekam na swój pierwszy gest wolności.
Jezus nawiązując do tradycji proroków powiada, że jest krzewem
winnym, otoczonym miłością Ojca, a Jego wyznawcy to latorośle. Bardzo to sugestywny obraz. Oto więc nasze życie religijne dzieje się w krajobrazach winnicy. Już prorok Izajasz wołał:
W ów dzień [powiedzą]:
Winnica urocza! Śpiewajcie o niej!
Ja, Pan jestem jej stróżem;
podlewam ją co chwila,
by jej co złego nie spotkało,
strzegę jej w dzień i w nocy.
(Iz 27, 2-5)
Kto miał sposobność przejść się alejkami wytyczonymi pośród winnic Toskanii czy Burgundii, ten rozumie smak Jezusowego obrazowania. Winogrona to w Palestynie owoce dnia codziennego, a wino z nich wytwarzane stanowi o obyczajowo-duchowym charakterze tej ziemi. My, Polacy, ludzie Północy nie potrafimy jednak, z natury rzeczy, dogłębniej przejąć się owym "winnym sposobem życia". Ale potrafimy myśleć o Kościele w biblijnych obrazach i symbolach. Kościół bowiem podobny jest do winnicy. Nadto bywa ujmowany jako krzew winny, w którym Chrystus jest szczepem, a ludzie latoroślami, albo jako oliwka wyrastająca z Chrystusowego korzenia. Wartość zatem religijnego życia wiąże się z faktem owocowania. Lecz to owocowanie nie jest jakimś jednorazowym wydarzeniem, lecz procesem. Dopóki żyjemy.
Piję wino,
z muzyką zaledwie;
chcę odpocząć,
rozluźnić palce,
wyprostować nogi,
zapomnieć, że wiele
zła uczyniłem;
wino raduje serce,
przynosi oliwkowy spokój,
rozrasta się
i dźwiga ku niebu.
Wracam do lektury "Tryptyku rzymskiego" Jana Pawła II. To książka, z którą trzeba się oswoić, przyjąć jako poetycko-życiowy dar. Nie jest to zresztą lektura łatwa. Przede wszystkim dlatego, że jej żar artystyczny został głęboko ukryty w strukturze poematu, natomiast warstwa - by tak powiedzieć - treściowa wybija się na pierwszy plan, przesycona gęstą od znaczeń wizją teologiczną. W której centrum odnajdujemy wyraźny kontrast między milczeniem Boga i Jego głosem przemawiającym w ludzkiej historii. Bóg milczy, ale równocześnie jest obecny jako Trójjedyny. Dlatego należy rozważać tekst Jana Pawła II ze świadomością, że tym, co go wyróżnia zdaje się być naturalne zakorzenienie w Biblii. Trzeba, po prostu, nazwać mentalność papieską mentalnością biblijną. Jan Paweł II odnosi się do Biblii jako chrześcijanin i przeżywa Boga jako Trójjedynego. Podkreślam ten fakt, gdyż często umyka on naszej uwadze. Przecież, gdy czytamy Stary Testament, co przyznajmy, nie zdarza się często, niejako zawieszamy swoje chrześcijaństwo i próbujemy pojąć co niosą narracje poszczególnych ksiąg. Staramy się czytać - powtarzam - jako nie-chrześcijanie. Tymczasem Jan Paweł II chrystocentrycznie interpretuje Stary Testament. I proponuje swój osobisty sposób lektury świętych wersów. Przede wszystkim powiada, niemal jak Derrida, że należy czytać nie tylko litery, ale i spację między literami, docierać do tego, co stanowi biblijne milczenie, czyli rozmowę ludzkiego ducha z Duchem Boga. Nie chodzi więc tylko o zrozumienie, choć to sprawa ważna, ale nade wszystko o włączenie swej wrażliwości w duchowe sensy Pisma pamiętając, że Bóg Starego Testamentu i Bóg Nowego Testamentu jest tym samym Bogiem, jak również Bóg niechrześcijan jest tym samym Bogiem.
W mojej pamięci żyją obrazy Toskanii. Podążam więc za intuicją Pawła Muratowa, autora książki "Obrazy Włoch". Toskania jednak pozostaje czymś dosłownie nieodgadnionym, trudnym do jakiegokolwiek przedstawienia. Można - co najwyżej - zamknąć oczy i wpatrywać się w obrazy zachowane i zatrzymane w pamięci. Siła wrażeń jest tak potężna, że wyobraźnia nie jest już potrzebna. Wystarcza moc pamięci, która mieści w sobie niezliczona ilość emocji, łączących się zawsze z odczuciem duchowym, z ulotną plamą atłasowo-srebrnego odcienia liści oliwkowych czy choćby zielenią ustawionych jak w operowej scenografii linii smukłych cyprysów. Nadto, gdy pamięć przywoła panoramę rozległych wzgórz, opasanych ceglastymi pasmami murów średniowiecznych miasteczek, które błyszczą w oddali, znacząc szlak dawnej pielgrzymiej drogi do Rzymu, gdy zaprosi do muzeów wręcz przepełnionych arcydziełami europejskiej sztuki - wówczas można rzeczywiście poddać się tzw. syndromowi Standhala.
Mnie właśnie przytrafiła się tego rodzaju sytuacja, choć w nieco łagodniejszej niż francuskiemu pisarzowi formie. Nie mogłem wręcz oddychać, doznawałem zawrotu głowy, nie potrafiąc oderwać oczu od dzieł Masaccia, Pontormo czy innych florenckich artystów. Syndrom Standhala przejawia się w niemal całkowitym zaniku funkcji życiowych. Przebywając we Florencji traciłem chwilami poczucie czasu i przestrzeni. Poruszałem się jak obłąkany, gdyż napór piękna jest tak silny, że skraca oddech. Trzeba zatrzymać się, skryć w oliwkowym lesie i zamknąć oczy. Ale i wówczas duchowy niepokój wcale nie ustępuje. Na szczęście Toskania dysponuje ciszą, która ma lecznicze właściwości. Ta leżąca pośrodku półwyspu kraina pozbawiona jest zupełnie współczesnego hałasu i pośpiechu. Nawet okrzyki turystów zdają się respektować ów milczący gest natury. Albowiem wobec piękna natury i sztuki (w Toskanii natura i sztuka wiążą się ze sobą nierozerwalnie) wypada tylko pochylić głowę i próbować nawiązywać duchowe porozumienie, nie tylko ze sobą, ale przede wszystkim z twórcami, którzy zachwyceni cudem istnienia świata i darami Stwórcy, uczynili z tego odkrycia sposób na własną obecność w świecie.
Ludzkie tęsknoty za Bogiem są w każdym momencie historii nowe i trudne zarazem. Wymagają odwagi i zawierzenia. Idee skrystalizowane w obrazach toskańskich mistrzów pozostają i naszymi problemami. Musimy tylko wpatrzeć się w skomponowane przez nich układy barw, formę i motywy wyobraźni. Dostrzec, jak polityka, religia, kwestie społeczne zmuszają do artystycznej reakcji. Sztuka nie wywodzi się nigdy z jakości idealnych, lecz wypływa z zakorzenienia w konkretności. Co najwyżej, zdaje się niekiedy naśladować określone wzorce duchowe, ukryte w słowach świętych ksiąg lub doświadczeniu religijnym przeszłości. W Toskanii uświadomiłem sobie bardzo wyraźnie, że życie bez bliskości ze sztuką jest - trudno ukryć - okaleczone, pozbawione żaru, mniej pociągające. Brzmi to egoistycznie, bo wielu ludzi nie ma możliwości, aby zwiedzać toskańskie miasta i wsie; niemniej fakt pozostaje faktem.
Nie wstydzę się wyciągniętych rąk i zgiętych kolan, zwłaszcza tutaj, gdzie światło odsłania najczulsze miejsca wiary i historii, gdzie każdego ranka budzi mnie nad ranem oliwkowy śpiew dzwonów.
Na ogół spotkania z Toskanią rozpoczynam od Florencji. Od 1600 roku sercem tego miasta i sercem życia religijnego jest "Piazza San Giovanni" i "Piazza del Duomo", stanowiące zwartą zabudowę, przesyconą arcydziełami architektury, rzeźby, malarstwa. Nazywano Florencję "miastem świętym", "Nowym Jeruzalem", "miastem Boga". Nic w tym dziwnego, skoro zostały w nim skondensowane najlepsze tradycje włoskiej sztuki religijnej, wielkich ambicji politycznych i toskańskiej dumy. Zresztą, od końca XII wieku działalność artystyczna opuszcza mury zakonne i powoli sprawy świeckie stają się przedmiotem zainteresowania twórców, choć tematyka i cele stawiane sztuce są wciąż religijne. Tworzą oni dzieła o tematyce religijnej, gdyż albo otrzymali intratne zamówienia, albo wygrali ogłoszony przez mecenat miasta konkurs, albo też dlatego, iż życie Jezusa, wniebowzięcie Maryi czy męczeństwo świętego były dla nich tym, czym dla ówczesnych młodych teologów były księgi
"Sentencji" Piotra Lombarda, mianowicie, zbiorem formuł talentu i współzawodnictwa, również w kwestiach życia duchowego. I chociaż współcześnie Florencja jest żywym rozwijającym się ośrodkiem miejskim, jej mieszkańcy kultywują swe związki z minionym. Nie chodzi tylko o pietyzm i dbałość o zabytki, ale też sposób życia odzwierciedlający czułość dla tradycji i wiary.
Przekonałem się o tym 24 czerwca 2003 roku, w dzień św. Jana Chrzciciela. W to mieście dzień świąteczny. Sklepy są zamknięte; nie można dosłownie kupić bochenka chleba. Od rana ludzie gromadzą się przy głównych ulicach, aby uczestniczyć bądź podziwiać procesje, nawiązujące do przeszłości. Chyba w toskańskiej naturze leży pragnienie współzawodnictwa. Poszczególne miasta wciąż przekonują, że są w czymś lepsze od innych miast, że zasługują na społeczne wyróżnienie. Od rana więc mieszkańcy przygotowują się do przeżycia największej atrakcji: gry sportowej, będącej połączeniem futbolu i rugby. Poprzedza ją długi procesyjny korowód, w którym uczestniczą przede wszyscy reprezentanci czterech dzielnic miasta, mianowicie, San Giovani, Santa Croce, Santa Maria Novella i Santo Spirito, występujący w zawodach. Idą oni na końcu kolorowej procesji, ubrani odpowiednio w stroje zielone, niebieskie, czerwone i białe. Niekiedy pojawiają się mieszkańcy tylko dwóch dzielnic, jak to było w tym roku. Procesja majestatycznie wkracza na plac Santa Croce, gdzie urządzono boisko, na którym gra 27 zawodników. Podłoże zmagań stanowi nie trawa, ale dywan z piasku. Niestety, nie mogłem się zorientować, jakie reguły panują w tym świątecznym turnieju. W każdym razie zawodnicy uciekają się do wszelkich możliwych sposobów, aby zdobyć główną nagrodę - białe ciele, włącznie ze sposobami, za których stosowanie na normalnym boisku piłkarskim dostałoby się kilka czerwonych kartek. Po meczu wszyscy z niecierpliwością czekają na nadejście wieczoru. Wówczas odbywa się (na koszt miasta) pokaz ogni sztucznych. Z Piazzale Michelangelo znajdującym się tuż przy San Miniato wybuchają ferie złocisto-czerwonych świateł. Ludzie tłoczą się i zachwyceni wpatrują się w niebo, niczym uczniowie Jezusa podczas przemienienia. Nie mogłem przecisnąć się ani kroku do przodu, chcąc wrócić do domu. Nieco ogłuszony świątecznym hałasem wspomniałem Dantego Alighieri, który z San Miniato oglądał swą ukochaną Florencję. Został niestety z niej wygnany i skazany na śmierć. Stało się tak wskutek wojen domowych, ostrej walki ówczesnych stronnictw politycznych i wyraźne zaangażowanie się poety po stronie gibelinów, wspierających cesarza Fryderyka II Hohenstaufa w sporze z papiestwem. Dlatego poeta już nigdy nie powrócił do miejsca swego urodzenia. Nie osiadł nigdzie na stałe. W Rawennie napisał "Boską komedię",
poema sacro, które dało mu nieśmiertelność i które kończy się westchnieniem do miłości, "co gwiazdy porusza i słońce". Pamiętajmy o tym, zwłaszcza wtedy, gdy słońce wysoko błyszczy nad naszymi sercami.
Florencja to pierwsze miasto nowożytne, co wcale nie znaczy, że zostało owładnięte kartezjańską podmiotowością i subiektywnością. Raczej scala ono w sobie ducha nowoczesności z umiłowaniem tradycji antyczno-średniowiecznych. Wystarczy - przywołuję słowa Wojciecha Karpińskiego - przyjść na plac Signorii, usiąść na stopniach Logii i spojrzeć na surową bryłę Starego Pałacu; dostrzec funkcjonowanie organizmu, jakim była Florencja, tworzącego i rzemiosło, i sztukę, i politykę, wielkość i pomyłki, moc i przemoc. Mnie najgłębiej przejęła widoczna wszędzie wszechpotęga twórczej wyobraźni, podsycanej przez mecenat Medyceuszy i wszelkie miejskie organizacje. Każda z nich starała się zjednać dla siebie co znaczniejszych artystów. Dochodziło wręcz do rywalizacji i niekiedy korupcyjnych nadużyć. To we Włoszech sztuki wizualne, jak wspomniała Maria Rzepińska, najwcześniej wyszły z kolektywnej anonimowości. Włosi najwcześniej wśród wszystkich narodów Europy, a wśród Włochów pierwsi Florentczycy zwrócili uwagę na osobę artysty i ważność jego roli. Sztuka jest tu nie tylko nieodzowną częścią kultu religijnego, ale częścią życia, przedmiotem chluby wszystkich. Łatwo zatem rozpoznać ogromną dbałość Toskańczyków o zachowanie naturalnego kolorytu ich krajobrazu. Nowobudowane domy nawiązują w stylistyce do tradycyjnych hacjent i zyskują zamkową kubaturę. A ponieważ cały region ma charakter rolniczy, dostosowuje się do niego nową myśl techniczną, zwłaszcza architektoniczną. Nawet wejścia do winnic zdobi na ogół jakiś szczegół antyczny bądź średniowieczny. W niektórych zamkach ich właściciele eksponują pozostałości etruskie, podświetlają znaki minionych dziejów. W ten sposób trwa ciągłość pokoleniowa, scalająca społeczną świadomość. Pomyślałem sobie dość chyba naiwnie, że zakusy postmodernistycznych autorów nie dotrą i nie mogą dotrzeć w te strony. Zbyt wielka jest toskańka wierność ziemi, która nie przyjmuje ani nadmiernej zdobniczości, ani - tym bardziej - amerykańszczyzny. To radosne odczucie, gdy nie widzi się przy drogach najmniejszych nawet śladów ponowoczesności.
Ważne pozostaje, że widok Florencji, zwłaszcza z dalekiej perspektywy, wywołuje wrażenie miasta skupionego na detalach architektonicznych. Wszystko jest tutaj na swoim miejscu, choć w bardzo bliskiej od siebie odległości. Centrum to jedno wielkie muzeum, będące wciąż w przebudowie. Obecnie odnawia się na przykład fasadę Santa Croce, kościoła, który dopiero w XIX wieku zyskał ostateczny kształt. Znajdują się w nim grobowce sławnych florentyńczyków: Michała Anioła, Vasariego, Galileusza i innych. A tuż przy nim pomnik Dantego, najsławniejszego ze sławnych, choć sława to okupiona została nazbyt chyba uciążliwymi trudami. Ale cierpienie, miłość i sztuka nierozerwalnie nakładają się na siebie, podobnie jak ludzkie więzy bliskości, które często kruszeją nagle, by odrodzić się po wielu dniach oddalenia i duchowego mocowania się. Florencja pomaga uświadomić tego rodzaju proces. Sprawia nadto, że zyskujemy pokorę tak potrzebną, aby przyjąć piękno, które prowadzi ku dobru. Dzisiaj również.
Wędrując pośród toskańskich wzgórz starałem się omijać popularne turystycznie miejsca, choć zasadniczo każda cząstka tej ziemi została już opanowana przez głodnych atrakcji przybyszów. Są jednakże takie miasteczka, do których trzeba wracać. Mam na myśli przede wszystkim San Gimignano, położone między Florencją i Sieną, serce Toskanii, o zwartej zabudowie, przeniknięte światłem i surowością przeszłej politycznej i ekonomicznej wielkości. Dawniej nazywano je Citta di Silvia, nieco później Libbiano, Larniano, Racciano. Ostatecznie ostała się nazwa "San Gimignano", związana ze św. biskupem z Modeny. W ciągu dnia panuje tutaj znaczny tłok. Kościoły, kawiarnie, najmniejsze zaułki zajęte do ostatniego miejsca. Przypuszczam, że winę za to ponosi atmosfera miejsca i światło, wydobywające się niemal z każdego fragmentu przestrzeni. To - pamiętajmy - fragmenty romańskie, a więc podatne na grę ciemności i jasności, dnia i nocy. Ale późnym wieczorem wszystko się zmienia. Jednodniowi łowcy wrażeń opuszczają miasteczko, które dopiero wtedy odzyskuje swą naturalną perspektywę i średniowieczne bogactwo. I mimo zapadającego mroku spoglądam z podziwem na stłoczone i wpatrujące się w siebie wieże - chwałę San Gimignano. Nie spierajmy się o ich ilość, ważne że są i wzbudzają zachwyt. Nie widzę w nich okien, bo zostały zbudowane raczej z rodowej dumy, z potrzeby schronienia, wobec nieustannie toczonych wojen, aniżeli z określonych potrzeb gospodarczych czy estetycznych. Miały być widocznym znakiem zamożności, politycznej i społecznej potęgi, ale może był to także gest "artystycznej próżności", który odzywa się szczególnie w chwilach ekonomicznego dostatku. Niestety, zaraza w 1348 roku, jak i zmiana pielgrzymich tras przyczyniły się znacznie do upadku potęgi miasta. Nie straciło ono jednak swej wyjątkowości. Ocalałe z wielu wojennych zawieruch przyciąga cały świat. Stało się też miastem literackim, opisywanym i wielbionym przez wielu. Wspomnę tylko Jarosława Iwaszkiewicza, który nie mógł opanować tutaj swych najskrytszych emocji. Odblaski owych doświadczeń znajdują się na wielu stronach jego książek. Zresztą, tuż przy kościele św. Augustyna wypełnionymi wspaniałymi freskami Benozza Gozzoli, na ścianie najbliższego domu odkryłem małą tabliczkę, przymocowaną do muru czterema metalowymi żabkami, poświęconą polskiemu poecie. Ktoś, kto zapewne znał osobiście Iwaszkiewicza ją tam umieścił. Kim był - trudno dociec, tym bardziej, że daty życia autora "Brzeziny" zostały błędnie podane. Napisano bowiem "POETA POLACCO (1894 - 1976)", choć śmierć poety nastąpiła w rzeczywistości 2 marca 1980 roku. W każdym razie "kochane San Gimigniano", jak pisał Iwaszkiewicz w jednym z listów do żony, stało się trwałym elementem, z którym borykała się artystyczna wrażliwość pisarza. I sam dobrze to rozumiem, gdyż i mnie opanował "syndrom Gimigiano". W tym roku przyjechałem tam w późne popołudnie. I ku wielkiemu zaskoczeniu cudowna XII-wieczna kolegiata była całkowicie pusta. Mogłem więc zanurzyć się w świat fresków Bartolo di Fredi, Barny da Siena i Ghirlandaia. To cała historia Starego i Nowego Testamentu - księga cudu stworzenia, siły grzechu i smaku odkupienia. Najdłużej wpatrywałem się w "Ukrzyżowanie" Barny da Siena. Imponujący to fresk, realistyczny, pełen malarskiego żywiołu i ruchu. Dlatego patrzę na Jezusa z pokorą i drżeniem serca. Jakbym wcale nie opuścił kolegiaty, jakbym mieszkał w San Gimigiano.
Toskania to mozaika krajobrazowych kolorów. Chyba nigdzie na świecie nie spotykamy się z tego rodzaju malarskim układem przestrzeni. Każde spojrzenie buduje obraz. Nie potrzeba farb ani pędzla, wystarcza tylko wzrokowa wrażliwość. Nic dziwnego, że artyści niemal z całego świata pędzą w owe strony, aby odtwarzać gotowe już dzieła. Albowiem istnieje coś, co nazwano "toskańskim krajobrazem". Samodzielnie stojące domy, otoczone winnicami, polami oliwek, scalone smukłymi cieniami cyprysów, które niczym średniowieczni zakonnicy strzegą sekretów tej ziemi - oto trudne do opisania zjawisko. I słońce - niebieski impresjonista, które należy traktować jako ostatecznego projektodawcę całości. Bo oto nagle wyłania się z zielono pofałdowanych wzgórz fasada prywatnego kościoła-kaplicy, a nieco dalej otoczone smugą cyprysów zabudowania opuszczonego przez mieszkańców rolniczego siedliska. Wszystko obramowane żółcią i brązem. Od razu przypomina się malarstwo Józefa Czapskiego. Nie dziwię się zatem, że chrześcijańscy mnisi upodobali sobie toskańską krainę. Poszukując odosobnienia i duchowej czystości dostrzegli, że właśnie w niej będą mogli spełnić swe zadanie: uwielbienia Stwórcy i umocnienia siebie i innych w ewangelicznym stylu życia. Doświadczyłem tego w opactwie Sant'Antimo, leżącym w głębokiej dolinie, nie opodal Montalcino w Val d'Orcia. Zbudowane z kremowego trawertynu, być może z inicjatywy Karola Wielkiego, już z daleka zaprasza do uczestnictwa w ciszy i kontemplacji. Na centralnym miejscu, w wysokiej absydzie znajduje się krucyfiks, któremu zakonnicy oddają szczególną cześć, pochylając się przed nim niemal do samej ziemi. A śpiew gregoriański zdaje się stanowić niejako naturalny oddech tych, którzy odważyli się zajrzeć w to miejsce.
Śpiewają o nim
przewodniki i mapy zabytków,
ale turyści jakby zawstydzeni,
że takie piękno wciąż budzi oczy
i zdumiewa,
że można dotknąć czasu,
który zastygł w powietrzu
i widać, jak przesuwają się korowody
ulic, słychać krzyki sprzedających,
zakonnicy opuszczają krużganki,
by nieść światło wyżej,
a w abbazii di Sant'Antimo
żyje miasto, majestatyczne i przebiegłe,
w chwilach uniesień,
z dzwonem Savanaroli w środku
i moim pękniętym sercem.
Montalcino to miasto wina, szczególnie popularnego, drogiego i sławnego. Chodzi o Brunello. Siedziałem w kawiarni, która - co oczywiste - nosi nazwę Brunello i smakowałem owego niesamowitego trunku. Wydaje się on nieco przesadnie rozreklamowany, niemniej wywołuje odczucie duchowej łagodności i pogody ducha. Odwiedzenie jakiejkolwiek winnicy w regionie Chianti, leżącym między rzekami Arno i Ombrone, daje niezapomniane wrażenia. Sławne szczepy winne, chociażby Sangiovese czy Trebbiano Bianco rodzą wino szlachetne i czyste w swej klarowności. Dodaje ono uroku całej Toskanii, a połączone ze smakiem wywiedzionym z bliskości dzieł sztuki tworzy niezwykłą całość, której źródła mogą być tylko boskie. Naprawdę!
Duchem wciąż wracam do Florencji, obok której znajduje się na szczycie wzgórza kościół Monte delle Croci. Stojąc tuż przy nim można oglądać fascynującą panoramę Florencji, intrygującą zarówno w świetle dziennym, jak i nocą. Zresztą, to ulubione miejsce nie tylko rdzennych mieszkańców miasta, ale też i przybyszów ze świata. Tutaj również wspominam swoje największe odkrycie. Mam na myśli dzieła ceramiczne (choć nie tylko) rodziny della Robbia. Toskania została dosłownie nimi usłana. I wcale nie trzeba wędrować do wielkich miast Lucci, Sienny czy Florencji właśnie, by widzieć dzieła wspomnianego artystycznego klanu. W wiejskich romańskich kościółkach aż roi się od religijnych wizerunków przez nich wykonanych, obramowanych charakterystycznymi wieńcami z owoców i kwiatów. Zwłaszcza Lucę della Robbia należy uznać za geniusza. On to wynalazł szkliwą terakotę, która niebawem zrobiła zawrotną karierę. Rozpowszechniona przez florenckich rękodzielników stała się łatwo rozpoznawalnym znakiem Toskanii, tak jak oliwki i cyprysy.
Oby moje słowa nie rozpadały się, umiały wcześnie wstać, ująć za rękę i pocieszyć; oby brały w obronę i czekały, aż cokolwiek powiemy na powitanie.
Ewangelia przypomina słowo "prorok", dzisiaj zapomniane i zasadniczo już obce naszej religijnej wrażliwości. Zastąpiliśmy je innymi, na przykład, wróżbiarstwo, astrologiczna magia, futurologia. Tymczasem warto podjąć wysiłek, aby proroctwu i prorokowaniu przywrócić należne miejsce w wierze i konfesyjnym działaniu. Pamiętać, że prorok pozostaje świadkiem Boga żywego, żyje i głosi prawdę o ludzkim życiu, sensie historii, ostatecznym przeznaczeniu człowieka. W tym znaczeniu każdy chrześcijanin winien wypełniać funkcje prorockie. Jest to możliwe, albowiem otrzymaliśmy chrzest - sakrament wtajemniczenia chrześcijańskiego i w jego głębi możemy odpowiadać na znaki Bożej miłości. Nadto, Jezus posyła nas jak apostołów, abyśmy głosili wieść o szczęściu życia wiecznego. I paradoksalnie nakazuje całkowite ogołocenie z ziemskiego wsparcia: nie bierzcie laski ani pieniędzy. Samo moje słowo wam wystarczy. Nie martwcie się również, kiedy zostaną odrzucone wasze ewangelizacyjne wysiłki. Do przyjmowania słów zbawienia nie wolno przymuszać. Wiara wymaga wolnej i ufnej decyzji i świadomości, że być może trzeba będzie pozostawać wiernym słowu Bożemu aż po cierpienie i męczeństwo. Jeśli potrafimy przyjąć takie rozpoznanie, nasze religijne świadectwo wyda dobre owoce. I wówczas wywiążemy się z zadań, jakie stawia przed nami Chrystus - nasz Pan i Zbawiciel.
Nie mogę ogarnąć Toskanii w jednym błysku wspomnienia. Roztaczają się we mnie najróżniejsze obrazy, skrawki krajobrazu, cienie na murach i znaki etruskiej i rzymskiej przeszłości i naturalnie chrześcijańskie widzenie rzeczywistości. We florenckim babtysterium św. Jana przepędziłem niemal dwie godziny, zresztą w dzień swoich imienin. To budowla wcale nie antyczna, lecz w pełni średniowieczna. Jej tworzenie ukończono w 1128 roku. Najbardziej intensywnie wpatrywałem się w cykl mozaik umieszczonych w kopule baptysterium, w których części głównej widnieje 8-metrowa, nieco bizantyjska postać Chrystusa - władcy świata. Całość układu ikonograficznego tworzą rzędy scen anielskich, odtwarzających stworzenie świata, epizody z życia św. Józefa, Chrystusa, św. Jana Chrzciciela i sądu ostatecznego. Budowa tego arcydzieła chrześcijańskiej kultury trwała ponad sto lat. Niestety, trudno dzisiaj rozpoznać którzy z florenckich (i nie tylko) artystów w rzeczywistości brali udział w pracach. W każdym razie musieli oni znać i propagować styl wypracowany przez mistrzów bizantyjskich. Ten sposób twórczego działania na pewno ujął Giotta, jak też Coppo da Marcovaldiego, więc zapewne i oni uczestniczyli w tworzeniu owego cudu mozaikowego. Zyskał on charakter narracyjny, fabularny. Zachęcał wówczas i zachęca współcześnie do tego, aby zanurzyć się w treści niesione przez biblijne wyjaśnienie kosmicznej rzeczywistości. I zawierzyć Boskiej tajemnicy. Szkoda tylko, że to duchowe przesłanie przenikające mozaiki nie pobudza już dzisiaj wyobraźni, gdyż sama Biblia tylko dla niewielkiej liczby osób stanowi przedmiot codziennych medytacji. Skoro bowiem w przyszłej konstytucji europejskiej zabrakło odwołania do Boga, znaczy to, że europejscy prawodawcy utracili poczucie historycznego realizmu i niewiele rozumieją z tego, co rzeczywiście zbudowało gmach europejskiej samoświadomości. Powinni zatem raz jeszcze zajrzeć w toskańskie strony, gdzie Europa ukryła swe autentyczne źródła. I na zawsze zapamiętać, że to źródło tworzy wielkość.
Nie mamy obecnie nikogo, kogo moglibyśmy nazwać polskim Cosimo de'Medici.
Oby moje życie nie okazało się "stosem marności", jak powiedziałby Girolamo Savonarola. We Florencji, na Piazza della Signoria, gdzie spalono (przedtem powiesiwszy, co było - proszę wyobrazić - wyrazem życzliwości papieża Aleksandra VI) gorliwego dominikanina, uświadomiłem sobie, że nie można łagodzić radykalizmu ewangelicznego, ale też nie należy gardzić tym wszystkim, co niesie obarczone grzechem życie, że drogi ku Bogu rozchodzą się w różne strony, by ostatecznie spotkać się w Trójjedynej Miłości. Nikt z nas przecież nie zdobywa pewności, że podąża w dobrym kierunku. Z ciemności wynurzają się jasne znaki, z codziennego trudu i bólu. A radość, która zjawia się niekiedy to zaledwie przeczucie tego, co zapewnia Boża łaska. I tylko tyle wypada zanotować. Tylko tyle.
Jan SOCHOŃ
Ks. prof. Jan Sochoń. UKSW (ur. 1953 w Wasilkowie), historyk filozofii, poeta, krytyk literacki, publicysta i edytor; kierownik Katedry Filozofii Boga i Religii na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie; wykładowca historii filozofii w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym i na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Stale współpracuje z redakcjami "Nowych Książek", "Charakterów", "Recogito" (Paryż, pismo internetowe) oraz Polskim Radiem i Telewizją. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Warszawskiego Towarzystwa Teologicznego, Polskiego Towarzystwa Tomasza z Akwinu, Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, Towarzystwa Naukowego KUL oraz International Institute for Hermeneutics (Kanada). Autor wielu publikacji książkowych z zakresu filozofii, krytyki literackiej i literatury oraz wystaw fotograficznych. Ostatnio opublikował: Prawdę warto pokochać (Katowice 2002); ks. Jerzy Popiełuszko, Dobrego dnia! Myśli na każdy dzień roku (Częstochowa 2002); Porzucić świat absurdów. Z Mieczysławem A. Krąpcem OP rozmawia ks. Jan Sochoń (Lublin 2002); Przygodność i tajemnica. W kręgu filozofii klasycznej (Warszawa 2003) oraz tom poetycki: Gorycz (Pelplin 2003). Mieszka w Warszawie.
|

Na
zdęciu:
Bez tytułu
(San Gimigniano,
1999)
Fot.
Marek Wittbrot
|