
|
Czy Francuzi chcą reform?
Ainsi la France vit-elle sur une illusion,
qui n'apparaît qu'a la longue, et se manifeste
aujourd'hui.
Chantal DELSOL
Od 1 maja 2004 roku Polska należy do Unii Europejskiej. Proces akcesyjny nie był jednak dla Polaków na tyle czytelny, żeby bez problemu potrafili powiedzieć, do czego przystąpili, na jakich warunkach i, co najbardziej niepokojące, jak powinna przebiegać dalsza, europejska integracja? Słowem, kiedy zasady dla wszystkich członków Unii będą jednakowe?
Wydaje się, iż kondycja polityczno-ekonomiczna krajów, które przyjęły "dziesiątkę" nie jest zadowalająca. Nie sposób, w kilku słowach czy zdaniach, nakreślić obrazu sytuacji, jaka zapanowała w każdym kraju, ale chyba warto zatrzymać się chociażby na tym, czym żyje obecnie Francja. Czy postronny, zagraniczny obserwator jest w stanie zrozumieć francuską "odmienność", a w szczególności to, co dzieje się na scenie politycznej? Na ile francuski fenomen polityczny jest czytelny nie tylko dla obcych, ale i dla mieszkańców państwa, którego granice są zbliżone do heksagonu? Wnikliwi obserwatorzy politycznego życia "heksagonu" od dłuższego czasu dzielą się swoim niepokojem i martwią o przyszłość ojczyzny Woltera i de Gaulle'a.
Coraz częściej nad Sekwaną wyrażana jest opinia, iż nie dzieje się najlepiej, a nawet, że jest gorzej niż w wielu krajach dotychczasowej "piętnastki". Coraz częściej słychać głosy przestrogi. Bije się na alarm i powiada, że powietrze tutaj coraz cięższe, że lada dzień należy spodziewać się burzy, a nawet rewolucji. Trudno - jak się przypomina - lekceważyć historyczne fakty i na przykład nie pamiętać, że właśnie w chwili, gdy król postanowił przeprowadzić reformy, ruszyła największa fala niezadowolenia. Pochłonęła ona nie tylko króla, ale i wielu twórców oraz zwolenników rewolucji.
Niedawne wybory regionalne oddały władzę w ręce socjalistów, stwarzając, poza Alzacją, paradoksalny podział na rząd centralny, czyli prawicowy, oraz na ten bliższy wyborcy - lewicowy. To tak, upraszczając, jakby narodem rządziła prawica a prawicą socjaliści. Problemów zresztą nie brakuje, począwszy od kwestii relacji pomiędzy trzema religiami: judaizmem, katolicyzmem czy - szerzej - chrześcijaństwem, i islamem, a skończywszy na niebezpieczeństwie przeniesienia się konfliktu izraelsko-palestyńskiego na grunt francuski. Wszystkim niebezpieczeństwom z pewnością nie da się zapobiec. Nie zrobi tego ani minister, nawet spraw wewnętrznych, ani jego specjalne służby, ani też nowy minister finansów (a właściwie ten sam minister, tylko że w nowym przebraniu).
Pierwszoplanowi aktorzy, prezydent i rząd, są prawicowi i posiadają poparcie parlamentu, w którym prawica stanowi większość. Intencją rządzących jest przeprowadzenie reform zaniedbanych po długim okresie panowania socjalistycznego prezydenta François Mitteranda. W sukurs spieszą im dyrektorzy spółek, przeważnie międzynarodowych, którym przeszkadzają podatki, deficyt, zastój i wiele innych rzeczy. Po przeciwnej stronie znalazły się związki zawodowe, broniące interesów funkcjonariuszy i pracowników państwowych przedsiębiorstw. Za nimi: nauczyciele, różni "półetatowcy" i bezrobotni, którym zmniejsza się zasiłki, oraz tacy, którym odbiera się najmniejsze i najskromniejsze zapomogi. Tych ostatnich właściwie nikt nie broni. Jeśli jednak chce się zachować równowagę, nie wolno o nich zapominać. Mogą bowiem wkroczyć na "scenę" w najmniej spodziewanym momencie i zadecydować o przebiegu wydarzeń.
Reformy są niezbędne i należy je jak najszybciej wdrażać. Zaczęto je zresztą wprowadzać, lecz wywołały burzę protestów, strajków i niechęci. Przede wszystkim nie udało się porozumieć dwom głównym aktorom, a jednocześnie przeciwnikom. Czy zabrakło dobrej woli? W pierwszym akcie - skoro już jesteśmy przy teatralnej terminologii - w różnych częściach Francji mieliśmy sporo happeningów. Na ulicę wyszli ci, którzy bronili swoich przywilejów, czyli funkcjonariusze państwowi, jak i ci, którzy byli im przeciwni. Aby bałagan był jeszcze większy, manifestowali również obrońcy islamskich chust i taksówkarze sprzeciwiający się zmianie warunków otrzymywania licencji itd. Premier, choć oponował mówiąc, że "to nie ulica rządzi", musiał z wielu reform zrezygnować; wiele zaś przeprowadził tylko połowicznie.
Drugim aktem były wybory regionalne, po których interweniował prezydent i zapewnił, iż dopilnuje premiera w jego reformatorskich poczynaniach. Natychmiast zabrała głos również lewica, nazywając wyniki wyborów rachunkiem wystawionym za nieudane rządy prawicy. Postulowała ona zmianę premiera, nowe wybory do parlamentu i rezygnację prezydenta. Rezultat był taki, że... dwaj najbardziej atakowani ministrowie zmienili ministerialne "fotele" i nadal rządzą, tylko że innymi resortami. Zmiany więc okazały się "kosmetyczne".
Jaki - pyta wielu - będzie akt trzeci? Czy Francję rzeczywiście czeka rewolucja? Lęk społeczeństwa przed stałym wzrostem bezrobocia hamuje konsumpcję. To z kolei nie wpływa na wzrost gospodarczy, a bez niego - jak przekonują niektórzy - niemożliwy jest wzrost zatrudnienia. Stagnacja jest zresztą dużo bardziej kompleksowa; choćby dlatego, że wzrost gospodarczy dawno przestał być wektorem zatrudnienia. Kapitał i transakcje mają charakter wirtualny. Ich nieodłącznym towarzyszem stała się rosnąca korupcja. Znane dotąd, "korupcjogenne" domeny, takie jak świat polityki i biznesu, ciągle powiększają się o inne i zagarniają nowe sfery życia. Nawiasem mówiąc, dotyczy to zarówno Francji jak i wielu krajów Unii. Sama Bruksela próbuje tuszować nadużycia finansowe i defraudacje swoich funkcjonariuszy. Pamiętamy też, że nie tylko Francji i Niemcom nie udało się zachować umowy stabilizacyjnej, tzw. paktu stabilności, ale że już dołączyły do nich Anglia, Holandia i Włochy. Kto zatem będzie następny?
Zanik dawnych form i, jak się wydawało, sprawdzonych struktur dezorientuje społeczeństwo. Albowiem, przyzwyczajone do czytelnych i zrozumiałych układów, współczesne społeczeństwo zderza się z nieznanymi sobie, nowymi realiami i, nie mogąc doprowadzić do powstania stabilnej bazy, porusza się w nich jak w labiryncie. Patrząc na prezydenta odnieść można wrażenie, iż nie uświadomił on sobie jeszcze, że jego władza częstokroć jest iluzoryczna, a w każdym razie nieustannie ograniczana przez Unię. Jak pokaźny obszar władzy skupia Komisja Europejska w swoich rękach, przekonał się Jacques Chirac wtedy, gdy napotkał ze strony Komisji poważne utrudnienia na drodze realizacji swych przedwyborczych obietnic.
Odwlekająca się realizacja obietnic i wcześniejsza nonszalancja, szczególnie względem postulatów lewicy, powoduje, że po ostatnich wyborach regionalnych na arenie politycznej zawrzało. Widać już gołym okiem, że władza różnych prezydentów: państwa, regionu, kantonu itd., podział władzy na europejską, krajową czy regionalną, traci na wyrazistości i coraz mniej zależy od "krajowego" czy "regionalnego" centrum, a coraz więcej od Brukseli.
Gdzie zaczyna się jedna władza a kończy druga, kto i o czym może decydować, do kogo i z jakimi sprawami można się zwracać? - to najważniejsze dzisiaj kwestie do rozwiązania. Ogarnięcie i zrozumienie wszystkich zagadnień stało się dla zwykłego obywatela przysłowiową "czarną magią". Dla przykładu w regionie paryskim, mimo że rządzi deputowany socjalistyczny, wyborcy więcej głosów oddali na prawicę niż na lewicę. Społeczeństwo zdaje się niekiedy dostrzegać potrzebę reform i konieczność jak najszybszego ich przeprowadzenia, nie chce jednak, aby pod pojęciem reformy kryły się ograniczenia i cięcia socjalne, szczególnie dla najmniej uprzywilejowanych. Głosuje na prawicę, choć nie akceptuje "prawicowych" zasad. Z kolei prawica jakby nie chce wyciągnąć wniosków z własnych błędów i nie likwiduje u siebie podziałów, które w regionie paryskim uniemożliwiły zdobycie najważniejszego stanowiska.
Czego zatem oczekiwać? W trzecim, być może ostatnim akcie premier znowu wyjdzie z propozycją reform. Trudno jednak będzie je wprowadzić z powodu sprzeciwu związków zawodowych, a także utrudnień ze strony Unii. Pozostaje wciąż do rozwiązania ideologiczna kwestia reformy kraju, a konkretnie, możliwości zreformowania Francji bez ryzyka wybuchu rewolucji.
Kolos na glinianych nogach, jakim obecnie jest Francja, żyje iluzją dawnej świetności. Czas, gdy rola kultury i języka francuskiego była ogromna, już się skończył. Pozycja polityczna na arenie międzynarodowej znacznie spadła. Z potęgi ekonomicznej coraz bardziej przemienia się w karła. Coraz mniej powodów ma do dumy ze swoich osiągnięć naukowych czy kulturalnych. Jednak elity rządzące jakby tego nie dostrzegają, jakby wciąż żyją przeszłością. Francja przeżywa i kultywuje swoje iluzje. Wydaje się, że jej obywatele jeszcze nie otworzyli wystarczająco szeroko oczu, aby dostrzec prawdę o tym, co ich otacza, jak i prawdę o sobie. Coraz bardziej staje się oczywiste, że nieudolni politycy i monopolistyczni technokraci powinni odejść. Na horyzoncie pojawia się już nowa grupa, nęcąca wyborców hasłami odnowicielskimi Republiki. Niestety nowe propozycje nie wiążą się z taką ideą człowieka, która nie rozdzielałaby:
corps, âme i esprit.
Można śmiało powiedzieć, że Francuzi oczekują takich zmian, które uwzględnią potrzeby najliczniejszej grupy społecznej a jednocześnie uchronią przed katastrofą. Francuskie elity jednak nie wiedzą, co robić. Rządzący - jak się często powtarza - nie powinni ignorować sytuacji ekonomicznej, kulturalnej czy wręcz mentalnej obywateli. Czy jednak we Francji reformy są możliwe do przeprowadzenia?
Jerzy MIKOLUC
Jerzy Mikoluc. Urodził się w Opolu. Studia humanistyczne odbywał na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i na Uniwersytecie Jagiellońskim, zaś filozofię i politologiczne na Uniwersytecie Paryskim. Działa we francuskich organizacjach pomocy humanitarnej.
|

Na
zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż, 2004)
Fot. Michael Wittbrot
|