Toskański dziennik z życia (3)

ks. Krzysztofowi Niedałtowskiemu,
z podziękowaniem

Siedzę na Piazza della Signoria i rozmyślam o Savanaroli, którego „duchowe piętno” wyczuwa się tutaj niemal na każdym kroku. Dlaczego tak dramatycznie zakończyło się jego życie? Bo, jak wiemy, 23 maja 1498 roku spłonął ów nieumiarkowany i nieszczęśliwy prorok florencki, by powtórzyć za ks. Januszem St. Pasierbem. Początkowo przecież nic nie wskazywało, że pragnienie religijnej odnowy życia może doprowadzić do jawnego wewnątrzkościelnego konfliktu. Savanarola zauważał to tylko, o czym mówiła florencka ulica, a więc zbytek rzymskiej kurii, lekceważenie obyczajów ludowych i ludowej pobożności, w tym lokalnych świętych albo przykładanie nazbyt wielkiej wagi do karnawału, który niebawem ortodoksyjny dominikanin przeobrazi w święto pokuty, pochody biczowników i krwawą ascezę. Sprawi, że na placu przed Signorią dość często ustawiać będzie się stosy w kształcie piramidy o siedmiu kondygnacjach, symbolizujące siedem grzechów głównych, i umieszczać na nim klejnoty, wytworne stroje, dzieła „pogańskie”, książki i nieprzyzwoite obrazy oraz portrety kurtyzan. Zwróci się również Fra Girolamo przeciw pogańskiej mądrości, jak i przeciwko Dantemu, którego „Boską Komedię” czytano i komentowano w katedrze florenckiej jako „piątą ewangelię”. Powodzenie tego arcydzieła było już wówczas olbrzymie. Podobną sławą cieszyła się „Powieść o róży”, dzieło dwóch autorów, Wilhelma z Lorris i Jana z Meun. Dzięki tym utworom narodziła się krytyka literacka, to znaczy, jak zaznaczają badacze, jednocześnie pewna świadomość estetyczna i zmysł przeszłości, zmysł historii i poczucie nowoczesności. Ksiądz Janusz St. Pasierb w swej pracy doktorskiej poświęconej kulturze renesansowej przypomniał, że Savanarola uznał za niewłaściwe cytowanie poetów w kazaniach i niebezpieczeństwa widział nie tylko w kontemplacji piękna literackiego, ale i w piękności żywych ludzi: kobiet i chłopców – wreszcie w pięknie sztuki. Problem polegał bowiem na trudności rozstrzygnięcia, czy piękno prowadzi do Boga, jak twierdzili neoplatończycy, czy też odwraca od Niego uwagę i przykuwa do rzeczy zmysłowych. Walka między religią ukrzyżowanego Chrystusa a pogodnym moralizmem humanistów była właściwie nie do uniknięcia. „Piety” Michała Anioła opowiadają i streszczają jej historię – od uśpionego, spokojnego piękna „Piety” watykańskiej po poszarpane i kalekie kształty „Piety” Rondanini. 
Czy obecnie wskazane problemy nie wywołują już ostrego przycięcia warg? Czy ówczesny dramat epoki, rozdartej pomiędzy średniowieczem a starożytnością, pomiędzy „grecką mądrością” teologii pogańskiej a „nauką o krzyżu” ugruntowaną w średniowiecznej pobożności – pozostaje i naszym, współczesnym niepokojem? Autor „Zdejmowania pieczęci” zapewne odpowiedziałby twierdząco. Wystarczy zajrzeć do któregokolwiek zbioru jego wierszy, aby o tym przekonać się. A proroctwa Savanaroli wciąż znajdują naśladowców, choć nie wypada liczyć na pojawienie się blasku płonących stosów. Tym bardziej, że dominikanin przez sztukę potępiony, został przez nią również zrehabilitowany i jego portret umieścił z poważaniem Rafael w swej „Adoracji Najświętszego Sakramentu”. Tak więc ideologia „piagnone” nie rozproszyła się w historycznej nicości. Obecne polskie spory o społeczne wpływy medialne świadczą o tym wyraźnie. Głos Savanaroli nie milknie...


Krajobrazy Toskanii wywołują duchowe napięcie, któremu dorównać mogą jedynie nastroje muzyki Mozarta. Przenicowane słońcem wzgórza zmuszają niemal do zmrużenia oczu, wywołując w ten sposób szybki ruch pamięci, jeszcze bardzo młodej, magazynującej dopiero niedawne przeżycia. Skupienie w nieznacznej od siebie odległości tak wielu arcydzieł chrześcijańskiej kultury sprawia, że odnawiają się historyczne wydarzenia, o których zapomniałem, wzmaga się swoista zazdrość, bo przecież jakże nie zazdrościć takiego cudu, który przetrwał dziejowe kataklizmy i nie daje się opanować ponowoczesnym projektom egzystencjalnym. Odczuwam z tego powodu (jeszcze dzisiaj) dziwną melancholię i ukojenie wewnętrzne.


Oglądając „Madonnę z płaszczem ochronnym” – Domenica Ghirlandaia pomyślałem o siostrze Faustynie, propagatorce Bożego miłosierdzia. Dlaczego? Albowiem fresk nawiązuje do ówczesnej praktyki prawnej, zgodnie z którą ludzie wpływowi i zamożni udzielali osobom pokrzywdzonym i prześladowanym schronienia „pod swoim płaszczem”. Z tego właśnie zwyczaju wytworzył się w XIII wieku sposób malowania madonn z płaszczem ochronnym. Ghirlandai nawiązał do tego rodzaju przedstawień. Maryja – Matka Miłosierdzia ma rozłożone ramiona, nad którymi roztacza się rozpostarty płaszcz podtrzymywany przez asystujące anioły. Pod nim artysta umieścił członków rodziny fundatorów, ale też postać Ameriga Vespucciego (1451-1512), odkrywcę i podróżnika. Ziemia amerykańska zawdzięcza mu swoją nazwę. Odwiedziłem zresztą miejsce jego urodzenia. Dom, w którym mieszkał został nie tak dawno odnowiony. Z daleka widać jaśniejący numer 21. Natomiast samo miasteczko jest bardzo maleńkie (obszedłem je dosłownie w dziesięć minut), senne i ciche, jakby opuszczone przez mieszkańców; nie opuszczone jednak przez Boże miłosierdzie


Byłoby dobrze, gdybyśmy wszyscy znaleźli się pod ochronnym płaszczem Maryi. Świat wypełniony jest przecież miłosierdziem, przekonywał Ghirlandai. Teraz przekonuje św. Faustyna, obdarzona również malarską wrażliwością religijną.

Któryś z mieszkańców Toskanii zebrał znalezione w okolicy fragmenty architektury etruskiej i umieścił je na frontonie własnego domu. W ten sposób powstała niezwykła etruska ściana, odsłaniająca nieco z tajemnic owego ludu, którego pochodzenie i organizacja społeczna wywołują obecnie spore kontrowersje. Zapewne około 1800 roku przed Chrystusem przybyli na tereny dzisiejszej Toskanii, zamieszkując teren pomiędzy doliną rzeki Arno i Alpami Trydenckimi na północy, a biegiem Tybru na południu. Czy byli to Italikowie posługujący się językiem indoeuropejskim, później zróżnicowani na Latynów, Umbrów i Samnitów? – nie wiadomo. W każdym razie od końca VI wieku istniała już Liga 12 miast etruskich, o charakterze religijno-kultowym, choć zapewne i decyzje polityczne w niej musiano podejmować. Być może jednak Etruskowie wcale nie pochodzili z Lidii, jak sugerował Herodot, lecz byli starożytnym ludem, osiadłym na terenach dzisiejszych Włoch jeszcze przed najazdami indoeuropejskimi i sami w epoce przedneolitycznej i w epoce brązu zbudowali własną cywilizację. Jej „znaki obecności” – co charakterystyczne – odnajdujemy tylko w Italii. Język, jakim posługiwali się pozostaje czymś równie tajemniczym. Nie był to na pewno język indoeuropejski, lecz jakiś „odmienny”. Ich alfabet nie przypomina żadnego znanego greckiego alfabetu zachodniego, gdyż posiada trzy spółgłoski syczące pochodzenia fenickiego: samech, sade, szin. Nie utworzyli też państwa, we współczesnym sensie tego określenia, raczej na wzór grecki – różne miasta-państwa, na których czele stali królowie, sprawujący także funkcje kapłańskie. Później władza przeszła w ręce arystokracji bądź oligarchii. Niestety, brak narodowej jednolitości, rozproszenie ośrodków kierowniczych, wreszcie wzrastająca potęga świtającej rzymskiej kultury sprawiły, że Etruskowie zostali pogrzebani w toskańskiej ziemi. Obecnie mamy z nimi kontakt tylko poprzez znaki w niej ukryte.


W jednym z zamków toskańskich, mianowicie, Castello di Albola poznałem Rüdigera von Pachelbela, niemieckiego dyplomatę i znawcę światowych religii, który z nieukrywaną dumą pokazywał fragmenty architektury etruskiej zachowane w podziemiach zamku, a w pobliskim ogrodzie znajdującą się stallę z delikatnie zarysowanym profilem sowy. Miałaby to być pozostałość etruska. Takich znalezisk można byłoby odnaleźć zapewne więcej. Tym bardziej że światowa etruskomania wcale nie zmiejsza się, lecz raczej wzmaga. Wrzawę powiększają tzw. idole masowej kultury, w rodzaju muzyka i piosenkarza Stinga, którzy nie tylko znajdują upodobanie w toskańskich krajobrazach, zamieszkując pośród nich pewną część roku, ale organizują kampanie reklamowe, na przykład zbierając fundusze na renowację i oczyszczenie sławnego „Dawida” Michała Anioła. Przyznaję, że to marmurowe arcydzieło, mimo wielkiej popularności sprowadzającej je do „ponowoczesnej ikony”, wciąż wywołuje ogromne wrażenie, choć zatarła się obecnie jego polityczna wymowa, która za czasów florenckiej republiki należała do społecznej oczywistości. To, dodajmy za historykami sztuki, pierwsza wolno stojąca rzeźba nadnaturalnej wielkości od czasu starożytności – symbol republikańskiego ducha Florencji.


Ówczesna Florencja – bogata i silna, wciąż była narażona na najróżniejsze niebezpieczeństwa. Z jednej strony pretensje wnosiło księstwo Mediolanu i Republika Wenecka, z drugiej zaś państwo kościele i królestwo Neapolu. Oprócz mądrości rządzących miasto potrzebowało wojskowej ochrony oraz odpowiedniej symboliki. I właśnie bohaterowie biblijni mogli spełniać takie funkcje. Dlatego Judyta i Dawid stali się natchnieniem artystycznym zarówno dla Donatella, jak i Michała Anioła. Nie dziwię się , że ci, którzy zdobyli władzę natychmiast każą budować dla siebie wieże. Pewien markiz z Ferrary zażyczył, aby do wzniesienia własnej warowni, zwanej Wieżą Zbuntowanych użyć kamieni ze zburzonych pałaców wrogich mu rodów, które pokonał.

Herbert gdzieś wspomniał, że literaci wielu narodów produkują dzisiaj powieści wskrzeszające tragiczne dzieje poprzedników Rzymian. Zwłaszcza – co podkreślam – amerykańskie pisarki turystyczne lubują się w tego rodzaju pisaninie. Niemniej, sam poeta pozostaje przeciwieństwem wspomnianej aktywności. Jego „Labirynt nad morzem” należy do książek wybitnych i – co ważne – interpretacyjnie ostrożnych.


Dzieła greckich mistrzów filozofii dotarły do Europy dzięki zabiegom translatorskim autorów arabskich, wysiłek Boecjusza i twórców renesansowych. We Florencji wielkim uznaniem cieszyły się dialogi Platona. Dlaczego? Otóż, niejaki Manuel Chrysoloros, grek z pochodzenia otrzymał zaproszenie, aby wygłosić cykl wykładów poświęconych myśli platońsko-neoplatońskiej Odtąd neoplatonizm (także dzięki twórczości Georgosa Gemistosa Plethona, który napisał dzieło o „Różnicach między Platonem a Arystotelesem”) zakorzenił się wyraźnie we floreńskich elitach intelektualnych, skupionych zwłaszcza wokół młodego Cosima de’Medici. Ośrodkiem popularyzującym greckie dokonania filozoficzne stał się wówczas klasztor kamedułów, Santa Maria degli Angeli, położony w górach Casentino, którego przeorem był Ambrogio Traversari, odgrywający czołową rolę podczas soboru we Florencji, znający (co było wtedy rzadkością) zarówno język grecki, jak i łaciński. Nic zatem dziwnego, że i kwestia jedności chrześcijańskich kościołów – greckiego i katolickiego należała do pierwszoplanowych. W 1437 roku Cosimo de’Medici wziął udział w soborze w Ferrarze, gdzie poznał greckich uczonych, zaprosił ich do Florencji, aby mogli kontynuować prace soborowe (zakończyły się one niestety fiaskiem) i w ten oto sposób także refleksja platońska zyskała swe nowe miejsce rozkwitu. Powstała więc Akademia Florencka, wybranek Cosima Marsilio Ficino (1433-1499), przyszły kapłan, przetłumaczył i rozpropagował dialogi platońskie, próbował łączyć je z ideami chrześcijaństwa, przeciwstawiając się wyraźnie naciskowi wpływowego wtedy jeszcze awerroizmu; artyści, chociażby Botticelli czy della Francesca również poczęli odwoływać się w swych dziełach do platońskich wzorów. Nie zapoznano naturalnie zdobyczy filozofii Arystotelesa, o czym świadczy między innymi „Szkoła Ateńska” Rafaela, prezentująca syntezę tych dwóch arcydzielnych wizji, co ze współczesnego punktu widzenia nie wymaga już żadnych uzasadnień. W każdym razie ocalono wielkie projekty greckiej kultury, które do dzisiaj służą całemu zachodniemu światu. Natomiast pragnienie religijnej jedności zostało zaprzepaszczone. I to wcale nie z powodów jakoby niemożliwych do uzgodnienia treści doktrynalnych, lecz z racji ambicjonalno-obyczajowych. Marek z Efezu, przedstawiciel grecko-prawosławnego kościoła, który jako jedyny nie podpisał dekretu o zjednoczeniu, stwierdził, że jeżeli to nastąpi, wówczas rzymscy katolicy zmuszą kler wschodni do zgolenia bród z podbródka. Czyż można wyobrazić sobie Boga bez brody? 


Jakże to przygnębiająca historia. Świat nadal jest podzielony na Wschód i Zachód. A postulowana jedność nadal nie znajduje dogodnych warunków urzeczywistnienia, aczkolwiek wiele duszpasterskich posunięć Jana Pawła II przypomina nieco działania patriarchy Józefa II, dzięki któremu 5 lipca 1439 roku doszło do podpisania (nigdy nie zrealizowanego) dekretu o zjednoczeniu kościoła wschodniego i zachodniego. Nie opuszcza mnie jednak nadzieja, że ten cud nastąpi, choćby w dalekiej przyszłości. I żaden zarost nie będzie świadczył przeciwko czemukolwiek i komukolwiek.


Florencja to również miasto żywiołu zabawowego. Tradycje urządzania wyrafinowanych i subtelnych artystycznie maskarad i karnawału sięgają czasów panowania Cosima II Vecchio. Wtedy z okazji na przykład wizyty papieża albo uroczystości ślubnych bądź żałobnych znamienitych władców, a nawet artystów organizowano najprzedziwniejsze i bardzo wystawne miejskie spektakle. Bo dosłownie całe miasto stawało się jedną wielką sceną. Ogromne dekoracje (na ogół z papieru), przy tworzeniu których pracowali najwybitniejsi twórcy, na przykład Andrea del Sarto, Iacopo Sansovino czy Baccio Bandinelli, ustawiano na głównych ulicach. Przedstawiały one wydarzenia historyczne, niekiedy mitologiczne, religijne, zwłaszcza inscenizacje podróży Trzech Mędrców do Betlejem, ale też współczesne mające wydobyć na światło dzienne wielkość i powagę florenckich władców, zwłaszcza Cosimy I. Zatrudniano setki ludzi, aby mogły odbywać się przedstawienia teatralne, w tym również sztuki religijne, fajerwerki, pochody itd. – wszystko dla stworzenia wielkiego widowiska. Być może rozmyślając nad kwestiami reżyserskimi, wiążącymi się z organizacją florenckich maskarad, Giorgio Vasari pochodzący z Arezzo, a szerzej znany jako autor „Żywotów najsławniejszych malarzy, rzeźbiarzy i architektów”, choć przecież był twórcą wielu obrazów, fresków, rzeźb i dzieł architektonicznych, wymyślił termin „rinascimento” – renesans. Nie dziwmy się więc, że i dzisiaj Florencja tęsknie oczekuje czasu świątecznego, ogni sztucznych i jednodniowego świata na opak.


Nagość, zwłaszcza w sztuce i literaturze wywoływała i nadal wywołuje interpretacyjne kontrowersje. Tymczasem cała Toskania przepełniona jest artystyczną nagością. „Postać nagiego człowieka przewyższa szlachetnością wszystkie inne twory natury, ożywione i nieożywione” – pisał w 1532 roku Gianozo Manetti, zaś Angelo Decembrio dodawał: „nie ma lepszego malowidła ponad to, które przedstawia nagą postać ludzką”. Jednakże dla przeciwwagi przywołajmy „kłopoty” Michała Anioła. Jego „Sąd Ostateczny” aż roi się od „nieprzyzwoitej” nagości, która spędzała sen z oczu papieżom, zwłaszcza Pawłowi IV, który ostatecznie nakazał zamalować fragmenty tego arcydzieła. Na szczęście Jana Pawła II nagość nie tyle, że nie gorszy, ale wręcz zaprasza do medytacji i religijnych uniesień. Gdy więc przypatrywałem się postaciom nagiego Adama albo Jezusa w chwili chrztu, musiałem odpowiedzieć na błyskawicznie narzucające się pytanie: jakie przesłanie kryje się za tym zjawiskiem? Czy to jedynie wyraz moralnego zepsucia, jak zdaje się jeszcze i dzisiaj sądzić wielu odbiorców sztuki? Ale jakże łączyć przeżycie bezwstydu z postacią nagiego Chrystusa? Może więc należy piękno fizyczne związać z rozważaniem piękna duchowego. Tak proponował rzecz całą rozwiązywać ks. Pasierb. Za nim przytaczam zdanie Wergiliusza: „wdzięk cielesny nie ma w sobie nic trwałego i pożądanego, to jeśli przyłączy się do cnoty i jeśli nie popełnimy błędu w ocenie wartości obu, to zgodzę się, by to piękno nazwać ozdobą cnoty; która jest istotnie p r z y j e m n a  d l a  w z r o k u , jednakże krótkotrwała i krucha”. W pięknie zatem można widzieć, jak chciał Ficino, dowód na istnienie Boga. W Toskanii zdanie to nie domaga się uzasadnień. Równocześnie jednak muszę pamiętać, u progu Qauttrocenta ciało kobiece nabrało po raz pierwszy – w brązie i w marmurze – pełni swego wyrazu. Georges Duby napisał wprost, że tutaj kobieta nie zmartwychwstaje już, ale rodzi się. Przynosi nowym ludziom spokojną radość swego ciała.


„Prawdziwa samotność jest domem osoby, fałszywa samotność – schronieniem indywidualisty”, powtarzam za Mertonem, jakbym chciał potwierdzić tę życiową prawdę i odrzucić samotność indywidualisty, która czyha z wielu stron. I często nie pozwala zasnąć. Aczkolwiek we Florencji raczej nie miewam tego rodzaju dylematów. Nie sposób bowiem oglądać się na siebie i osobiste egzystencjalne błahostki, kiedy wokoło dzieje się i trwa zakute w bryle miasta i dookolnego krajobrazu piękno. Trzeba tylko podjąć wysiłek, także fizyczny, bo toskańskie temperatury sięgają nieraz 40 stopni Celzjusza, aby w nim uczestniczyć. Wystarczy wejść na przykład do kościoła Santa Felicità, który okazuje się najstarszym kościołem miasta. Jego początki sięgają bowiem aż IV wieku po Chrystusie. I tutaj w niewielkiej kaplicy Capponich znajduje się obraz ołtarzowy Jacoba Carruciego, zwanego Pontormo (1494-1556) „Złożenie Chrystusa do grobu”. Przyznam, że niewiele poznałem tak przejmujących i nowoczesnych w wyrazie dzieł. Artysta zapewne świadomie zrezygnował z jakiegokolwiek tła krajobrazowo-architektonicznego, całą scenę zawieszając w luźnej przestrzeni, można rzec, przestrzeni ducha. Stąd też nie bardzo wiemy, co w rzeczywistości tutaj dzieje się. To „treściowe niezdecydowanie” podkreśla manierystyczna kolorystyka, właściwie rzadko spotykana w przedstawieniach współczesnych Pontormo artystów. Bohaterowie sceny zostali ujęci w dziwnym zbiorowym kłębowisku, na podobieństwo tanecznego korowodu, w jakimś wewnętrznym uniesieniu, które nie zważa na to, co zewnętrzne, ale skupia się na ruchu myśli i serca. Odczuwałem pragnienie, by znaleźć się pośród żywiołowo i ekspresyjnie adorujących Chrystusa  uczestników wydarzenia, być może, zdjęcia z krzyża albo złożenia do groby. I wydawało mi się, że podtrzymuję (mając świadomość otrzymanego daru) martwe ciało Zbawiciela na swoich ramionach.


Zatrzymałem się w połowie ruchu warg, nie wiedząc, czy to sen czy jawa: dolina w popołudniowej sepii, z jaśniejącą w tle ceglatą hacjendą, zwróciła moją uwagę i okazało się, że nie mam już sił na jakąkolwiek walkę i że z radością zginę w tym blasku.


Mój brat Krzysztof powiada: Pielęgnuj swą wewnętrzną samotność, bo może okazać się, że to twoja jedyna rozmowa z Bogiem.


Prostota toskańskiego chleba, wina, oliwy i krajobrazu. Czuję się jakbym po raz pierwszy spojrzał na cud stworzenia. I poznał wszelkie lekarstwa życia.


Na wielu obrazach „Ostatniej wieczerzy”, które zaludniają romańskie kościoły Toskanii zawsze ta sama ikonograficzna prawidłowość: stary Piotr i młody Jan, tuż przy Jezusie, w świetle. A Judasz patrzy w ziemię. Jest w ciemności. Przejmujący nokturn światła i mroku.


S c e n a r i u s z    p r z y s z ł e g o   p o g r z e b u n a k r e ś l o n y   p r z e z    k s i ę d z a   P i o t r a   B o ż y k a


Tak będzie wyglądał mój pogrzeb,
tutaj w Milanówku, o zachodzie wieczoru,
w sutannie czarnej jak powołanie,
w otoczeniu bliskich i dalszych przyjaciół.

I niech nie śpiewa żadna łza,
 tylko ty, Janku, śpiewaj, by umocniły się więzy, którymi jesteśmy otuleni na zawsze,
jak to sobie Bóg zażyczył, i nie trwóż się, i módl.

Lipiec 2003

Niemal na każdej uliczce toskańskiego miasteczka spotykam przedstawienia Matki Najświętszej. Są albo wciśnięte w zakole centralnego placu albo umieszczone na ścianach domów. Wiele z nich to rzeczywiste arcydzieła religijnej i artystycznej wrażliwości. Można zresztą odpowiedzialnie powiedzieć, że Maryja stała się religijną bohaterką nie tylko włoskiego ludu, ale i włoskich malarzy. Wystarczy wspomnieć choćby mistrzów sieneńskich i florenckich XIV wieku albo dzieła Fra Angelica, Filippo Lippiego czy Rafaela Santi, który – przypomnę – stworzył pod 50 różnych kompozycji maryjnych. W galerii degli Uffizi  mogłem wpatrywać się w stworzone przez nich przejmujące wizerunki. Nie ma w nich ani śladu sztucznego patosu, lecz widoczna od razu zgoda artysty na współpracę z ewangeliczną wizją istnienia. A ponieważ Pismo Święte podaje kilka zaledwie wydarzeń z ziemskiego życia Maryi, przeto inwencja twórcza wydaje się być nieograniczona; zawsze jednak obramowana wyraźną dogmatyczną linią. Zauważyłem intrygujący paradoks, bo oto z jednej strony portrety odrodzeniowych madonn stanowią ucieleśnienie ideału macierzyństwa – ludzkiego i Boskiego, nawiązują do greckich, mitycznych wzorców ikonograficznych, do – określmy tak – świeckiego piękna, z drugiej zaś nigdy nie przekraczają dogmatycznej ortodoksji. Być może i dlatego wydarzenie wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny tak bardzo zajmowało artystów. Podobnie jak zajmuje współcześnie. Tradycja pierwszych wieków zatem wyraźnie wskazuje, że Maryja umarła. Nie była to śmierć z powodu naturalnej starości czy nagłego uderzenia choroby, lecz raczej był to wynik wewnętrznego pragnienia, by w niebie złączyć się z Boskim swym Synem. Jakie były okoliczności tej śmierci – trudno bliżej wyjaśnić! W każdym razie – jak wierzymy – Maryja została wzięta do nieba z duszą i ciałem, oczywiście, nie własną mocą, ale siłą Wszechmocnego. Nie oznacza to, że Maryja w fizycznym stanie znalazła się w niebie. Przestrzenne kategorie językowe, których używamy mają charakter jedynie metaforyczny. Sugerują natomiast, że ciało chwalebne Maryi przekracza widzialny, materialny porządek trwania. Stało się tak dlatego, że Maryja jest Matką Bożą, Niepokalanie Poczętą, niezrównanie świętą i otoczona miłością Syna „zasiada” obok tronu Syna w niebie. W ten sposób orzeka dogmat o cielesnym wniebowzięciu Maryi, ogłoszony przez Jego Świątobliwość Piusa XII, 1 listopada 1950 roku. Przedtem tak wyraźnie nie podkreślano tej kwestii. Pierwszy mówił o niej św. Grzegorz z Tours, w VI wieku. Jednakże w Kościele wschodnim święto Wniebowzięcia obchodzono już przed soborem efeskim (431 r.). W Kościele rzymskim zaś od początku VI wieku pojawia się w kalendarzach wielu kościołów pod nazwą: złożenie, zaśnięcie, transitus, przeniesienie lub wniebowzięcie; ta ostatnia nazwa na ogół przeważa. A więc i teraz uczestniczymy duchowo w święcie Matki zielnej, która raduje się w niebie cieleśnie i duchowo. Jeśli bowiem Eucharystia zapewnia ciałom chwalebnym szczególny blask, cóż powiedzieć o ciele Maryi, źródle i sanktuarium ciała Jezusowego? Czyż ciało Maryi nie jest poniekąd ciałem Chrystusowym? Chwała ciała Chrystusowego – pięknie zanotowano w jednym z francuskich podręczników dogmatyki – udziela się ciału Maryi jak płomień płomieniowi. Starajmy się więc, aby i nasze ziemskie postępowanie, w jasności owych płomieni mogło uczestniczyć, choćby grzesznie i nieudolnie. A wówczas wniebowstąpienie Maryi stanie się rzeczywistym znakiem naszej z Bogiem zażyłości.

Toskania podniosła mnie na duchu i już wiem, jak oderwać się od siebie i zetrzeć ślady grzechów. Trzeba zejść się wraz z apostołami u Jezusa. I w tej sakramentalnej przestrzeni pozostać już do śmierci. 


Ksiądz Piotr Bożyk mówi: nasze ciała promieniują, jakby objęły je ręce miłości. A ja dotykam rozpalonego czoła. Dziękuję za toskańskie i wszelkie dary...

Jan SOCHOŃ

Ks. prof. Jan Sochoń. UKSW (ur. 1953 w Wasilkowie), historyk filozofii, poeta, krytyk literacki, publicysta i edytor; kierownik Katedry Filozofii Boga i Religii na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie; wykładowca historii filozofii w Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym i na Papieskim Wydziale Teologicznym w Warszawie. Stale współpracuje z redakcjami „Nowych Książek”, „Charakterów”, „Recogito” (Paryż, pismo internetowe) oraz Polskim Radiem i Telewizją. Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, Warszawskiego Towarzystwa Teologicznego, Polskiego Towarzystwa Tomasza z Akwinu, Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, Towarzystwa Naukowego KUL oraz International Institute for Hermeneutics (Kanada). Autor wielu publikacji książkowych z zakresu filozofii, krytyki literackiej i literatury oraz wystaw fotograficznych. Ostatnio opublikował: Prawdę warto pokochać (Katowice 2002); ks. Jerzy Popiełuszko, Dobrego dnia! Myśli na każdy dzień roku (Częstochowa 2002); Porzucić świat absurdów. Z Mieczysławem A. Krąpcem OP rozmawia ks. Jan Sochoń (Lublin 2002); Przygodność i tajemnica. W kręgu filozofii klasycznej (Warszawa 2003) oraz tom poetycki: Gorycz (Pelplin 2003). Mieszka w Warszawie


29-3-1.jpg (41129 Byte)

Na zdęciu:

Bez tytułu 
(Florencja, 
1997)

Fot. Michael Wittbrot

.