Graniczne Progi - Limiares de Fronteira –Threshol 

Świat się wali
My mówimy o poezji

Na giełdzie życia
Nadzieja rozpacza
My marzymy

Wiatr rozwiewa diuny
Lecą lawiny

Bezpiecznie?
Chyba hen w przestworzach

Tu, nagle, kiełkuje ziele
Na kraterze

Czy globalizacja w skali światowej i Unia Europejska w skali europejskiej oznacza koniec emigracji? 
Z punktu widzenia rejestru cywilnego obywatela Europy – być może. Z perspektywy kulturowej, raczej nie.
Paulo Lemiński (wnuk polskiego emigranta i jeden z czołowych poetów brazylijskich) mówi o człowieku który staje się eks-obcym, czyli przedtem nim nie był. Można przecież być emigrantem we własnym kraju a zadomowionym w obcym, który wówczas staję się eks. Dlatego też warto zastanowić się przez chwilę nad słowem emigrant.
Emigracja to wielofarbny, wielokształtny fenomen. Emigrant to także ten, który przybywszy z zewnątrz stara się dotrzeć do wewnątrz nowej rzeczywistości. Ale nie zawsze. Polonijność może oznaczać śmierć emigranta, gdy on się w niej zamknie. Zaś śmierć polonijności otwiera dwie perspektywy: pasywną lub aktywną asymilację. A także semi-asymilację. Możemy uwzględnić jeszcze jedną perspektywę: poszukiwanie korzeni. W gruncie rzeczy emigrant pragnie być eks-obcym a nie wiecznym tułaczem. 
A to jest możliwe

gdy człowiek
pokazuje swe ludzkie oblicze
gdy przekracza próg
siebie samego
gdy do mnie wyciąga swą rękę

Gdy tego progu nie przekroczy pozostanie sobie i innym obcy. Być może ekonomicznie bogaty a uczuciowo biedny.
A więc tym najważniejszym progiem, który należy przekroczyć - „i iść w głąb”- Jan Paweł II - jest próg serca. I to nie tylko na emigracji ale także we własnym kraju.
Niemniej ważnym progiem jest próg kultury, próg sztuki. Słowo próg obrazowo mówi o tym, że przed nim i po nim może być inaczej. Przekroczywszy próg niesiemy innym to co nasze, głęboko nasze i jesteśmy otwarci na nowe.
Dlatego też wydaje się, że wkład kulturowy emigranta, nowego obywatela Europy a nawet całego świata, będzie zawsze aktualny, albowiem zawsze aktualny będzie też ten moment w którym człowiek w inności drugiego człowieka odkryje swoje własne człowieczeństwo. Inność kulturowa ułatwia to odkrycie. Polak odkrywający Brazylię a Brazylijczyk Polskę jest pod urokiem tej inności. Paradoksalnie, wydawałoby się, ona zbliża. Zbliża ludzi żyjących w świecie ekonomicznie i politycznie podzielonym. A także w tym na pozór unijnym. Zbliża biednych i bogatych, mniej lub bardziej wolnych. Niedawno zmarły Bobbio wyraził to krótko i węzłowato: „kultura łączy, polityka dzieli” Kultura jest bardziej bezinteresowna. W polityce przeważają racje stanu. Człowiek dzielący się dobrami kultury nie pozbywa się ich definitywnie. W polityce jest zawsze ryzyko straty. A to nieraz prowadzi do ksenofobii. Kultura (oczywiście z dużej litery) nie jest imperialistyczna. Nie zagraża Lebensraumowi innego człowieka.
Raczej go poszerza.
Podczas gdy ekonomiczna, polityczna i religijna (a raczej sekciarska) inność wynika na ogół z niesprawiedliwości, braku tolerancji, stosunku „lepszy-gorszy”, „my-oni”, inność kulturowa pozwala odkryć rewelacyjnie prostą prawdę: inni rasowo, etnicznie, społecznie są z tej samej gliny i z tą samą iskrą Bożą stworzeni „na obraz i na podobieństwo7'. Religia (także z dużej litery) to dążenie do re-ligare. Do połączenia. Do całościowej a nie fragmentarycznej wizji człowieka.
Wielki pianista Daniel Barenboim jest zaangażowany w akcji pojednania Izraelczyków i Palestyńczyków. Jest Argentyńczykiem, synem emigrantów. Gdyby wychował się w innym kontekście kulturowym, np. Bliskiego Wschodu, czy równie konsekwentnie dążyłby do pojednania?
Emigrant nie zbawi świata, ale jego otwarcie się na „inność” może odegrać niemałą rolę. To otwarcie emigrant (nie każdy!) osiąga kosztem procesu nieraz bardzo bolesnego rozdarcia. W tym jego „przewaga” nad nie-emigrantem, dla którego, wyrosłego w środowisku „normalnym”, dramat emigracji jest zupełnie obcy. Ale, być może, równie obca jest nowa wizja świata wynikająca z syntezy-wkładu emigranta-hybrydy prawdziwego obywatela świata. Bądźmy jednakowoż sprawiedliwi, wystarczy być czułym, współ-czującym obywatelem jakiegokolwiek kraju - a niekoniecznie emigrantem – by równie mocno szanować inność.
Graniczne Progi to jednocześnie bardzo osobiste odkrycia a zarazem nadzieja, że emigrant współbrat, nie tylko brazylijski, ale także innych krajów polskiej diaspory usłyszy w nich echa własnych przeżyć i doświadczeń.
I tak w wierszu

Cóż to za kraj
w którym przyjaźń jest Przyjaźnią
rodzina Rodziną
ziemia Ziemią
rzeka Wisłą
Amazonka Brazylią 

a każde spotkanie Spotkaniem?

Amazonkę może zastąpić Sekwana, Tamiza, Ren, Mississipi, Jordan, Tybr, każda rzeka-symbol świata. Decydujący, zawsze i wszędzie będzie ten już wspomniany próg serca. Trzeba odważnie go przekroczyć, albowiem bez progu, który dzieli nie byłoby progu, który łączy.
Mickiewicz wielki mistrz słowa (czyżby po Kochanowskim największy?) i Norwid wielki poeta myśli - przekroczyli ten próg.
Jednakże wkład Norwida emigranta jest, być może, większy i trwalszy albowiem jego myśl poetycka jest bardziej uniwersalna i nadal bardzo aktualna. Do tego stopnia, że Papież Poeta w swym liście do artystów całego świata właśnie cytuje Norwida.

Zanim współczesny filozof powiedział
„Czasy skończone! - historii już nie ma...”

(a są to słowa Norwida w wierszu „Czasy”) nasz poeta też go proroczo wyprzedził, gdyż filozof, jak gdyby natchniony norwidowskim duchem, zmienił zdanie i nieświadom tego powtarza końcowe zdanie wiersza:

„O! nie skończona dziejów jeszcze praca,
Nie przepalony jeszcze glob sumieniem...”

W Polsce i w Brazylii przede wszystkim, ale także w innych krajach, było mi dane spotkać serce. To mi pomogło zachować optymistyczne spojrzenie na świat i na ludzi, wiarę w Boga i wielką za to wszystko wdzięczność.
Graniczne Progi to także nadzieja, że uda mi się podzielić się z życzliwym czytelnikiem tym wszystkim, co je natchnęły.
Świat się wali... dlatego mówimy o poezji!
Dziękuje Polsce i Brazylii! Bóg zapłać!

Tomasz ŁYCHOWSKI

Tomasz Łychowski – poeta i malarz, członek rady wydawniczej i pracownik czasopisma „Projeções”, prezes Braspolu w Rio de Janeiro.

29-4-1.jpg (24998 Byte)

Na zdjęciu:

Bez tytułu
(Dordumersiel, 
2003)


Fot. Michael  Wittbrot


.