
|
Dom
Wchodząc schodami na piętro Jonasz wciąż jeszcze czuł gorzki zapach dzikiego ogrodu z jego tajemniczymi cieniami i niedopowiedzeniami, dlatego nie chciał rozmawiać z Marianną. Cóż, znają się krótko, a zaproponował jej to wspólne wyjście jedynie dla towarzystwa, wiedząc, że w piątkowy wieczór w pensjonacie już będą pustki i że nikt się tu nią nie zajmie. Była przecież gościem fundacji.
Wciąż przywoływał w myślach uroczą gospodynię dzikiego domostwa – jej krągłe ramiona obciśnięte czarną bawełnianą bluzką z dużym dekoltem w szpic i krótko ostrzyżone włosy z zabawnymi strzępami przy uszach. Lubił Karolinę. Cenił wprawdzie w wyglądzie kobiet długie, na pół rozplecione warkocze, lecz mało kto dziś takie nosił i nie uczesanie w jej osobistym uroku wydawało mu się najważniejsze.
Istotne coraz bardziej stawało się dla niego ciepło i macierzyńskie oddanie rodzinie – to przejmowało go do głębi. Nie znał tych uczuć, dlatego być może siedział godzinami wpatrzony w poruszające się usta Karoliny i słuchał opowieści o problemach w małżeństwie, o tym, jak karmi piersią bliźnięta i co gotuje na niedzielny obiad. Cóż z tego, że jej życie nie było poukładane tak jak by tego pragnęła, ale było. Miała męża, dzieci, mieszkanie, wystarczało im na wspólną codzienność. Minął rok, odkąd przygarnęli kilkoro znajomych z kraju, którzy tymczasowo znaleźli się w finansowych tarapatach. Zorganizowali im siedlisko niedaleko siebie, w opuszczonym domostwie z ogrodem. Byli razem, to się liczyło. Tam, blisko nich, Jonasz chciałby zamieszkać na stałe, chciałby mieć swój pokój do pracy i zauważoną co rano obecność. Pragnął widzieć mokre koszule wywieszone na balkonie po cotygodniowej przepierce i półkę z książkami, którą ona odkurzałaby własną ręką, dotykając przedmiotów jemu najbliższych. Tak wyobrażał sobie szczęście, które nie zostało mu dane. Miał inne życie.
Jonasz mieszkał sam, otoczony wielką biblioteką, stosami wycinków prasowych
i fotografii. Pisał niewiele, ale wciąż coś czytał i redagował, próbując
zdobyć jak najwięcej wiedzy o świecie, którego nie rozumiał. Nie pojmował
jego rachunków, jakie wystawiali sobie ludzie, obrażając lub lekceważąc
nawzajem swoją godność, okazując wyższość innym, zagrabiając cudze
mienie i pracę umysłu, czyli – mówiąc ogólnie – stosowali
przemoc. Próbował znajdować harmonię w pracy i w kontemplowaniu sztuki, ale
przeważnie czuł się bezradny wokół toczących się wokół zdarzeń.
Kolejni przełożeni przychodzili i odchodzili, co kilka lat zmieniał się
profil działalności fundacji, jednak problemy pozostawały, a najdokuczliwszym
z nich okazywała się samotność człowieka pytającego o prawdę, a nade
wszystko jego bezsilność wobec codziennego zmagania się o egzystencję,
bezsilność tak dojmująca, że prowadząca wciąż ku nowym, nie
wypowiedzianym pragnieniom.
Fundacja „DOM”, która zatrudniała Jonasza, wynajmowała od kilkunastu lat pokoje na biuro i mieszkania dla pracowników w pensjonacie przy rue Thomas Francine, dwie przecznice od cmentarza Montparnasse, gdzie można było spędzać na spacerach chmurne popołudnia listopada. Rozważania o przemijaniu stanowiły ważną cząstkę każdego dnia, który Jonasz rozpoczynał od zagłębienia się w mądrość Księgi. Potem dopiero, po skromnym śniadaniu i mocnej czarnej kawie zabierał się za redagowanie otrzymanych listów, próśb, zażaleń na niesprawiedliwość tego świata. Jego podstawowym zadaniem było redagowanie dwumiesięcznika o tym samym tytule co nazwa fundacji: „Dom”, bowiem jako jej cel naczelny ustalono psychologiczne i duchowe wspomaganie rodaków zagubionych w pierwszych miesiącach po opuszczeniu kraju.
Od dawna nie wydawano już książek, gdyż rada fundacji nie była w stanie zapewnić ciągłości istnienia wydawnictwu ani zdobyć nowych źródeł utrzymania pisma. Kryzys trwał od kilku lat. Brakowało pieniędzy na upowszechnianie wiedzy psychologicznej i terapeutycznej, cóż dopiero mówić o myśli filozoficznej czy refleksji o sztuce związanej z kulturą rodzimą potrzebującego wsparcia świeżo upieczonego Europejczyka przybyłego z polskiej rzeczywistości niespełnionego socjalizmu. Zdecydowanie lepiej wiodło się tym redakcjom, które skupiały się jedynie na aktualnych informacjach o sensacyjnym charakterze lub opisach miejsc cudownych, pielgrzymek czy festynów rodzinnych, a przede wszystkim na zamieszczaniu reklam.
Jonasz opracowywał materiały, które przysyłali mu dawni korespondenci, lecz czynił to bez przekonania, że przetrwa wraz ze swoim „Domem”. Czuł, że od dłuższego czasu traci grunt pod nogami, a nie miał się do kogo zwrócić o pomoc czy choćby duchowe wsparcie. To od niego wymagano pomocy. Zajmował się losem zapomnianych artystów i ich
nieodkrytego dzieła.
Kierował się intuicją odkrywcy. Zdarzało się, że trafiał w galerii lub pracowni na kogoś, kto swoim widzeniem poruszał jego wyobraźnię do głębi, miał coś istotnego do przekazania, a Jonasz otwierał się całym sobą na to nowe spotkanie, wracał do swojej samotni i pisał o odkryciu, z taką mocą wysławiając cudze poszukiwania jakby sam był ich współuczestnikiem. Potrafił współodczuwać i cieszył się, gdy jego obecność wyzwalała w innych szczerość wyznania. Słuchał w zamyśleniu, ważąc każde słowo i najmniejszy nawet gest.
Przychodziły mu jednakże ostatnio do głowy coraz częściej smutne myśli, że dziś niewielu ludziom potrzebna jest rozmowa o sztuce i jej wpływie na nasze życie – nie jakaś paplanina o telewizyjnych programach rozrywkowych, o namiastce, reklamie, lecz kształtująca postawę rozmowa o prawdzie, z której rodzi się piękno nie na pokaz, lecz wynikające z poświęcenia, ofiarności i żmudnej pracy artysty, z aktu metafizycznego doświadczenia. Z potrzeby zapisu pytania o sens własnego istnienia.
Teresa TOMSIA
Teresa Tomsia - autorka tomików wierszy („Czarne wino”, „Białe tango”, „Wieczna rzeka – Der ewige Fluss”, „Przed pamięcią”, „Piękniejsze – Schöner – C’est plus beau”). Mieszka w Poznaniu.
|

Na
zdjęciu:
Bez tytułu
(Paryż,
2004)
Fot. Michael Wittbrot
|