Bóg, Honor, Ojczyzna

Z Ryszardem CZUGAJEWSKIM rozmawia Marek WITTBROT 

Ryszard Czugajewski – inżynier, działacz społeczny, żołnierz Armii Krajowej, uczestnik Powstania Warszawskiego na odcinku „Czerniaków”, ze zgrupowania AK „Kryska”.
  
— Mając 17 lat brał Pan udział w Powstaniu Warszawskim. Jak po latach patrzy Pan na tamten czas?

– [...] Wybuch II wojny światowej, przeżycia bombardowań lotniczych i artyleryjskich w czasie oblężenia Warszawy, przysypanie w piwnicy w czasie bombardowania a później sroga okupacja niemiecka spotęgowały uczucia wobec ojczyzny. Lubiłem wojsko i garnąłem się do niego. Często obserwowałem z bliska wielogodzinne defilady wojskowe, urządzane na placu na Rozdrożu w Alejach Ujazdowskich z okazji rocznicy odzyskania niepodległości w dniu 11 listopada. Widziałem tam stojących przed głownią trybuną w błękitnych mundurach byłych powstańców 1863 roku... To wszystko odżywało na nowo w pamięci. Teraz nasze pokolenie przejmuje spuściznę po tych bohaterach tamtego powstania. Chociaż Niemcy zwyciężyli na wszystkich frontach i przesuwali się bardzo szybko w głąb Rosji, młodzież garnęła się do walki, aby jak najszybciej odzyskać niepodległość Ojczyzny. Taka myśl towarzyszyła wówczas mojemu pokoleniu. Budziła ona również bunt wobec okupanta, który stosował straszny terror. Aresztował inteligencję i księży i osadzał ich głównie w więzieniu na Pawiaku. Warto może wspomnieć, że w moim parafialnym kościele św. Trójcy w Warszawie pozostał tylko jeden stary i schorowany proboszcz ks. prałat Jan Tarnowski. Niemcy go zostawili, bo był zreumatyzowany, z trudem chodził i wskutek choroby miał dziwnie powykręcane ręce. Mimo tego stanu ksiądz Tarnowski jak najgorliwiej spełniał swoje kapłańskie posługi. Godzinami słuchał spowiedzi, bo penitentów było dużo, odwiedzał chorych, zanosił Komunię świętą, choć Niemcy zabronili mu opuszczać w tym czasie plebanię. Parafia się powiększyła, bo przybyli uciekinierzy z różnych zakątków kraju, ukrywając się tutaj przed Niemcami. Dlatego też - po śmierci księdza Tarnowskiego - nowy proboszcz ks. Prałat dr Stanisław Mystkowski - były profesor Seminarium Metropolitalnego i jego Viceregens - zorganizował w ramach Rady Głównej opiekuńczej pomoc materialną dla uciekinierów. Kościół był dla tych ludzi azylem a ks. proboszcz opiekunem i ojcem. Działalność kapłanów w tym trudnym dla udręczonego narodu okresie stanowiła najpiękniejszą kartę w dziejach mojej parafii. Niemcy byli czujni, więc wszystko było okryte tajemnicą. Społeczeństwo pogłębiało swoją więź z Kościołem, do którego garnęły się dzieci i młodzież. Kościół przejął nieomal całkowicie duchowe prowadzenie młodzieży. Tutaj uczono miłości Boga i Ojczyzny. Tutaj, w okresie załamania się Francji, kiedy hordy hitlerowskie zajęły część Afryki i doszły do Kaukazu a propaganda Goebbelsa trąbiła o „Victorii” na cały świat, wypisując gdzie się dało swoje pyszne „V” - w kościele właśnie umęczony naród odnajdywał siłę do przetrwania i oporu. Tutaj rodziła się pewność zwycięstwa płynąca z wiary w sprawiedliwość Bożą. Mówili o niej oprócz księdza Mystkowskiego również inni kapłani. Warto wspomnieć płomiennego kaznodzieję - człowieka o wielkiej duchowej kulturze, pisarza i poetę i żołnierze Armii Krajowej - ks. prałata Tadeusza Jachimowskiego który często przychodził do naszej świątyni i wygłaszał religijno-patriotyczne kazania. Dawny kanclerz pierwszej po odzyskaniu niepodległości Kurii Polowej W.P.. były kapelan I-go Polskiego Korpusu odznaczony Krzyżem Walecznych imponował nam swoją kapłańską postawą. Pełen prostoty, o ujmującym obejściu, wywierał na nas wielki wpływ. Później dowiedzieliśmy się, że był naczelnym kapelanem Armii Krajowej i zginął w pierwszych dniach Powstania. Podobno rannego Niemcy wrzucili w ogień płonącego budynku. Na kształtowanie patriotyczne młodzieży w tym czasie miał wielki wpływ ks. Stanisław Tworkowski - prefekt szkół warszawskich, znany nam jako ks. „Jacek”. O usposobieniu uczuciowym i poetyckim miał dar obcowania z młodzieżą, w której budził entuzjazm i wiarę w wyższe ideały życia. Pisał i wydawał różne publikacje o charakterze religijno-wychowawczym, między innymi mszalik „Ciebie Boga chwalimy”. Doskonały mówca, społecznik i organizator umiał oddziaływać na słuchaczy. Znał duszę polskiego żołnierza, sam od wczesnej młodości walczył o wolność i niepodległość Polski jako woluntariusz I-go Polskiego Korpusu. We wrześniu 1939 roku pełnił z innymi kapłanami - ks. Zbigniewom Kamińskim, ks. Stefanem Piotrowskim i ks. Stefanem Kowalczykiem - również byłymi kapelanami służbę kapłańską w obronie Warszawy. To wszystko, co przekazywali nam ci zasłużeni kapłani, chłonęła moja dusza. A w tej atmosferze wychowywała się polska młodzież. Miało to szczególne znaczenie, ponieważ Niemcy pozamykali wszystkie szkoły ogólnokształcące oraz szkoły wyższe i ta młodzież, która nie uczęszczała na tajne komplety gimnazjalne zdobywała dalszą wiedzę w Kościele, wpajaną jej przez dobrych, oddanych idei kapłanów.

– Dzisiaj [...] czy nie można mieć wątpliwości co do celowości tamtych działań?

  - Dzisiaj, po czterdziestu latach od czasu wybuchu powstania i trochę więcej od okresu niemieckiej okupacji, można stwierdzić, że nasze działanie nie poszło na marne. Wiadomo, że Powstanie Warszawskie przyniosło straszliwe ofiary, obejmujące 200 tysięcy poległych i pomordowanych oraz zniszczone zostało niemal doszczętnie miasto. Polacy walczyli sami. Chociaż nie złożyli broni od 1 września 1939 roku i byli wiernymi sojusznikami aliantów, nie otrzymali pomocy. Dziś można stwierdzić, że gdyby powstanie nie wybuchło, Warszawa również byłaby zniszczona jako miasto położone w strofie frontowej i którą Hitler polecił bronić jak twierdzy, określając ją „Die Festung Warschau”. Z pewnością ewakuowano by ludność ze stolicy, a mężczyzn osadzono by w obozach. Bunt, który powstał w sercach polskiego społeczeństwa i chęć walki i rozprawienia się z wrogiem przy nadarzającej się okazji zbliżającego się frontu wschodniego były następstwem po tych wszystkich mordach, których Niemcy dopuścili się na Polakach w więzieniu na Pawiaku, w Alei Szucha, czy w egzekucjach ulicznych. Jako uczeń Gimnazjum św. Stanisława Kostki na tajnych kompletach gimnazjalnych byłem w 1943 roku więźniem Pawiaka i widziałem okropności, jakie gestapo stosowało wobec Polaków. Obserwowałem również to, co działo się na ulicach Warszawy. Dlatego też rozpoczęta walka w Warszawskim Powstaniu – mimo że była prowadzona w osamotnieniu, wynikała z honoru Polaka i z wielkiego umiłowania wolności naszej Ojczyzny, którą nam wróg odebrał. Tak, jak 1 września 1939 roku cały Naród Polski stanął wiernie w obronie ojczyzny, tak samo w Warszawskim Powstaniu nie było nikogo, kto by się wahał, że tak należy postąpić i wziąć udział w walce. W okresie przedpowstaniowym nastąpił błyskawiczny rozwój życia konspiracyjnego, które ogarniało całe masy społeczeństwa i przez cały czas stwarzało dla okupanta nieustanny stan zagrożenia. Wiadomo dziś, że Niemcy w okupowanej Polsce musieli utrzymywać 974 bataliony, aby jako tako opanować sytuację. Wzmagające się coraz bardziej represje okupanta, niespodziewane rewizje, znęcanie się nad aresztowanymi w czasie śledztwa, torturowanie, wysyłanie do obozów zagłady stworzyły klimat, w którym Naród nieustannie walczył o swoją wolność, a tę walkę miał zakończyć zwycięsko w akcji „Burza” w Warszawskim Powstaniu.  

– Na Pawlaku był Pan trzy tygodnie, jak wyglądało życie w więzieniu?

– Do tego strasznego więzienia na Pawiaku dostałem się z obławy, którą Niemcy urządzili w dniu 1 sierpnia 1943 roku na rogu ulic Czerniakowskiej i Zagórnej. Najpierw zawieziono mnie do Komendy Żandarmerii niemieckiej, która mieściła się na ulicy Krakowskie Przedmieście i sąsiadowała z kościołem św. Krzyża. Najpierw sprawdzono nam dokumenty, a później po 20 osób ciężarowym samochodem siedzących po turecku na platformie zawieziono przez ul. Bielańską i żydowskie zburzone getto na Pawiak. Już na dziedzińcu więzienia widziało się - mimo nocy – grupy ludzi pod eskortą gestapo. Słychać było strzały za murami Pawiaka oraz ujadanie i warczenie wilczurów. Naszą dwudziestkę natychmiast popędzili do skrajnej klatki schodowej i do kondygnacji poniżej terenu. Tutaj naszą dwudziestkę wzięli w „obroty” Ukraińcy i pejczami zmuszali, aby biec do otwartej celi, przy której stał następny Ukrainiec i upychał w niej ludzi. Napchano do niej 126 osób. Najpierw zrobiono „porządek” ze wszystkimi rzeczami więźniów. Do celi wszedł Ukrainiec z wielką miednicą i rozkazał oddać wszystko co kto posiada, a więc: portfele, pierścionki, obrączki, zegarki i wszelkie inne rzeczy. Kto nie odda, będzie rozstrzelany. W oka mgnieniu napełniła się miednica kosztownościami. Za chwilę następna i zostały zaryglowane od zewnątrz drzwi. W celi było ciemno, a duży kubeł przeznaczony do czynności fizjologicznych szybko się napełnił i nieczystości szybko przelewały się na posadzkę. Współczułem tym współwięźniom, którzy musieli stać lub siedzieć blisko tego miejsca. Choroba żołądków zmuszała więźnia do takiej czynności. Upłynęło trochę czasu, który spędziłem na obserwacji nocnej dziedzińca Pawiaka, będąc uniesiony we wnęce okiennej, opierając się plecami o jedną ścianę a nogami o przeciwległą ścianę wąskiej wnęki. Widziałem, jak ciągle Niemcy dowozili nowych więźniów i słychać było strzelanie w gruzach getta. Zgrzyt odryglowanego zamka zmusił mnie do zeskoku z zajmowanej pozycji. Zapaliło się światło i Ukraińcy zaczęli odliczać 35 osób, które popędzili jak nie ludzi długim korytarzem. Ludzi tych nie widziałem już nigdy i krążyły później informacje, że dla rozluźnienia naszej celi te 35 osób poprowadzono w gruzy getta i tam zlikwidowano. W tej naszej dużej celi - mimo ubytku 35-ciu więźniów - było nadal ciasno. Spaliśmy więc albo na stojąco, drzemiąc i trzymając się rury, która była zamocowana nad głowami, albo w pozycji siedzącej na podłodze. Dopiero na drugi dzień dano nam 15 minut czasu i wszystkich popędzono do ubikacji, w której były chyba dwa „oczka” bez drzwi. Jeden drugiego popędzał, aby skorzystać z sanitarnego urządzenia, lecz niestety nie wszystkim się udało. Po jakimś czasie wyprowadzono nas na dziedziniec na świeże powietrze. Przyglądał się nam sam komendant gestapo. Wiem, że zwrócił na mnie uwagę, a razem z nim był... Ukrainiec z pochodzenia i mieszkaniec mojego domu - Czesław Łabęcki. To on chyba sprowadził obławę w dniu 1 VIII 1943 roku na ul. Czerniakowską, gdzie wówczas mieszkałem. Wizyta u komendanta gestapo na Pawiaku zakończyła się pytaniem: ile mam lat i usłyszałem: „Er kann arbeiten”. Po prawie trzech tygodniach pobytu w tym strasznym więzieniu zostałem przewieziony na ul. Skaryszewską 8, jadąc z Pawiaka przez Krakowskie Przedmieście, wiadukt Pancera i Most Kierbedzia. Ważne jest może to, że w czasie jazdy udało mi się wyrzucić trzy karteczki z numerem telefonu bliskich znajomych. Wszystkie trzy kartki z potrzebną informacją dotarły do miejsce przeznaczenia. Jak bardzo świadczyło to o wielkim skonsolidowaniu i jedności polskiego społeczeństwa, wrażliwego na los drugiego człowieka. Po kilku dniach udało mi się opuścić Skaryszewską 8, skąd wywożono do pracy przymusowej do Rzeszy. Dobiegały już końce wakacje. Na początku września rozpocząłem czwartą klasę gimnazjalną. Była lekcja historii lub polskiego z profesorem Wielgoszem. Każdy z uczniów opowiadał swoje wrażenia z wakacji i różne ciekawe wydarzenia, jakie zaszły w okupowanej stolicy. Tylko ja nic nie mówiłem. Dopiero na zapytanie prof. Wielgosza opowiadałem o swoich niezwykłych wakacjach. Lekcja odbywała się akurat w budynku stojącym przy wiadukcie Pancera, po którym przewożono mnie w sierpniu z Pawiaka na ul. Skaryszewską. Z okien mieszkania ucznia kol. A. Grabowskiego, wielokrotnie wcześniej, w czasie przerw między lekcjami, obserwowaliśmy transporty ludzi wiezionych na most Kierbedzia i na ul. Skaryszewską 8, skąd wywożono ich na roboty do Niemiec.  

– Na Pawiaku był Pan w 1943 roku. Czy już wtedy były jakieś przygotowania do Powstania Warszawskiego?

– Front wschodni był jeszcze bardzo daleko od granic Polski a Niemcy jeszcze zbyt silni. Jak wspomniałem wcześniej, w tym okresie nastąpił błyskawiczny rozwój życia konspiracyjnego. Młodzież oprócz nauki na tajnych kompletach gimnazjalnych lub w oficjalnych szkołach handlowych, na które zgodzili się Niemcy, stukała kontaktów wśród kolegów, aby zaangażować się do organizacji wojskowej. Również ja taki kontakt nawiązałem i oprócz nauki przechodziłem od maja 1943 roku szkolenie w szeregach Armii Krajowej. Spotkania odbywaliśmy w różnych punktach miasta. Raz na ul. Krochmalnej 89 a innym razem na Grójeckiej 24 lub na Grzybowskiej. Uczyliśmy się obchodzić z bronią, zapoznawaliśmy się z budową karabinu, rozbieraniem i składaniem jego zamka, przechodziliśmy szkolenie z zakresu musztry oraz przenosiliśmy rozebrane na części karabiny w różne wskazane punkty miasta, przewoziliśmy tajne gazetki itp. Nie trzeba wspominać, co by się stało, gdyby któregoś z nas złapali Niemcy, Dlatego też do tych czynności wyznaczano bardziej sprytnych młodzieńców. Szkolenie na tajnych spotkaniach wojskowych przysposabiało nas do walki. Wiadomo było, że czas porachunku nadejdzie, lecz nie wiedzieliśmy kiedy, należało to od ogólnej sytuacji, jaka wytworzyć się miała na frontach: wschodnim i zachodnim. Decyzja raz podjęta obowiązywała do końca wojny i tylko czekaliśmy na ten sposobny moment, jaki miał nadejść i o którym miał nań zakomunikować bezpośredni dowódca, którego znaliśmy tylko z pseudonimu. Chociaż nie byliśmy w tym okresie jeszcze pełnoletni i byliśmy młodocianymi żołnierzami walczącej Polski podziemnej, do udziału w walkach i pracy konspiracyjnej skłaniała nas złożona przysięga wojskowa wobec dowódców i kapelana: „W obliczu Boga wszechmogącego i Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej, będę stać nieugięcie na straży Jej honoru i wyzwolenia Jej z niewoli, walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary z mego życia. Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i rozkazom Wodza Naczelnego oraz wyznaczonym przezeń dowódcom Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny i tajemnicy dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało. Tak mi dopomóż Bóg”. Złożona przysięga wojskowa w prywatnym lokalu na pierwszym piętrze domu przy ul. Grójeckiej 24 udekorowanym biało-czerwonymi flagami, gdy ulice w tym czasie patrolowali niemieccy żandarmi, jeszcze bardziej podnosiła nas na duchu. Byliśmy gotowi i czekaliśmy z zapałem na odpowiedni sygnał do walki o wolność Ojczyzny. Z wielkim moralnym zobowiązaniem wchodził każdy żołnierz w szeregi Armii Krajowej po złożonej przysiędze. Nie zrażały go aresztowania, łapanki czy też publiczne egzekucje na ulicach miasta. Czuliśmy się pewnie wśród warszawskiego tłumu na zatłoczonych ulicach stolicy. W każdym przechodniu czuło się, że bije w nim to samo polskie i pełne patriotyzmu serce i widziało się w nim członka tego samego udręczonego narodu, który tak bardzo pragnie wolności.  

– Na temat Powstania Warszawskiego – nie całego powstania – napisał Pan piękną i wzruszającą książkę. Jest w niej wiele momentów chwytających za serce. Pokazał Pan barbarzyństwo i heroizm, śmierć i życie, chęć wydostania się z wojennego piekła. Jak to się stało, że tak młodzi ludzie odważyli się na tak wielką sprawę, wielkie bohaterstwo?

– Każda wojna przynosi cierpienie, udręki i śmierć. Druga wojna światowa rozpętana przez hitleryzm uderzeniem na naszą Ojczyznę w 1939 roku była niezwykle okrutna nie tylko dla walczących na froncie żołnierzy, lecz dla tych wszystkich, którzy byli Polakami. Ofiarę cierpienia i utraty życia ponosił każdy Polak bez względu na wiek. Wróg już od początku rozpoczętej okupacji wprowadził straszliwy terror, barbarzyństwo i śmierć, rozpoczął barbarzyński marsz na nasze polskie ziemie. Niemcy rozstrzeliwali za posiadanie broni, dokonywali egzekucji za zabitego Niemca. Szerokim echem po całej Warszawie rozeszła się wiadomość o tragedii w Wawrze, gdzie w okresie świąt Bożego Narodzenia niemiecki oficer, płk. Daume, jako odwet za zastrzelonego Niemca, polecił powiesić wielu Polaków. Z niemiecką okupacją w Polsce kojarzyła się śmierć, która czyhała na każdym kroku. Polacy, jako UNTERMENSCHEN szybko przeciwstawiali się działaniu okupanta. Gromadzono broń, powstał ruch oporu i podziemne Armia Polska. W okresie okupacji była ona czwartą, co do liczebności, wśród alianckich armii i była podziwem dla innych państw świata. Już w 1939 roku, na rozkaz marszałka Rydza-Śmigłego powstała organizacja wojskowa w Służbie Zwycięstwa Polska, z pierwszym dowódcą gen. Karasiewiczem-Tokanewskim, przekształcona niedługo w Związek Walki Zbrojnej, a następnie w Armię Krajową. Kościół uczył nas wiary i miłości. Miłości do drugiego człowieka, miłości Ojczyzny a przede wszystkim Boga. Nie uczył nas nigdy zadawania śmierci. Polskie sztandary, zawsze na przestrzeni, dziejów, zawierały trzy słowa: BÓG, HONOR, OJCZYZNA. Te wyrazy mocno są zakotwiczone w sercu każdego Polaka. Obserwując barbarzyńskie postępowanie wroga, budził się w narodzie heroizm walki i obrony Ojczyzny. Głęboka wiara wpojona przez Kościół nakazywała nam w tej walce wziąć udział, bo żołnierz polski zawsze występował jako człowiek nieustraszony, zdolny do walki w najtrudniejszych warunkach i nie dający się nigdy pokonać. Wielokrotnie rozbijany - nie załamuje się, przeciwnie - poniesione porażki czy nawet klęski pobudzają go jedynie do dalszej walki. Żołnierz polski poprzestaje na małym. Potrafi się obywać bez chleba, wody i odpoczynku, byleby tylko miał broń. Jeśli jej nie ma - usiłuje ją zdobyć na wrogu. Prowadzi go w bój słuszność sprawy i wielkie pragnienie wolności. Żołnierz ten, głęboko wierzący, nie lęka się śmierci. Wie, o co walczy. Taką sylwetkę polskiego żołnierzy naświetlał nam ks. ppłk. Stanisław Tworkowski, żołnierz Dowbora Muśnickiego w latach 1915-1918, później sanitariusz kleryk w 1920 roku, a następnie kapelan wojskowy w 1939 roku i w czasie okupacji. Wychowani na takich wzorcach pragnęliśmy, my młodzi żołnierze, przejąć tę ideę i zastosować w naszej rzeczywistości, lecz zawsze z głęboką wiarą i ufnością w moc i sprawiedliwość Bożą. Pomógł mi w roku 1941 ks. Mieczysław Rybiński, rezydent przy kościele Świętej Trójcy w Warszawie, gdzie w latach okupacji byłem ministrantem. Dał mi obrazek i nauczył mnie modlitwy: „O Maryjo, Matko Nieustającej Pomocy, broń mnie i strzeż jako własność swoją”. Głęboko wierząc w tę opiekę i odmawiając codziennie tę modlitwę przetrwałem z tym obrazkiem na Pawlaku w 1943 roku, a później całe powstanie i ciężki dla mnie okres już po powstaniu, gdy mnie ujęli nad Wisłą Niemcy i sądzili we Włochach pod Warszawą. Ten obrazek był na sędziowskim stole przed obliczem wyższego oficera Feld-żandarmerii. Tutaj w rozmowie padło sformułowanie, że przez moją książkę przewija się śmierć i życie. Tak, bo kiedy po perypetiach powstańczych znaleźliśmy się w kanałach odciętych od powierzchni ziemi i z włazami zabarykadowanymi przez Niemców, przebywaliśmy w cuchnących fekaliach pięć dni i nocy i następnie okazało się, że nie ma wyjścia z kanału, wtedy...  

– ...odnalazł Pan wyjście?

– ... wtedy przypomniał mi się ks. Rybiński i odezwała się wiara w sercu w ufność Bożą i opiekę Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Mimo ciemności, ciasnoty, zaduchu, pragnienia i głodu sam udałem się na poszukiwanie wyjścia w dużym oddaleniu od pozostawionych w kanale pięciu kolegów. Wiedziony tą myślą i z obrazkiem na sercu znalazłem się w miejscu, gdzie udało mi się dokopać do wyjścia. Ta wielka ufność nas uratowała i wyszliśmy wszyscy z kanału. 
 
– W książce „Na barykadach, w kanałach i gruzach Czerniakowa” napisał Pan: „Jak straszna jest wina Niemców za te zbrodnie popełnione na ludności cywilnej: na starcach, kobietach i dzieciach oraz na żołnierzach wziętych do niewoli. Czynili je w imię nienawiści do Polaków, dlatego, że stanęli im na drodze «Drang nach Osten», Czynili je «na rozkaz». Gdzie jest źródło takiego rozkazu?” Dzisiaj jeszcze raz chciałbym powtórzyć to pytanie: gdzie jest źródło takiego rozkazu?

– Pisząc to zdanie w mojej książce zastanawiałem się nad tymi zbrodniami i okrucieństwami, których dokonał wróg w naszym kraju. Dziś jesteśmy wzbogaceni o dalsze doświadczenia i informacje po odbytych różnych procesach zbrodniarzy wojennych w Norymberdze czy w sądach niemieckich lub w sądach tych państw, na terenie których dokonane były te straszliwe okrucieństwa. Zarówno wtedy, w czasie wojny, jak i dziś można odpowiedzieć, że źródłem tej wielkiej nienawiści człowieka do człowieka i narodu do narodu, było stworzenie tej obłędnej ideologii, jaką był hitleryzm. To Źródło zła kryło się w tym opętanym człowieku. Tworząc ideologię mordowania, znalazł zwolenników, którzy ją popierali bez własnego zdania i własnego krytycznego spojrzenia, za cenę dobrobytu, stanowiska, wygodnego życia. Powiedziałbym jeszcze, że to Źródło takiego rozkazu znajduje się w tej, wspomnianej przeze mnie, ideologii pozbawionej bojaźni Bożej i Bożych praw. Na procesie płk. Daumego i Fischera w 1947 roku w Warszawie byłem świadkiem, jak Daume twierdził, że zbrodni dokonano w Wawrze na rozkaz wyższego przełożonego. To samo twierdzili zbrodniarze hitlerowscy na procesie w Norymberdze. Wszystko było kierowane do źródła zła, którym był Hitler i Himmler. Ci wykonawcy rozkazów nie mieli własnej woli i byli opanowani demonem zła, prześcigając się w gorliwości wypełniania obłędnych rozkazów, by w przeciwnym wypadku nie trafić do obozu koncentracyjnego. Ta nadgorliwość w wypełnianiu rozkazów mordowania bezbronnych ludzi - dzieci, starców, chorych - przeniesiona została na najprostszych żołnierzy za cenę jednodniowego urlopu, czy też najskromniejszego wyróżnienia przed frontem żołnierzy. W wykonawcach obłędnych rozkazów, w dokonywanych mordach i okrucieństwach, nie mogło odezwać się sumienie, bo zostało ono zabite przez tę niepowtarzalną ideologię, pełną nienawiści do Polaków, Herrenvolkowi stanęli na drodze „Drang naoh Ooten”. Dało się to wytłumaczyć przy obserwowaniu noszenia niemieckiego trupa na naszym odcinku Czerniakowskiego Powiśla przez dwóch Polaków. Jeden z nich był już starcem. Po zaniesieniu zwłok na wskazane miejsce tragarzy trzeba było zlikwidować - jedynie z wielkiej nienawiści, która przytłumiła sumienie strzelającego SS-mana.  

– No tak, ale do dzisiaj wielu zadaje sobie pytanie: jak to się stało, że jeden człowiek pociągnął za sobą prawie cały naród?

– Wypływa to głównie z obłędnej ideologii i zastraszenia społeczeństwa, w którym stworzono dyktatorski system, przerzucany na jednostki i całe grupy społeczne, które uwierzyły, że ten system przyniesie największy na świecie dobrobyt, łatwość życia i kierowanie ludźmi podbitymi na zajętych terenach wschodniej Europy i traktowanie ich jako niewolników. Tę ideologię przejęli też Ukraińcy, którzy poszli na współpracę z Niemcami i przejęli od gestapo i SS stosowane formy i rodzaje okrucieństwu, co mogłem zauważyć w czasie swojego pobytu na Pawiaku, gdzie stanowili oni załogę obsługującą więzienne cele. Byli okrutnymi strażnikami, którzy z pejczem stali nad głową więźnia i zmuszali go do przebywania w najprzeróżniejszych, wymyślonych pozycjach. Więzień karany był pejczem, gdy się tylko poruszył. Powinien zachować się jak przedmiot, a nie jako istota żywa. Wszystko to za cenę lepszego, wygodniejszego życia.  

– Powrócę do pytania, które bardzo często jest powtarzane: czy Powstanie Warszawskie miało sens?

– Nigdy nie zajmowałem się polityką i to zagadnienie w zasadzie jest mi obce. Dziś, z perspektywy czterdziestu lat twierdzę, że Powstanie Warszawskie miało sens. Gdyby ono nie wybuchło, Niemcy i tak ewakuowaliby ludność miasta, które było położone w strefie frontu wschodniego. Ewakuując miasto wyłapaliby młodzież i mężczyzn i popędziliby do obozów. Dla nich nie było to trudne. Fakt, że to chcieli zrobić, świadczy wezwanie na siekierkowskie błonia stu tysięcy mężczyzn na rzekome roboty dla wykonania umocnień przeciwko frontowi wschodniemu. Niemcy przecież dobrze wiedzieli, że Polacy są sprzymierzeńcami Aliantów, a więc i Rosjan, nie mogli się zatem stawić na Siekierkach. Gdyby powstanie nie wybuchło, zastosowaliby represje. Wtedy, bez walki, wzięto by do obozów żołnierzy konspiracji. Polacy bronili się aż 63 dni nie mając znikąd pomocy. Była to walka, którą zadziwiał się świat. Warszawa utrzymywała przez 54 dni przyczółek nad Wisłą, aby umożliwić lądowanie wojskom frontu wschodniego, które już w lipcu 1944 roku było na peryferiach prawobrzeżnej Warszawy. 

– Powstanie upadło. Dlaczego nie nadeszła pomoc zza Wisły?

– To jest rzeczywiście trudne pytanie. Z chwilą wybuchu powstania ucichło strzelanie za Wisłą, które doskonale było słychać w końcu lipca 1944 roku. W pierwszych dniach sierpnia powstanie było wspomagane przez samoloty Aliantów. Osobiście uczestniczyłem w nocy z 7 na 8 sierpnia 1944 roku w przejęciu zrzutu amerykańskiego.  

– Opisał Pan to w książce.

– Dziś wiemy, że samoloty lecące z zachodu nie mogły lądować na lotniskach położonych na wschodnich terenach Polski. Wybuch powstania był wynikiem bliskiej odległości frontu wschodniego. Kwestia nie uzgodnienia rozpoczęcia powstania z dowództwem frontu wschodniego, o czym dzisiaj się mówi, nie powinna stać na przeszkodzie w udzieleniu pomocy walczącej Warszawie. Nie zginęłoby tyle ludzi, których liczba wynosi 220-250 tysięcy osób, tym bardziej, że przez 54 dni lewy brzeg rzeki na południe od Mostu Poniatowskiego był w rękach powstańców. Powstanie rozpoczęło się na naszym odcinku z wielkim entuzjazmem. Wszyscy byli pełni optymizmu. Mówiło się, że trzy, cztery dni i Warszawa będzie wolna. Spotkał nas wielki zawód, a walcząca, krwawiąca i umęczona stolica, na którą zwrócony był wzrok całego kraju, legła w gruzach. Ginęła w nich bohaterska ludność niepokonanego i nieujarzmionego miasta i jego najlepsza młodzież i dzieci.

– Niedawno czytałem teksty audycji, jedna Związku Patriotów Polskich, nadana na falach radia moskiewskiego dnia 29 lipca 1944 roku, druga Radiostacji im. Tadeusza Kościuszki, nadana 30 lipca 1944 roku. Pierwsza w wymowie jest podobna do drugiej. W drugiej usłyszeć można było między innymi: „Ludu Warszawy! Do broni! Niech ludność cała stanie murem wokół Krajowej Rady Narodowej, wokół Warszawskiej Armii Podziemnej. Uderzcie na Niemców! Udaremnijcie ich plany zburzenia budowli publicznych. Pomóżcie Czerwonej Armii w przeprawie przez Wisłę. Przysyłajcie wiadomości, pokazujcie drogi. Milion ludności Warszawy niechaj się stanie milionem żołnierzy, którzy wypędzą niemieckich najeźdźców i zdobędą wolność”. Tutaj można mieć wątpliwość, nawet co do wywołania powstania, czyżby miała w tym udział strona radziecka?

– O nawoływaniu radiostacji wschodnich do powstania mówiło się głośno w Warszawie. Cieszyliśmy się, że wybuch powstania jest zgodny z planami frontu wschodniego. Zgodnie z nawoływaniem stacji powstańcy uderzyli na Niemców i utworzony został przyczółek na Czerniakowskim Powiślu, czekający przez 54 dni na lądowanie wojsk frontu wschodniego. Na przyczółku Czerniakowskim walczyli żołnierze Armii Krajowej oraz nieliczni żołnierze AL i PAL, a także Francuzi, Belgowie i Słowacy. W czasie walki na naszym odcinku nie było żadnej różnicy, czy ktoś nosi opaskę AK czy AL. Często decydował przypadek o noszeniu takiej czy innej opaski. Zależało to od tego, kto kogo gdzie wprowadził. Istotą była walka o niepodległość ojczyzny, a różnice pomiędzy AL i AK zostały dopiero stworzone po wojnie. Do dziś mam kolegów, którzy w czasie powstania nosili opaski AL na ramieniu, lecz nie są komunistami, ale praktykującymi katolikami. Wielu żołnierzy z powstania przepłynęło na prawy brzeg rzeki i udzieliło różnych wojskowych wiadomości o Niemcach. Uczynił to również mój brat Janek oraz Leszek Paryczko - żołnierze naszego odcinka, którzy przepłynęli Wisłę 20 października 1944 roku już po kapitulacji Powstania Warszawskiego. Żołnierze i ludność cywilna robili wszystko, aby umożliwić lądowanie wojsk frontu wschodniego na, trzymanym przez nas, lewym brzegu Wisły. Lądowanie 8 i 9 pułku Wojska Polskiego w dniach 16 i 17 września 1944 roku nie było dostateczne i bez wsparcia ciężkiej broni. Zakończyło się ono niepowodzeniem. W nurtach Wisły i na obu brzegach zginęło około 2300 żołnierzy z dywizji im. Romualda Traugatta.

– Które postacie z Powstania Warszawskiego szczególnie zaznaczyły się w pańskiej pamięci?

  - Jest wiele osób, które swą działalnością, odwagą i bohaterstwem utkwiły w mojej pamięci. Jedną z czołowych postaci był ks. Józef Stanek, ps. „Rudy”. Był to młody ksiądz ze zgromadzenia Księży Pallotynów, który został skierowany na nasz odcinek ze Śródmieścia w sierpniu 1944 roku. Ksiądz „Rudy” z wielką ochotą i poświęceniem zabrał się do pracy. Najpierw korzystał z pomocy ks. Wiktora Bartkowiaka, również pallotyna, który swoją placówkę kapelańską miał w szpitalu ZUS przy ul. Czerniakowskiej 231, a następnie urządził sobie placówkę na ul. Wilanowsklej 22. Stąd rozpoczął swą posługę kapelańską. Ten ofiarny i mężny kapłan był zawsze z nami w ogniu walki. Spowiadał, udzielał Komunii świętej, opatrywał rannych i ściągał też z pola obstrzału w bezpieczne miejsce. W głoszonym do powstańców i ludności cywilnej Słowie Bożym dodawał otuchy do przetrwania. Pocieszał i pokrzepiał na duchu rannych w szpitalu polowym urządzonym w szkole nr 29 przy ul. Zagórnej i w Domu Zarobkowym Starców przy ul. Czerniakowskiej 168. Ksiądz Stonek miał możliwość ratowania swojego życia za Wisłą, ale z niej nie skorzystał. Powstanie chyliło się ku upadkowi. Ksiądz „Rudy” został z żołnierzami i ludnością cywilną. Dla ratowania rannych udał się do Niemców, aby można było ich ewakuować, lecz Niemcy uczynili go zakładnikiem i skazali na śmierć. Przygotowanie do egzekucji odbywało się no oczach wziętych do niewoli powstańców, berlingowców i ludności cywilnej. Wszystko po to, aby złamać ducha, ale ten ksiądz - bohater nie załamał się. Powoli zbliżył się do zbudowanej na teranie magazynów „Społem” prowizorycznej szubienicy, którą była wystająca z muru belka. I jeszcze nim noga niemieckiego kata - SS-mana kopnęła podwyższenie, na którym stał kapłan, odwrócił się w stronę idących 4 do niewoli i w nieznane żołnierzy oraz ludności cywilnej i przesłał na pożegnanie i na dalszy los znak kapłańskiego krzyża. Ten żywy przykład poświęcenia dla drugich, dla sprawy, dla Kościoła i Ojczyzny pozostanie w pamięci na zawsze. Utkwiła mi w pamięci postać żołnierza AK z plutonu „Bazar” - Stanisława Ptaszyńskiego, ps. „Stach”, który sam wykrył źródło pożaru przy ul. 7 i 7a i uratował domy od spalenia. Niemcy podpalali wszystkie domy, aby powstańcy nie mieli gdzie bronić się. Mogliby się w nich spalić również mieszkańcy. Dzielnym żołnierzem był też dowódca naszego plutonu AK „Bazar” sierżant Jan Witczak, ps. „Ząbek”, który dowodził plutonem z pełną odwagą, budował barykady i umocnienia naszego odcinka a później ciężko ranny, po amputacji ręki, został przez Niemców żywcem wrzucony do palącego się domu. Pierwszym ciężko rannym na naszym odcinku był plut. podch. Roman Sulima Gillow. Jako dowódca drużyny w ataku na Stację Pomp Rzecznych przy ul. Czerniakowskiej 126 chciał odrzucić rzucony do Polaków granat, który eksplodował po odrzuceniu. Urwało mu rękę do łokcia. W doznanym szoku zacisnął sobie własną koszulą żyły w urwanej ręce. Pomylił kierunek i znalazł się w domu położonym na terenie zajmowanym przez Niemców. Odnalazły rannego dzielne sanitariuszki na czele z „Anną”, Apolonią Borysiak. Dokonana operacja amputacji ręki przez studentkę czwartego roku Elżbietę Miratyńską bez środków znieczulających zakończyła się powodzeniem. W sanitariacie pracowały: Maria Siekielska, Barbara i Halina Troczyńskie, Krystyna Godlewska i „Iskra” - Stanisława Toska, która była „duszą” szpitala polowego na Zagórnej. Nie sposób nie wspomnieć też żołnierzy, którzy tak dzielnie walczyli i zostali ranni, Władysław Małek, ps. „Bystry”, który został ciężko ranny w szyję, w mojej obecności dzielnie zniósł operację i przeżył. Chociaż nosił opaskę AL był katolikiem i moim współtowarzyszem broni. Spotkałem go dopiero w 27 lat po wojnie. Inni spotkani to: Olek Woźniak, Jurek Rowiński i jego siostra Jadzia, Kazik Wróblewski, Władek Bieńczyk, Wacek Jacińaki, Tadek Stanisławski, Tadeusz i Józef Makowscy, Leszek Paryczka, mój brat Janek i inni. W walkach powstańczych mojego plutonu poległo ponad 50% składu osobowego. A pamięci pozostaną mi na zawsze żołnierze francuscy, a spośród nich Francuz „Gwiazdka”, który chciał unieszkodliwić granatem „Goliata”. Zginął i zawisł na prętach zbrojeniowych domu-twierdzy przy ul. Rozbrat. Żołnierz belgijski o nazwisku Lauveris został ciężko ranny w nogę, a później w głowę. Odnalazłem go dopiero po czterdziestu latach w Antwerpii. Posiadał 110% inwalidztwa. Osób takich można by wymieniać wiele. Każda z nich, z pełnym oddaniem i zaangażowaniem ofiarowała, co najdroższe na ołtarzu wolności Ojczyzny. 
 
– Przejdźmy do powojennej historii pańskiego życia.

– Okres powstania dla mnie i dla moich współtowarzyszy zakończył się dopiero w listopadzie 1944 roku, gdy znalazłem się w obozie w Pruszkowie. Tutaj moim nowym współtowarzyszem był Kazik Romaniuk- późniejszy kapłan, a następnie biskup. Z Pruszkowa udaliśmy się do Częstochowy, a trafiliśmy do miejscowości Przyrów. W końcu 1944 roku został w tym miasteczku zabity własowiec. Za zabitego własowcy stacjonujący w majątku Zielona Dąbrowa dokonali w dniu 6 stycznia pacyfikacji miasteczka. Przed egzekucją dokonali obławy spędzając na rynek znalezionych w mieszkaniach mężczyzn. Mnie udało się wcześniej ukryć. Kazik był chory, miał gorączkę. Nie wstał z łóżka i... cudownie ocalał. Jego nie wypędzili na mróz, chociaż ze wszystkimi postępowali brutalnie, nie zważając na chorobę czy jakiekolwiek argumenty. Na rynku był podział na grupy, młodych - na rozstrzelanie, starszych - do obozu. Podpalenie domu, w którym zginął własowiec i spalenie w nim kilkudziesięciu Polaków było wielką tragedią w dobiegającej końca wojnie. Razem z Kazikiem ocaleliśmy. Nastąpiło wyzwolenie miasteczka przez Armię Czerwoną. Wróciłem do Warszawy i rozpocząłem naukę w Liceum im. Stefana Batorego. Szkoła ta ma piękną tradycję w wychowaniu wartościowych Polaków. Szczególnie w ostatniej wojnie wychowankowie tego gimnazjum dobrze służyli Ojczyźnie. To oni utworzyli „Szare Szeregi” oraz bataliony „Zośka” i „Parasol”, które walczyły z okupantem w czasie konspiracji i Powstania Warszawskiego. Wystarczy wspomnieć „Zośkę” - Zawadzkiego, Janka Bytnara, pseudonim „Rudy”, czy Alka Dawidowicza. W holu tej sławnej szkoły ogromna tablica zawiera wiele nazwisk wychowawców i ich wychowanków, którzy oddali życie za Polskę. W 1946 roku uzyskałem w tej szkole maturę i świadectwo dojrzałości, a następnie rozpocząłem studia na Wydziale Inżynierii Politechniki Warszawskiej, które ukończyłem w 1951 roku. Oprócz nauki w czasie studiów, a później poza pracą uprawiałem wyczynowo sport, hokej i piłkę nożną. Zajmowałem się pracą społeczną na rzecz dzieci niewidomych z Lasek oraz dzieci w Konstancinie. W różny sposób zdobywaliśmy środki finansowe na zakup potrzebnych rzeczy, które wręczaliśmy dzieciom na „Gwiazdkę”, czy z okazji święte Dziecka. Ta moja działalność poprzez środowisko byłych młodocianych żołnierzy „Synów Pułku'' i Biuro Projektowo-badawcze Budownictwa „Miastoprojekt Budopol” - w którym pracuję - trwa do dzisiaj. Mogę przy okazji stwierdzić, że ludzkie serca są wrażliwe na los dzieci nieszczęśliwych i chętnie wspomagają naszą działalność. Moja współpraca z Laskami, trwająca od 1967 roku, spotkała się z uznaniem dzieci, które nagrodziły ją występując z wnioskiem co Kapituły „Order Uśmiechu” o nadanie mi tego zaszczytnego dziecięcego odznaczenia.
 [...] 

Warszawa, 9 października 1984 roku 

    


Rozmowa ukazała się w hektografowanym i przeznaczonym do użytku wewnętrznego czasopiśmie ,,Nasz Prąd”, nr 12 (531) 1984,  s. 15-17, wydawanym przez alumnów Wyższego Seminarium Duchownego SAC w Ołtarzewie.

29-5-2.jpg (27233 Byte)

Na zdjęciu:


Ryszard
Czugajewski

(Warszawa,
1984)


Fot. Marek Wittbrot


.