Spotkania z Augustem Zamojskim
August Zamoyski urodził się
w 1893 roku w majątku Jabłoń na Lubelszczyźnie. Studiował
prawo na Uniwersytecie we Fryburgu. Był uczniem monachijskiego rzeźbiarza
Josepha Wackerle. Mieszkał i pracował w Berlinie i Monachium. W
1924 zamieszkał w Paryżu. Po wybuchu wojny, w 1940 roku,
wyjechał do Rio de Janeiro. Często, podczas swojego pobytu w
Brazylii, przebywał i wystawiał swoje rzeźby w Nowym Jorku. W
1951 przeniósł się do Sao Paulo. W 1955 powrócił do Europy,
najpierw do Paryża, gdzie zamieszkał w klasztorze dominikanów, a
następnie - po ślubie z Hélene Peltier w 1959 roku - w
Saint-Clar-de-Rivière koło Tuluzy. Tam spędził ostatnie
lata swojego życia. Zmarł po ciężkiej chorobie 19 maja 1970
roku.
Tuluza, wtorek - 29 sierpnia 1961 roku
Niebo nad miastem - podobnie jak przez wszystkie
dni mojego pobytu w Tuluzie - jest rozpaloną żarem słońca blachą
srebrzystą. Mimo tego odważam się wyjść z domu. Schronienie
dają dziedzińce pałaców - jest ich tu siedemdziesiąt - i
oczywiście kościoły. Potem, w czasie déjeuner, w zacienionej
okiennicami rozmównicy Sióstr Notre Dame-du-Calvaire, na ulicy de
la Dabade, opowiadam księdzu kanonikowi Desjardins jak to w
krypcie romańskiej bazyliki Saint-Sernin nie mogłam się oprzeć
pokusie pogłaskania małego lewka, wieńczącego kapitel jednej z
kolumienek. Cóż za gładkość! Może tę samą pokusę odczuwali
inni, może pielgrzymi średniowiecznych szlaków zmierzający do
grobu św. Jakuba z Komposteli. Mówię mu także o wewnętrznym drżeniu,
jakim przejmuje samo przypomnienie palmowego sklepienia w kościele
dominikanów - Les Jacobins. Budowano go, aby najczcigodniejsze
szczątki wielkiego Aquinaty znalazły godne siebie miejsce
wiecznego spoczynku. Ksiądz kanonik - jak zawsze - słucha uważnie.
Czasem się uśmiecha. I chyba cieszy się moim zachwytem. Sam jest
autorem rozprawki o tympanonie nad jednym z wejść do bazyliki. Przy deserze oznajmia mi, że spotkał dziś swoją
znajomą, której mąż jest Polakiem i umówił mnie z nim. - Niech pani nie wychodzi po kolacji z domu. To
znany rzeźbiarz - le comte Zamoyski. Prawie nic o nim nie wiem. Zaledwie kołaczą mi
się w głowie osobliwe historie zakopiańskie związane z jego
nazwiskiem. Nie widziałam żadnej jego rzeźby... Nie szkodzi!
Lubię poznawać ludzi „na własny rachunek“, bez naświetleń
i „obciążeń“.
* * *
Przed wieczorem zawiadamiają mnie o przyjściu gościa. W dużym salonie, który jest pewnie najbardziej
reprezentacyjną rozmównicą klasztorną, przez szpary między żeberkami
żaluzji wielkich okien, przesączają się smugi zachodzącego,
niegroźnego już słońca. Z fotela w głębi pokoju podnosi się
okazały, w typie bardzo polski mężczyzna. Patrzy na mnie uważnie.
Ta błyskawiczna indagacja jest przenikliwa, lecz spontanicznie
przyjazna. Wyciągając rękę mówię: - Ze wzruszeniem spotykam się z Polakami, którzy
mieszkają z dala od kraju. - Jest to pierwsze od dłuższego czasu
zdanie wypowiedziane głośno po polsku i to do kogoś, kto je
rozumie, także od wewnątrz. Zdarzało mi się śpiewać
cudzoziemcom polskie piosenki, ale to były inne wrażenia. Teraz,
nagle wyszłam ze szczególnego typu samotności, w jakiej żyłam
nie uświadamiając jej sobie. Równocześnie poczułam się jakbym
jedną nogą stanęła na skraju odległej, ale „własnej“
planety: dla mnie samej w tym obcym środowisku moja polszczyzna
miała w swoim brzmieniu coś z egzotyki, która znalazła
interlokutora. Pan Zamoyski proponuje mi udział w wieczorze w
Compagnonnage. To działalność nawiązująca do średniowiecznych
cechów: terminujący „czeladnicy“ - adepci rzemiosła,
zwani Compagnons du Tour de France - uczą się w czasie swoich wędrówek
u największych mistrzów i artystów różnych dziedzin sztuki.
Dzisiaj kolej na wykład pana Zamoyskiego. Wsiadamy do samochodu. - Ten „aut“ był ze mną w Polsce. Dwa
razy... - przedstawia mi żartobliwie swoje mocno już sfatygowane deux chevaux. - O tym powinnam wiedzieć. Potem, gdy
wieczorem wracamy, podnosząc spod koła swojego wehikułu kostkę
drewna, która służy za hamulec, uzupełnia prezentację swoich
ruchomości: - To kawałek sosny, który przywiozłem z Polski.
Do tej pory mi służy. I tak zawsze mam ze sobą trochę polskiego
lasu. Rozmawiamy oczywiście o Polsce. Nie wiem jaki
jest jego stosunek do religii, ale mimo woli wyrywa mi się: - Byle tylko nie załamała się w Polsce wiara...
Boję się, czy ocalejemy jako naród w swej wewnętrznej nieustępliwości
i wolności. Pan Zamoyski milknie, ale natychmiast zaczyna mnie
pocieszać i gorąco, choć trochę naiwnie przekonuje: - Tylko Polska potrafi tak trwać... Polska to
naprawdę Chrystus narodów. We Francji zaraz wszyscy zawarliby
przymierze. Ojciec Loëw powiedział, że nigdzie nie widział tak
modlących się ludzi jak w Polsce. Z taką wiarą. Gdy z milczącym oporem przyjmuję tę jego tak
bliską mi zresztą argumentację, milknie i on, a potem z cichym
westchnieniem przyznaję: - Ja też czasem boję się zmęczenia... Przyznaje się do lęku, ale ma w sobie broń, którą
ratował siebie i chciał ratować innych: właściwie wszystko, co
tego wieczora mówił w Compagnonnage o entuzjazmie, który cechował
budowniczych katedr romańskich i gotyckich, a który jest zbliżeniem
się do Boga, czerpaniem z Jego natchnienia - nawet etymologicznie
uzasadnione jest takie znaczenie tego pojęcia - wszystko to było
drogą wyjścia z zagrożenia, którą chciał ukazać swoim młodym
słuchaczom. Chciał ich zarazić - tych prostych, nieuczonych chłopów
francuskich - właśnie swoim entuzjazmem dla Sztuki, bo „jeśli
prawdziwa, jest sakralna, jest bezinteresowna“. Niektórzy - widać to było - rozumieli go, chłonęli
każde jego słowo, a jeśli nawet nie pojmowali tego literalnie,
brali w siebie jego duchową młodość, tę jakąś aurę, którą
roztaczał wokół siebie. Bo chyba nie potrafiłby mówić bez
entuzjazmu o Sztuce, o Polsce, o swojej żonie - Francuzce, o pracy
w Compagnonnage, o Rolandzie - kierującym tą pracą - i o tych młodych
chłopcach gromadzących się tutaj w wieczornych godzinach, słuchających
go w większym skupieniu, niż to widziałam na salach uniwersytetów. Gdy mówił o urodzie surowego kamienia, wyznawał
swoją wiarę, przybliżał cząsteczkę wielkiej tajemnicy życia.
- Może właśnie dlatego, że intuicyjnie odczułam siłę, z jaką
odparuje mój lęk małoduszny, lecz jakże uzasadniony po ludzku,
zwierzyłam mu swoją troskę: czy wytrwamy...
Czwartek, 31 sierpnia 1961 roku
Mam zaproszenie do Saint-Clar-de-Rivière. Nie orientując się w warunkach na ulicach
miasta, tego dnia zabarykadowanego przez wracające z wakacji
samochody, spóźniam się na autobus, potem na pociąg mimo wziętej
(ponad stan) taksówki (4NF!). Na domiar muszę telefonować, żeby
nie wyjeżdżali po mnie na stację (50 centymów!) - Dzisiaj już
nie przyjadę. Wieczór spędzam nad materiałami, którymi
przedwczoraj obdarowano mnie w Compagnonnage.
Piątek, 1 września
Pierwszy Piątek. Jak w dniu wybuchu wojny. Pewnie wszystkie kościoły są dziś w Polsce pełne.
Na Pomorzu - jak co roku - w czerni. Może w innych
dzielnicach tak samo. Msza święta w La Visitation o pokój w świecie.
Ksiądz Kanonik odprawia szybko, nerwowo, z przejęciem. W południe wyjazd autobusem do Saint-Clar.
Krajobraz jak polskie równiny. Potem zaczynają się pagórki. W
Saint-Clar czeka pani Zamoyska. Jest miła, niebieskooka - słowiańska.
Nad polami krąży jastrząb. Otacza nas cisza pól. Dom w stylu regionu, przerobiony z zabudowań
gospodarczych i dostosowany do mieszkania. Wnętrze ciepłe w swoim
bardzo indywidualnym charakterze, w możliwościach wielkiego
kominka, w ciężarze drewnianych stołów i szaf. Pan Zamoyski częstuje mnie „Marc`iem“.
W wiejskim domostwie jest bardzo staropolski ze swoją siwą
czupryną i szeroką, dużą twarzą. Pyta o Gołubiewa: - Czy Polak? Czy naprawdę Polak? Jak pisze? Co? - Słucha z surową powagą,
jakby nie tylko osobiście
zobowiązany do dbałości o drogi, jakimi kroczy nowa
Rzeczpospolita, lecz wyposażony w mandat antenatów, którzy jak
wielcy świadkowie historii trwają na posterunku. W jakiejś chwili rozmowa schodzi na sprawę własności
prywatnej: że nie można kochać czegoś, co cudze, nie własne,
że „nie swoim“ nie można interesować się naprawdę. Nie zgadzam się: - Ma rację Abbé Pierre - mówię - gdy od
ministra odbudowy domaga się, by o dziecku umierającym z zimna w
wozie okrytym plandeką próbował myśleć jak o własnej córce,
która także mogłaby się znaleźć w podobnej sytuacji... I obok
katedry, która jest „nie nasza“, nie polska, ale która
ucieleśnia w sobie całe wewnętrzne bogactwo jej budowniczych -
nie można przejść obojętnie. Pan Zamoyski przyznaje mi słuszność, ale
jeszcze upiera się przy swoim. Trzeba mieć swoją własność,
trzeba dbać o nią - balayer sa propre maison. Ze względu na panią Zamoyską rozmawiamy po
francusku. Czasem tylko wplatamy słowa polskie, niezbędne,
najbardziej przekonujące. Pani Zamoyska rozumie zresztą dużo. - „Czyń każdy w swoim kółku, co każe
Duch Boży, a całość sama się ułoży“ - konkluduje pan
Zamoyski swoje wywody. Jego żona przerywa mu śmiechem: - Dlaczego więc nie możesz przejść spokojnie
obok płaczącego dziecka? Dlaczego interesujesz się biedą
innych? Pan Zamoyski furczy gniewnie: - Przecież nie można inaczej... Śmiejemy się obydwie - bliskie sobie w tym
zdemaskowaniu męskiej niekonsekwencji, bliskie w rozumieniu, że
tylko prawdziwa miłość rozwiązuje trudności doktrynalne. - Nie tak wiele jest zresztą rodzin polskich, które
podobnie jak rodzina Zamoyskich realizowały w naszej historii społeczną
miłość, a swojej własności prywatnej czuły się tylko użytkownikiem
- mruczę pod nosem.
* *
*
Po obiedzie idziemy do ogrodu. Poza rzeźbą i
filozofią, ogród to trzecia pasja pana Zamoyskiego. Wśród
wypielęgnowanego trawnika - ogromne krzewy dalii, jałowca i pachnące
aromatycznie zioła. Wiązkę tych ziół dostałam, żeby je zabrać
do Polski. Ponad zielenią trawy i krzewów św. Jan
Chrzciciel wznosi swą z brązu wykutą rękę w natchnionym błaganiu,
aby prostować drogi życia, bo Pan jest blisko. Jest bardzo piękny.
Nie znam się na rzeźbie, ale miałabym ochotę długo patrzeć w
twarz Proroka, a potem siedzieć w dużej pracowni i poznawać te
światy ludzkich doznań i przeżyć podpatrzone i w jakimś
stopniu odkryte, lecz nie rozpoznane do końca. Pośród tego Twórca - żywy posąg, który w gwałtownych
i prostych słowach ujawnia cząstkę tajemnicy swojego życia i twórczości: - Każda sztuka jest religijna. W modlitwie rodzi
się wizja tych rzeźb. Inaczej nie można tworzyć. Tylko Bóg
usprawiedliwia entuzjazm twórczości. Dowodem Jego istnienia jest
istnienie każdego człowieka. Bóg... Brakuje słów na wyrażenie
wszystkiego. Chciałby pracować w Polsce i dla Polski... Nagle
zaczyna się irytować: - Zabierają tam czas mnóstwem czynności
administracyjnych. Nigdy nie mogłem się doprosić żadnego dłuta.
Niczego. Nie zwrócili mi kosztów za dojazdy. Byłem gotów spędzać
tam pięć miesięcy rocznie. Uczyć studentów. Mojej techniki
nikt nie zna. Ale nie mam czasu na administrację. Chcę jeszcze
bardzo dużo wyrzeźbić, a pracuję powoli: kilkanaście lat nad
jedną rzeźbą. Modlę się, żebym mógł żyć do stu lat. Pokazuje mi projekt rzeźby „Wniebowstąpienie“.
Rzeźba-kolumna: Chrystus na ugiętych modlitewnie kolanach wstępuje
do Ojca. Uczniowie ze strachem i rozpaczą tulą się do Jego nóg.
Próbują Go zatrzymać. Czeka na wykończenie „Ślepiec“. Na
razie jest tylko głowa. Artysta nie pozwala mi patrzeć na rzeźbę
od dołu. Muszę wstać. Spojrzeć jej prosto w twarz. - Tak zazwyczaj patrzymy na siebie... Wszyscy
jesteśmy ślepi. Wszyscy idziemy po omacku. Kiedyś zrobię całą
postać: ktoś, kto szuka drogi - o to mi chodzi. Pan Zamoyski pochyla się, wyciąga ręce. Wysłane
na zwiady, rozstawione palce lekko drżą. Nie boję się omyłki w
uderzeniach dłuta, gdy rzeźbić będzie to drżenie. Uśmiechnięta i milcząca siedzi pani Zamoyska.
Tym uważnym milczeniem zagarnia w siebie wszystko: i słowa męża
- jego wyjaśnienia i projekty, i dokonane już dzieła, i ten niesłychany,
pedantyczny i „nie-artystyczny“ ład, jaki panuje w
przybytku - namiocie dłuta jak w najlepszym zakładzie
dentystycznym, żadnego przedmiotu zbędnego. Jak w rzeźbach: każde
zgrubienie i każda zmarszczka o czymś mówi, zawiera jakąś treść
i sens.
* *
*
Gdy raz jeszcze ogarniam wzrokiem świeżą zieleń
trawnika, ład krzewów i kwiatów, gdy żegnam milczeniem dom
polskiego rzeźbiarza z niedalekim na horyzoncie pasmem Pirenejów,
słyszę jak mówi: - Niech pani pozdrowi ich wszystkich tam w Polsce.
Niech pani powtórzy, co tu pani mówiłem. Do słów męża dołącza się jasnowłosa żona: - Żałuję, że nie mamy pieniędzy. Pragnęłabym,
żebyśmy mogli stworzyć tu ośrodek dla polskich rzeźbiarzy. Żeby
mogli tu przyjeżdżać i uczyć się od męża.
* *
*
Za oknem samochodu znowu cisza pożniwnych pól.
Tunel platanów kładzie na nie długie cienie zachodzącego słońca. - A straszyła mnie pani, że nie zna się pani na
sztuce... - w głosie radość. - Bo i ja nie znam się, tylko lubię. - To najważniejsze: lubić, bardzo lubić, kochać.
* *
*
Na małej stacyjce Muret przechadza się parę osób.
I cisza czekania na pociąg - jakby złożyły się na nią cisze
wszystkich małych stacyjek świata. Tak jest w Żychlinie i tak w
Kuźnicy na Helu. W tę ciszę ostatnie jeszcze słowa: - Miałem zaproszenie od jednego z architektów na
wspólny objazd romańskich kościołów Szwajcarii. Ale nie mogę.
Nie mam czasu nawet na dwa dni. - A ja zabrałam panu tyle godzin - mówię z
wyrzutem bezosobowym. - To co innego. To Polska. Zawsze czas się
znajdzie. Przez okno pociągu widzę ciemne, uważnie patrzące
z śniadej twarzy oczy, i siwe gęste kępki wąsów, i białe włosy
spod wsuniętej na głowę furażerki. Na małej francuskiej stacyjce podmiejski pociąg,
który ma mnie wieźć do Tuluzy, nie spieszy się, stoi długo. I
rośnie we mnie szacunek dla bólu serc rozdartych tęsknotą do
Polski.
* *
*
Mam jeszcze w pamięci niedawny, przed przyjazdem
do Tuluzy, pobyt w Ustaritz, w Kraju Basków i toczące się
dyskusje, jakie w College des Pyrenées wywołał wykład ojca
Courtesa, dominikanina: „... Artysta obdarzony przez Boga zmysłem
wewnętrznego rozumienia jest prorokiem człowieka i prorokiem
sensu jego istnienia, gdyż widzi dalej niż inni ludzie. Przez
wieki związany był z religią i było to zrozumiałe, gdyż z
natury rzeczy „opętany“ jest nieskończonością.
Wyrywa przemijaniu świat, w którym żyjemy: odkrywa tajemnice człowieka
- to, co jest najbardziej prawdziwe w jego naturze; tłumaczy swoją
epokę, lecz i oczyszcza ją ukazując poprzez swoją twórczość
porządek nieśmiertelności, świat nowy, w którym to co wewnętrzne
łączy się z zewnętrznością, a marzenie z rzeczywistością.“ Pobyt w Saint-Clar pogłębił, unaocznił - rzec
można - zegzemplifikował nasze teoretyczne dywagacje.
* * * Na drugi dzień korzystając z samochodowej
okazji, wracam z Tuluzy do Paryża. Niespodziewane uzyskanie
francuskiego stypendium umożliwia mi przedłużenie pobytu we
Francji. Z Saint-Clar do Paryża przychodzą listy. Pan
Zamoyski w związku z krakowska wystawą „sztuki
religijnej“ u Ojców Dominikanów, o której mu mówiłam
rozróżnia terminologię: sztuka religijna - to akademizm kościelny,
któremu Francuzi dają specjalne nazwania: des bondieuseries czy
l`art du Saint-Sulpice. On sam dla prawdziwej sztuki
przyjmuje nazwę sztuki sakralnej. Współczesna sztuka ludowa jest
w ogromnym stopniu naśladownictwem dawnej. Gdy ta była w swoim
czasie naturalnym językiem, naśladownictwu brak autentyczności,
a więc prostoty i szczerości. „Dlatego autentyczną Sztukę
Sakralną dziś tak trudno spotkać. Dla tych samych powodów
aspekt «sztuki» socrealistycznej jest tak banalny,
bo autorem tych «pomników» brak istotnego entuzjazmu
dla socjalizmu w znaczeniu greckim: En Theo - En Dieu. L`homme
avec Dieu en soi est entousiaste“ (podkreœlenia
i pisownia August Zamoyski). Inną sprawą, która go interesuje i niepokoi, to
twórczość Teiharda de Chardin. Aprobuje artykuł księdza Góry
o „Znaku“ i jego krytyczne oceny teihardowskiej „biologizacji“
Boga. Chciałby to studium przetłumaczyć na język francuski, aby
opublikować je w „Revue Philosophique“, ale na swoje
listy i propozycje nie otrzymuje z Polski odpowiedzi. Jest w tym
skarga i wyrzut. Nie pierwszy on w tych żalach. W tylu
zostawionych naszej literaturze wspomnieniach czy w korespondencji
emigrantów powtarza się ta nuta. Pisze o swoich przyjaciołach w Paryżu. Chce, żebym
ich poznała. Podaje adresy, telefony, tłumaczy jak trzeba do nich
telefonować. Jest w tym nie tylko i nie tyle troska o mnie, lecz
chyba o tworzenie więzi między Polakami.
* * *
Gdy po latach czytam te listy - niestety nie
wszystkie się zachowały - jest mi serdecznie żal, że nie zawsze
potrafiłam wykroić trochę czasu na odpowiedzi. Nawet na kontakt
z jego przyjaciółmi. Że nie miałam dość siły, żeby wyzwolić
się z presji warunków. Życie okazuje się z czasem zbyt trudne.
W Paryżu wojuję z trudnościami materialnymi i ze zdrowiem. Wisi
nade mną groźba natychmiastowego powrotu, a chcę wykorzystać każdy
moment dla zebrania materiałów do pracy doktorskiej. Wówczas
wydawało mi się to najważniejsze. Na domiar wszystkiego w Paryżu
panują przygnębiające niepokoje związane z toczącą się wojną
algierską: wybuchy bomb plastikowych, manifestacje, rewizje u wejścia
na Sorbonę. Na ulicach wielkie czarne samochody policyjne, patrole
„flic`ów“. Wymarzona Francja - kraj wolności - robi
wrażenie państwa policyjnego.
Maria WŁADYCZANKA W roku bieżącym mija 30 rocznica śmierci
Augusta Zamoyskiego, artysty, który - jak pisała jego żona
Helena - „pragnął przekazać w swym dziele potrzebę piękna
i wiarę w Boga“. Z tej okazji pragniemy powrócić do -
ukazywanej kilkakrotnie na łamach „Naszej
Rodziny“ - sylwetki polskiego rzeźbiarza. Wspomnienia Marii
Władyczanki ukazały się na przełomie 1994 i 1995 roku. Obecnie
przypominamy ich pierwszą część („NR“, nr 12 /603/
1994, s. 20-23).
|
|