Między Światłością i Ciemnością

Chciałbym powrócić do pewnej książki, omawianej już na łamach "Wiadomości" przez Antoniego Pospieszalskiego (nr 5, 1 luty 1970). Nie jakobym miał coś przeciwko recenzji pana Pospieszalskiego - wprost przeciwnie - lecz z przeświadczenia, że do książki tej należy często wracać. Idzie mi o ostatnią publikację Czesława Miłosza, "Widzenia nad Zatoką San Francisco". Powiem zaraz, że uważam opublikowanie tej książki za prawdziwe wydarzenie i chętnie ją stawiam w czołówce osiągnięć polskiego życia duchowego lat ostatnich. Wyczekiwałem dyskusji pasjonującej, odezwania się całego grona umysłów subtelnych a odmiennych, którzy by zajęli postawę w stosunku do tak ogromnej problematyki zamkniętej na tych stu siedemdziesięciu Miłoszowych stronicach. Nie mam prawa sądzić, że książka zniknęła bez echa - nikt nie wie a często nawet nie podejrzewa, jakie może być działanie raz wypowiedzianych myśli - jednakże sądząc po znakach zewnętrznych, Miłosz przebywa w regionach, które przez wielu z nas nie są jeszcze ani przeczute, ani tym mniej doświadczone.

Po przeczytaniu książki odczułem potrzebę sprowadzenia całego bogactwa tematycznego (trzydzieści trzy pęczniejące akapity) do spraw czy sprawy najprostszej. Czułem zaraz, że w Miłoszu działa intuicja zasadnicza, jakieś widzenie istotne i że ono jest korzeniem tego nowego świata roztaczanego przed nami z tak niezrównanym mistrzostwem. Dokonywałem więc pewnej redukcji, zstępowania do źródeł, w przekonaniu, że jest to nie tylko dobra metoda dobierania się do czyjegoś świata, ale że jest to też tego świata geneza.

Jaka jest u Miłosza ta sprawa najprostsza? Zakładam wszystkie możliwości pomyłek mojej diagnozy i z całą ostrożnością ująłbym to w ten sposób: istotą tej książki jest zdziwienie. Postaram się wytłumaczyć, co przez to rozumiem. Istnieje rzeczywistość, natura, świat, ja sam i inni ludzie - nazwijmy to jak chcemy. Otóż pytanie zasadnicze polega na tym: dlaczego istnieją? Dlaczego jest cokolwiek, dlaczego tak się dzieje, że w ogóle jest j e s t, a nie raczej nic?

Fakt niepojęty, cudowny i przerażający zarazem, do którego nie można przywyknąć, jeżeli chce się pozostać człowiekiem (wiem, że niestety można przywyknąć, ale to zawsze dokonuje się ze zdradą siebie, z "odczłowieczeniem"). I nie trudno jest dostrzec w tym zdziwieniu źródła wszelkiego pytania, najprostszej zasady wszelkiej "filozofii", ale także poezji, które - jak sądzę - są dwoma strumieniami tego samego doświadczenia. W zaraniu myśli zachodniej, kiedy w całej świeżości powstającego dnia odsłania się przed człowiekiem tajemnica "jest", Grecy przyznawali się wprost do osłupienia thaumadzein, a Arystoteles, z którego zrobiono racjonalistycznego nudziarza powie, że poezja jest prawdziwsza od historii.

Czytam pierwsze zdanie u Miłosza: "Jestem tu. Dwa te słowa zawierają wszystko co można powiedzieć, od nich się zaczyna, do nich się wraca". A nieco dalej: "Czego byłoby trzeba, to móc zakomunikować całe zdziwienie "bycia tu" w jednym nieosiągalnym zdaniu..." Albo: "Słowa modlitwy sprzed paru tysiącleci, niebiańska muzyka stworzona przez kompozytora w żabocie i peruce, i skąd tu jeszcze ja, dlaczego ja?" Oto wyborne przykłady "ekstatycznej afazji", o której mówił Plotyn. I cóż z tego, że na takie pytania nigdy nie będzie odpowiedzi? A może katastrofa nie polega na braku odpowiedzi, lecz na nie postawieniu pytania? Jak mądrze powie autor przy końcu książki: "Być może, że jesteśmy zdrowi tylko wówczas, gdy pragniemy wyskoczyć z własnej skóry". Miłosz jest doskonale świadomy, że puścił się w pościg za niemożliwym. Jakżesz jednak to ściganie niemożliwego jest diametralnie przeciwne do gonitwy za piłką i zającem, o którym mówi Pascal, upatrując w niej tragiczną kondycję rozrywki, devértissement, człowieka zblazowanego. Jak wyrazić nienazwane, w jaki sposób dosięgnąć niemożliwe? "Jedno zdanie, ale takie, które by naprawdę ważyło, to byłoby dosyć jako wynik jednego życia". Czyż całe życie ludzkie, bogate czy biedne nie sprowadza się do sporu w poszukiwaniu jednego zdania?

Tak więc sądzę, że miejscem świętym tej książki jest podziw, osłupienie, ściganie niemożliwego, czyli upór w poszukiwaniu jednego zdania. To jakby struna światła, którą Miłosz przeszywa wielość otaczającego świata w utajonym pragnieniu zdobycia wspólnego wzoru, jednego zaklęcia tajemnego znaku dla rozszyfrowania zagadki.

Na pierwszym miejscu światło zostaje rzucone w stronę Natury. Powiedziałbym, że ta książka jest traktatem o Naturze. Refleksje na ten temat przewijają się przez wszystkie stronice i można z nich ułożyć całość o niezmiernie ciekawej architekturze. Podziwiam intuicję autora, który z taką przenikliwością dostrzega zagadnienie dawne jak dzieje ludzkiej myśli. W chwili, kiedy człowiek zdał sobie sprawę, że istnieje jedność pomiędzy kwitnącym kwiatem, wartkim potokiem, daleką gwiazdą i pulsem krwi w jego żyłach, tą jedność nazwał fysis. Dziś mówimy natura. Nie chodziło o kwiat, potok czy gwiazdę - nie o sumę przedmiotów - lecz o miejsce wspólne, dzięki któremu może ukazać się i odsłonić coś takiego jak kwiat, potok czy gwiazda. Droga do greckiej fysis nie wiodła przez "dodawanie" rzeczy materialnych, lecz wprost przeciwnie, przez intuicyjne odczucie źródła, z którego może wypłynąć bogactwo świata. Otóż Natura tak pojęta od samego początku staje przeciwko człowiekowi. Kiedy Heraklit powie: "fysis kryptesthai filei", "natura lubi się ukrywać", będzie to wyznanie wrogości. Powołaniem człowieka stanie się zdobywanie, opanowywanie, dopadanie uchodzącej przed nim Natury. Ostatecznie całe dzieje zachodniej cywilizacji można sprowadzić do ustawicznej walki przeciwko Naturze. Nieprzyjaźń zostanie pogłębiona w chwili wchłonięcia myśli greckiej przez tradycję judeochrześcijańską. Nakaz biblijny zdobywania ziemi znajdzie naturalnego sprzymierzeńca w rozmyślaniach pogańskich filozofów.

Jakże głęboko pojmuje Miłosz tę walkę człowieka z Naturą. Czytam u niego: "Kokony, jaskinie, izby, drzwi, zagrody, ukryte legowiska, te podziemne galerie dokąd zapuszczał się człowiek Cro-Magnonu ryzykując spotkanie z jaskiniową hieną, żeby tam, w najdalszym, najgłębszym kącie rysować w świetle kaganka magiczne zwierzęta: tam tylko jego dzieło olbrzymiało, stamtąd tylko mogło rządzić losami żywych zwierząt i powierzchni ziemi".

Człowiek pierwotny zdobywający Naturę przez magiczne zaklęcia, człowiek biblijny poddający ziemię w niewolę przez wiarę w Jahwe, człowiek antyczny wojujący z Naturą przez klasyfikacje, człowiek współczesny opanowujący Naturę przez technikę - ta sama linia podboju i wrogości.

Człowiek stworzył cywilizację techniczną będącą punktem szczytowym jego walki z Naturą. Dopomagał mu w tym układ wartości, a przede wszystkim koncepcja cnoty. Od Starożytności wpajano pokoleniom szacunek do cnoty, która w istocie była wybornym narzędziem panowania nad Naturą. Miłosz odwołuje się do definicji cnoty podanej przez Cycerona: "Od vir, mężczyzna, pochodzi nazwa cnoty; mężczyznę natomiast najbardziej znamionuje dzielność." Cnota jest więc męstwem (virtus), siłą charakteru dla stawienia czoła światu. Człowiek jest istotą cnotliwą, czyli mężną, dzielną, odważną, nieustraszoną i wytrwałą. Cnota sprzyja samozaparciu, dyscyplinie, wyrzeczeniu i represji. W swojej istocie jest oddzielona od dobra i zła, ponieważ jej wartość moralna polega na walce. Istnieje zarówno w świętych jak w zbrodniarzach, w oprawcach i torturowanych. Dzięki cnocie została wytworzona cywilizacja, a technika jest cnotą skondensowaną utrwaloną w dotykalnych kształtach.

Tak więc cała struktura ludzka jest nastawiona na zwyciężanie Natury. I można by sądzić, że podbój ludzki nie będzie miał granic. Euforia ujarzmiania Natury osiągnęła swój punkt szczytowy w naszych czasach, kiedy człowiek sądzi, że zaczyna panować nad kosmosem.

Należy jednak zdać sobie sprawę z niepokojącego paradoksu. Dzieje się tak, że razem z linią wstępującą zwycięstwa przybiera na sile proces odwrotny: ujarzmiania człowieka przez Naturę. Nie ulega wątpliwości, że z naszą cywilizacją dzieją się rzeczy niepokojące.

Miłosz notuje: "Między człowiekiem a Naturą została położona nieprzyjaźń". Dlaczego? Albowiem sam człowiek, przez fakt istnienia, zaprzecza porządkowi naturalnemu. Człowiek jest jedyną istotą, która potrafi powiedzieć "nie" bezwładowi ślepego musu i siły ciążenia, sieci niezmiennych prawideł obowiązujących stworzenie. "Oczywiście - czytamy - świat poza ludzkimi miarami, nie jest ani dobry, ani zły. Lecz skoro żyje w nim człowiek, jest przeciwko niemu, czyli jest zły, gdyż człowiek wydziera się ze świata". I areną walki jest on sam. Linia frontu idzie przez człowieka, gdyż wyrywając się ze świata człowiek pozostaje częścią świata. "Człowiek jest w sobie sprzeczny, ponieważ jest pomiędzy".

Walka pomiędzy Światłem i Ciemnością toczy się w nas samych. "To, co bosko-ludzkie, zwraca się przeciwko ludzko-przyrodniczemu". Rezydująca w nas podwójność zostaje dzisiaj zaostrzona, a diabeł znakomicie korzysta z techniki, aby wedrzeć się do naszego wnętrza.

Zemsta demonów Natury polega na tym, że zmuszone do złożenia ofiary z Natury, stworzyły cywilizację Molocha posiadającą cechy tamtej, ujarzmionej Natury. Znajdujemy się w okresie przerażającej niewspółmierności pomiędzy łożyskiem wyznaczonym niegdyś żywiołowemu potokowi i potokiem, który dawno łożysko przekroczył. Powstała nowa Natura, która sprężyła w sobie ponadindywidualne moce i wtrąca każdego w bezsilność. "Samo ciało człowieka - pisze Miłosz - czy jest uczony czy nieuczony, wzdryga się przed zimną, połyskliwą, doskonale zwartą taflą z metalu, ze szkła, z betonu, z syntetycznych materii, nie do objęcia wzrokiem ani dotykiem, i przed potęgą rezydującą za tym pancerzem". A nieco dalej czytamy: "Tafla, ściana, czy walec posuwa się ruchem przez nikogo nie nadanym, swoistym, matematycznie koniecznym, nawisa, narasta, i człowiek budzi się z zimnym potem po śnie o miażdżeniu".

Pochód Molocha jest jak toczenie się bezosobowego monolitu, jak przygniatanie lodowca.

Cywilizacja Molocha staje przeciwko człowiekowi sprowadzając go do liczby, czyniąc z niego rzecz, przedmiot, anonimową cyfrę relacji ilościowych. Całe ostrze propagandy zostaje wymierzone przeciw temu, co w człowieku jest indywidualne, jednostkowe i niepowtarzalne. Rozkłada go na składniki i znowu układa w ponumerowane części. Człowiek, jak notuje Miłosz, musi siebie rozpoznać "w niezliczonych kroczach zalecających najbardziej elastyczny slip [kąpielówki - przypis od redakcji] czy w piersiach przybranych w najponętniejsze bra" [biustonosz - przypis od redakcji]. W basenie pływackim, wśród wymiennych pośladków, szyj, bioder, sam jest w każdym organie wymienny. W szpitalu obojętne dziewczęta w bieli obracają nim jak modelem z gumy. Człowiek zostaje sprzedany w fizycznej bryle, ale także w osobistej biografii. Czyż seans u psychoanalityka, zauważa autor, nie ma na celu zapomnienie o sobie, o swoim osobistym cierpieniu, o swojej bolesnej, lecz niepowtarzalnej drodze i zobaczenia siebie jako obiektu wśród obiektów? "Wszędzie wzbiera gęstość zbiorowej substancji, owa nieprzejrzysta, uparta, natarczywa druga Natura..."

Przeciwko człowiekowi staje także współczesny mit seksualny, będący filozofią Wysp Szczęśliwych, gdzie wszystko co naturalne jest bez grzechu. Dlaczegóżby dla jednego ciała jedno ciało? Tysiąc ciał obnażonych, uniesionych, omdlewających "tylko" dla mnie, dla nieporadnej jednostki, która przed tą obfitością może bronić się jedynie humorem. Doskonały środek depersonalizacji polegającej na oderwaniu seksu od instynktu. Bo zawsze ideałem pozostaje seks doskonały, zobiektywizowany, ujednolicony, czyli nie mający nie wspólnego z konkretnym doświadczeniem jednostki. Nagość dzisiejsza, zupełnie inaczej niż miało to miejsce dawniej, nie jest odniesiona do stroju, ale do kłębowiska ciał, do nagości zbiorowej czyli do liczby. Mit seksualny odprywatnia ciała. Głęboko zauważa Miłosz, że w tej zbiorowej nagości jest coś z okrucieństwa obozu koncentracyjnego, gdzie więzień z odkrytymi private parts stawał się numerem. W ten sposób, przez nieubłagany automatyzm, Wyspy Szczęśliwe stają się symbolami nudy a mit seksualny coraz niebezpieczniej antyerotyczny, przeciwdziała Miłości.

Zemsta Natury nad człowiekiem posuwa się jeszcze dalej: sprowadzony do liczby, sprzedany w swojej niepowtarzalności, pochłonięty przez żywioł zbiorowej substancji człowiek traci swój ludzki dom, który wyznaczał jego dotychczasowe miejsce w świecie. Znane jest zjawisko "oddomowienia", na co zwracała już uwagę filozofia egzystencji. O ludzkim "zagubieniu" napisano wiele mądrych książek. Miłosz, jak zawsze, podejmuje zagadnienie na swój sposób. Dla niego sprowadza się ono do wyobraźni.

"Systemami filozoficznymi warto się zajmować po to, żeby je zapomnieć i nie one mnie obchodzą, ale wyobraźnia". Otóż pierwszą prawdą o ludzkiej wyobraźni jest jej przestrzenność. "Wyobraźnia człowieka jest przestrzenna i bez ustanku buduje architektoniczną całość z krajobrazów zapamiętanych albo wyobrażonych, postępując od "bliżej" do "dalej", niejako nawijając warstwy czy pasma dokoła jednej osi, tej w której dotyka się stopami ziemi". W samej rzeczy, idzie o doświadczenie elementarne, dzięki któremu może w nas istnieć coś takiego jak "świat". Przestrzeń ma dla nas sens jedynie o tyle, o ile sami, w naszej cielesności, mamy doświadczenie strony "prawej" i "lewej", "dołu" i "góry". Nie wiedzielibyśmy co to jest czas, gdybyśmy nie doświadczali własnego przemijania. Tylko w ten sposób możemy wyjść poza siebie i rozpoznać podstawowe kategorie materialnego świata. Ale nie tylko to: doświadczenie przestrzennej czasowości własnej rzutujemy instynktownie na całą rzeczywistość, także duchową. "Wszystkie nasze metafory - notuje Miłosz - krążą dokoła doznań góry i dołu, ciemności i światła..." "... Pęd pnia, od podziemia, gdzie przebywają korzenie, poprzez nasz, średni, wymiar, do nieba gdzie kołyszą się liście, mówił zawsze jasno, że słuszny jest podział istnienia na trzy strefy. Drzewo zawsze pisało "Boską Komedię" o wspinaniu się do piekieł i do wysokich niebieskich kręgów, na długo przedtem nim Dante napisał swój poemat".

Ten wyobrażeniowy, czasowo-przestrzenny schemat naszego doświadczenia rzutujemy również, a może na pierwszym miejscu, w dziedzinę poznania religijnego. Religia zawsze hierarchizowała przestrzeń i napinała wyobraźnię. Człowiek ze swoją ziemią znajdował się pomiędzy czymś doskonałym, "górą", czyli niebem, a czymś nieszczęsnym, "podziemnością", "dołem", czyli piekłem. Dwoma przestrzennymi biegunami religii było "zstąpienie" na ziemię Chrystusa i "wstąpienie" do nieba. Na Sądzie Ostatecznym dobrzy znajdą się po stronie "prawej", źli po "lewej". Linia wertykalna i horyzontalna układała cały wszechświat w uniwersalnym znaku krzyża. Przestrzeń była też zhierarchizowana. Człowiek w sposób naturalny odnajdywał swoje miejsce w świecie przez odniesienie wszystkiego, co istnieje do jedynego Miejsca, jakim był tron Boga. Jeżeli jest prawdą, że "czysta duchowość pozbawiona jakiegokolwiek uchwytu o wyobrażalne, nie jest na ludzką miarę", to - trzeba stwierdzić iż religia w sposób genialny zaspakajała potrzebę napinania ludzkiej wyobraźni.

Józef SADZIK SAC

"Widzenia nad Zatoką San Francisco" Czesława Miłosza ukazały się po raz pierwszy w Paryżu w 1969 roku. Prezentowany, a właściwie przypomniany tekst, bowiem publikowaliśmy go w nr 6 "Recogito", pochodzi z prywatnego archiwum, jakie pozostawił po sobie ksiądz Sadzik. Tekst nie posiadał tytułu, nie było też żadnych adnotacji dotyczących jego przeznaczenia.

30-4-1-1.jpg (199164 bytes)

Na zdjęciu:

Czesław
MIłosz
i ks. Józef
Sadzik
(Paryż, 1974)


Fot. Witold Urbanowicz














.