Poeta biblijny

Czesław Miłosz obchodził w [1981] roku swe osiemdziesiąte urodziny. Każdy jubileusz artysty skłania do spojrzenia raz jeszcze na jego dzieło, które coraz bardziej nabiera cech wielkiej świadomej kompozycji. Istnieje w niej od początku nurt religijny o niezwykłej sile i głębi. Niektóre wątki potrafiły skryć się na długo jak podziemne rzeki, żeby po latach doczekać się dalszego ciągu: myślę o oddzielonych o dziesiątki lat dwóch wierszach do katechety z gimnazjum, surowego księdza Leopolda Chomskiego. Trzeba było straszliwych doświadczeń wojny i okresu powojennego, żeby odnaleźć tę samą nieufność wobec świata, tę samą gorycz, przynależność do "jednego zakonu"... Najnowszym świadectwem zmagania się poety z wiarą i niewiarą jest ogłoszona niedawno przez Wydawnictwo Znak w Krakowie jego korespondencja z trapistą Thomasem Mertonem.
Jest jednak w biografii Czesława Miłosza jeszcze jeden ksiądz, bodaj najważniejszy: Józef Sadzik, pallotyn. Z jego osobą związana jest jedna z osobliwszych perypetii twórczych poety: jego przekłady biblijne ogłaszane stopniowo w Editions du Dialogue, paryskim wydanictwie pallotynów.
Nieczęsto się zdarza, że wybitny twórca, jakby rezygnując z własnego głosu, oddaje go Bogu, tak jak czynili prorocy: "Oto jestem, poślij mnie". Jakby nie wystarczyło mu takich wierszy jak znakomita "Oeconomia divina", gdzie dawny katastrofizm spotkał się z eschatologią, osiągając wymiary przejmującej teologicznej wizji. Miłosz postanowił nie tylko mówić Bogu, lecz także oddać Mu swój głos po to, żeby Słowo Boga przemówiło jego słowami. Tak oto narodził się Miłosz biblijny, Miłosz tłumacz: psalmów, Księgi Hioba, Ksiąg pięciu megilot, Ewangelii według św. Marka, Apokalipsy. Poznać hebrajski, odświeżyć grekę - cóż to za zadanie! Nie było ono łatwe, choć poeta był wtedy młodszy o jakieś dwadzieścia lat. Jak trudno jest zachęcić do tych języków młodych studentów teologii... Poza tym: któryż tekst jest trudniejszy do przełożenia, jaki przekład podlega bardziej wszechstronnej ocenie, nie tylko ze strony biblistów, ale i polonistów, a poza tym wszystkich ludzi, dla których Biblia jest księgą lektury, medytacji i modlitwy; odnosi się to w szczególny sposób do psalmów. Starsi Polacy znają na pamięć te przynajmniej, które były śpiewane w czasie nieszporów, a wszyscy prawie - "Kto się w opiekę" w tłumaczeniu Kochanowskiego. Każde nowe tłumaczenie przykładane jest jakby do wzorca do przekładów wcześniejszych, a rozwój nauk biblijnych podniósł bardzo wysoko wymagania erudycyjne. Podejmując przekład tekstów Pisma Świętego podejmuje się wielkie ryzyko. Czesławowi Miłoszowi nie zabrakło tej odwagi. W wierszu "Lektury" napisał był: 

Zapytałeś mnie, jaka korzyść z Ewangelii czytanej po grecku. 
Odpowiem, że przystoi, abyśmy prowadzili 
Palcem wzdłuż liter trwalszych niż kute w kamieniu, 
Jak też byśmy, z wolna wymawiając zgłoski, 
Poznawali prawdziwe dostojeństwo mowy.


Zapytałeś mnie, jaka korzyść z Ewangelii czytanej po grecku. 
Odpowiem, że przystoi, abyśmy prowadzili 
Palcem wzdłuż liter trwalszych niż kute w kamieniu, 
Jak też byśmy, z wolna wymawiając zgłoski, 
Poznawali prawdziwe dostojeństwo mowy.

Szło mu o "przymuszenie uwagi". Pracę tę nazwał w "Słowie wstępnym tłumacza" do Księgi Hioba także swoim "rytuałem oczyszczenia, bardziej skutecznym niż jakikolwiek nowoczesny wiersz czy proza". Była jeszcze jedna racja: "Skoro nikogo nie przekonam i nic nie zmienię, skoro świat podąża swoim obłąkanym torem, jak w możliwie najlepszy sposób wykorzystać tę umiejętność, jaką mam, sztukę mowy rytmicznej? W jakim języku mogę to robić najlepiej? Tylko w polskim. Co w polskim jest najbardziej potrzebne? Słowo wyzwalające, które samym swoim istnieniem chroni od przędzy frazesów, sloganów i dwu-mowy".
Poglądy poety podzielał ksiądz, któremu wszystkie przekłady zostały dedykowane, który w nadawaniu im ostatecznego kształtu odgrywał ważną rolę. Ksiądz Józef Sadzik.
Widzę ich obu - zdarzyło się to dwa razy: na przełomie sierpnia i września 1978 oraz w czerwcu 1980 - jak schodzą do nas na posiłki, w pallotyńskim domu przy rue Surcouf. Widzę, jak schodzą z pierwszego piętra nowego domu. Nie opowiadają o tym, czym zajmowali się na górze; to zajmowało ich w dalszym ciągu, gdy siedzieli przy stole. Siedzieli małomówni, między nimi było Słowo. Nawet wtedy, gdy spotykali się z resztą domowników, ono trwało między nimi. Patrzyłem na nich badawczo, trochę tak, jak Żydzi przypatrywali się twarzy Mojżesza, kiedy zstępował z Góry, po obcowaniu ze Słowem.
Oczywiście, można by to, co robili, skwitować prozaicznym i fachowym terminem "adiustacja": dyrektor wydawnictwa rozmawiał z autorem przekładu, ale było to coś głębszego. Tu nie chodziło o konsultacje. Tu potrzebne było coś więcej niż wiedza o rzeczach i słowach, niż wrażliwość teologiczna i literacka. Tu potrzebna była przyjaźń, szczególny rodzaj wzajemnego przeświadczenia o wewnętrznej uczciwości, przede wszystkim wobec tajemnicy cierpienia, zaufanie, współodczuwanie, aura, w której dzieje się poezja i dokonuje religia. Poeta dał temu wyraz w "Słowie wstępnym" do Księgi Hioba, napisanym już po nagłej i przedwczesnej śmierci przyjaciela: "straciłem również inspiratora, uważnego współautora i powiernika. Na jego ocenie przede wszystkim mi zależało, jego aprobaty szukałem w pierwszym rzędzie, [...] chciałbym, aby wszystkie moje przekłady biblijne [...] były hołdem złożonym jego nie ginącej obecności". Poetyckim hołdem i dowodem głębi tej przyjaźni pozostanie w literaturze polskiej wiersz Czesława Miłosza "Do Józefa Sadzika".
Dla obu praca ta była "próbą języka" - jak pięknie powiedział o swoich trudach z przekładem "Odysei" Józef Wittlin. Szło im o "sakralny, natchniony, a jednocześnie współczesny język polski" - jak napisał Sadzik, o język "wysoki" - jak wyznał Miłosz.
Jeszcze jedno: żaden z nich nie był sam. Za nimi, obok nich stała paryska wspólnota pallotyńska, jej wydawnictwo i drukarnia. Może się mylę, ale nie bardzo widzę, kto na emigracji mógłby tak szybko i tak chętnie ogłaszać biblijne przekłady Miłosza. Może londyński "Veritas", ale cenzura nie dopuszczała żadnych jego wydawnictw do kraju. Może "Kultura", ale ta drukując wiersze i eseje Miłosza nie byłaby chyba w równej mierze zainteresowana Pismem Świętym opatrzonym teologicznymi wstępami. Tu poeta wiedział, że na owoce jego pracy czeka prasa drukarska. Czekała, ze szczególną gotowością i pietyzmem, redakcja. [...]

Janusz St. PASIERB

Ks. Janusz St. Pasierb (1927-1993) - poeta, historyk sztuki, profesor nauk humanistycznych, członek wielu międzynarodowych stowarzyszeń naukowych i papieskich komisji. Urodził się w Lubawie na Pomorzu. Święcenia kapłańskie otrzymał w 1952 roku w Pelplinie. Studiował w Akademii Teologii Katolickiej w Warszawie, w Papieskim Instytucie Archeologii Biblijnej w Rzymie oraz na Uniwersytecie we Fryburgu szwajcarskim. Większość swoich prac naukowych poświęcił historii sztuki. Wydał kilka tomików poetyckich, między innymi: "Kategoria przestrzeni" (1978), "Zdejmowanie pieczęci" (1982), "Wiersze religijne" (1983), "Butelka lejdejska" (wydanie pośmertne 1995). W paryskim Editions du Dialogue ukazały się jego eseje "Światło i sól" (1982). Wielokrotnie występował w paryskim Centrum Dialogu, należał do przyjaciół ks. Józefa Sadzika. Prezentowany tekst ukazał się w "Naszej Rodzinie" 12 (567) 1991, s. 24-25. 

30-2-4.jpg (23267 bytes)

Na zdjęciu:

Prezentacja
"Apokalipsy"
w sali
Centrum Dialogu
(Paryż, 1981)

Fot. Witold Urbanowicz


.